sobota, 28 października 2023

Spotkania z boskimi służkami

 


Dzisiejszy wpis został napisany tuż przed Haloween/Dziadami/Wszystkich Świętych/Dniem Zadusznym. Możecie go traktować jako fikcję literacką, albo jak 100 procentową prawdę. Możecie w nim dostrzegać mieszankę prawdy i zmyśleń. Być może przekazuje Wam coś bardzo ważnego. Być może sobie tylko z Was żartuje. Sam nie jestem w 100 proc. pewny autentyczności poniższej relacji.  Wiem, że jej autor rzeczywiście odwiedzał miejsca, w których byłem. Znam go i uważam go za dosyć wiarygodnego świadka. Dopuszczam jednak możliwość, że mogła go zwieźć wyobraźnia. Inna interpretacja mówi jednak, że niektóre starożytne miejsca kultowe przechowują "informacje" z przeszłości. Wszystko jest energią, także myśli i  emocje ludzi, którzy odwiedzali je przez tysiąclecia.

Wspomniałem, że mam dziwne szczęście do spotykania ezoteryków i okultystów. Zdziwilibyście się czasem kim są osoby interesujące się nadprzyrodzonym. To często prawicowcy, którzy na drodze zawodowej i prywatnej twardo stąpają po ziemi. Taką osobą jest również człowiek, który podzielił się ze mną swoimi doświadczeniami z "nadprzyrodzonym". To wierny czytelnik mojego bloga (który jednak chyba nigdy nie zostawił na nim komentarza). Tak wierny, że czasem podróżuje on w odwiedzane przeze mnie miejsca. Podczas jednej ze swoich wyprawy, jeszcze przed pandemią, pojechał on do Mongolii.





Kilkaset kilometrów na południe od Ułanbaatar, na granicy Pustyni Gobi, znajdują się ruiny buddyjskiego klasztoru Hamrin Hiid. To miejsce, zwane Oczami Shambali. Jest tam brama, na której sugestywnie namalowane są oczy. Legenda mówi, że gdy na nie patrzysz - a jesteś odpowiednią osobą, to możesz przez chwilę zobaczyć królestwo Shambali/Agharty/Shangri-La czyli utopijne państwo leżące w "wewnętrznej Ziemi". Oczywiście Shambala widzi też wówczas Ciebie. Mój znajomy chyba był wtajemniczoną osobą, gdyż podczas patrzenia na te oczy namalowane na bramie rzeczywiście miał krótką wizję. Właściwie to był przebłysk, podobny do tych jakie miał Frank Black w serialu "Milennium". Widział coś, co opisał jako "miasto z białymi wieżami". Unosiły się na nim jakieś cygarokształtne pojazdy. Więcej tam nie zobaczył. 




Jakiś czas później, niezależnie od niego, miejsce to odwiedzał inny mój znajomy, naukowo zajmujący się Mongolią. Przespał się w okolicy i miał ciekawy sen. Też widział miasto z białymi wieżami, widział też jakieś duże drzewo w nocy, wokół którego była zielona poświata (w tle przelatywały sekwencje liczb), widział też coś, co określił jako posąg "tancerki z gołym biustem". Owa "tancerka" przypominała pokazywane w mongolskich muzeach i klasztorach posążki Tary, czyli żeńskiej bodhisattvy miłosierdzia.





Kolejną podróż mój znajomy okultysta odbył do Armenii. Gdy ja tam byłem, poznany przypadkiem w hotelu Polak (też ezoteryk!), wskazał mi miejsce, gdzie "też są Oczy Shambali". To był klasztor Noravanq. A właściwie jego ruiny. Mój znajomy, korzystając z moich wskazówek, dotarł do owych "Oczu Shambali" w jednym z bocznych kościółków w tym kompleksie. Wyglądają one skromniej niż w Mongolii - są tylko detalem architektonicznym, który łatwo jest przeoczyć. By mieć wizję, trzeba dotknąć czołem tych "oczu", dotykając jednocześnie z obu stron dłońmi charakterystycznego rzeźbionego, swastycznego "wiru" (podobnego jak na ormiańskich monetach). Gdy mój czytelnik to zrobił, otrzymał dosyć intensywne "przebłyski". Na początku zobaczył kobietę tańczącą topless. Widział ją od szyi w dół. Miała duży biust i długi naszyjnik z koralikami w kształcie czaszek. Wyglądała bardzo "buddyjsko". Znów zobaczył też miasto z białymi wieżami. Tym razem na niebie nad nim pojawiały się zielonkawe, swastyczne wiry, z których wylatywały cygarokształtne statki. Widział też wielki posąg, przypominający Buddę, który drżał. Zobaczył jak na miasto z białymi wieżami spada deszcz meteorytów. Przerwał wizję, bo zaczęło mocno mu się kręcić w głowie...



Trzecią - najbardziej intensywną wizję - miał w Egipcie. W miejscu będącym częścią starożytnej Mapy Nieba rozciągającej się od Abu Rowasz, poprzez Gizę, Abusir i Sakkarę do Dahszur. (Pisałem o tych miejscach w serii Kemet.) Już idąc wzdłuż starożytnej drogi, miał przebłyski szpalerów strażników (starożytnych shemsu-hor?) stojących po obu jej stronach. Na końcu drogi stały dwie postacie przypominające egipską boską parę - Ozyrysa oraz Izydę. Widział jednak ich sylwetki z daleka, a po chwili one zniknęły. Gdy dotarł na miejsce w pewnym momencie poczuł, że ktoś go trzyma za rękę, w przyjazny sposób. Usiadł na kamiennej płycie i miał wrażenie jakby pod ziemią znajdował się kompleks tuneli. Przez chwilę czuł jakby na tej płycie wzniósł się w powietrze. Zobaczył boginię Izydę. Nie widział jej w sposób "ostry", ale dostrzegł, że miała ona na sobie czerwonawy, łuskowaty kombinezon, z którego rękawów rozpościerały się świetliste skrzydła. Miała też włosy "częściowo rude, częściowo czarne". Towarzyszyły jej służki. Były one ubrane zgodnie ze starożytną egipską modą - czyli były topless. Widok musiał być piękny :) Podczas wizji usłyszał on od Izydy: "Eksperyment zaczął się w Sakkarze". Zobaczył również jak w nocy przez Płaskowyż Gizy przewaliła się ogromna fala wody. Nie był w stanie dostrzec, czy piramidy były wówczas już skończonymi budowlami, czy dopiero je budowano.  

Sam nie wiem, co myśleć o tych wizjach. Zastanawiałem się choćby, czy powtarzająca się tam wizja służek/tancerek topless nie ma na celu "wzmocnienia sygnału", tego by umysł widzącego "złapał połączenie" i "skoncentrował się na nim". Wszak w Egipcie usłyszał on od osoby, która wielokrotnie odwiedzała tamto tajemnicze miejsce: "Tutaj objawia Ci się to, czego najbardziej potrzebujesz". No cóż, kobieca energia, też odgrywa pewną rolę w praktykach ezoterycznych, a niektórzy bardzo dobrze się nią pożywiają. (Casus buddyjskich mnichów otaczających się panienkami wyglądającymi jak luksusowe prostytutki...) 




Motyw boskich służek pozbawionych górnych części garderoby (i zwykle mających pokaźne biusty) występuje m.in. w wierzeniach hinduistycznych i buddyjskich. Takie niebiańskie służki są znane jako apsary. Ich przedstawienia możemy spotkać choćby w Indiach, na Sri Lance, w Kambodży, Wietnamie czy w Indonezji. Najbardziej znane są te z "erotycznych" indyjskich świątyń w Khajuraho


Mamy też je m.in. na freskach w Pałacu Rawany w Sigiriya na Sri Lance. (Rawana był królem, z którym walczył legandarny hinduski heros Rama.) Dziwnym zbiegiem okoliczności, jeśli poprowadzimy linię od klasztoru Noravanq do Hamrin Hiid, i z obu jej końców wyprowadzimy na południe po linii o tej samej długości, to te linie zejdą się na Sri Lance, w okolicach Sigiriya.



