sobota, 29 sierpnia 2020

Mrs America vs Rewolucja w Ameryce

 


"Wygląda jak Barbie, mówi jak George Wallace" - tak feminiski (z dużą dozą zawiści) mówiły w latach 70-tych o Phyllis Schalfly, konserwatywnej działaczce, która postanowiła forsowaną przez nie Poprawkę o Równouprawnieniu (ERA). Phyllis został niedawno sportretowana w znakomitym (nie licząc ostatnich dwóch odcinków) serialu "Mrs. America". Grała ją tam Cate Blanchett. I zagrała ją równie wspaniale, jak Russell Crowe zagrał Rogera Ailesa w serialu "Na cały głos".


Feministki miały z Phyllis wielki ból d... W serialu widzimy jak podczas debaty Betty Friedan, nestorka ruchu, wrzeszczy na nią: "Spalę cię na stosie czarownico!". Słyszymy tam też z ich strony docinki w stylu "na pewno nie jest prawdziwą blondynką!". (W czym miały rację, bo na starszych fotkach - takiej jak zamieszczona poniżej jej fotografia ślubna - Phyllis jest brunetką.) Przede wszystkim nie podobało im się, że była ona kobietą sukcesu. Phyllis była przedstawicielką wojennego "Najwspanialszego Pokolenia". Gdy studiowała, dorabiała sobie jako inżynier balistyczny w fabryce amunicji. Później pisała prace naukowe dotyczące wojny nuklearnej. W 1964 r. napisała też bestsellerową książkę "A Choice Not an Echo" poświęconą kulisom wyborów prezydenckich w USA. Bardzo mocno angażowała się wówczas w kampanię Barry'ego Goldwatera. I w walkę przeciwko komunizmowi. A jednocześnie wychowała sześcioro dzieci i przedstawiała się  jako dumna gospodyni domowa. Wydawała niszowy, konserwatywno-antykomunistyczny biuletyn dla innych gospodyń domowych. I pewnego dnia postanowiła zwrócić uwagę opinii publicznej na niebezpieczeństwa związane z feministyczną poprawką ERA.


Jej aktywizm był początkowo uznawany za totalne wariactwo. ERA miała bowiem przytłaczające poparcie zarówno demokratów jak i republikanów. Nikt nie chciał się przeciwstawiać poprawce mówiącej o "równości". Phyllis zwracała jednak uwagę politykom na jedną ważną kwestię: w USA obowiązywało już wówczas ustawodawstwo przeciwdziałające dyskryminacji płciowej (w jej stanie jedynym dyskryminującym prawem był precedens zabraniający żonie warzenia piwa bez zgody męża :), po co więc dodatkowo poprawka do konstytucji? Zwróciła też uwagę, że w tekście poprawki nie pada nigdzie słowo o "prawach kobiet", tylko o "płciach". Wskazywała, że jest to wytrych dla wprowadzenia małżeństw homoseksualnych, neutralnych płciowo toalet i poboru dziewczyn do wojska. "Wasze córki poślą na wojnę, a synowie będą niańczyć dzieci. Wyobrażacie to sobie?". Wówczas wielu ludzi uznało, że ona przesadza. Phyllis zdołała jednak zmobilizować tysiące gospodyń domowych do walki przeciwko ERA. Uświadomiła im, że celem tej poprawki jest odebranie im pewnych przywilejów ekonomicznych pozwalających na prowadzenie takiego życia. (Feministki otwarcie mówiły, że chodzi im o wypchnięcie pań domu na rynek pracy a dzieci do przedszkoli.) W tej batalii po jednej stronie była grupka feministek mających ogromne wsparcie administracji (Nixona, Forda, Cartera), wielkiego biznesu i mediów a po drugiej garstka zdeterminowanych pań domu, które wręczały stanowym politykom własnoręcznie upieczone bochenki chleba z karteczkami "Dla zarabiających na życie, od tych, które sprawiają, że życie jest warte przeżycia". Kampania Phyllis okazała się zadziwiająco skuteczna. Ratyfikacja ERA przez stany opóźniała się. Kongres przyznał feministkom - łamiąc procedury - dodatkowe trzy lata na jej przeprowadzenie. Im mniej czasu na to było, tym feministki bardziej odchodziły od zmysłów i zachowywały się w sposób głupi i prowokacyjny, zrażając tym zwykłych ludzi. W jednym ze stanowych kapitolów obrzuciły stanowych kongresmenów torebkami ze świńską krwią. ERA oczywiście upadła.




Po obejrzeniu serialu "Mrs. America" przeczytałem kilka książek Phyllis m.in. "The Flipside of Feminism" i "Who killed the American Family?". Dają one niezły pogląd jak zmieniało się amerykańskie społeczeństwo a jednocześnie jak niezmienna pozostaje ludzka natura. Phyllis pokazuje m.in. na sondaże, które czy to w latach 70., 80., 90. i 00. wskazywały niezmiennie na to, że przeważająca większość kobiet myśli o małżeństwie i posiadaniu dzieci. I że zrezygnowałaby z pracy na rzecz dzieci i domu, gdyby miała taką możliwość. Amerykańskie kobiety oczywiście pracowały zawodowo na długo przed feminizmem i wszelkimi innymi -izmami. Bardzo rzadko stawiały jednak karierę zawodową na pierwszym miejscu - do czego ich przekonywały feministki. (W latach 50. wiele amerykańskich gospodyń domowych dorabiało sobie czy to szyciem czy to korepetycjami - zawsze jednak w małym wymiarze godzin i zwykle wtedy gdy dzieci były w szkole.) Współcześnie Amerykanki marnują lata swojej młodości na śmieciowe studia, na które się mocno zadłużają i śmieciowe prace, by spłacić to zadłużenie. A zegar biologiczny w tym czasie tyka... Te Amerykanki, które mają dzieci często wybierają płacę w niepełnym wymiarze godzin (i stąd cała mityczna "luka płacowa"), a gdy mają okazję poznać bogatszego męża przestają pracować (tak jak pewna bankierka inwestycyjna, która zakończyła karierę, gdy poznała lepiej zarabiającego od siebie finansistę.) Na rynek pracy wypychają je jednak potężne siły ekonomiczne i prawne. Po tym jak w latach 60. wprowadzono w Kalifornii tzw. "unilateral divorce" (rozwód bez doszukiwania się winy), coraz więcej kobiet chwytało się kariery zawodowej, by być zabezpieczonymi na wypadek porzucenia przez męża. Z drugiej strony mężczyźni mieli coraz mniej impulsów do małżeństwa. Małżeństwo jak wiadomo jest główną przyczyną rozwodów i utraty majątków. O ile w latach 70. Phyllis broniła instytucji alimentów jako słusznego zabezpieczenia dla kobiet, które RZECZYWIŚCIE pracowały w domu, to później piętnowała patologię systemu alimentacyjnego i przemysłu rozwodowego. (Np. to, że zakładnik, który był trzymany przez wiele miesięcy w Iraku przez terrorystów, po uwolnieniu i powrocie do USA został aresztowany na lotnisku, bo będąc w niewoli u al-Kaidy nie płacił alimentów.) Mężczyzn do małżeństwa zniechęca również przekonanie, że ich kobiety będą zaniedbywały dbanie o dom i dzieci i zrzucały obowiązki na nich. Dawniej to żona zajmowała się małym dzieckiem, a mąż brał nadgodziny, by opłacić potrzeby powiększonej rodziny. Teraz kobieta ma jak najszybciej wracać do śmieciowej, nisko płatnej pracy a mężczyzna ma iść na tacierzyński. Facet nie ma poczucia, że będzie nawet nominalnie rządził w domu. Jest razem z jedną kobietą od wielu lat. Ona chciałaby małżeństwa. A on obawia się, że jej boomerscy rodzice i system edukacji nawpychali jej tyle siana do mózgu, że małżeństwo z nią będzie pułapką. Amerykańska rodzina, taka jak w złotych latach 50., staje się gatunkiem wymarłym. A zarówno kobiety jak i mężczyźni nie potrafią się w tym odnaleźć.



Czemu wspominam więc o jakiejś zimnowojennej gospodyni domowej, która zahamowała feminizm na przełomie lat 70. i 80.? Bo ona zrobiła coś, co wydawało się niemożliwe. Opóźniła o 20 lat proces, w który potężne siły zainwestowały olbrzymie środki. Neutralne płciowo toalety, 56 płci, gejowskie małżeństwa (i oczywiście rozwody), genderowo-pedofilska indoktrynacja, neopurytanizm narzucany hetero, któremu towarzyszy afirmacja różnych queer i panseksualizmów, a także zaprzęganie kobiet do machiny wojennej - to wszystko już jest. Gdyby nie Phyllis i jej ruch, który mocno przyczynił się do wyboru Reagana na prezydenta, to byłoby już kilkanaście lat wcześniej. Do Reagana znajomy Bushów strzelał bynajmniej nie dlatego, że chciał zaimponować Jodie Foster...



