sobota, 25 września 2021

Jerzy Targalski (1952-2021) R.I.P. + Refleksje z Gruzji

 


Wieść o śmierci dra Jerzego Targalskiego dotarła do mnie w bratniej Gruzji. Zamieściłem wówczas następujący wpis na Fejsie:

"Będzie sporą przesadą jeśli nazwę ś.p. Jerzego Targalskiego przyjacielem. Czasem ze sobą korespondowaliśmy i zamieniliśmy parę słów w realu. Ja z zainteresowaniem czytałem jego publikacje i oglądałem "Geopolityczny Tygiel". Uwielbiałem jego złośliwości wobec moskalofili i różnych lipnych "ekspertów". On kojarzył mnie zadziwiająco dobrze i czytał mojego bloga. Wypowiadając się krytycznie o jednym wpisie powiedział: "ale przynajmniej Hubert docenia koty". Teraz pewnie dr Targalski vel Darski vel dr House (Nya!) siedzi w raju w kociej kawiarence, gdzie śliczne kelnerki mają kocie uszka - prawdziwe! R.I.P."

Mam po Nim w domu jedną pamiątkę - autograf na jednym z tomów "Resortowych Dzieci": "Hubertowi na pamiątkę współpracy, o elitach Ubekistanu. 26.11.2016 Warszawa Jerzy Targalski Maciej Marosz". 

Nie będzie żadną przesadą, jeśli napiszę, że dr Targalski był umysłem bardzo wybitnym, być może nawet tej klasy jak o. Józef Maria Bocheński. Był politologiem, specjalistą od służb specjalnych, historykiem i lingwistą mówiącym płynnie kilkunastoma językami. Górował przygotowaniem intelektualnym nad wszystkimi "mistrzami pustosłowia"  - różnymi Bartosiakami, Sykulskimi i Gryguciami. Bezlitośnie obśmiewał w swojej publicystyce moskalofili oraz różnych oszustów podających się za "ekspertów" od geopolityki. Wielu z nich głośno zawyło po jego zgonie. Aż tak ich zady bolą...

O tym jak ostre było pióro doktora Targalskiego, może świadczyć choćby to, że profesor Bartyzel do dziś przeżywa to, że 30 lat temu Targalski obśmiał go w artykule w jakimś niszowym pisemku. Z profesora Bartyzela wyszła przy okazji typowa akademicka menda - mściwa i przy tym robiąca żenujące błędy w faktografii. Bartyzel zrobił bowiem zarzut Targalskiemu, że zajmował się tropieniem "sowiecko-ruskiej agentury" (a to coś złego? czy Bartyzel chce, by ta agentura nie była niepokojona i spokojnie sobie pracowała?) i napisał przy tym, że "inne agentury (izraelska, amerykańska czy niemiecka) już nie zaprzątały jego uwagi". No cóż, jak widać Bartyzel nie czytał publicystyki Targalskiego, ani nie oglądał "Geopolitycznego Tygla", bo wówczas zorientowałby się, że mocno tam była smagana też agentura niemiecka, lobby izraelskie a i USA były krytykowane. (Podobnie chybione jest nazywanie przez różnych internetowych idiotów Targalskiego "pisowskim propagandystą", w sytuacji, gdy wielokrotnie krytykował on rząd PiS za kapitulanctwo wobec Brukseli. No cóż, w opinii osób upośledzonych umysłowo, jeśli obśmiewasz brednie Sykulskiego, Grygucia czy Brauna, to jesteś "pisowskim propagandystą".) Oczywiście zadanie katalogowania sowiecko-rosyjskiej agentury wpływu w Polsce oraz różnych ubeckich powiązań to praca o fundamentalnym znaczeniu. Fajnie by było, gdyby ci, którzy jojczą, że nie ma podobnie skatalogowanej agentury niemieckiej czy izraelskiej, sami się wzięli do naukowego opracowania tego tematu. Ale tego nigdy nie zrobią. Dlaczego? Bo bycie profesorem wiąże się z pracą tylko nad bezpiecznymi tematami - w przypadku różnych Bartyzlów i Wielkomskich z przepisywaniem tekstów o różnych francuskich przegrywach. Bartyzel może sobie od czasu do czasu pojojczyć w internecie, ale nigdy nie napisałby publikacji dotyczącej ubeckich powiązań swoich kolegów profesorów - nie mówiąc już o pracy o swoim gejowskim mentorze z Informacji Wojskowej Henryku Krzeczkowskim.

Śmieszne i żenujące jest też wypominanie Targalskiemu, że przez parę lat za Gierka był w PZPR. Często wypominają mu to ludzie, którzy w PZPR byli aż do 1990 r. Mniej uświadomionym przypomnijmy, że Targalski działał w opozycji antykomunistycznej od 1976 r. i za udział w KOR stracił pracę na UW. W latach 80-tych jego partia LDP "N" była jedną z najbardziej radykalnych organizacji antykomunistycznych, sprzeciwiającą się Okrągłemu Stołowi. Targalski miał więc podobnie długi - ale bardziej intensywny - staż opozycyjny jak Bartyzel (o czym oczywiście Bartylooser udaje, że nie wie). To zaangażowanie przeciwko PRL może dziwić, gdyż ojciec doktora Targalskiego, Jerzy Targalski senior był komunistycznym historykiem. Mam w domu jedną z jego książek - poświęconą rewolucji 1905 r. - i muszę powiedzieć, że jest bardzo "spiskowa" i "prometejska"...