A jeśli chodzi o strój bogini Izydy - powyżej macie kopię jej wizerunku z grobowca Setiego I. Podejrzewam jednak, że jej strój został tam "unarodowiony". Podobne suknie - odsłaniające piersi - nosiły wówczas Egipcjanki. (Znajomy ze swojej wizji zapamiętał, że miała ona je zakryte przez kombinezon.)  Służki topless nie były tam niczym niezwykłym. Często wręcz pracowały one całkowicie nago lub w przezroczystych szatach. Ciekawe, czy było to zapożyczenie z boskich dworów? Pamiętajmy, że według Menatona i innych starożytnych autorów, ludzkie dynastie faraonów były w Egipcie poprzedzone dynastiami półboskimi, a te boskimi.


Przypominam również o podobnej modzie kobiecej na minojskiej Krecie... (O tamtejszych starożytnych tajemnicach pisałem w tym wpisie.)



Na starożytnych przedstawieniach Isztar/Asztarte/Aszery, ta bogini miłości i wojny też ma zwykle goły biust.


A wracając do bogini Izydy, niektórzy zwracają uwagę na podobieństwo jej wizerunków z małym Horusem, do wizerunków karmiącej Matki Boskiej. Być może w grę wchodził podobny mechanizm jak w przypadku polskich artystów, którzy po wojnie musieli się przestawić z malowania konnych portretów Marszałka Piłsudskiego na konne portrety marszałka Rokossowskiego. Egipscy koptyjscy artyści zastosowali podobne schematy, a skojarzenie Maryi z Izydą ułatwiało chrystianizację. Oczywiście durni amerykańscy ewengelikalni pastorzy ze zmacdonaldyzowanych "megakościołów" traktują to jako kolejny "dowód" na pogańskość Maryi...


Co ciekawe, gdy pokazałem egipskiemu sufiemu wizerunek rudowłosej Matki Boskiej z Gietrzwałdu, stwierdził, że widział obraz Maryi z podobnymi rudymi włosami w klasztorze na Synaju...



***




Generał SWR napisał, że w czwartek 26 października o godzinie 20.42 Putin zmarł w swojej rezydencji w Wałdaju. Jego ciało wsadzono do zamrażarki, w której chłodziło się jedzenie. Patruszew z resztą bandy zaczął debatować nad podziałem majątku zmarłego i sukcesją. Łukaszenka nagle zaczął zaś mówić o pokoju na Ukrainie i że będzie w nim rozjemcą. 

Generał SWR może oczywiście kłamać "jak naoczny świadek". Wcześniej puszczał przecież mało wiarygodne wiadomości takie jak, że Prigożyn żyje w Wenezueli. Dlaczego jednak nagle postanowił "uśmiercić" Putina? 

Może być tak, że podobnie jak w filmie "Sobowtór" Akiry Kurosawy, martwego władcę będzie zastępował żywy sobowtór. Gdyby jednak śmierć Putina została za jakiś czas (nawet za rok czy dwa) została oficjalnie potwierdzona, to dla nas zła wiadomość. Daje ona bowiem Rosji możliwość "wyjścia z twarzą" z wojny, zrobienia nowym przywódcą jakiegoś Nawalnego, rozpoczęcia kolejnego resetu z Zachodem i zebrania sił na nową wojnę. Wyjaśniałaby też modyfikację amerykańskiej strategii z ostatnich miesięcy. Mam więc nadzieję, że Generał SWR po prostu pisze bzdury. 


sobota, 21 października 2023

Więcej szczęścia niż rozumu...

 


Szanuję wybór narodu. Zwłaszcza, że naród zdobył się na poświęcenie, do którego nie byłbym zdolny w swoim egoizmie: zagłosował, za tym, by następne podwyżki płac miał najwcześniej w 2028 r. 



Za rządów PiS nie korzystałem z żadnych świadczeń. (No może raz, dostałem zasiłek pogrzebowy...) 500+, 800+, 300+, laptopy dla gimbusów... Nic z tego nie dostałem. Cieszyłem się za to, ze zmian podatkowych - takich jak powrót zabranej przez Tuska pełnej podstawy do 50 proc. kosztów uzyskania przychodu, podniesienia progów, obniżki głównej stawki PIT... Miałem całkiem ładny zwrot za zeszły rok... Ale od świadczeń trzymałem się z daleka, zarabiając na życie wyłącznie własną pracą. Zdaję sobie jednak sprawę, że różne 500+ stanowiły ważną część domowych budżetów wielu rodzin. Miliony ludzi z to z tego korzystało. Widocznie zaczęło im się żyć tak dobrze, że uznali, że nie potrzebują już tego "rozdawnictwa". Szanuję to. Dokonali takiego wyboru. Może go nie są w pełni świadomi, ale dokonali i nie powinni go żałować. Głosowali też de facto m.in. za powrotem handlu w niedzielę. Mi to też nie przeszkadza. Panie z wielkich miast, które będą pracować na kasie w marketach w niedzielne popołudnia, a głosowały wcześniej na KO, powinny sobie wpiąć w uniform symbol partyjnego serduszka, by pamiętać o tym, dzięki komu uzyskały szansę na dodatkowe powiększanie naszego PKB.

Choć szanuję wybór narodu, to jednak przeglądając mapę wyborczą, natrafiam co i rusz na anomalie, których nie potrafię wytłumaczyć. Choćby dolnośląską gminę Miękinia. Rząd sprowadził tam wielką inwestycję Intela. Wygrała tam dotychczasowa opozycja, choć w sąsiednich gminach zwyciężył PiS. I jak to wytłumaczyć? Mieszkańcy Miękini (Miękiszony?) nie chcieli mieć u siebie wielkiej fabryki dającej im miejsca pracy i kilkukrotnie zwiększającej budżet lokalny? Opozycja wygrała też w Turowie - choć przecież niektórzy jej politycy opowiadali się za zamknięciem największego miejscowego pracodawcy. Tunel pod Świną nie dał też PiS zwycięstwa w Świnoujściu. Z drugiej strony intryguje mnie przypadek Poznania. To miasto jest ch...wo zarządzane, rozkopane do memicznych proporcji, kibice tam po nocach śpiewają "Jaśkowiak k... jest!", a mimo to KO ma tam gigantyczne poparcie. Czym to tłumaczyć? O wyniku tych wyborów nie decydowała ani ekonomia, ani mapa inwestycji strategicznych. Po raz kolejny wszystko rozbiło się o kwestie kulturowe.

PiS być może miałby ponad 40 proc. poparcia gdyby na jesieni 2021 r. zrezygnował z wprowadzania znaczących obostrzeń covidowych (gdyby jednak zrezygnował z lockdownów wiosną 2020 r. opozycja ze wsparciem zagranicy rozkręciłaby tak gigantyczną histerię, że Czaskowski zostałby prezydentem) i gdyby Trybunał Konstytucyjny nie słuchał dywersantów takich jak Dzierżawski i nie rozwalił kompromisu aborcyjnego (o ile Polaków słusznie oburza zabijanie zdrowych dzieci nienarodzonych, to generalnie nie mają oni nic przeciwko zabijaniu chorych dzieci nienarodzonych). Swoje zrobiły też spory o KPO czy też to, że premier Morawiecki ogólnie nie jest popularny wśród elektoratu pisowskiego. Różni "kapitanowie po fakcie" będą teraz wyliczać całą litanię błędów PiS, twierdząc przede wszystkim, że "nie miał oferty dla klasy średniej" i "dla centrum". Naprawdę? Dla mnie akurat ta oferta była wystarczająco atrakcyjna. Co miał on niby obiecać? 1000+? Kwotę wolną od 60 tys. zł? Kredyt zero procent? Zabetonowanie wszystkich miejskich skwerków w Polsce? Przywrócenie pańszczyzny?  Każdemu LPG+  po różowym dildo w d...? Nawet jeśliby PiS idealnie wpisał się z ofertą w gusta wielkomiejskich Januszów, to i tak mógłby nie dobrnąć do granicy samodzielnej większości.