Czy czegoś ten proces Wam nie przypomina? Niedawno pojawił się trailer gry "Call of Duty: Black Ops Cold War". Szokujące było to, że wykorzystano w nim fragment wywiadu z sowieckim uciekinierem Jurijem Biezemenowem. Fragment, w którym mówił o komunistycznym planie przewidującym przemianę Ameryki od środka. Pierwszy etap - demoralizacja - miał przebiegać przez 15-20 lat. Można przyjąć jej początek za rok 1965. Została ona jednak wyraźnie zahamowana na przełomie lat 70. i 80. i zamrożona na jakieś 20 lat. Drugi etap to destabilizacja. Za jej początek można uznać 2001 r. Trzeci to kryzys. Czwarty normalizacja - czyli wprowadzenie w Ameryce kryptokomunistycznej, represyjnej dyktatury. Biezemenow przedstawiał to oczywiście jako plan Moskwy. Moskwa pełniła w nim jednak tylko rolę pomocniczą. Główne centrum tej konspiracji było i jest na Zachodzie.




Obrazki, które widzimy ostatnio na ulicach amerykańskich miast sugerują, że mamy obecnie fazę trzecią - kryzysu. Zamieszki, bezprawie, obalanie pomników, bojówki Antify/BLM zachowujące się jak SA... Komunistyczna terrorystka Angela Davis otwarcie przyznaje, że to "test przed rewolucją".  Charles Faddis mówi o maoistowskiej strategii na ulicach.  Przykład na to mamy w miasteczku Kenosha - po tym jak policja postrzeliła agresywnego czarnego kryminalistę mającego w ręku nóż - zaczęły się tam zamieszki rasowe, w trakcie których antifiarscy bojówkarze przybyli z Chicago palili biznesy w czarnej dzielnicy.  Dwóch z nich zastrzelił w samoobronie 17-latek Kyle Rittenhouse. (Trzeciego ranił. Zraniony antifiarz przyznał, że żałuje, że nie zabił tego dzielnego nastolatka.) Jeden z zabitych antifiarskich kretynów - 36-letni Joseph Rosenbaum, był pedofilem figurującym w rejestrze przestępców seksualnych.   

Amerykanie mają szczęście. Mimo trwającej od lat kampanii mającej na celu odebranie im broni palnej, miliony zwykłych ludzi na suburbiach i terenach wiejskich dysponuje tam bronią palną. A 17-latki strzelają czasem lepiej niż żołnierze. Komunistyczno-rasistowskie zamieszki i przyzwolenie jakie one mają ze strony demokratycznych burmistrzów przyczyniły się zaś do zmniejszenia przewagi Joe Bidena w sondażach. Kenosha leży w Wisconsin, który jest "swing state". Miejscowi demokraci już się obawiają, że w ich stanie wygra Trump.  Choć machina medialna już od dawna ostro grzeje zwycięstwo Bidena, Hillary z jakiegoś powodu mówi, że Biden nie powinien uznawać swojej ewentualnej porażki w wyborach. 

Nasza dupoprawica szuka Katechona czy też Kutafona. A może pora uznać, że tymi, którzy uchronili nas przed znalezieniem się w dużo głębszym gównie niż jesteśmy byli tacy zimnowojenni bohaterowie jak Phyllis Schlafly czy płk Corso?


sobota, 22 sierpnia 2020

Kamala Harris - jak przez łóżko dostać się na szczyt

 


Joe Biden to 77-latek cierpiący na demencję, który startuje na prezydenta USA i ma bardzo duże szanse na zwycięstwo (pomimo tego, że jego przewaga w sondażach stopniała w ciągu miesiąca z 11 proc. do 4 proc.) Większość Amerykanów sądzi, że nie dożyje on do końca ewentualnej pierwszej kadencji.  Dlatego wybór przez niego kandydatki na wiceprezydenta jest taki ważny.



Podsuwano mu na to stanowisko Susan Rice, doradczynię ds. bezpieczeństwa narodowego Obamy w latach 2013-2017, a wcześniej ambasador przy ONZ i członka Rady Bezpieczeństwa Narodowego za Clintona. Rice była jednym architektów umowy nuklearnej z Iranem i współtwórczynią fatalnej polityki zagranicznej administracji Obamy. Jest ona człowiekiem z samego serca "Głębokiego Państwa" i establiszmentu. Dość powiedzieć, że jej ojciec zasiadał we władzach Fedu. Rice wyraźnie szykowała się na nominację, o czym świadczyła sprzedaż przez nią opcji Netflixa (zasiada ona w zarządzie tej spółki). Musiała więc być wk...na, gdy dziadzio Biden wybrał Kamalę Harris. 



Wybór niektórych zaskoczył, gdyż Kamala mówiła podczas prawyborów, że "absolutnie wierzy" kobietom oskarżającym Bidena o molestowanie seksualne i że Biden w latach 70. blokował jej ze względów rasowych możliwość korzystania ze szkolnego autobusu. W politycznym teatrzyku o takich rzeczach się jednak zapomina. A wybór Kamali ma pewną głęboką logikę...

Kamala Harris jest powszechnie przedstawiana jako "czarnoskóra" kandydatka. Tak właściwie, to jej ojciec był marksistowskim profesorem z Jamajki. (Szybko się rozwiódł i nie miał wpływu na jej wychowanie) Matka pochodziła zaś z rodziny tamilskich braminów. Kamala została więc wychowana jako hinduistka a na drugie imię ma "Devi". Jej dziadek P.V. Gopalan zasiadał w indyjskim rządzie w latach 60. Mężem Kamali Harris jest Douglas Emhoff, prawnik pochodzenia żydowskiego. Stąd Kamala pochwaliła się, że w rodzinie nazywają ją "mamele" - słowem z języka jidysz.  Tymczasem w chińskim komunistycznym dzienniku "Global Times" cieszą się z wyboru Kamali wskazując m.in., że "ma ona swoje chińskie imię He Jinli".



Od związków rodzinnych ważniejsze w jej przypadku były jednak związki uczuciowe. Karierę zrobiła bowiem przez łóżko. W 1994 r., gdy miała niecałe 30 lat, poznała 31 lat od niej starszego (dwa lata starszego od jej ojca), żonatego i mającego dzieci i wnuki, przez 15 lat przewodniczącego zgromadzenia stanowego Kalifornii Williego Browna. Brown był "bossem" Partii Demokratycznej w San Francisco a w latach 1996-2004 burmistrzem tego miasta. Był też politykiem afiszującym się luksusowym stylem życia i wielokrotnie obiektem najróżniejszych śledztw korupcyjnych. Gdy Kamala zaczęła z nim chodzić, załatwił jej dobrze płatne stanowiska w stanowej administracji. I podarował BMW. Gdy Kamala startowała w wyborach na prokuratora okręgowego a później prokuratora generalnego Kalifornii, sponsorzy kampanii Browna natychmiast rzucili się do finansowania jej kampanii. Oczywiście rodziło to wiele konfliktów interesów, bo Kamala im się później odwdzięczała. Jako prokurator doprowadziła m.in. do uwalenia zarzutów wobec Ricardo Ramireza, właściciela firmy Pacific Cement, który dostarczał "cement z odzysku" m.in. na potrzeby remontu mostu Golden Gate. Ramirez był przyjacielem burmistrza Browna. Podobnie uwaliła śledztwo w sprawie stręczycielstwa w jednej z sieci klubów ze striptizem. Zupełnie przypadkowo jej właścicielem był Sam Conti, długoletni przyjaciel burmistrza Browna. Brown nawet przemawiał później na pogrzebie tego alfonsa. (Zainteresowanych szczegółami odsyłam do książki Petera Schweitzera "Profiles in Corruption".) Jej mąż prawnik obsługiwał korporacje przeciwko którym biuro prokuratorskie Kamali prowadziło śledztwa. Jak się można domyśleć, zostały one łagodnie potraktowane. Harris wypuszczała z więzień niebezpiecznych bandziorów i nielegalnych imigrantów, ale wsadziła za kratki 2 tys. ludzi za drobne wykroczenia narkotykowe. Sama się później zaś chwaliła, że paliła skręty słuchając Tupaca. Sprawa tych narkotykowych aresztowań została jej wypomniana podczas prawyborów przez kongreswoman Tulsi Gabbard (również hinduistkę). To właśnie po tym Kamala odpadła z prawyborów.