Tym, którzy słabo znają twórczość doktora Targalskiego, polecam oczywiście stronę ze zbiorem jego publicystyki.  Niektóre jego teksty to czysta poezja. Tutaj na przykład orze Marcina Masnego:

"Marcin Masny, który w Mediach Narodowych promował komunistycznych bezpieczniaków z Departamentu I jako polskich patriotów i niepodległościowców, ostatnio pochylił się nad ciężkim losem uciemiężonej Rosji. (...) Masny jednak powołuje się na szlachetne zachowanie czerwonoarmistów w Polsce, którzy „gwałcili tylko Niemki”. Jak rozumiem, gwałcenie Niemek jest dopuszczalne i usprawiedliwione, choć rodzice mi mówili, że wyzwoliciele gwałcili wszystko, co się ruszało, bez względu na narodowość, płeć, wiek i gatunek."

A o jednym z moich "ulubieńców":

" W marcu, zgodne z ówczesną linią propagandy, jasnowidz widział jesienią starcia wojskowe między Turcją i USA. Mamy jesień i jakoś żadnej wojny turecko-amerykańskiej nie widać. Nie ma też wojny na Bliskim Wschodzie na większą skalę niż dotychczas. Raczej utrzymuje się status quo, a już na pewno nie wybuchła we wrześniu zapowiadana wojna z Kurdami. Jakoś nie chce też wybuchnąć w trzech miejscach trzyletnia wojna światowa zapowiadana przez jasnowidza od początku roku. A mieliśmy nie pozwolić dać się wysłać na wojnę, przed czym Braun ostrzega od szczytu NATO w Warszawie. W połowie sierpnia jasnowidz widział, że od września Polska wejdzie do działań wojennych. Czekała nas mobilizacja. Miało zostać użyte polskie lotnictwo. No i co, kogo bombardujemy? Pewnie Iran, jak zapowiadał Braun. Kolejną wojnę światową miał zapowiadać konflikt w Karabachu. Turcja i Rosja są jednak, choć z różnych powodów, po jednej stronie. Ja też mam wizję – wojny nie będzie."



Jak, już wspomniałem: niech się Pan Jerzy Targalski dobrze bawi w niebiańskiej kociej kawiarence...



***

Jak wspomniałem, przez tydzień byłem w Gruzji. A to moje refleksje z tego kraju:

"Już w gościnnej Gruzji. W domu mojego przyjaciela Koby. O czwartej nad ranem zjadłem ostrą zupę, którą przegryzłem owczym serem i pomidorami oraz popijałem młodym winem. Przy okazji dokarmiałem psa husky, który gapił się na mnie błagalnym wzrokiem. Gruzja. Przyjeżdżasz tu dla niepowtarzalnej atmosfery."




"Rzuciłem okiem na stare miasto w Tbilisi i oczywiście mam wrażenie mniejszego ruchu turystycznego - ale nie apatii. Ludzie z Europy i Rosji nadal tu chętnie przyjeżdżają. W samolocie siedziałem obok Duńczyka, z którym fajnie mi się rozmawiało. Ponieważ Tbilisi już dwa razy zwiedzałem, wybrałem się do Vake - skansenu na obrzeżach miasta. Jego część jest niestety zamknięta, ale jest do zwiedzania trochę stylowych domków z drewna orzechowego i kasztanowego. Panie z muzeum bardzo chętnie opowiadają o tych chatkach i stojących w nich sprzętach. Jednej z nich pokazałem zdjęcia z polskich skansenów - szczególnie interesowały ją kościoły. W skansenie jest też dający się głaskać czarny kotek, który chłeptał mleczko..."




"Vardzia należy do miejsc zaliczających się do kategorii "cholernie daleko", ale to światowy ewenement godny zobaczenia. To miasto wykute w skałach, w którym mieszkali mnisi. Mieli oni własny wodociąg i kanalizację oraz cerkiew z ładnymi freskami. Musieli się oczywiście nachodzić po wąskich i stromych stopniach, ale i tak żyło im się znośnie jak na tamte czasy. Monastyczna idylla skończyła się jednak w XVI w., gdy Vardzię najechał perski szach Abbas. Później drogie księgi Ewangelii z Vardzi sprzedawano na bazarach w Teheranie"





"Nad miastem Akhaltsikhe góruje cytadela znana jako Rabati. Arabska nazwa to ślad po imperium osmańskim, które rządziło tą częścią Gruzji do 1828 r. W cytadeli jest więc duży meczet i loch, w którym trzymano jasyr. Starszy pan opiekujący się jedną z odnowionych sal na zamku opowiadał jak do kołchozów zabierano ludziom zwierzęta gospodarskie, zostawiając po jednej krowie. Dopiero Malenkow (de facto Beria) powiedział, by ludziom rozdać po 5 krów i po 10 owiec. Przewodnik opowiedział też jak jego babcia trzymała w kufrze wódkę i zakąski. Piła po 100 gramów trzy razy dziennie. Posiadali jej zakąski a ona: "Gdzie te szatany!""