To, że dotychczasowa opozycja z wielkim mozołem szykuje się do stworzenia rządu i olania większości swoich obietnic wyborczych jest nie tyle wynikiem osłabienia PiSu, co kompromitacji Konfederacji. Potencjalny elektorat Konfy zasilił Trzecią Drogę, dlatego, że Memcen nasycił listy płaskoziemcami, putinowcami i zwolennikami gospodarczego uboju psów, z których wypowiedzi trzeba było się cały czas tłumaczyć. Trzeba być ekstremalnym idiotą, by w świetle kamer debatować sobie tak jak Ozjasz Goldberg z Ronaldem Robiącym Laseczki o tym, jaką częścią inwentarza domowego jest kobieta. Politycy Konfy pomylili alkoholowe pajacowanie z robieniem poważnej polityki. Nieszczęściem Polski jest to, że głosy wyborców będących na prawo od PiS kanalizuje tego typu formacja. Powinna w jej miejscu powstać coś nowego, wolnego od postkomunistycznych i rosyjskich wpływów. Może być nawet foliarskie, byle tylko bez różnych Panasiuków, Ozjaszy, Odbyteuszów Jabłońskich i Ronaldów Robiących Laseczki. Generalnie potrzebna byłaby też wolna od związków postkomunistycznych formacja centrowa, odbierająca głosy różnym Trzecim Drogom. Takie Radykalne Centrum. 

Wróćmy jednak do przyczyn takiego a nie innego rozkładu preferencji wyborczych w kraju. Odnoszę wrażenie, że ogólnie Kargulowie zamieszkujący ziemie zachodnie snobują się na Niemców. Trochę jak biali raperzy czy biali rastamani. Można to było zrozumieć w latach 90-tych, gdy młodzież czytała Bravo i oglądało Vivę II, ale teraz Niemcy są krajem, który sam się zwija. Nie tylko sam zdemolowały własną armię i energetykę, ale również mogą się pochwalić internetem wolniejszym niż w Rumunii czy sektorem bankowym mniejszym od jednego dowolnego pożyczkodawcy z Wall Street. By osłabić tę kulturową zależność trzeba więc będzie nieustannie przekonywać, że Niemcy są gównianym krajem i że snobowanie się na Niemców, to megacringe.

PiS poległ przede wszystkim, bo zaniedbał kwestie kultury i edukacji. W miejsce zramolałej, paździerzowej wspakultury post-PRL i III RP, symbolizowanej przez takie miernoty jak Wajda, Holland stary idiota Olbrychski czy zastępy młodszych idiotów w rodzaju Stuhra, nie stworzył własnej kontr-kultury. W czasie gdy pozbywał się za jakieś drobne głupstwa ludzi takich jak Tomasz Greniuch, pozwalał na to, by nasze pieniądze szły na książki Grabowskiego i Engelking. Chór Aleksandrowa odwiedzał Polskę jeszcze kilka lat temu.  W PISF rządził koleś z dawnego układu, za którym ciągnęły się afery obyczajowe. "Artyści"  brali pieniądze od resortu Glińskiego i jednocześnie podsrywali władzę, która ich karmiła. Polski rap, dawniej mający nutkę patriotyczną, został zalany przez komercyjny libkowski badziew. Ale też zabrakło u pisowców pewnego zmysłu do popkultury. Skoro za recenzowanie różnych dziełek brali się Tekieli i różne nawiedzone panienki zakochane w papieżu-peroniście lub uważające, że "anime to japoński satanizm", to tak się to musiało skończyć. Trzeba było tworzyć kawaii-prawicę, a nie grzeczną szkółkę biblijną!

Problemem PiS stało się to, że zaczął być postrzegany jako partia konfesyjna, reprezentująca wyłącznie konserwatywnych katolików. A przecież by być zwolennikiem silnego, scentralizowanego państwa nie trzeba być katolikiem, chrześcijaninem czy nawet monoteistą. Marek Jurek jojczył swego czasu na "pogańską prawicę". Tymczasem owa "pogańska" - może nawet nie prawica, co opcja niepodległościowa - bardzo by się nam przydała. Nie mam też nic przeciwko buddyjskim czy islamskim niepodległościowcom. Przykład gen. Karaszewicza-Tokarzewskiego pokazuje natomiast, że przydatna może być też okultystyczno-ezoteryczna frakcja w opcji niepodległościowej. Jako katolicki ezoteryk mógłbym budować mosty między frakcjami :)

Inną sprawą jest mentalność młodego pokolenia. Mówi się, że jest ono "wolnościowe", ale przecież mocno opowiada się ono za klimatycznym zamordyzmem i lewicowym purytanizmem. Nauczyciele i media poważnie ich wystraszyły, że "świat się kończy z powodu katastrofy klimatycznej". Wyobrażają sobie oni, że jak się zakaże posiadania samochodów spalinowych, to po prostu wszyscy przesiądą się na elektryki. Według nich ciepło bierze się po prostu z kaloryfera, światło z żarówki, jedzenie z lodówki, a pieniądze z bankomatu. Stan ich orientacji w polityce odzwierciedla poniższy filmik z kanału Matura to Bzdura. Panienka pytana o zdjęcie Tuska, zastanawia się czy to "król Polski?". Tak to jest, jeśli informacje o świecie bierze się od różnych zjebów z YouTube czy TikToka. Zjebów, którzy dymają młodych w przenośni i całkiem dosłownie. ("Nie jestem pedofilem. Jestem feministą" - Krzysztof Gonciarz.)




Mieszkańcy Polski ogólnie słabo interesują się polityką zagraniczną. Więc nie kierują się nią podczas wyborów. Plany oddania wojskom rosyjskim terenów aż do Wisły? "Ha, ha mieszkamy za Wisłą, gówno to nas obchodzi". Sondaż, w którym jako jednego z najlepszych ministrów obrony wskazano totalnego nieudacznika Klicha nie był więc anomalią. On oddawał świadomość dużej części tych Kargulów. Można się więc spodziewać, że na ewentualne zrywanie kontraktów zbrojeniowych z USA i Korea Płd. machnęliby oni ręką. Skoro gejnerał Różański mówi, że Abrams to ch...wy czołg, to w oczach przeciętnego Kargula tak musi być. Gejnerał jeździł na T-55, więc się zna. O kwestiach związanych z federalizacją UE już nawet nie warto dyskutować. To dla narodu zbyt trudne. To jak czarna magia, fizyka kwantowa czy instrukcja obsługi sprzętu AGD. Naród chce, byśmy się kochali z innymi państwami. To, że mu w Brukseli i w Berlinie będą ustalać podatki, politykę energetyczną oraz imigracyjną, jakoś go nie rusza. Państwo może znikać,  ważne, by "somsiadowi złodziejowi pierdyknęła turbina w passacie".