Kamala Harris przedstawiała się w kampanii wyborczej jako twarda prokurator walcząca przeciwko przestępcom seksualnym. Była ona wcześniej oskarżana jednak o tuszowanie kościelnej pedofilii w Archidiecezji San Francisco.  Opisał tę sprawę m.in. Peter Schweitzer. Kamala blokowała dostęp do dokumentacji dotyczącej sprawy a jej biuro nigdy nie wniosło udokumentowanego oskarżenia przeciwko żadnemu pedofilowi w sutannie. Jak się okazuje, firmy prawnicze reprezentujące archidiecezję oraz instytucje powiązane archidiecezją wpłacały pokaźne datki na jej kampanię w wyborach na prokuratora.

Dziwnych związków jest w jej przypadku więcej. Co prawda Kamala krytykowała ugodę jaką kilkanaście lat temu Departament Sprawiedliwości zawarł z Jeffreyem Epsteinem, ale tego samego dnia, w którym wypowiadała te słowa krytyki, jej mąż organizował w Chicago imprezę dla sponsorów kampanii wspólnie z kancelarią reprezentującą Epsteina.  



W 2014 r. ślubu Douglasowi Emhoffowi i obecnej kandydatce na wiceprezydenta udzielała jej siostra Maya Harris.  Maya pracowała w ACLU i Fundacji Forda, a także w Center for American Progress, czyli think-tanku Johna "Pizzamana" Podesty. Z maili Podesty ujawnionych w 2016 r. przez WikiLeaks, znajduje się wzmianka o "pizza party" w domu Tony'ego Podesty, na które zaproszona jest Maya Harris. Jako specjalny gość jest wymieniony James Alefantis, właściciel "pizzerii" Comet Ping Pong. Po co koleś od pizzy na nieformalnym spotkaniu sztabu Hillary? Może dostarczył tam naprawdę dobrą pizzę...

Joe Bidenowi można wiele zarzucić. Ale na pewno nie to, że nie lubi dzieci.




***



Steve Bannon został kilka dni temu aresztowany. Oficjalnie za prostacki przekręt ze zbiórką pieniędzy na Mur na granicy z Meksykiem. Nawet jeśli to sprawka "Głębokiego Państwa", to jest sam sobie winny. A to ze względu na to jakie szkody wyrządził administracji Trumpa w kluczowym okresie przejęcia władzy.



Chris Christie, były gubernator New Jersey, w swojej znakomitej książce "Let Me Finish" dokładnie opisał jak Bannon wspólnie z Jaredem Kushnerem wyrzucił do kosza szczegółowy plan "rozruchu" nowej administracji. Tak, wspólnie z Kushnerem. Bo wówczas Bannon strasznie się przymilał Jaredowi oraz Ivance i wspólnie z nimi intrygował. Christie kierował wówczas zespołem przygotowującym przejęcie władzy. Jako popularny gubernator znał się na mechanizmach polityki jak mało kto w sztabie Trumpa. Wraz z zespołem specjalistów przygotował plan nominacji w Białym Domu i w nowej administracji. Plan w którym nie było miejsca dla różnych "leśnych dziadków", nevertrumpersów i ludzi z przypadku. ("Jakim cudem posadę w Białym Domu dostał później ktoś taki jak Omarosa?" - pytał w swojej książce Christie.) Przygotowano też serię rozporządzeń - będących do obronienia w sądach - z harmonogramem ich wdrażania . Gdyby ten plan został zrealizowany, chaos widoczny w pierwszym roku administracji Trumpa zostałby znacząco ograniczony. Nie byłoby w administracji hamulcowych takich jak Rex Tillerson czy generał Mattis. Prokuratorem generalnym nie byłby stary pierdoła Jeff Sessions i nie doszłoby do farsy z dochodzeniem Muellera. Niestety, Bannon pozbawił Christiego stanowiska szefa ekipy planującej przejęcie władzy. I wyrzucił do kosza segregatory ze szczegółowymi planami.

Gubernator Christie wskazuje, że Bannon był później największym sprawcą przecieków w Białym Domu. Co więcej, wiele z tych przecieków było konfabulacjami "głównego stratega", który karmił nimi m.in. Michaela Wolfa i Boba Woodworda.

Christie już na pierwszym spotkaniu z Bannonem zwrócił uwagę na jego arogancję. Ogromną jak nawet na standardy amerykańskiej polityki. Wkrótce po wyborach Bannon m.in. podyktował jednemu z autorów tekst książki, w której sugerował, że Trump to jego marionetka. Roger Stone wskazywał natomiast, że Bannon podczas kampanii wyborczej przypisywał sobie zasługi innych.

Za Bannonem nie przepadał też Anthony Scaramucci. W swojej książce "Blue Collar President" potwierdził, że przecieki były w bardzo dużym stopniu dziełem Bannona. "Główny strateg" dostawał przy dziennikarzach sraczki słownej a jednocześnie nakręcał prezydenta, by wojował z prasą. Z tymi samymi liberalnymi dziennikarzami, którym Bannon się codziennie spowiadał. Scaramucci żartował, że Bannon sam w zasadzie odpowiada definicji globalistycznego "cucka" - jako były oficer wywiadu marynarki wojennej, bankier inwestycyjny z Goldman Sachs i producent z Hollywood.

Negatywne zdanie o Bannonie miała też Melania Trump - czyli "oficer prowadząca" prezydenta. Uważała go po prostu za podejrzanego typa. I miała dobrą intuicję. Lub wiedzę operacyjną.

***

Późno się zorientowałem, ale to już 1002. wpis na tym blogu. "Bejrucki 911" był równo tysięcznym wpisem. Jak ten czas leci...

sobota, 15 sierpnia 2020

1920: Demokratyczny wróg wewnętrzny

 



Ilustracja muzyczna: Hungarica - Lance do boju


By zrozumieć, co się właściwie wydarzyło w sierpniu 1920 r., musimy przede wszystkim spojrzeć na to, kto był wówczas naszym sojusznikiem a kto wrogiem.



Sojuszników mieliśmy niewielu, ale każdy z nich był dla nas bezcenny. Walczyła wspólnie z nami petlurowska Ukraina, Węgry nam dostarczyły amunicji, przychylne stanowisko wobec naszej sprawy okazywały Łotwa, Rumunia i Stolica Apostolska. Francja z jednej strony sprzedawała nam sprzęt z demobilu, wysłała 700 "doradców wojskowych" i wymusiła na Czechosłowacji transportu amunicji z Węgier. Z drugiej strony jednak totalnie nie rozumiała, co jest stawką w tej grze i szkodziła nam dyplomatycznie. Utajonym sojusznikiem były Stany Zjednoczone. Nie tylko ze względu na udział w walkach na polskim niebie ochotników z Eskadry Kościuszkowskiej. Jeśli w Polsce nie było wówczas masowego głodu, to było w dużej mierze zasługą Herberta Hoovera i jego misji pomocowej. (Słabo zbadanym tematem jest finansowanie polskiego wysiłku zbrojnego przez banki z Wall Street. Ale jak widać, po hojnym wspieraniu bolszewików uznały one, że należy czerwony eksperyment zatrzymać w granicach pomniejszonej Rosji. A polska prometejska konspiracja dostawała w ten sposób zapłatę za swój udział w zniszczeniu od środka trzech wielkich imperiów.)



Naszym wrogiem w 1920 r. byli nie tylko bolszewicy.  Nie chodzi mi tutaj tylko o totalnie skurwione przywództwo Czechosłowacji (do Benesza idealnie pasuje określenie: "Pan jest taką kurwą, co każdemu dupy daje"), ani o upośledzone umysłowo władze Litwy (czy one naprawdę myślały, że dostają Wilno od Lenina zupełnie za darmo?). Do zadania nam ciosu w plecy szykowali się też Niemcy. Znany Wam Autor opisał to bardzo dokładnie w sierpniowym "Uważam Rze Historia" - można jego artykuł przeczytać na stronach "Rz".  



Jak czytamy: "Albert Grzesiński (w latach 1931-1932 szef policji w Berlinie, który chciał deportować Hitlera do Austrii), w lutym 1920 r. był świadkiem tajnej narady zwołanej przez von Seeckta, na której mówił on, że „rozpoczniemy ofensywę przeciw Polsce, by wyciągnąć dłoń do Rosji bolszewickiej.” Stwierdził na niej też, że „bolszewicy się ustatkowali” i „są obecnie bardziej na prawo od socjalistów niemieckich”. (...) 24 lipca Wolne Miasto Gdańsk, Niemcy, Austria i Czechosłowacja odmawiają tranzytu przez swoje terytoria transportów z bronią i amunicją dla Polski. „Polska jest naszym śmiertelnym wrogiem. Rosja Sowiecka uderza nie tylko w nią, ale jednocześnie przede wszystkim we Francję i Wielką Brytanię. Jeżeli Polska załamie się, cała budowla Wersalu runie. Możemy się uwolnić z kajdan Ententy, przy pomocy Rosji Sowieckiej, nie stając się zresztą ofiarami bolszewizmu” – pisze von Seeckt w memorandum do swoich podwładnych.