"Borjomi to kurort znany z wody mineralnej o ciekawym smaku. Była hitem już w czasach carskich, o czym przekonują choćby murale. Później w willi zbudowanej przez carskiego brata miał daczę Stalin. Obecnie to typowe uzdrowisko poszerzające swoją bazę klientów. Przyciąga miłośników przyrody i typowo kurortowych rozrywek. Ma to też złe strony . Mały kubeczek soku kosztuje tu na ulicy tyle co w hipsterskiej warszawskiej knajpie. Ogólnie jednak to ciekawe miejsce jako bazą wypadową lub zwieńczenie intensywnego dnia zwiedzania. Mnie urzekł most dla skaterów..."

  




"Wczoraj przejechałem się Gruzińską Drogą Wojenną aż pod granicę z Rosją. Bardzo ładne widoczki, choć jeszcze na dziesiątki kilometrów przed granicą widać kolejki tirów stojących na poboczu i czekających aż rosyjscy celnicy przestaną robić problemy. Duże wrażenie zrobiła na mnie cerkiew św. Trójcy w Stepantsminda położona na szczycie góry liczącej 2,2 tys. m npm. Zaskakuje tam widok koni pasących się na zboczach. I rzeźba przedstawiająca... walczące dinozaury lub inne wielkie jaszczury. Jest stamtąd dobry widok na majestatyczny Kaukaz. Przed samą granicą cerkiew - postawiona przez Eliasza II, patriarchę Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego, po to by Ruscy w tym miejscu cichcem nie przesuwali granicy. Eliasz II jest bardzo lubiany w Gruzji - rządzi tamtejszym kościołem już ponad 40 lat. Gdy zaczynał, było w kraju tylko kilkanaście czynnych cerkwii, a obecnie jest bodajże ponad 20 tys. Jeśli komuś się rodzi trzecie dziecko, to patriarcha osobiście je chrzci."


"Dzisiaj trochę pozwiedzałem cerkwi w okolicach Mcchety i przy okazji poznałem niesamowitą historię o. Gabriela - prawosławnego gruzińskiego mnicha, który miał zdolności parapsychiczne i był antykomunistą. W drugiej połowie lat 60-tych spalił wielki banner Leninem w centrum Tbilisi. Był autorem wielu przepowiedni, w tym o rozpadzie ZSRR i o wojnach, które dotkną Gruzję. Przekonywał, że Antychrystowi nie uda się podbić całej Gruzji (wtedy, gdy to mówił Putin był dopiero nierobem w KGB w Dreźnie) i że wszystkie gruzińskie ziemię wrócą w końcu do ojczyzny. O. Gabriel - prawosławny odpowiednik o. Pio - jest pochowany w Mcchecie. Jego ciało leży przykryte szatami liturgicznymi, w przeszklonym sarkofagu. Obok niego, pod szkłem, leży jego serce, które co prawda zeschło się i skurczyło, ale przetrwało. (Niestety zakonnica pilnowała, by nie robić zdjęć.) W małym klasztornym muzeum jest zdjęcie o. Gabriela w mundurze Armii Czerwonej. Podczas służby otarł się on o śmierć w morzu pod Batumi. Uratował go starszy człowiek. Gabriel wcześniej widział jego twarz na ikonach w domu rodziców. To była twarz św. Mikołaja, który w prawosławiu jest bardzo czczony i który przejął atrybuty bodajże Peruna."


"W historii Gruzji wiele znaczy 13 ojców syryjskich, którzy we wczesnym średniowieczu założyli w różnych miejscach kraju 13 klasztorów. Dzisiaj byłem w kolejnym z nich u św. o Antoniego. W kościelnym sklepiku mnich usłyszał, że jestem katolikiem. - Nie chciałbyś zostać prawosławnym? Tutaj jest zbawienie? - zagaił. Podarował mi mały flakonik świętego oleju. Zainteresował go mój słowiański t-shirt z kołowrotem. Mówiłem mu, że to symbol etniczny. Dopatrzył się w nim swarzycy. - Swastyka to u nas symbol Ziemi. To "ke" 24-ta litera alfabetu. 24-ta, bo Ziemia w 24 godziny krąży wokół Słońca - wyjaśniał mnich. W cerkwii starszy mnich z ciekawości sobie ze mną miło pogawędził i porządnie skropił wodą święconą. Gdyby Ruscy nie zrobili tyle przypału prawosławiu, to byłaby to ciekawa religia..."


"Przypadkiem spotkałem dzisiaj Eldara - weterana wojny w Abchazji - u którego mieszkałem dwa lata temu przez parę dni. Napiliśmy się piwa. Po południu wpadłem do niego, gdzie trochę sobie pogadałem z Dziadkiem Mitią niewidomym alt-rightowym staruszkiem, z którym dwa lata temu fajnie się biesiadowało. Mitia opowiadał m.in. o tym, że w Gruzji nie było żadnego antysemityzmu. Miejscowa społeczność żydowska była mocno zasymilowana. Jego dobry kolega z czasów studenckich był Żydem, ale wszyscy traktowali go jak Gruzina. Tylko czasem się dziwili że nie je wieprzowiny. (Ale wino i czaczę pił chętnie.) Wszyscy też byli zaskoczeni, że wyjechał później do Izraela. Mitia zaskoczył mnie jedną rzeczą. Nie chciał uznać tego, że Jan Paweł II zmarł śmiercią naturalną."