Taką postawę Stachniuk nazywał recydywą saską. Mieliśmy ją już w latach 2007-2015. Wówczas uratowały nas wydarzenia za granicą. A konkretnie kijowski Majdan. Gdyby nie doszło do Majdanu, Rosja zdołałaby przejąć Ukrainę metodami pokojowymi, poprzez Janukowycza. Poszłaby później na wojnę przeciwko krajom bałtyckim i Polsce. Front mielibyśmy jednak o wiele dłuższy, a w skład sił agresora wchodziłaby też podporządkowana armia ukraińska. Mielibyśmy też armię rozbrojoną przez Klicha i dowodzoną przez Różańskiego. Rosyjski potop nie zatrzymałby się na Wiśle. Zamiast kłócić się o "rozdawnictwo", aborcję i KPO leżelibyśmy w masowych grobach, wegetowalibyśmy w zgruzowanych miastach lub tłoczylibyśmy się w niemieckich obozach dla uchodźców. Jako naród mieliśmy wówczas znacznie więcej szczęścia niż rozumu...

Czy będziemy mieć szczęście również tym razem? Czy wstrząs, który sprawi, że historia przyspieszy nastąpi na Wschodzie czy na Zachodzie? Żaden scenariusz nie jest niemożliwy.

***



Największym zwycięzcą wyborów był niewątpliwie PSL. Jego lider Kosiniak-Kamysz bardzo zaś przypomina pewnego znanego Syryjczyka i tak jak on jest z wykształcenia lekarzem. Ciekawe, czy będzie rządził w podobnym stylu? Gdyby jednak chciał on nas wciągnąć w wojnie w Strefie Gazy, musimy twardo zaprotestować. To nie nasza wojna! :)


sobota, 14 października 2023

Kompletna kompromitacja Izraela

 


(Poprzedni post został uznany za niezgodny z wytycznymi społeczności)

Wciąż nie mogę się nadziwić, czemu izraelskie wojsko i tajne służby dały taki popis olbrzymiej niekompetencji?

W przypadku służb niektórzy to tłumaczą ich grą w "szachy 4D". Jedna interpretacja mówi, że kierownictwo Shin Bet, Mosadu i Amanu jest wrogie wobec Netanjahu i chce go obalić za to, że się wziął za izraelską, aszkenazyjską, nadzwyczajną kastę sądową. Uznali więc, że trzeba olać ostrzeżenia wywiadowcze i pozwolić Hamasowi na dokonanie ataku, który skompromitowałby rząd. Problem jednak w tym, że ostrzeżenia egipskich tajnych służb o szykowanej przez Hamas wielkiej akcji dochodziły też bezpośrednio do Netanjahu. Egipcjanie byli zszokowani, że przyjął je on bardzo obojętnie. Może więc liczył na to, że mała wojna pomoże mu skonsolidować chwiejną władzę. Oba scenariusze brzydko jednak świadczą o izraelskich tajnych służbach. Są one bowiem bardziej zajęte gierkami politycznymi niż służeniem narodowi. Wygląda też na to, że służby źle oceniły skalę szykowanego ataku i liczyły na to, że łatwo powstrzyma je armia.

Zachowania izraelskiej armii nie da się jednak wyjaśnić niczym innym jak totalną niekompetencją na różnych szczeblach dowództwa i słabym wyszkoleniem żołnierzy. Hamasowi udało się nie tylko zająć teren większy od całej Strefy Gazy i swobodnie polować na cywilów w izraelskich miastach (w tym w centrum strategicznego miasta portowego jakim jest Aszkelon!), ale również łatwo zajęli oni bazy wojska izraelskiego, w których zdobyli ciężki sprzęt, taki jak transportery opancerzone i urządzenia do nasłuchu elektronicznego. Izraelskie siły pancerne były w dniu ataku co najmniej zdezorientowane. Izraelczycy stracili kilka czołgów Merkawa IV. Palestyńczykom udało się je eliminować zrzucając z dronów granaty do otwartych czołgowych włazów. Wyraźnie widać, że Hamas uważnie analizował taktykę stosowaną na Ukrainie, a Izrael tę wojnę po prostu przespał. 

W wyniku spektakularnego ataku Hamasu upadł mit potęgi militarnej Izraela, tak jak w lutym 2022 r. upadł mit supermocarstwowości Rosji. Można odnieść wrażenie, że ten mit o "wszechmocy" Izraela opierał się na oparach błyskotliwej wiktorii z 1967 r., ciężko wywalczonego zwycięstwa z 1973 r. i sprawnie przeprowadzonej inwazji na Liban z 1982 r. Faktem jest jednak to, że armia izraelska od 50 lat nie wygrała żadnej wojny z równorzędnym przeciwnikiem. Wojna libańska, była sukcesem w pierwszej fazie, ale Izrael przegrał ją strategicznie już w chwili zamachu na libańskiego prezydenta Baszira Dżemajela. Wplątał się tam w kilkanaście lat walk z Hezbollahem, które zakończyły się izraelską klęską strategiczną. Izraelowi nie udało się też złamać Hezbollahu w wojnach z 1996 r. i 2006 r. Oba starcia obfitowały zaś w kompromitacje wojskowe. Po 2006 r. Izrael prowadził jedynie walki o stosunkowo niskiej intensywności z Hamasem w Strefie Gazy. Polegały one głównie na tym, że obie strony ostrzeliwały się rakietami. Armia lądowa mocna się więc rozleniwiła. Uznała, że wystarczy Żelazna Kopuła, by chronić Izrael przez atakiem, a żołnierze mogą zająć się ważniejszymi sprawami, takimi jak nagrywanie głupich filmików na TikToka.



Skończyło się więc tak, że Hamasowcy rozwalali izraelskich żołnierzy tak jak w Call of Duty, wzięli sporo jeńców i w ciągu pierwszych dni walk zlikwidowali dowódcę "elitarnej" brygady Nahal płka Jonatana Steinberga.  Ciekawie będzie jak niekompetentne wojska izraelskie wkroczą do zgruzowanej Strefy Gazy. Wielu z tych młodych chłopców i dziewcząt z IDF wróci do domów w trumnach. Hezbollah jest jak na razie zadziwiająco powściągliwy, ale front północny też może zapłonąć...



Hamasowcy oczywiście rozwalali nie tylko izraelskich żołnierzy. W ciągu jednego dnia zabili też ponad 1000 cywilów i sporo ich też wzięli na zakładników. Atak na paralotniach na festiwal rave nad granicą był po prostu memicznym terrorystycznym majstersztykiem. Do masakr doszło też w kibucach położonych na południu Izraela.  Nigdy nie wątpiłem w rzeźnickie umiejętności hamasowców, ale tym razem byli oni nad wyraz kreatywni. Zabić jakąś staruszkę, wziąć jej telefon i wrzucić filmik z jej zakrwawionymi zwłokami na jej facebookowego walla, by strollować jej rodzinę? Dla nich nic trudnego. Dodajmy, że nie zabijali oni tylko Żydów, czy też obcokrajowców mogących za Żydów uchodzić. Ich ofiarami stali się też gastarbeiterzy z Azji Wschodniej. Oczywiście wiele uwagi przyciągnęło to, że hamasowcy porwali Izraelczykom mnóstwo kobiet. Zapewne niemal wszystkie z nich zostały już zbiorowo zgwałcone. To sugeruje choćby nagranie pokazujące jak tryumfalnie obwozili na pick-upie nagie i połamane ciało pechowej niemieckiej imprezowiczki. Dziwić może więc inny filmik - pokazujący młodą dziewczynę porywaną przez Palestyńczyków, która z uśmiechem na ustach kręci live'a na TikToka. 