Przez północne Mazowsze prze ku Wiśle niosąc mord i pożogę 4 Armia Jewgienija Siergiejewa i 3 Korpus Kawalerii Hajka Byżyszkiana, ormiańskiego komunisty nazywanego Gaj-chanem. 12-13 sierpnia oddziały bolszewickie rozbijają polską obronę Działdowa. Najeźdźcy są entuzjastycznie witani przez niemieckich mieszczan. Fetuje ich niemiecki wiceburmistrz i mówi, że cieszy się z tego, że „wyzwolono” Działdowo spod „polskiego terroru”. „Z ręką wzniesioną do przysięgi, rzekł dowódca rosyjski: „Ślubuję, że nie prędzej opuścimy tę ziemię niemiecką, aż ją na nowo przysądzi się Niemcom”. Aż do późnej nocy koncertowała rosyjska orkiestra wojskowa, odgrywając rosyjskie piosenki ludowe i niemieckie marsze wojskowe” – pisał 21 sierpnia 1920 r. „Kurier Warszawski”.

Oddziałom sowieckim zostają wydane rozkazy zabraniające przekraczania dawnej granicy niemiecko-rosyjskiej z 1914 r., „z wyjątkiem korytarza gdańskiego”. Kreml wyraźnie już liczy na to, że Niemcy dobiją państwo polskie. Liczne incydenty graniczne potwierdzają to, że Niemcy są gotowi wkroczyć do akcji. Z polskich meldunków wynika, że podczas obrony Działdowa nasze pozycje oskrzydlił oddział 560 Niemców z 12 karabinami maszynowymi, który przeszedł przez granicę. 17 sierpnia Niemcy zajęli stację kolejową Biskupiec a w nocy z 18 na 19 sierpnia zaatakowali polską placówkę przy moście kwidzyńskim. Niemiecka piechota i artyleria koncentrowały się w okolicach Babimostu, Kargowej, Chodzieży, Zdun i Sulmierzyc. Na Górnym Śląsku od wielu miesięcy trwa niemiecki terror. 17 sierpnia, po tym jak prasa podaje fałszywą wiadomość o zdobyciu przez bolszewików Warszawy, dochodzi do ataku niemieckiego motłochu na siedzibę inspektora Komisji Międzysojuszniczej w Katowicach, starć z oddziałami francuskimi, zdemolowania siedziby polskiego komitetu plebiscytowego i linczu na polskim lekarzu. Polska Organizacja Wojskowa Górnego Śląska rozpoczyna więc w nocy 19 na 20 sierpnia powstanie i szybko opanowuje sporą część prowincji. Tymczasem na Warmii, Mazurach i Powiślu niemiecki terror, propaganda i niepewność do losów państwa polskiego sprawiają, że polską porażką kończy się plebiscyt decydujący o przynależności tych terenów. W lipcu i sierpniu 1920 r. dochodzi też do ataków niemieckich bojówkarzy na polskie instytucje we Wrocławiu."

(koniec cytatu)

W tym czasie "geopolityczny geniusz za dychę" Władysław Studnicki, przekonywał, że Niemcy jako jedyne nas obronią przed bolszewikami. Wystarczy tylko odpuścić im Śląsk, to od razu nas pokochają. Jasne... (Ciekawe, czy Piotr Zychowicz wspomni o tym epizodzie w swojej książce "Germanofil"?)

Niemieccy koloniści zachowywali się w 1920 r. podobnie jak w 1939 r. W zajętych przez bolszewików miejscowościach wydawali niewygodnych im Polaków w ręce komunistycznych siepaczy. Z bolszewikami sympatyzowała też spora część ludności żydowskiej, zwłaszcza tej z warstw biedniejszych. Jeden z naszych oficerów widział jak już na Placu Zamkowym, już po odparciu bolszewików spod Radzymina, "nadobne córy Izraela" rzucały w kolumnę bolszewickich jeńców pomarańcze i kwiaty. Zdarzało się natomiast, że na polskich żołnierzy żydowscy cywile lali z okien nieczystości. Minister spraw wojskowych gen. Sosnkowski dmuchał więc na zimne i internował 17 tysięcy żołnierzy i oficerów WP pochodzenia żydowskiego w obozie koncentracyjnym w Jabłonnej. 



Mniejszości narodowe można jeszcze jakoś zrozumieć. Polska była dla nich jakąś geopolityczną fanaberią, a przyzwyczaiły się przecież do życia w Rosji, Austrii czy w Niemczech. Dużo trudniej wyjaśnić ówczesną postawę części Polaków. I nie chodzi mi tu o komunistów i komunizujących lewicowców. Jak bowiem wytłumaczyć to, że bolszewicki RewKom w Łomży tworzyli wspólnie "anarchiści" (taki eufemizm na określenie miejscowych żuli), syjoniści i... endecy? Już sam sojusz syjonistyczno-endecki wydaje się być absurdalny, a tutaj mamy do czynienia z sojuszem pod czerwoną flagą, hasłami zniszczenia Polski i religii katolickiej. Jak nasrane w głowach musieli mieć więc miejscowi endecy, by coś takiego firmować swoimi nazwiskami?

Zachowanie endeckich polityków w 1920 r. było zresztą co najmniej kompromitujące. Pierwszy przykład z brzegu: wyjazd endeckiego premiera Władysława Grabskiego na konferencję Spa. Jechał tam, by uzyskać od Wielkiej Brytanii i Francji pomoc wojskową. Dostał tylko obietnicę, że mocarstwa będą mediować przy rozejmie pomiędzy Polską a Bolszewią. A w zamian, 10 lipca, zgodził się na to, by polska granica wschodnia była na Bugu, na tzw. linii Curzona (która powinna się nazywać linią Curzona-Grabskiego). Nasze wojska walczyły wówczas kilkaset kilometrów dalej na Wschodzie - pod Berezyną. Mieliśmy więc oddać za friko szmat terenu bolszewikom. Grabski zgodził się też na oddanie Wilna Litwie i Śląska Cieszyńskiego, Spiszu i Orawy Czechosłowacji. A także na negocjacje z pobitymi już dawno Ukraińcami w sprawie Galicji Wschodniej. Nic dziwnego, że po powrocie do kraju został totalnie zjechany przez wszystkie stronnictwa od prawa do lewa. Nawet Dmowski wzywał do dymisji pradziadka Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Oczywiście, gdy ponad 20 lat później pojawiała się znów kwestia polskiej granicy wschodniej, to nasi wrogowie argumentowali, że przecież "polski rząd zgodził się na linię Curzona w Spa". 

Mieliśmy wówczas ogromne szczęście, że bolszewicy nie chcieli zadowolić się linią Curzona-Grabskiego. Odrzucali zachodnie próby mediacji konsekwentnie prąc na Zachód. Brytyjczycy i Francuzi wysłali więc swoją misję do Polski, bo wykombinowali sobie, że jak mocniej nacisną na Polaków, to uzyskają upragniony pokój.  Lord Maurice Hankey, członek Misji Międzysojuszniczej pisał wówczas do premiera Lloyda-George'a (tego kolesia, co sprawił, że Imperium Brytyjskie stało się zadłużone po uszy u Amerykanów), że celem działania Misji jest zastąpienie Piłsudskiego bardziej spolegliwym przywódcą. Hankey pytał się Paderewskiego (który wcześniej przygrywał na pianinie do okultystycznych ceremonii w Bohemian Grove), kim można zastąpić Piłsudskiego. Paderewski rekomendował Dmowskiego na nowego premiera i przedstawił listę dowódców mogących stanąć na czele armii. 10 sierpnia na konferencji w Hythe, alianccy dowódcy żądają dymisji Piłsudskiego i zastąpienia go swoim figurantem, który zapewne od razu zaproponowałby bolszewikom rozejm. Piłsudski 12 sierpnia przed udaniem się do kwatery w Puławach wręcza nowemu premierowi Witosowi dymisję, która ma być przyjęta i ogłoszona jedynie na wypadek przegranej wojny, jako ostatnia deska ratunku. 



Cofnijmy się jednak o kilka dni... "- Społeczeństwo poznańskie obserwuje z głęboką troską niepojęte wydarzenia na froncie, a nie rozumiejąc, co się dzieje, dopatruje się zdrady i zdradę tę widzi tutaj – mówił ks. Stanisław Adamski na posiedzeniu Rady Obrony Państwa 6 sierpnia 1920 r. Mówiąc o zdradzie wskazywał palcem Józefa Piłsudskiego. Środowiska endeckie otwarcie wówczas wzywały do stworzenia odrębnej armii dzielnicowej w Wielkopolsce i na Pomorzu, która byłaby podporządkowana władzom lokalnym w Poznaniu. Do listy problemów przeżywanych przez Polskę dołączył separatyzm. Piłsudski próbując uspokoić poznańskich endeków, wyznaczył gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego, byłego dowódcę Wojska Wielkopolskiego, na dowódcę Frontu Południowego. Dowbór-Muśnicki odmówił twierdząc, że „nie będzie wykonywał głupich rozkazów Piłsudskiego”.