"Kachetia to wspaniałe miejsce - piękne rolnicze krajobrazy z wysokimi górami Kaukazu na horyzoncie. (Za tymi górami jest Czeczenia.) Sporo tam zabytkowych klasztorów, a po drogach jeżdżą ciężarówki pełne winogron. Tam się wyrabia najlepsze gruzińskie wina. I tam zostałem dzisiaj ugoszczony. Podczas biesiady wznoszono toasty za mnie, a ja za swoich gospodarzy i bohaterów obu narodów. Usłyszałem, że Gruzini bardzo chcą, by ich państwo stało się normalnym europejskim krajem. Wskazywali m.in. przykład drogi jaką przeszła Polska przez ostatnie 25 lat - od totalnie rozkradzionego, mafijnego kraju do państwa odnoszącego sukcesy. (Zauważcie, że nikt tam nas nie kojarzy jako straszną dyktaturę łamiącą prawa LPG, TVN i dzików.) Oczywiście Gruzji przeszkadza w tym Rosją i jej agentura. Rosja wie, że gdyby Gruzji się udało, inne narody Kaukazu zaczęły by walczyć o swoje. Wśród Gruzinów jest przekonanie, że Zachód nie jest już reaganowski i nie czeka na nich z otwartymi rękami. Zachód nie odwzajemnia gruzińskiej gościnności. To w jaki sposób traktuje Gruzję pokazuje jak puste są jego "wartości".


"Ciekawej rzeczy się dowiedziałem o Erdoganie. Miał przodków Lazów, czyli Gruzinów z Adżarii (Adżaria to okolice Batumi). Sam o tym mówił. A dokumenty dotyczące przodków podarował mu Saakaszwili. Turcja i Gruzja mają bardzo przyjazne relacje. Gruzini mogą jeździć do Turcji bez wiz i bez paszportów. W czasach sowieckich obszary przy granicy z Turcją były oczywiście strefą zakazaną, obejmującą m.in. Vardzię."

"Zasłyszane: Ormianie nie są narodem kaukaskim. Do Kaukazu mają sporo kilometrów. Gruzini mają im za złe, że ziomki ks. Isakowicza dokonują przywłaszczeń kulturowych. Ormianie twierdzą np. że wymyślili czurczhele, czyli tradycyjne gruzińskie słodycze. Twierdzą też, że Szota Rustaweli - narodowy gruziński poeta, autor "Rycerza w tygrysiej skórze" - był Ormianinem, choć niczego nigdy nie napisał po ormiańsku. Ormianie zaraz zaczną twierdzić, że Nicki Minaj to Ormianka z rodziny Kardashianów i że Krzysztof Krawczyk grał w System od a Down :)"
"Zasłyszane w Gruzji: Ormianie twierdzą, że to oni zakładali Anglię. Mój komentarz: Czas nakręcić nowy sezon serialu Brytania..."



"Jeśli chcielibyście kiedyś wpaść do Gruzji, to pięknie was ugościć może mój przyjaciel Koba Qoniashvili - może was przenocować w swoim domu na przedmieściach Tbilisi i przewieźć po kraju - od Tuszeti i Kachetii po Batumi i Vardzię. U niego na pewno nie umrzecie z głodu lub z pragnienia A pobyt będzie miał niepowtarzalny klimat. Kontakt do Niego to: +995 595 858 141." (Wyjaśnienie dla Nosaczy Sundajskich: oczywiście gościna nie jest darmowa. Ale spokojnie możecie się umówić co do ceny - jeśli chcecie pobytu w Gruzji w niepowtarzalnym klimacie.)
"I na pożegnanie dostałem trzy butelki wina i słoik adjiki. Będzie zabawa z pakowaniem "

***

A za tydzień powrót do serii dotyczącej 11 września 2001 r. Kolejny odcinek: FBI (i być może też NSA).

sobota, 11 września 2021

11: NORAD

 


Ilustracja muzyczna: Two Steps from Hell - Forgotten September

There must have been a military order...



NORAD to Dowództwo Północnoamerykańskiej Przestrzeni Powietrznej i Kosmicznej, wojskowa jednostka organizacyjna odpowiedzialna za ochronę nieba nad USA i Kanadą, funkcjonująca od 1957 r. i mająca swoją kwaterę główną w bunkrze wydrążonym w Górze Cheyenne w Kolorado.



Po zakończeniu Zimnej Wojny stale obniżano gotowość bojową NORADu. Dokonano ogromnych redukcji liczby samolotów patrolujących amerykańskie niebo i planowano kolejne cięcia. Mimo to NORAD sobie świetnie radził. Myśliwce pojawiały się zawsze, gdy obiekty na radarze schodziły z kursu lub tracono z nimi łączność radiową. W zasięgu Nowego Jorku i Waszyngtonu znajdowały się 3 bazy włączone do systemu NORADu – z myśliwcami gotowymi do startu w ciągu 5 minut: Otis AFB, Andrews AFB i Lngley AFB. W tym rejonie znajdowało się też kilkanaście innych baz lotniczych. Wiele z nich na swych stronach internetowych podawało, że ich samoloty są w stanie znaleźć się w powietrzu w ciągu 10-15 minut. Po 11 IX 2001 r. stwierdzenia te zniknęły ze stron internetowych.