Dowodów na zbrodnie Hamasu jest mnóstwo, ale Izrael postanowił ośmieszyć się propagandowo puszczając w eter bajeczki o "40-tu dzieciach, którym ucięto głowy" i publikując zdjęcie spalonego (nie wiadomo w jakich okolicznościach) niemowlaka. No cóż, ich tradycja nakazuje przesadę w takich opisach - przypominam, że według Talmudu Nabuchodonozor zerżnął króla Sedecjasza i jego synów swoim 500-metrowym kutasem... Im więcej będzie takich historyjek, tym globalna opinia publiczna (z wyjątkiem Hindusów i amerykańskich biblijnych pojebów) bardziej będzie obojętna na rzeczywiste zbrodnie popełniane na Izraelczykach. 

Obecna wojna to również wielka kompromitacja izraelskiej dyplomacji. Wchodziła ona bowiem od wielu lat w dupę Putinowi i Ruskim. (Z tego powodu Izrael nie udzielił Ukrainie żadnej znaczącej pomocy.) Netanjahu liczył na to, że Putin pomoże mu rozwiązać problemy strategiczne Izraela. Putin jednak jak zwykle nie wchodził w żadne dyplomatyczne gierki, tylko znów bezczelnie nasrał na geopolityczną szachownicę. Hamasowcy byli szkoleni przez rosyjskich instruktorów, a cały atak niemal na pewno był skoordynowany z Teheranem i Moskwą. Zresztą hamasowcy do Moskwy jeździli - raczej nie po to, by rozmawiać tam o pogodzie. Jest oczywistym, że ten atak ma za zadanie odciągnąć uwagę świata od tego, co się dzieje na Ukrainę. Niedawno też Serbowie szykowali się do ataku na Kosowo, ale zrobili to zbyt wcześnie i musieli się wycofać pod naciskiem USA.

Jaką Izrael ma strategię przeciwko Hamasowi? Nie ma żadnej. Po prostu dyszy zemstą i chce zabić jak najwięcej Palestyńczyków i zburzyć jak najwięcej cywilnych budynków w Gazie. Stąd też "precyzyjne" naloty polegające na burzeniu całych kwartałów ulic i bombardowania kolumn z cywilami uciekającymi na południe Strefy Gazy.  W ciągu 6 dni na Strefę Gazy zrzucono 6000 bomb, podczas gdy podczas walk koalicji międzynarodowej z ISIS na o wiele rozleglejsze terytorium Państwa Islamskiego zrzucano średnio 2,5 tys. bomb miesięcznie.  Jak widać Izrael bardzo się stara przyćmić Hamas pod względem skali zbrodni.  Bombardowanie Gazy niewiele się różni od rosyjskich zbrodni w Mariupolu. W obu miejscach zrzucano biały fosfor i niszczono całe kwartały ulic. Militarnie upokorzony Izrael sięgnął po takie same metody jak militarnie upokorzona Rosja. 

Netanjahu "wspaniałomyślnie" wezwał Palestyńczyków, by opuścili Strefę Gazy. Izraelskie lotnictwo (dobre do atakowania celów z kiepską osłoną przeciwlotniczą) zrzucało nawet ulotki, by uciekali oni na południe. Jak humanitarnie! Zupełnie jak w Warszawie po kapitulacji Powstania. Tylko, gdzie ci Palestyńczycy mają uciekać? Egipt nie chce ich przyjąć - słusznie obawiając się, że go zdestabilizują tak jak wcześniej palestyńscy uchodźcy wywołali wojnę domową w Libanie i próbowali obalić monarchię w Jordanii. Palestyńczycy mogą więc próbować płynąć na Cypr - co byłoby totalną katastrofą dla tego pięknego kraju i dla Unii Europejskiej. Izrael kreuje więc swoją barbarzyńską, "biblijną" polityką nowy kryzys imigracyjny dla Europy. Zachód i południe UE już i tak trzeszczy w szwach z powodu tego konfliktu. Hamas ma w Europie dużo więcej zwolenników niż w Strefie Gazy. Zachodnie libki ukręciły sobie bat na własne dupy prowadząc przez kilka dekad liberalną politykę imigracyjną. Gdyby w Brukseli zasiadali ludzie kompetentni, to zagroziliby Izraelowi sankcjami (konfiskata majątków izraelskich firm i obywateli w UE, zakaz lotów komercyjnych z i do Izraela, zakaz eksportu do Izraela produktów zaawansowanych technologicznie, paliw i drewna), ale tego nie zrobią. Zamiast tego zwykli ludzie mogą częśćiej przyłączać się do bojkotu ekonomicznego Izraela. Jeśli zaś decydenci z Tel Avivu znów wpadną na "genialny" pomysł zrażania sobie Polaków pluciem na ich przodków i oskarżaniem ich o udział w Holokauście, zawsze możemy przypomnieć im palestyńskie dzieci, które izraelskie bomby paliły i rozrywały w Gazie. (Izrael wyłącznie na własne życzenie w ostatnich latach stracił sympatię 80 proc. Polaków.)

Na koniec kilka ciekawostek:

W 2006 r. "Gazeta Wyborcza" dała na pierwszej stronie nagłówek: "Dajmy Hamsowi szansę". Poniżej był artykuł "Straszni ludzie rządzą Polską".

W 2014 r. Hamas pozwał UE przed TSUE za wpisanie go na listę organizacji terrorystycznych. Nadzwyczajna sędziowska kasta z TSUE orzekła na jego korzyść :))))))

Trzy miesiące temu wysłannik UE Sven Kuhn von Burgsdorff wykonał natomiast lot na paralotni do Strefy Gazy mający promować wolność dla Palestyny. Nie był wówczas świadomy tego, że jego akcja stanie się memiczna. 

***

Dzisiaj wrzuciłem dwa wpisy. Poprzedni - będący relacją z podróży do Tunezji -

Totalna kompromitacja Izraela

 


Wciąż nie mogę się nadziwić, czemu izraelskie wojsko i tajne służby dały taki popis olbrzymiej niekompetencji?

W przypadku służb niektórzy to tłumaczą ich grą w "szachy 4D". Jedna interpretacja mówi, że kierownictwo Shin Bet, Mosadu i Amanu jest wrogie wobec Netanjahu i chce go obalić za to, że się wziął za izraelską, aszkenazyjską, nadzwyczajną kastę sądową. Uznali więc, że trzeba olać ostrzeżenia wywiadowcze i pozwolić Hamasowi na dokonanie ataku, który skompromitowałby rząd. Problem jednak w tym, że ostrzeżenia egipskich tajnych służb o szykowanej przez Hamas wielkiej akcji dochodziły też bezpośrednio do Netanjahu. Egipcjanie byli zszokowani, że przyjął je on bardzo obojętnie. Może więc liczył na to, że mała wojna pomoże mu skonsolidować chwiejną władzę. Oba scenariusze brzydko jednak świadczą o izraelskich tajnych służbach. Są one bowiem bardziej zajęte gierkami politycznymi niż służeniem narodowi. Wygląda też na to, że służby źle oceniły skalę szykowanego ataku i liczyły na to, że łatwo powstrzyma je armia.

Zachowania izraelskiej armii nie da się jednak wyjaśnić niczym innym jak totalną niekompetencją na różnych szczeblach dowództwa i słabym wyszkoleniem żołnierzy. Hamasowi udało się nie tylko zająć teren większy od całej Strefy Gazy i swobodnie polować na cywilów w izraelskich miastach (w tym w centrum strategicznego miasta portowego jakim jest Aszkelon!), ale również łatwo zajęli oni bazy wojska izraelskiego, w których zdobyli ciężki sprzęt, taki jak transportery opancerzone i urządzenia do nasłuchu elektronicznego. Izraelskie siły pancerne były w dniu ataku co najmniej zdezorientowane. Izraelczycy stracili kilka czołgów Merkawa IV. Palestyńczykom udało się je eliminować zrzucając z dronów granaty do otwartych czołgowych włazów. Wyraźnie widać, że Hamas uważnie analizował taktykę stosowaną na Ukrainie, a Izrael tę wojnę po prostu przespał. 