6 sierpnia gen Kazimierz Raszewski, powstaniec wielkopolski i zarazem wojskowy wywodzący się z armii pruskiej (gdzie dosłużył się stopnia pułkownika), zostanie mianowany dowódcą 2 Armii nad Wisłą. Nominację szybko jednak cofnięto a Piłsudski wyznaczył go 10 sierpnia na dowódcę Okręgu Generalnego Poznań, a dwa dni później dodatkowo na dowódcę Okręgu Generalnego Pomorze. „Otrzymałem rozkaz udania się do Poznania, aby objąć dowództwo nad armią zachodnią, która miała powstać na terenach województwa poznańskiego i pomorskiego” – wspominał gen. Raszewski.

(...) Wiemy, że na podległych Raszewskiemu terenach powstało w bardzo krótkim czasie pięć pułków ochotniczych. Zdołał również zmobilizować do wysiłku obronnego tysiące członków Zachodniej Straży Obywatelskiej, policjantów, harcerzy, członków Drużyn Kościuszkowskich i robotników. Zorganizował transport materiałów wojennych z Pucka w głąb kraju, dysponując szczupłymi siłami stworzył obronę linii Wisły (częściowo opierającą się na twierdzach w Toruniu, Fordonie i Grudziądzu) i wzmocnił ochronę granicy z Niemcami. Przede wszystkim jednak wydał nieprzyjacielowi walną bitwę pod Brodnicą, w trakcie której rozgromił wysuniętą do przodu bolszewicką 12 Dywizję Strzelców.

(...)

Generał Raszewski był bez wątpienia jednym z autorów polskiego wielkiego zwycięstwa z sierpnia 1920 r. Zwycięstwa, które zapobiegło wówczas kolejnemu rozbiorowi naszego kraju. Przyczynił się też do uspokojenia separatystycznych nastrojów w Wielkopolsce podsycanych przez część polityków, szykujących się na wypadek klęski pod Warszawą. Szokująco brzmi w tym kontekście znaleziony przez Wojciecha Zawadzkiego w teczce poświęconej generałowi Raszewskiegmu wycinek prasowy („Historie Rokoszańskie”, bez tytułu prasowego i daty wydania): „Przez ową domową potrzebę rozumieli Wielkopolanie wojnę domową, którą wzniecić chcieli, Naczelnika Państwa obalić i na godność wynieść przywódcę wichrzycieli, niejakiego Romana Dmowskiego. Ten, gdy mu choroba nieuleczalna siły umysłowe odjęła (...), na zwycięstwie moskiewskim i klęsce Rzplitej wyniesienie się własne zakładał. Jakoż z zagrożonej przez nieprzyjaciela Warszawy do Poznania się przeniósł, tu sobie kwaterę obrał i z jego podpuszczenia działo się całe poczynanie obałamuconych Wielkopolan. Gdy wbrew jego nadziei Moskwicin od Warszawy odparty i ku rubieżom Polski odpędzony został, Dmowski w Poznaniu konfederacyę tajną zawiązawszy, wojnę domową sposobił. Aliści regimentarz poznański, generał Raszewski, jedyny Wielkopolanin rodem między wodzami polskimi, wierności Rzeczypospolitej dochował i tworzącego się pod jego dowództwem wojska wielkopolskiego do rokoszu wciągnąć nie pozwolił.

(koniec cytatu)



Czy rzeczywiście endecy chcieli powołać w 1920 r. konkurencyjny rząd polski w Poznaniu? Faktem jest, że mówiono wówczas o tym otwarcie. Później pisał o tym jako o poważnym zagrożeniu gen. Sosnkowski w prywatnym liście. Dmowski "ewakuował się" do Poznania 4 sierpnia i zaczął tam intensywnie wiecować. Bogdan Urbankowski pisał o ówczesnych wydarzeniach: "Porzuciwszy po nieudanej próbie obalenia Piłsudskiego (19 lipca) Radę Obrony Państwa, przywódca narodowej demokracji przebywał jakiś czas w Drozdowie, gdy zbliżyli się bolszewicy- wyjechał do Poznania. Przybył tu 4 sierpnia... natychmiast też rozpoczął ożywioną, choć zakulisową działalność. Publicznie wystąpił 9 sierpnia w sali koncertowej Uniwersytetu... Dwa dni później odbył się kolejny wiec, na który wpuszczano już tylko z zaproszeniami. Wiec odbył się w sali Ogrodu Zoologicznego (...). Od zoologicznego szowinizmu ważniejszy był jednak program - a był to program stworzenia nie tylko rezerwowej "Armii Zachodniej", lecz także rezerwowego, a w przyszłości głównego, ośrodka władzy. Poznańska Gazeta Wieczorna ujawniła nawet skład przyszłego gabinetu: Naczelnik Państwa - Paderewski, Prezes Rady Ministrów - Dmowski i Naczelny Wódz - Józef Haller; Szef Sztabu - Dowbor-Muśnicki".

 Scenariusz byłby pewnie taki: Warszawa pada, endecy ustanawiają rząd w Poznaniu i "armię dzielnicową" a potem proszą Entantę o wsparcie. Dostają z Londynu i Paryża jedynie wezwanie do pilnego zawarcia pokoju z bolszewikami. A wówczas do akcji wkraczają Niemcy i dokonują inwazji. "Genialny plan "pana Romana" idzie się j...ć a endecy po raz kolejny pokazują, że niewiele rozumieją z polityki międzynarodowej. Kolejny "geniusz geopolityczny" -  Studnicki przekonuje zaś, że Niemcy teraz odbudują państwo polskie - w granicach od Bzury po Ural. I po stu latach połową Polski rządzi Baćka a drugą połową Angela Merkel i ubogaca ją kulturowo inżynierami z Somalii. A endecy, nie mając większych problemów na głowie, by nadal bóludupili jaki zły był Piłsudski...

Zwróćcie uwagę na liczne podobieństwa pomiędzy sytuacją w sierpniu 1920 r. a we wrześniu 1939 r. W obu przypadkach mamy do czynienia z sojuszem niemiecko-sowieckim, zdradą Zachodu i mniejszości narodowych a także knowaniami ówczesnej "opozycji totalnej". W 1920 r. knuli idioci od Dmowskiego, a w 1939 r. od Sikorskiego. Na szczęście Sowietom zabrakło wówczas organizacji a Niemcom odwagi, by nas pokonać.



"Zwietrzały dowcipniś Lloyd George ubolewał obłudnie w parlamencie angielskim nad losem Polski, – a po cichu wyciągał rękę ku bolszewikom w nadziei nawiązania z nimi stosunków handlowych. We Francji koła ultraradykalne (w gruncie rzeczy sparszywiałe, z wszelkiej szlachetnej idei wyprane ramoty) usiłowały zakrzyczeć, zawrzeszczeć, zdusić w zarodku wszelką myśl o pomocy dla Polski! Nawet przydzielony nam Gdańsk odmawiał wyładunku amunicji. „Niestety”, tych biednych, srodze o pokój zatroskanych, handlarzy pieprzu i idei, srogi spotkał zawód. Różne blaty niemieckie zapowiedziały upadek Warszawy na 15 sierpnia 1920 r. A tu, prawie że nazajutrz rozpoczęła się wspaniała ofensywa polska, w genialny sposób obmyślona i przygotowana przez naczelnego wodza. Marsz. J. Piłsudskiego. Południowa grupa manewrowa, prowadzona przez gen. Rydza Śmigłego – któremu naczelny wódz poruczył wykonanie najtrudniejszego zadania – zadała wrogowi w ciągu kilku dni decydujący cios, miażdżąc plany i armie nieprzyjaciela.

"Narodowy Socjalista", nr 9, wrzesień 1935 r.