 W czasie zamachów komendantem amerykańskiego obszaru NORADu był gen. Larry Arnold . Podlegał on dowódcy NORADu gen. Ralphowi Ebaerhardtowi. Funkcję Szefa Połączonych Sztabów,  sprawował wtedy gen. Hugh Shelton, jednakże wobec tego, że przebywał on wtedy na pokładzie samolotu zmierzającego do Europy, jego obowiązki pełnił jego zastępca gen. Richard Myers -  były dowódca NORADu.

Rankiem 11 IX NORAD był w trakcie ćwiczeń ,,Vigilant Guardian” – w związku z tym wszystkie stanowiska były obsadzone a ich załogi w gotowości. W stanie alertu znajdowało się kilka dodatkowych myśliwców. Jak mu te ćwiczenia poszły?



Zacznijmy od lotu nr 11. Kontrolerzy lotniczy z Bostonu już o 8:15, wobec braku kontaktu radiowego, zaczęli rozważać możliwość porwania.  Prawie jednocześnie z brakiem kontaktu radiowego wyłączono transponder. Nie działał też ELT. O 8:20 lot 11 zbacza z kursu. Zostaje wyłączony sygnał identyfikacyjny ,,Wróg czy Przyjaciel”. Samolot zostaje uznany za prawdopodobnie porwany. Reguły FAA mówią, by samoloty ,,prawdopodobnie porwane” traktować jak porwane. O 8:24 zostają rozwiane wszystkie wątpliwości kontrolerów. Słyszą przez radio głos Mohameda Atty :,,Nie ruszać się. Wszystko będzie w porządku. Wracamy na lotnisko. Niech nikt nie wykonuje żadnych głupich ruchów.” To kapitan lotu John Ogonowski przełączył mikrofon wewnętrzny, tak aby głos porywaczy trafiał nie do kabiny samolotu, ale był transmitowany w eter. FAA miała teraz obowiązek powiadomić NORAD. Tymczasem NORAD twierdzi, że powiadomiono go dopiero o 8:40. Czemu czekano aż 15 minut? Według NORADu samoloty z bazy Otis mogły wystartować w ciągu 5 minut a nad Nowy Jork dolecieć mogły w 12 minut. Lot nr 11 rozbił się o WTC o 8:46. Podliczmy: 8:25 + 15 min + 5 min + 12 min = 8:57. Te 15 minut okazało się kluczowe. Czy jednak rzeczywiście NORAD został powiadomiony o 8:40? ABC podawała w 2002 r., że nastąpiło to o 8:31. W tym wypadku północna wieża WTC zostałaby ocalona, gdyby NORAD poderwał samoloty natychmiast. Tymczasem jak zeznał pilot jednego z poderwanych F-16 ppłk. Tim Duffy, samoloty z bazy w Otis zostały zaalarmowane dopiero o 8:52. Lecieli jakieś 1875 mil/h. Według generała Arnolda – 1100 mil/h. Jednakże według NORADu lecieli 19 minut, co daje 600 mil/h! Coś tu nie pasuje...

 Gdyby samoloty z bazy Otis doleciały tam o 8:57 mogłoby to zapobiec uderzeniu lotu 175 o południową wieże WTC o 9:03.



  NORAD twierdzi, że powiadomiono go o porwaniu lotu nr 175 dopiero o 9:05. 2 minuty po jego rozbiciu! W dodatku utrzymuje, że nigdy nie wyłączono w tym locie transpondera. Tymczasem już o 8:42 kontrolerzy lotów z Bostonu zauważyli, że wyłączono transponder, lot 175 zbacza z kursu i stracono z nim komunikację. Według FAA natychmiast powiadomiono NORAD. Jeszcze w tydzień po zamachach NORAD twierdził, że został powiadomiony o 8:43.  Później zmienił zdanie i przesunął to na 9:05. Warto pamiętać, że NORAD był wtedy w kontakcie z kontrolerami z Bostonu – wspólnie śledzili lot nr 11. Samoloty poderwane z bazy Otis mogły jeszcze zapobiec uderzeniu w drugą wieże WTC. Ale ich piloci twierdzą, że nie powiadomiono ich o uderzeniu lotu nr 11 w WTC ani o tym, że mają ścigać lot nr 175. Co więcej, o locie 175 nie powiadomiono nikogo w Nowym Jorku. O 8:55 ludzie ewakuujący się z południowej wieży WTC usłyszeli komunikat, że jest bezpiecznie i mogą wracać.

 Tymczasem o 8:50 stracono komunikację z lotem nr 77. Ponadto wykonał on skręt o 90 stopni. O 8:56 wyłączony został transponder i lot 77 został zagubiony. Odnalazł się dopiero o 9:05, gdy wszedł w przestrzeń powietrzną nad Zachodnią Wirginią. Tymczasem NORAD twierdzi, że został powiadomiony o porwaniu o 9:24. 30 minut później! Mimo, że trwała już konferencja z udziałem szefowej FAA Jane Garvey, przedstawicielami Secret Service i kilku innych służb. Mimo płonących wież WTC.