W wyniku spektakularnego ataku Hamasu upadł mit potęgi militarnej Izraela, tak jak w lutym 2022 r. upadł mit supermocarstwowości Rosji. Można odnieść wrażenie, że ten mit o "wszechmocy" Izraela opierał się na oparach błyskotliwej wiktorii z 1967 r., ciężko wywalczonego zwycięstwa z 1973 r. i sprawnie przeprowadzonej inwazji na Liban z 1982 r. Faktem jest jednak to, że armia izraelska od 50 lat nie wygrała żadnej wojny z równorzędnym przeciwnikiem. Wojna libańska, była sukcesem w pierwszej fazie, ale Izrael przegrał ją strategicznie już w chwili zamachu na libańskiego prezydenta Baszira Dżemajela. Wplątał się tam w kilkanaście lat walk z Hezbollahem, które zakończyły się izraelską klęską strategiczną. Izraelowi nie udało się też złamać Hezbollahu w wojnach z 1996 r. i 2006 r. Oba starcia obfitowały zaś w kompromitacje wojskowe. Po 2006 r. Izrael prowadził jedynie walki o stosunkowo niskiej intensywności z Hamasem w Strefie Gazy. Polegały one głównie na tym, że obie strony ostrzeliwały się rakietami. Armia lądowa mocna się więc rozleniwiła. Uznała, że wystarczy Żelazna Kopuła, by chronić Izrael przez atakiem, a żołnierze mogą zająć się ważniejszymi sprawami, takimi jak nagrywanie głupich filmików na TikToka.



Skończyło się więc tak, że Hamasowcy rozwalali izraelskich żołnierzy tak jak w Call of Duty, wzięli sporo jeńców i w ciągu pierwszych dni walk zlikwidowali dowódcę "elitarnej" brygady Nahal płka Jonatana Steinberga.  Ciekawie będzie jak niekompetentne wojska izraelskie wkroczą do zgruzowanej Strefy Gazy. Wielu z tych młodych chłopców i dziewcząt z IDF wróci do domów w trumnach. Hezbollah jest jak na razie zadziwiająco powściągliwy, ale front północny też może zapłonąć...



Hamasowcy oczywiście rozwalali nie tylko izraelskich żołnierzy. W ciągu jednego dnia zabili też ponad 1000 cywilów i sporo ich też wzięli na zakładników. Atak na paralotniach na festiwal rave nad granicą był po prostu memicznym terrorystycznym majstersztykiem. Do masakr doszło też w kibucach położonych na południu Izraela.  Nigdy nie wątpiłem w rzeźnickie umiejętności hamasowców, ale tym razem byli oni nad wyraz kreatywni. Zabić jakąś staruszkę, wziąć jej telefon i wrzucić filmik z jej zakrwawionymi zwłokami na jej facebookowego walla, by strollować jej rodzinę? Dla nich nic trudnego. Dodajmy, że nie zabijali oni tylko Żydów, czy też obcokrajowców mogących za Żydów uchodzić. Ich ofiarami stali się też gastarbeiterzy z Azji Wschodniej. Oczywiście wiele uwagi przyciągnęło to, że hamasowcy porwali Izraelczykom mnóstwo kobiet. Zapewne niemal wszystkie z nich zostały już zbiorowo zgwałcone. To sugeruje choćby nagranie pokazujące jak tryumfalnie obwozili na pick-upie nagie i połamane ciało pechowej niemieckiej imprezowiczki. Dziwić może więc inny filmik - pokazujący młodą dziewczynę porywaną przez Palestyńczyków, która z uśmiechem na ustach kręci live'a na TikToka. 

Dowodów na zbrodnie Hamasu jest mnóstwo, ale Izrael postanowił ośmieszyć się propagandowo puszczając w eter bajeczki o "40-tu dzieciach, którym ucięto głowy" i publikując zdjęcie spalonego (nie wiadomo w jakich okolicznościach) niemowlaka. No cóż, ich tradycja nakazuje przesadę w takich opisach - przypominam, że według Talmudu Nabuchodonozor zerżnął króla Sedecjasza i jego synów swoim 500-metrowym kutasem... Im więcej będzie takich historyjek, tym globalna opinia publiczna (z wyjątkiem Hindusów i amerykańskich biblijnych pojebów) bardziej będzie obojętna na rzeczywiste zbrodnie popełniane na Izraelczykach. 

Obecna wojna to również wielka kompromitacja izraelskiej dyplomacji. Wchodziła ona bowiem od wielu lat w dupę Putinowi i Ruskim. (Z tego powodu Izrael nie udzielił Ukrainie żadnej znaczącej pomocy.) Netanjahu liczył na to, że Putin pomoże mu rozwiązać problemy strategiczne Izraela. Putin jednak jak zwykle nie wchodził w żadne dyplomatyczne gierki, tylko znów bezczelnie nasrał na geopolityczną szachownicę. Hamasowcy byli szkoleni przez rosyjskich instruktorów, a cały atak niemal na pewno był skoordynowany z Teheranem i Moskwą. Zresztą hamasowcy do Moskwy jeździli - raczej nie po to, by rozmawiać tam o pogodzie. Jest oczywistym, że ten atak ma za zadanie odciągnąć uwagę świata od tego, co się dzieje na Ukrainę. Niedawno też Serbowie szykowali się do ataku na Kosowo, ale zrobili to zbyt wcześnie i musieli się wycofać pod naciskiem USA.

Jaką Izrael ma strategię przeciwko Hamasowi? Nie ma żadnej. Po prostu dyszy zemstą i chce zabić jak najwięcej Palestyńczyków i zburzyć jak najwięcej cywilnych budynków w Gazie. Stąd też "precyzyjne" naloty polegające na burzeniu całych kwartałów ulic i bombardowania kolumn z cywilami uciekającymi na południe Strefy Gazy.  W ciągu 6 dni na Strefę Gazy zrzucono 6000 bomb, podczas gdy podczas walk koalicji międzynarodowej z ISIS na o wiele rozleglejsze terytorium Państwa Islamskiego zrzucano średnio 2,5 tys. bomb miesięcznie.  Jak widać Izrael bardzo się stara przyćmić Hamas pod względem skali zbrodni.  Bombardowanie Gazy niewiele się różni od rosyjskich zbrodni w Mariupolu. W obu miejscach zrzucano biały fosfor i niszczono całe kwartały ulic. Militarnie upokorzony Izrael sięgnął po takie same metody jak militarnie upokorzona Rosja. 