Dupoendecja nie poprzestała jednak na tragikomicznej próbie budowania separatystycznego rządu w Poznaniu. Jak tylko okazało się, że wygraliśmy bitwę błędnie zwaną warszawską (tak naprawdę toczącą się od Lwowa po granicę pruską), zaczęła kreować francuskiego gen. Maxime'a Weyganda na głównego zwycięzcę. Weygand był mocno zdziwiony, gdy Stanisław Stroński (endek i zarazem mason Wielkiego Wschodu) zorganizował mu pod hotelem w środku nocy uroczystości ku jego czci... Gdy wersja z Weygandem okazała się zbyt głupia, by się utrzymać (Weygand zawsze twierdził, że to Piłsudski był autorem zwycięstwa), wymyślono wersję mówiącą, że to generał Rozwadowski był wodzem naczelnym w miejsce Piłsudskiego, który "złożył dymisję i wyjechał do kochanki". Jakimś dziwnym trafem jednak, ani gen. Sikorski, ani Haller, ani Dowbór-Muśnicki, ani Zagórski, ani żaden inny generał będący wrogiem Piłsudskiego nie sięgnął po tę wersję. Każdy z nich wiedział bowiem, że jest ona kretyńska. Zgodnie z ówczesnymi regulacjami wojskowymi szef sztabu generalnego nie miał bowiem możliwości pełnienia roli głównodowodzącego. Co więcej, zachowana korespondencja wskazuje wyraźnie, że wszyscy polscy dowódcy - z Rozwadowskim włącznie! - uznawali wówczas Piłsudskiego za wodza naczelnego. Co więcej, Rozwadowski w uniżony sposób pisał podczas kontrofensywy znad Wieprza, że "wszystko się układa dokładanie tak jak Pan Komendant przewidział". (Zainteresowanym rzeczywistą rolą gen. Rozwadowskiego w wydarzeniach z sierpnia 1920 r. polecam ten artykuł.) Rozwadowskiego "naczelnym wodzem w bitwie warszawskiej" mianował dopiero wiele lat po tej bitwie Jędrzej "Kretyn" Giertych.



Pół biedy, gdyby endecy poprzestali tylko na wymyślaniu głupich teoryjek o przebiegu wojny z bolszewikami. Niestety odegrali też kluczową rolę w negocjacjach pokojowych w Rydze, w trakcie których oddali bolszewikom m.in. Mińsk i Kamieniec Podolski. Dodam, że Mińsk był zdobyty w październiku 1920 r. przez Wojsko Polskie, a miasto miało mocno polskie oblicze. Stanisław Grabski, endecki negocjator tego haniebnego traktatu, został nazwany przez jednego z ziemian zza Zbrucza "Kainem". Ten rusofilski arcyszkodnik był później członkiem komunistycznej KRN. Leszek Moczulski był jego studentem w końcówce lat 40. I zapamiętał jak Grabski mówił, że tak właściwie to Stalin zrealizował cele endecji z 1914 r. - czyli granice na Odrze i Nysie oraz państwo polskie będące protektoratem Rosji...

"Kiedy znów w 1914 roku, zaraz po wybuchu wojny, by­łem na herbatce u p. Grabskiego, ówczesnego członka zarządu Narodowej Demokracji, na której było kilku członków zarządu tego stronnictwa to p, Grabski z całą kategorycznością dowo­dził, że ze względów ekonomicznych Polska Niepodległa, odcięta granicą od Rosji, utrzymać by się nie mogła i że z tych powodów Nar. Demokr. nie tylko nie dąży do niepodległości, ale przeciwnie, gdyby tylko ktokolwiek bądź taką koncepcję wysunął, ona by ją udaremniła. (...) To było powodem, że cała prawica przeklinała i z błotem mie­szała Witolda Gorczyńskiego za to, że się odważył poza pleca­mi N ar. Dem. tworzyć legjony. Psuło to Dmowskiemu jego po­litykę, polegającą chyba na chęci wykazania, że naród jest stadem lojalnych i biernych baranów."

Jan Pękosławski

U Grabskich głupota jest chyba genetyczna. (Warto przypomnieć sobie jak faszyzujący prawicowiec Jan Pękosławski miażdżył politykę gospodarczą Władysława Grabskiego - opisałem to w jednym z wpisów w serii Restituta. ) Ale nie tylko u nich. Można sobie wyobrazić endeków z łomżyńskiego RewKomu tańczących w kółeczku taniec weselny z towarzyszami pochodzenia żydowskiego, Grabskiego i Giertycha tańczących razem z Bermanem i Szechterem, Pińskiego ze Szwejgiertem, Wilka z Tęczowym Rafałkiem i sabatejskiego reżysera z Margolcią...

***


10 sierpnia zmarł mój redakcyjny kolega, jeden z największych polskich historyków - Dariusz Baliszewski. Dużo rozmawialiśmy na najróżniejsze tematy - o zamachu w Gibraltarze, tajemnicy śmierci marszałka Śmigłego-Rydza i prezydenta Starzyńskiego, o Berlingu, Berii... Ostatni raz zadzwoniłem do niego w czerwcu. "Ależ nie musimy już szukać zabójców generała Sikorskiego! Ja już ich dawno zidentyfikowałem!". Mówił wówczas, że będzie miał operację serca, a gdy dojdzie do zdrowia to mnie do siebie zaprosi i pokaże mi dokumenty. Miał jeszcze tyle projektów do zrealizowania... Mówił m.in. o chęci napisania książki o śmierci marszałka Śmigłego-Rydza. No cóż, teraz spotyka się z bohaterami swoich publikacji w innym świecie. Teraz w pełni rozumiem spirytystów, którzy szukają kontaktu z duchami zmarłych. Tacy ludzie jak Dariusz Baliszewski to przecież żywe archiwa...

Mówiłem mu podczas naszej ostatniej rozmowy. "W tradycji konfucjańskiej, życie ludzi starszych jest najcenniejsze. Gdy statek tonie, w pierwszej kolejności ratuje się starców a w ostatniej dzieci. Dzieci można zawsze zrobić nowe, a doświadczenia i wiedzy starszych nie da się zastąpić". "Co Pan mówi! Młodym pozwolić zginąć, a takiemu staremu dziadowi jak ja żyć?!". 

R.I.P.

sobota, 8 sierpnia 2020

Bejrucki 911


Gigantyczną eksplozję w porcie bejruckim potraktowałem jako atak na bliskie mi miejsce. Byłem w Libanie w zeszłym roku, mieszkałem w hotelu położonym 3 km od miejsca wybuchu i niemal codziennie przejeżdżałem obok portu. Znam topografię Bejrutu i wiem, że obok niego prowadzi główna trasa łącząca północ z południem kraju, która często jest zakorkowana. Mam w Libanie znajomych, z którymi kontaktowałem się w ostatnich dniach, by spytać, czy wszystko u nich w porządku. Jeden z nich odpisał mi, że stracił w tym wybuchu dwóch przyjaciół. "Zginęło wielu dobrych chrześcijan. Wybuch odczuliśmy w Byblos, czyli 38 km od Bejrutu". Eksplozja zmiotła między innymi siedzibę prawicowej, chrześcijańskiej partii Kataeb (Falangi Libańskiej) i zabiła jej sekretarza generalnego. Dosyć blisko było ścisłe centrum miasta, a także dzielnica chrześcijańska i znajdujące się w niej "hipsterskie" zagłębie barowe (byłem tam tylko raz, bo było zbyt hipsterskie). Bilans ofiar wciąż rośnie. Mowa o stukilkudziesięciu zabitych, kilku tysiącach rannych i 300 tys. osób, którym zniszczono lub poważnie uszkodzono mieszkania. Straty materialne zostały wstępnie oszacowane na 15 mld USD, ale to oczywiście bardzo ostrożne szacunki. To ogromny cios, dla kraju, który był już i tak objęty potężnym kryzysem gospodarczym (związanym m.in. z wojną syryjską, obecnością w kraju co najmniej 1,5 mln autentycznych uchodźców, oraz odwróceniem się od Libanu bogatych państw znad Zatoki Perskiej, którym nie podoba się irańska dominacja nad tamtejszym rządem).

Filmy pokazujące bejrucką eksplozję (np. ten i ten, a tutaj z 15 różnych kamer) z pewnością wywołały szok u wielu z nas. Zastanawialiśmy się, co tam wybuchło? Pierwsza oficjalna wersja mówiła o magazynie z fajerwerkami. Później okazało się, że eksplodowało tam 2750 ton saletry amonowej, czyli materiału wykorzystywanego w bombach ANFO.  Saletra rzeczywiście tam była. Bellingcat wskazał konkretny magazyn, który zapłonął. Oficjele z zarządu portu od lat monitowali u wyższych władz, by ją stamtąd przenieść w bezpieczniejsze miejsce. Z nieznanych powodów, ich interwencje zakończyły się fiaskiem. Ostrzegał również rosyjski kapitan mołdawskiego statku (należącego do rosyjskiego biznesmena), który tę saletrę przywiózł z Batumi. Miała ona pierwotnie trafić do Mozambiku. Ale z jakiegoś powodu statek został zatrzymany w Bejrucie na parę lat (mimo że Bejrut nie był zaplanowanym miejscem postoju!), a właściciel nie próbował odzyskać ani okretu, ani towaru.