   O 9:24 ogłoszono alarm w bazie Langley. Wystartowały 2 myśliwce. Z umiarkowaną prędkością 1100 mil/h mogły przybyć nad Waszyngton w ciągu 7 minut. Tymczasem według NORADu leciały one 660 mil/h. A gdy się przyjrzeć uważnie ich wcześniejszej chronologii, można obliczyć, że leciały one 180 mil/h. Wyjaśnił tę zagadkę pilot jednego z myśliwców o ksywcę ,,Honey”. Według niego wysłano ich nie nad Waszyngton, ale nad Nowy Jork. Tymczasem do gen. Arnolda zaczęli dzwonić dowódcy innych baz lotniczych. ,,Daj mi 10 minut a będziesz miał w powietrzu gorące działa” – deklarował komendant bazy lotniczej Gwardii Narodowej w Syracuse w stanie Nowy Jork. Nie skorzystano z żadnej z propozycji. 

Co więcej, o 9:26 został wydany rozkaz zakazujący startu jakichkolwiek samolotów – w tym wojskowych. Ten niespotykany od 1903 roku rozkaz został wydany najprawdopodobniej przez BenaSlineya – Narodowego Zarządcę Operacji FAA. Trwał do około 10:30.  Co ciekawe był to pierwszy dzień w pracy Slineya. 


Tymczasem Secret Service na bieżąco informowała Dicka Cheneya o zbliżającym się do Waszyngtonu locie 77. Według Sekretarza Transportu Normana Minety Cheney wydał rozkaz zestrzelenia porwanych samolotów. Gen. Arnold później stwierdził: ,,Nie mogliśmy zestrzelić lotu nr 77, gdyż nie byliśmy pewni, czy to był skoordynowany atak na USA." Płonęły już 2 wieże WTC, trzeci porwany samolot zbliżał się do Waszyngtonu a on nie był nadal pewny! Tymczasem ludzie w Pentagonie nie byli świadomi niebezpieczeństwa. Nie informowano ich o zbliżającym się samolocie, mimo że w tym samym budynku w National Military Command Center trwała konferencja śledząca porwane samoloty. O 9:38 lot nr 77 uderzył w Pentagon. Nie użyto znajdujących się w pobliżu wyrzutni rakiet przeciwlotniczych. Secret Service nie użyła też posiadanej przez siebie baterii Stingerów. Ewakuację ważnych gmachów w Waszyngtonie zarządzono dopiero po ataku na Pentagon. Dlaczego nie zrobiono tego wcześniej, gdy obserwowano na radarze jak lot 77 zbliża się do Waszyngtonu?

Według późniejszego zeznania gen. Myersa jak i rzecznika NORADu mjr Mike’a Snydera samoloty NORADu wzbiły się w powietrze dopiero po ataku na Pentagon. Przeczy to naszej całej wiedzy dotyczącej działań NORADu w dniu 11 IX. Ale jak wiemy jest to instytucja rozmiłowana w dezinformacji.

Cofnijmy się trochę w czasie – do 9:16. Wtedy to FAA miało zgłosić NORADowi porwanie lotu nr 93. Transponder został wyłączony o 9:30 lub 9:40 – brak transkryptów rozmów kontrolerów lotów utrudnia zadanie. W tym przypadku NORAD najbardziej kręci. Według niego lot 93 miał się rozbić o 10:03. Tymczasem według Studium Sejsmicznego Armii USA nastąpiło to o 10:06:05. 50 minut reakcji. NORAD znowu się nie spieszył. Ale właściwie nie wiemy jaka w tym przypadku była reakcja tej instytucji. Jeśli jej wierzyć, myśliwce były 11 minut lotu od porwanej maszyny. Tymczasem kontrolerzy lotu z New Hempshire twierdzą, że myśliwiec F-16 podążał tuż za lotem 93. NORAD temu przeczy i dodaje, że wysłane myśliwce były nieuzbrojone. Właściwie to ich rozumiem. Nie chcą przyznać, że nie wysłali myśliwców, nie chcą też przyznać, że zestrzelili samolot w czasie, gdy znajdował się on pod kontrolą pasażerów. A to bardzo prawdopodobne. Od 8:43 pasażerowie lotu 93 zaczęli powiadamiać swoje rodziny, że chcą odbić samolot. Akcja ta rozpoczęła się prawdopodobnie o 9:57. Zapewne dlatego NORAD podaje 10:03 jako datę rozbicia się lotu 93. Myśliwce w pobliżu w powiązaniu z rozkazem Cheneya dają jednoznaczną konkluzję. 

,,Czy go zestrzeliliśmy?” – spytał prezydent Bush, wkrótce po tym jak doniesiono mu o losie lotu nr 93.  Jeszcze przez kilka dni władze wydawały się nie być pewne co się stało z tym samolotem. Wkrótce jednak ogłoszono, że rozbił się w wyniku szamotaniny miedzy bohaterskimi pasażerami a terrorystami. W ten sposób miano ocalić Biały Dom. Skąd wiemy o zdarzeniach na pokładzie tego lotu? Głównie z treści ok. 30 rozmów telefonicznych między pasażerami a ich rozmówcami na ziemi oraz z zapisu z czarnej skrzynki.