Netanjahu "wspaniałomyślnie" wezwał Palestyńczyków, by opuścili Strefę Gazy. Izraelskie lotnictwo (dobre do atakowania celów z kiepską osłoną przeciwlotniczą) zrzucało nawet ulotki, by uciekali oni na południe. Jak humanitarnie! Zupełnie jak w Warszawie po kapitulacji Powstania. Tylko, gdzie ci Palestyńczycy mają uciekać? Egipt nie chce ich przyjąć - słusznie obawiając się, że go zdestabilizują tak jak wcześniej palestyńscy uchodźcy wywołali wojnę domową w Libanie i próbowali obalić monarchię w Jordanii. Palestyńczycy mogą więc próbować płynąć na Cypr - co byłoby totalną katastrofą dla tego pięknego kraju i dla Unii Europejskiej. Izrael kreuje więc swoją barbarzyńską, "biblijną" polityką nowy kryzys imigracyjny dla Europy. Zachód i południe UE już i tak trzeszczy w szwach z powodu tego konfliktu. Hamas ma w Europie dużo więcej zwolenników niż w Strefie Gazy. Zachodnie libki ukręciły sobie bat na własne dupy prowadząc przez kilka dekad liberalną politykę imigracyjną. Gdyby w Brukseli zasiadali ludzie kompetentni, to zagroziliby Izraelowi sankcjami (konfiskata majątków izraelskich firm i obywateli w UE, zakaz lotów komercyjnych z i do Izraela, zakaz eksportu do Izraela produktów zaawansowanych technologicznie, paliw i drewna), ale tego nie zrobią. Zamiast tego zwykli ludzie mogą częśćiej przyłączać się do bojkotu ekonomicznego Izraela. Jeśli zaś decydenci z Tel Avivu znów wpadną na "genialny" pomysł zrażania sobie Polaków pluciem na ich przodków i oskarżaniem ich o udział w Holokauście, zawsze możemy przypomnieć im palestyńskie dzieci, które izraelskie bomby paliły i rozrywały w Gazie. (Izrael wyłącznie na własne życzenie w ostatnich latach stracił sympatię 80 proc. Polaków.)

Na koniec kilka ciekawostek:

W 2006 r. "Gazeta Wyborcza" dała na pierwszej stronie nagłówek: "Dajmy Hamsowi szansę". Poniżej był artykuł "Straszni ludzie rządzą Polską".

W 2014 r. Hamas pozwał UE przed TSUE za wpisanie go na listę organizacji terrorystycznych. Nadzwyczajna sędziowska kasta z TSUE orzekła na jego korzyść :))))))

Trzy miesiące temu wysłannik UE Sven Kuhn von Burgsdorff wykonał natomiast lot na paralotni do Strefy Gazy mający promować wolność dla Palestyny. Nie był wówczas świadomy tego, że jego akcja stanie się memiczna. 

***

Dzisiaj wrzuciłem dwa wpisy. Poprzedni - będący relacją z podróży do Tunezji - jest tutaj i zachęcam do jego komentowania. 



Impresje z Tunezji

 


Moja "klątwa wyjazdowa" tym razem zadziałała o wiele mocniej. Kiedyś ginęli podczas moich wojaży znani ludzie, teraz zaczęła się bliskowschodnia wojna. Tym razem byłem w świecie arabskim, ale bardzo daleko od Izraela - w Tunezji. Jak pewnie część z Was się orientuje, Tunezja to kraj świecki i socjalistyczny, więc nie widać było tam na ulicach demonstracji radości po uderzeniu Hamasu. To nie Berlin czy Paryż. Owszem, widziało się propalestyńskie graffitti, ale były one tam od dawna. Środki bezpieczeństwa przy słynnej sefardyjskiej synagodze na Dżerbie były natomiast dosyć umiarkowane. Przypominam, że Tunezja ma problem z imigrantami z Afryki Susaharyjskiej. Widziałem ich tam stosunkowo niewielu (mniej niż w mojej dzielnicy :) - może byli zajęci organizowaniem sobie łódek w porcie Sfax. Unia Europejska obiecała Tunezji miliardy euro za powstrzymanie ich napływu, ale z obietnicy się nie wywiązała, wstrzymując pierwszą transzę wypłaty. Obrażony tunezyjski prezydent Kamal Said odesłał więc Brukseli 52 mln euro, a Lampedusa znów zaczęła być zalewana Subsaharyjczykami. Genialni ci eurokraci...

Ja natomiast byłem w Tunezji całkowicie legalnie. Po raz pierwszy od 12 lat byłem na objazdówce. Dosyć dobrze zorganizowanej, podczas której przejechałem 2500 km - nie tylko autokarem, ale też terenówką na Saharze. Dawałem z tej podróży takie relacje:






"Widziałem jak muzułmanka (nosząca hidżab) uciekała przed kotem. Kotek ciekawej rasy, ale typowo restauracyjny, miauczący o resztki że stołu. Gdy się w popłochu podniosła od stolika, kotek za nią pobiegł miaucząc. Obserwowałem to popijając lokalne piwo o nazwie... Celtia. Czyżby pofrancuski browar? Wcześniej posiliłem się streetfoodem - smażoną kanapką o nazwie mlawi z frytkami z majonezem. (Ach te belgijskie akcenty w Afryce! Jak za czasów Gana-Ganowicza!). Popijając piwo relaksowalem się widokiem na nadmorską ulicę w Monastirze. Gdy z minaretu odezwał się muezin, ulicą przechodziły dwie młode Tunezyjki (tak przynajmniej zakładam, bo szwargotały po arabsku i były opalone na "kawę z mlekiem"). Bez hidżabów. Jedna miała na sobie czarny podkoszulek a była naprawdę hojnie obdarzona przez naturę. Podkoszulek ledwie powstrzymywał jej podskakujące bufory. A ja widziałem to z tarasu restauracji. Roześmiała się jak zobaczyła moją minę. A ja się tylko zastanawiałem czy tak wyglądały kobiety w Kartaginie..."



Wszystkie 






"Poleganie na przekazach rzymskich historyków jest równie ryzykowne jak uczenie się historii Holokaustu z książek Jana Grabowskiego. Rzymianie po prostu kłamali na potęgę, zmyślali i nadawali obcym ludom nazwy wzięte z d... (Gdyby za Renem żyli Chińczycy, to Rzymianie nazwaliby ich Germanami.) Wyobraźmy więc sobie jak musieli oni kłamać o swoim wrogu strategicznym - Kartaginie. Pisali, że Kartagińczycy składali swoje dzieci w ofierze Baalowi w miejscu zwanym tophet. Mieli tam zabić 20 tys. dzieci i spalić je na stosach ofiarnych. Byłem dziś w ruinach tophet. Głównie widać tam resztki nagrobków dziecięcych. Czy jednak darom ofiarnym stawia się z pietyzmem rzeźbione nagrobki? Tak się składa, że w Kartaginie zmarłe dzieci kremowano. Zmarłe też z przyczyn naturalnych. 20 tys. pochowanych to liczba obejmująca kilkaset lat. Możliwe, że rzeczywiście kiedyś zabijano tam dzieci, ale wiele wskazuje, że w czasach wojen punickich tego zwyczaju od wieków już nie praktykowano. Nie ma bowiem żadnych śladów archeologicznych po takich rytuałach. Tophet mógł być więc po prostu cmentarzem dziecięcym, na którym dusze zmarłych dzieci polecano w opiece Baalowi i Tanit. Baj de łej: Baal to nie imię boga, tylko przydomek oznaczający "Pana". Moloch to natomiast przydomek "król"."







Wzgórze Birsa to miejsce, w którym założono Kartaginę. Dzisiaj jest na nim muzeum i pozbawiona krzyży na wieżach dawna katedra św. Ludwika. Została ona przekazana państwu tunezyjskiemu w 1964 r. na mocy porozumienia ze Stolicą Apostolską. Teraz odbywają się tam koncerty i pokazy mody. Tunezyjscy socjaliści nie chcieli jej przerobić na meczet, a nie wiedzieli do końca co z nią zrobić... W samym centrum Tunisu, przy Rue Burghiba jest tylko jedna świątynia. I nie jest nią meczet, tylko kościół Notre Damme de Carthage, czyli siedziba arcybiskupa Tunisu. Na jej wieżach są koptyjskie krzyże, a w środku zauważyłem obrazek z bł. prymasem Wyszyńskim. Wejście do katedry wiedzie bramą z bocznej uliczki. Pilnuje go siedzący pod namiotem policjant z karabinem maszynowym. W pobliżu jest siedziba bezpieki. Katolicy mogą więc czuć się bezpiecznie. Rue Burghiba przechodzi w zadrzewioną Rur się France, która prowadzi na arabski Suk. Czuć dziedzictwo kolonialne...