Obecność w magazynie prawie 3 tys. ton saletry w pełni jednak nie tłumaczy siły tego wybuchu. Saletra jest słabszym "materiałem wybuchowym" (zaraz jakiś inżynier chemik zacznie się produkować w komentarzach i czepiać szczegółów) niż trotyl. W popularnych źródłach podają krańcowo różne wyliczenia - jedni piszą, że wybuch 2750 ton saletry to prawie jak wybuch 275 to trotylu, inni że 420 ton, a jeszcze inni, że 1,5 kilotony. Nawet jednak, gdy przyjmiemy maksymalne szacunki, to wciąż "coś nie styka". Robiłem symulacje wybuchu nuklearnego w Bejurcie i porównywałem je z zasięgiem zniszczeń.  Eksplozja o sile 3 kT pasowała, ale tylko przy wybuchu powietrznym, na wysokości 500 m. Przy eksplozji przy powierzchni, musiałaby ona mieć siłę 5kT, by pokrywało się to z zasięgiem zniszczeń. Znam topografię miasta i jak słyszę, że uszkodzone zostały budynki portu lotniczego im. Rafika Haririego, to mam pewne pojęcie o tym jak daleko dotarła fala uderzeniowa. Wybuch spowodował wstrząs sejsmiczny o mocy 4,5 stopni w skali Richtera. Atak nuklearny na Hiroszimę  (15 ktT) wywołał wstrząs o mocy 5,2 stopni w skali Richtera. Eksplozja była słyszalna na Cyprze.

Tam musiało być coś więcej niż saletra.

Moje libańskie źródła mówią mi, że obecnie nie ma jasności, co tam wybuchło, gdyż Hezbollah kontroluje port.  Jeden z pracowników portu opowiedział, że saletrę kazało tam trzymać wojsko, pomimo sprzeciwu władz portowych. Wojskowi twierdzili, że nie mieli jej gdzie indziej składować. Co jednak wojsku do jakiegoś ładunku saletry? Na jakiej podstawie ją skonfiskowano? Czy między tą saletrą było coś innego? Czy ten rosyjski biznesmen to ktoś taki jak Wiktor But? Hezbollah oczywiście zapewnia, że nie składował w porcie żadnej amunicji. Z jakiegoś powodu jednak jego ludzie pospieszyli na miejsce eksplozji i zabraniali członkom ekip poszukiwawczych wchodzenia w pewne rejony portu.  Mówili m.in., że psy węszące są niepotrzebne. Baj de łej: Hezbollah z jakiegoś powodu magazynował saletrę w Niemczech.  Zapewne chciał nią nawozić szparagi na działce Angeli Merkel.

W necie krążą oczywiście najróżniejsze filmiki z różnymi teoriami. Na jednym z nich pokazana jest rzekomo "tajemnicza eksplozja w Syrii sprzed siedmiu miesięcy" wyglądająca bardzo podobnie do wybuchu w Bejrucie. Próbowałem znaleźć coś więcej na temat tej "tajemniczej eksplozji". I nic. Nie było jej. Film przedstawia pewnie test jakiejś broni. Nie wiem jakiej, ale być może znalazła się w bejruckim porcie. Ciekawie w tym kontekście wyglądają "wizje" remote viewerów. Sesje z ich udziałem nagrano w lipcu. Jest "stempel czasowy". Jeden z nich mówi o planie ataku i o "urządzeniu" w kontenerze, które z niego wystrzeli i wybuchnie w powietrzu.

To, co tam eksplodowało jest więc kwestią otwartą. Nie sądzę, by to była technologia irańska. (Irańczycy niedawno w ramach manewrów morskich zbombardowali barkę udającą amerykański lotniskowiec. Zatopili ją i zablokowali podejście do jednego ze swoich głównych portów...)   Być może rosyjska, być może chińska lub amerykańska...

Tak się zastanawiam, czy np. jakaś trzecia siła nie chciała teraz rzucić przeciwko siebie Hezbollahu i Izraela. Dodatkowy chaos przed wyborami w USA i przekierowanie uwagi administracji Trumpa z Dalekiego Wschodu na Bliski Wschód.

Hipoteza tym bardziej interesująca, że administracja Trumpa ostrzej uderzyła ostatnio w Chiny. To m.in. robota chińskich antykomunistycznych emigrantów doradzających Pompeo. Zakaz transakcji z właścicielami TikTok i WeChat (Uderzenie w TikTok to bardzo ciekawa sprawa. Normalni ludzie oglądają tam filmiki z tańczącymi biuściastymi lasencjami.  Ale serwis przyciąga też mnóstwo pedofilów obserwujących 13-tki. A dane osobowe są tam zasysane do chińskiej bezpieki), plany szerszego usuwania chińskich aplikacji i sprzętu z amerykańskiego netu, rekomendacja dotycząca usuwania chińskich spółek z giełd w USA, Robi się coraz ciekawiej.  Służby ostrzegają, że Chiny chcą przeszkodzić reelekcji Trumpa a sam prezydent mówi, że "przez jakiś czas możecie mnie nie zobaczyć". 

***

A w przyszłym tygodniu rocznicowy wpis. Wielkie otwarcie parasola w d... Jędrzeja Giertycha i jego naśladowców. Szykujcie się już na masakrę w komentarzach!

sobota, 1 sierpnia 2020

Strefa wolna od LPG


Ilustracja muzyczna: Billy Joel - We Didn't Start the Fire

Niedawno "Gazeta Wyborcza", czyli dziennik niezwykle przewrażliwiony na punkcie homofobii i antysemityzmu, nazwała "najgorszym człowiekiem świata" geja i zarazem Amerykanina pochodzenia żydowskiego - Roya Cohna.  Cohn podpadł jej tym, że "wysłał żydowskie małżeństwo na krzesło elektryczne". To "żydowskie małżeństwo" to Julius i Ethel Rosenbergowie - obywatele USA, którzy zdradzili swój kraj na rzecz Sowietów, przekazując sowieckim tajnym służbom amerykańskie tajemnice nuklearne.



Rosenbergowie, w odróżnieniu od paru innych sowieckich atomowych szpiegów, po aresztowaniu nie chcieli współpracować ze śledczymi, więc dostali karę śmierci. Na którą w pełni zasłużyli. Sędzia, który wysłał ich na krzesło elektryczne był Żydem i nazywał się Irving Kaufman. Prokuratorem, który zbudował sprawę przeciwko Rosenbergom był natomiast Roy Cohn. Później był on współpracownikiem senatora Josepha McCarthy'go (który podczas ścigania komuchów skumplował się z niejakim Johnem F. Kennedy'm). Cohn był pryncypialnym antykomunistą i amerykańskim patriotą. Czuł autentyczny wstyd, że tak wielu Żydów wspierało komunizm. I tym bardziej dawał z siebie wszystko, by komunistów zwalczać i pokazać, że Żydzi też potrafią być antykomunistycznymi patriotami. Niedawno miał premierę w HBO film dokumentalny (na który trafiłem poprzez recenzję "Wyborczej") "Drań, tchórz, ofiara" poświęcony Cohnowi i zrobiony przez... wnuczkę Rosenbergów. Film ma za zadanie pokazać jakim to złym człowiekiem był Cohn. Autorce to się jednak średnio udaje, bo Cohn wychodzi tam na całkiem sympatycznego kolesia, z wielką klasą. Autorka grilluje oczywiście życie prywatne Cohna - to, że był turbogejem. Słyszymy więc różnych starych homoseksualistów mówiących jak bardzo się brzydzili imprezując razem z Cohnem (zwłaszcza, gdy dawali mu d...), widzimy jego fotki ze Studia 54 i słyszymy jak zamawiał dla swoich kumpli w nadmorskim kurorcie kokainę w miskach i po tabletce na uspokojenie na wypadek, gdyby im po kokainie odpierdoliło. Rosenbergówna oskarża: "zobaczcie jakim Cohn był  pedałem, a jednocześnie trzymał z reakcjonistami i faszystami".



No cóż, jak już wspomniałem Cohn był człowiekiem z klasą. Umiał się zachować. Nie był przegiętą ciotą. To, że ostro bawił się ze swoimi chłopakami nie oznaczało, że obnosił się ze swoją orientacją w sferze publicznej. Dzisiaj pewnie patrzyłby z niesmakiem na zawodowych aktywistów LGBTQWERTY i różne przegięte płaczliwe cioty. Cohn był człowiekiem reprezentującym Amerykę lat 50., czyli okres jej złotych lat. Czas, gdy królowała keynsowska polityka powszechnego dobrobytu, społeczny konserwatyzm i antykomunizm. Cohn jest gejem znienawidzonym przez lewicę również z innego ważnego powodu - był przez wiele lat prawnikiem Donalda Trumpa i zarazem jego przyjacielem. Znał się też z Rogerem Stonem.