Lot 93 wystartował z Newark o 8:42. Był on opóźniony o 40 minut i to mogło zadecydować o fiasku planu terrorystów.  O 9:34 pasażer Tom Burnet rozmawiał telefonicznie z żoną. Dowiedział się o ataku na WTC. Wkrótce wieść się rozeszła. Potem usłyszano o ataku na Pentagon. Tak więc o 9:47 pasażer Jeremy Glick powiadomił swych bliskich, że na pokładzie samolotu odbędzie się głosowanie nad zaatakowaniem porywaczy. Jeden z nich pilnował 10 pasażerów i 5 stewardes z tyłu samolotu, drugi czuwał nad 27-ma pasażerami w I-szej klasie, trzeci wraz z czwartym, który uszedł ich uwadze zajmowali kokpit. ,,Nic nie mamy do stracenia a warto spróbować” – taka myśl zapewne kierowała bohaterskimi pasażerami. Gdzieś mniej więcej o 9:57 rozpoczęła się śmiała akcja odbicia samolotu. Jakiś czas wcześniej Tod Beamer zakończył naradę pasażerów słynnymi słowami: ,,Jesteście gotowi? Okay. Let’s Roll!” Na zachowanym nagraniu z kokpitu słychać porywaczy zaniepokojonych hałasem. ,,Co się dzieje?!”. Słychać brzęk naczyń – pasażerowie wykorzystali wózek z jedzeniem jako taran i tarczę. Słychać głosy: ,,W kopcie! W kokpicie!” , ,,Łapać ich!”, ,,Allahu Akbar!”. Porywacze zastanawiają się nad odcięciem tlenu w kabinie. Pada tajemnicze: ,,Czy już kończyć?”, ,,Jeszcze nie!”. Po czym odgłosy szamotaniny: ,,Jestem ranny!”, ,,Trzymaj to!”. W telefonach komórkowych słychać głuchą ciszę, od czasu do czasu urozmaiconą podmuchami wiatru.

     Co się działo dalej? Tego nie wiemy. FBI zgodziło się udostępnić rodzinom ofiar taśmę z kokpitu dopiero w VII 2002 r. Puszczono im 31 minut nagrania. Zaczynało się ono o 9:31. Jak wiemy, NORAD twierdził, że samolot rozbił się o 10:03 a według Studium Sejsmicznego Armii USA nastąpiło to o 10:06:05. Gdzie się podziały zaginione 4 minuty? Co się w ciągu nich zdarzyło? Czy pasażerowie zdołali w tym czasie opanować samolot?


Zastanawiano się nad rozrzutem szczątków wraku. Leżały one często w odległości kilku kilometrów od siebie. Sugerowałoby to eksplozję lub uszkodzenie samolotu w powietrzu. FBI sugerowało przez pewien czas, że porywacze mieli bombę na pokładzie. Wynika to z kilku telefonów wykonanych przez pasażerów lot 93. Jednakże jak z tego samego źródła wynika, pasażerowie szybko zrozumieli, że ta bomba była tylko bluffem porywaczy. FBI szybko wycofało się z tej wersji.

   Samolot rozbił się koło Shanksville w Pennsylwanii. Burmistrz tego miasta powiedział później, że zna 2 ludzi, którzy słyszeli dźwięk pocisku rakietowego. Jeden z nich służył wcześniej w Wietnamie. Widzieli też F-16 bardzo bardzo blisko lotu 93. Jednakże zeznania innych świadków wydają się sprzeczne. Jedni z nich mówią, że lot 93 leciał bardzo nisko, inni że wysoko, czasem leciał do góry brzuchem, czasem dziwnie się kołysał. Lee Purbauch będący wtedy 300 jardów od miejsca katastrofy usłyszał dziwny huk, po czym zobaczył spadający samolot pasażerski. Inny świadek- Tom Fritz usłyszał coś podobnego i zobaczył jak Boeing spada jak kamień z nieba. Te relacje nie muszą być wcale sprzeczne. Czasem samolot trafiony pociskiem rakietowym może przelecieć jeszcze kilka kilometrów wykonując dziwne ewolucje.  Tak było w przypadku zestrzelonego nad Sachalinem lotu KAL 007.

    Lee Purbauch widział następnie jak biały odrzutowiec kręcił się przez kilka minut nad miejscem katastrofy. FBI ustaliła, że był to prywatny Fairchaild Falcon. W istocie zachowała się radiowa prośba wystosowana do jego pilota, by zniżył się z 37 000 do 5000 stóp. Jednakże według świadków ów biały odrzutowiec leciał bardzo nisko. Następnie próbowano dopasować do tej historii znajdujący się kilkanaście kilometrów dalej C-130. Całkowicie nie pasował do opisu, ale ,,The Independent” zasugerował, że na pokładzie tej maszyny znajdowały się urządzenia do walki elektronicznej  wysyłające EMP, które zakłóciły system elektroniczny lotu 93. Ciekawa teoria, lecz mamy za mało danych, by ją zweryfikować...



    Jak wiemy, według NORADu 2 ,,nieuzbrojone” myśliwce były 11 minut od lotu 93. Według kontrolera lotów z New Hempshire F-16 podążał za porwanym samolotem. Był też rozkaz zestrzelenia. Sekretarz Transportu Mineta twierdzi, że wydano go o 9:26 – inni, że Dick Cheney wydał go koło 9:50 po konsultacji telefonicznej z prezydentem Bushem. W każdym bądź razie gdy doradca militarny o 9:56 oznajmił Cheneyowi, że 80 mil od Waszyngtonu znajduje się porwany samolot i spytał, czy go zestrzelić, Cheney odparł: ,,Tak!”. I powtórzył to jeszcze dwukrotnie. Gdy o 13:30 ,,Nasty” – jeden z pilotów patrolujących wówczas amerykańskie niebo wylądował na lotnisku, poinformowano go, że zestrzelono samolot pasażerski w Pennsylwanii.