Przy kebabowni sklep rzeźnika pod którym chodzą sobie owieczki. I od razu widać, że łańcuch dostaw jest prosty, krótki i lokalny. Jadąc przez tunezyjską prowincję możemy zobaczyć czasem rolników orzących za pomocą koni. Na horyzoncie turbiny wiatrowe. Dwie epoki w jednym miejscu. Cześć Tunezji obejmująca przylądek Bon jest bardziej zielona. To rolnicze serce kraju. Kiedyś to był spichlerz Rzymu. Ale klimat był wówczas nieco inny...




Z Fortu Kelibia czasem widać włoską wyspę Pantaleria. Włosi byli w tej twierdzy w latach 1942-1943. Subsaharyjczyków z pontonami jakoś nie widać. (W Tunisie widziałem tylko kilku przybyszów z Afryki Subsaharyjskiej - ale pewnie byłem zbyt krótko.) Jest za to dzielnica willowa zwana Małą Sycylią. Włosi ponoć lubią spędzać emeryturę w Tunezji. Bo taniej. Subsydiowany olej napędowy jest tu za równowartość 3 zł za litr. Cena bagietki nie zmieniła się od lat 80-tych i wynosi równowartość 30 gr. (Nie ma za to żadnych zasiłków dla bezrobotnych i chorobowego.) Włoski emeryt może tu więc w miarę dobrze pożyć - poza strefą euro. Ukrywał się tu też przed prokuraturą były socjalistyczny premier Craxi. Berlusconi lubił zaś miejscowe dziewczyny...







Kairuan to ponoć czwarte najświętsze miejsce islamu. Jest tutaj mauzoleum... fryzjera Proroka Mahometa. Przy jego grobie, miły milczący strażnik bierze od turystów komórki i robi dla nich zdjęcia wnętrza sali z sarkofagiem, przypominając od czasu do czasu o "co łaska". W wielkim meczecie interesujący zegar słoneczny i mnóstwo kolumn. Nie ma tam chyba żadnej takiej samej - wszystkie są z recyklingu że starszych rzymskich i bizantyńskich budowli. Obok urokliwa Medina, czyli bazar za murami. Jest tam też studnia napędzana wielbłądzim kieratem. Wielbłąd robi dwa okrążenia dla turystów i odpoczywa. Po pracy schodzi ponoć po schodach wąską uliczką.






Dzisiaj trafiłem na Tatooine, czyli w miejsce gdzie mieszkał Anakin Skywalker. Dekoracja z planu Gwiezdnych Wojen jest wciąż na tunezyjskiej pustyni. Dojechałem tam terenową Toyotą prowadzoną przez lokalsa. Nie, nie z Państwa Islamskiego. Przez miejscowego Berbera w turbanie miesiącego że po powrocie z travail do maison lubi sobie wypić piwo. Wcześniej byłem w górskiej oazie w której kręcono Angielskiego Pacjenta. (Granica z Algierią jest kilkanaście kilometrów dalej. ) Sahara hipnotyzuje nieskończoną przestrzenią z piachem. Czasem biegają po nie wielbłądy, czasem śmigają kolesie w terenowych Toyotach, ale Subsaharyjczyków nie widziałem...







W miejscu gdzie była dekoracja do Gwiezdnych Wojen, dzieciaki namawiały turystów do zdjęć z małymi fenekami. Fenek to taki uszasty pustynny lisek. Wygląda słodko, ale może ugryźć, więc takie fotki są odradzane.





Dzisiaj znów byłem na Tatooine - tym razem w domu Larsów koło berberyjskiej miejscowości Matmata. Jest tam hotel, bar i mała izba pamięci z pancerzem szturmowca, zdjęciami z planu i... kartami kolekcjonerskimi. Lucas miał super pomysł by kręcić na tunezyjskiej pustyni. Może studio było droższe?






Mieszkam teraz w hotelu przypominającym Flintstonów. Nawiązuje on architekturą do tradycyjnych - jaskiniowych domów Berberów. Owi pierwotni mieszkańcy tych ziem, chronili się w górach przed arabskimi nachodźcami. Miałem okazję zwiedzić jedno z takich siedlisk - obecnie będącym małym muzeum i knajpką. Poczęstowani zostaliśmy plackami z oliwą i miodem. Berberyjski alfabet wygląda intrygująco... Jak jakieś jaskiniowe symbole... Intrygująco wygląda też podejście Berberów do religii. Kiedyś wierzyli w duchy przodków i czcili swoich bohaterów. Później przyjmowali zarówno islam, chrześcijaństwo jak i... judaizm. A baraninę robią świetną!






Na wyspie Dżerbie odwiedziłem sefardyjską synagogę ponoć mającą korzenie już w czasach po upadku pierwszej świątyni. Była pobieżna kontrola bezpieczeństwa - mocniej tu dbają o sprawdzenie czy strój jest godny miejsca. Sam budynek, choć z zewnątrz niepozorny, to w środku ładnie dekorowany. Inny od typowych aszkenazyjskich synagog. W sali z bimą (kazalnicą) trzeba zdjąć buty jak w meczecie. Mili Sefardyjczycy dają tam po pocztówce na której należy napisać prośbę do Najwyższego, którą się wkłada do specjalnej gabloty. Poprosiłem oczywiście o 6 mln szekli i harem biuściastych służek. Jakiś dziadzio - może rabin - śpiewał psalm. Z ciekawym akcentem... W Tunezji wciąż żyje 15 tys. wyznawców judaizmu - berberskich konwertytów i Żydów. Naprawdę lubię Sefardyjczyków...





W dawnych czasach kobiety na Dżerbie bynajmniej nie zasłaniały twarzy. Nosiły za to słomkowe kapelusze z wstążkami. Biała wstążka - singielka. Czerwona - mężatka. Różowa - mąż jest obecnie poza wyspą. Aluzja oczywista. W Muzeum Etnograficznym, ciekawy manekin przedstawiający kobietę z gór Rif. Pod kapeluszem, blond włosy. To nie pomyłka. Zdarzają się tam blondynki, co tłumaczone jest spadkiem po Wandalach i... Francuzach. U Berberyjek można natomiast spotkać wiele dziewczyn z zielonymi oczami. Przypominam: Berberowie to lud pierwotnie zamieszkujący te ziemie. Niektórzy widzą w nim potomków mieszkańców Atlantydy.




Polonizacja Tunezji postępuje w szybkim tempie. W skansenie na Dżerbie miejscowy pan muzealnik całkiem dobrą polszczyzną odstawił niezłą komedię. Pokazując paniom jak wyplatać włókna palmy, zagadywał do nich w stylu: "zielona dziewczyno, czy masz męża, czy jest dla Ciebie dobry". Młodszej powiedział: "Młode mnie nie interesują, wolę stare" i wskazał te, do których się zalecał. Po czym zaproponował młodej blondynce, że "mój dziadek byłby tobą zainteresowany, jest bogaty. Ile wielbłądów ma? 32". Musi mieć niezłą zabawę z tyloma grupami turystów...

Ciekawostka: Tunezja to kraj w 99 proc. islamski, ale pod względem spożycia alkoholu per capita zajmuje 9 miejsce na świecie. Tunezyjczycy piją więcej niż np. Niemcy'."

***

O wojnie izraelsko-palestyńskiej będzie dzisiaj oddzielny wpis. Nie zadawajcie więc głupich pytań w stylu: "a czemu nic nie napisałeś o wojnie?!".