"Femenizm to rak" - Jerzy Waldorff

Ilustracja muzyczna: Rucka Rucka Ali - Milo's Gay

Przegiętą ciotą nie był też z pewnością Jerzy Waldorff. Został zapamiętany przez opinię publiczną głównie jako zabawny, starszy pan gawędzący o przedwojennych czasach i ratujący Stare Powązki. Przed wojną był związany z RNR Falangą, napisał książkę sławiącą Mussoliniego i zrobił wywiad z Leonem Degrellem (autorem książki "Płonące dupy"), który był mocno w jego typie. Waldorff, pomysłodawca postawienia pomnika Marszałka Józefa Piłsudskiego przy Belwederze z pewnością nie tolerowałby wieszania tęczowych flag na tym pomniku, ani na figurze Jezusa z kościoła św. Krzyża. Każdemu antifiarskiemu śmieciowi, który by to zrobił zlałby dupę laską, a następnie zamknąłby go w piwnicy, gdzie rżnąłby go we wszystkie otwory razem z Jarosławem Iwaszkiewiczem i Jerzym Zawieyskim. (A na koniec Witold Gombrowicz zgwałciłby antifiarza przez uszy.) Można się spodziewać, że geje z tamtego pokolenia widząc jakiegoś "aktywistę" czy inną przegiętą ciotę nabijającą się z symboli religijnych czy patriotycznych, przywaliliby mu z plaskacza i przywołali do porządku słowami: "Zachowuj się cwelu!".



Oczywiście przegięte cioty istniały też w odległej historii. Najbardziej znanym takim przykładem jest rzymski cesarz Heliogabal (na cześć którego dostał szóste imię hrabia Jędrzej Zdzisław Stefan Pafnucy Kalasanty Heliogabal etc. Jabłoński). Cesarz ten był prekursorem ruchu transgender - pytał się lekarzy, czy mogliby mu zrobić waginę i wymykał się do burdelu, gdzie udając kobietę dawał się posuwać. Przegięcia miały jednak swoje granice i pretorianie obcięli mu głowę, ku uciesze wszystkich wlekli jego zwłoki po ulicach Rzymu i wrzucili je do Tybru. Gdy przegięte cioty zbyt przeginały, spotykała je zwykle jakaś "noc długich noży". Dzisiejsza syfilizacja nakazuje jednak tolerować ich przegięcia. Dzisiaj Heliogabal może więc zostać uznany za ofiarę homofobii, transofobii, rasizmu, seksizmu, patriarchatu i rzymskiego militaryzmu. Każda przegięta ciota, która nie potrafi się zachować w towarzystwie, która prowokuje swoim głupim zachowaniem, kreuje się na ofiarę jakiegoś współczesnego Holokaustu, gdy ktoś choćby na nią krzywo spojrzy.



"Tęcza nie obraża!" - słyszymy od rozbawionych wielkomiejskich liberałów. Skoro nie obraża, to może tęczowe flagi zawieśmy na synagodze czy meczecie? Czemu pomijacie judaistów i muzułmanów w dzieleniu się takim radosnym symbolem tolerancji?  "Tęcza nie obraża, bo to też symbol chrześcijański" - odpowiedzą pożyteczni idioci z "Tygodnika Powszechnego". A swastyka to piękny symbol buddyjski. Zawieśmy ją na pomniku bohaterów getta. Wszystko zależy od kontekstu. A w tym kontekście tęczowa flaga jest symbolem głupich i agresywnych zawodowych aktywistów dążących do współczesnej rewolucji kulturalnej. Flagi i karteczki z kretyńskimi manifestami to dopiero początek. Rozpoznanie bojem. Później będzie oblewanie pomników farbą lub kwasem, a w kolejnym etapie podobne zidiocenie jak na Zachodzie - obalanie "rasistowskich" pomników. Poleci Piłsudski - bo dyktator, poleci Dmowski - bo wiadomo, poleci Witos - bo antysemita, poleci Prus - bo też antysemita, poleci Kolumna Zygmunta - bo król "klerykał" i "rasista"... Przesada? Na Zachodzie  debile z BLM i antify obalali nawet pomniki polityków, którzy walczyli przeciwko niewolnictwu i faszyzmowi.



"Bić tych skurwysynów bolszewików!" - krzyczał do swoich żołnierzy tłumiących w 1937 r. strajk chłopski gen. Gustaw Paszkiewicz. Państwo powinno zawsze w sposób sadystycznie ostry traktować podobne przypadki dywersji ideologicznej. A co robi? Jakiegoś kolesia co latał z nożem po ulicy i identyfikuje się jako "Małgorzatka",  co prawda zatrzymali wyciągając z mieszkania "bez skarpetek", ale sąd to coś wypuścił. Jakbyśmy mieli do czynienia z "recydywą sanacji" (jak przekonują nas debile tacy jak Giertych czy Wielomski), to by gostek dostał wpierdol już podczas transportu na komisariat i musiałby całować polską ziemię jak Herman Lieberman podczas transportu do Berezy. Albo wsadziliby go do celi z najgorszą recydywą i rzucili im słówko, że "Małgorzatka" masturbował się w parku przed czterolatkiem. Niech sobie później walczy o odszkodowanie w Strasbourgu... No ale mamy niestety u władzy ludzi wychowanych na "Murach" Kaczmarskiego, którzy starają się być delikatni wobec wrogów i nadstawiać im drugi policzek. Smoleńsk ich niczego nie nauczył.

Dziwnym zbiegiem okoliczności squat z którego pochodzą żule, którzy demolowali ciężarówki antyaborcyjnej fundacji i wieszali tęczowe szmaty na pomnikach jest położony o rzut koktajlem Mołotowa od komisariatu policji. A mieści się w kamienicy "grożącej zawaleniem", z której wcześniej wysiedlono mieszkańców. (Dziwne, że żaden handlarz roszczeń tą kamienicą się nie zainteresował...) Policja więc toleruje to, że ostentacyjnie łamane jest prawo - kilkadziesiąt metrów od swojego komisariatu. No chyba, że ci wszyscy "anarchiści" i działacze "LPG" znajdują się na niejawnych etatach w policji. To by tłumaczyło sprawę. Ale gdybyśmy mieli ministra spraw wewnętrznych z prawdziwego zdarzenia, zrobiłoby się tym "aktywistom" pokazową akcję "Widelec".



Działalność tych aktywistów jest porównywana już do Femenu. Przypomnę, że jak te idiotki z Femenu pojawiły się na Białorusi i zorganizowały akcję pod siedzibą KGB w Mińsku, to ludzie Łukaszenki szybko je zgarnęli, wywieźli do lasu, rozebrali do naga i oblali farbą. Już nigdy później na Białorusi się nie pojawiły. Głupi ludzie często uznają tylko argument siły. I Państwo powinno tej siły użyć, by ich nauczyć jak zachowywać się w sposób cywilizowany.

***

Nie pamiętam, czy już to kiedyś opisywałem na blogu, ale parę lat temu zdarzyła mi się naprawdę surrealistyczna sytuacja w kontekście omawianego tutaj tematu. Razem z kolegą zrobiliśmy sobie rajd po warszawskich knajpach. Zakończyliśmy go w Barze Kawowym "Czarny Piotruś" na Nowym Świecie. Przy stoliku obok nas siedziała grupka kolesi koło 60-tki. Od tego, co między sobą mówili aż uszy więdły. Kolega spytał ich:

- Przepraszam, czy wszyscy Państwo są gejami?

- Taaaak, a co się nie podoba?!

Kolesie okazali się przedstawicielami starszego pokolenia gejów, którzy organizowali ich scenę w latach 80-tych. Podzielili się z nami kilkoma anegdotkami historycznymi. Kolega ich w pewnym momencie spytał:

- A na kogo Panowie głosują?

- Na Korwina-Mikke. Bo potrzebujemy kogoś silnego jak Hitler lub Stalin, by wszystkich wziął za mordę i zrobił porządek - odpowiedział jeden z tych dziadziów.

"Nazi geje!" pomyślałem sobie. I zapytałem:

- A co Panowie sądzą o Robercie Biedroniu?

Oni w śmiech i:

- Straszny lachociąg...

Zapewne wiedzieli o czym mówili...

Dopytuje się więc:

- A czy to prawda, że generał Kiszczak był gejem?

- A Ty masz jeszcze jakieś wątpliwości?



***



Tak sobie pomyślałem, że w którymś następnych wpisów należałoby przypomnieć Czytelnikom postać Phyllis Schlafly, o której jej feministyczne przeciwniczki mówiły, że "wygląda jak Barbie a gada jak George Wallace". Będzie też nieco o Bidenie i resecie. A także oczywiście wpis na 100-ną rocznicę Bitwy Warszawskiej 1920 r. Wpis, który u niektórych wywoła krwawą sraczkę...