        Nasuwa się pytanie: Czy wiedziano wtedy o tym, że pasażerowie lotu 93 zamierzają opanować samolot? Jeżeli udałoby mi się obezwładnić porywaczy i dowieść ich żywych na lotnisko, uzyskano by prawdziwą kopalnię informacji o 11 IX. Nie udałoby się zatuszować wiadomości o ich pojmaniu. Wiele tajemnic zostałoby wyjaśnionych.

   Czy kogokolwiek z ludzi odpowiedzialnych za stan ochrony powietrznej USA w dniu 11 IX 2001 r. pociągnięto w jakikolwiek sposób do odpowiedzialności? Nie. Na dodatek niektórzy jak np. gen. Richard Myers zostali awansowani. Zupełnie jak agenci FBI chroniący potencjalnego porywacza Zacariasa Moussaoui. Jak widać, zamachów z 11 września 2001 r. nie uznano za porażkę US Air Force i NORADu...

***

Niektórzy narzekali: "Kiedy będzie nowa seria blogowa?". Zaczynam więc rocznicową serię "11" poświęconą tajemnicą zamachów z 11 września 2001 r. Następny odcinek być może za dwa tygodnie - bo w nocy z 16-go na 17-go września (symboliczna data...) wybieram się na tydzień do Gruzji.

sobota, 4 września 2021

Wrzesień generała Stachiewicza

 

Ilustracja muzyczna: Two Steps from Hell - To Glory

Mogłoby się wydawać, że relacja szefa sztabu Naczelnego Wodza z 1939 r. będzie jednym z podstawowych źródeł do historii Kampanii Polskiej. A jednak nie jest. Zbiór prac, wspomnień i listów generała Wacława Stachiewicza "Wierności dochować żołnierskiej" został wydany w Polsce w latach 90-tych. Nie był wznawiany i jest przez to obecnie trudno dostępny. Na Allegro można znaleźć kilka sztuk tej książki - zwykle po około 100 zł. W bibliotekach też jest ich KILKA - np. w województwie mazowieckim (poza Biblioteką Narodową) jest jej jeden egzemplarz - w Grodzisku Mazowieckim. Ciut zjechany, piracki pdf z tą książką można jednak znaleźć w necie (i z niego korzystałem). Skoro wartościowe publikacje dotyczące II RP i Września '39 są tak trudno dostępne, to nic dziwnego, że sukces rynkowy odnoszą kocopały różnych "demaskatorów zbrodniczej polityki Becka i Rydza".

"Wierności dochować żołnierskiej" to publikacja licząca ponad 800 stron, oparta głównie na wyjaśnieniach składanych przez Stachiewicza dla londyńskiej Komisji Historycznej, jego artykułach w "Kulturze" paryskiej, prywatnej korespondencji i zapiskach. Stachiewicz był cholernie metodyczny. Opisując więc np. kwestię mobilizacji, omawia najpierw kwestię przepustowości linii kolejowych oraz dostępności taboru a następnie, na podstawie tych danych rozbija w pył argumenty krytyków. W podobny sposób obala mity dotyczące eksportu polskiego uzbrojenia oraz wydatków wegetacyjnych w armii. Wdaje się też w polemiki z konkretnymi publikacjami - np. bezlitośnie orze wspomnienia gen. Rómmla "Za honor i ojczyznę", na podstawie dokumentów wskazując, w których miejscach Rómmel w nich konfabuluje. (Obala m.in. twierdzenia dowódcy Armii "Łódź" o tym, że do Warszawy wezwał go rozkaz marszałka Śmigłego. Wyjaśnia, że przekazał Rómmlowi dowodzenie nad Armią "Warszawa" jako najstarszemu rangą generałowi w mieście i biorąc za dobrą monetę jego tłumaczenie "odcięcia" od Armii "Łódź".) 



Stachiewicz burzy również narrację generała Kutrzeby dotyczącą Bitwy nad Bzurą. Jak zapewne pamiętamy (jak nie z lektury wspomnień dowódcy Armii "Poznań", to z programu Wołoszańskiego), Kutrzeba miał już 3 września prosić Stachiewicza i Śmigłego o zgodę na zwrot zaczepny Armii "Poznań" przeciwko niemieckiej 8 Armii atakującej Armię "Łódź". Stachiewicz wyjaśnia jednak, że owa prośba dotyczyła ataku zaledwie dwiema dywizjami na okolice przedmościa sieradzkiego, czyli ataku zbyt słabego. Czemu tylko dwiema dywizjami? Bo Kutrzeba miał świadomość, że jak rzuci do walki dywizje z północy Wielkopolski, to powstanie luka, przez którą Niemcy mogą obejść Przedmoście Bydgoskie i Armię "Pomorze". Druga prośba o zwrot zaczepny - siłami całej Armii "Poznań" i Armii "Pomorze" została przyjęta przez Stachiewicza i Śmigłego entuzjastycznie. (Świadczy o tym też relacja płka Mareckiego.) Wydano na nią zgodę jeszcze tego samego dnia. Dlaczego więc ze wspomnień Kutrzeby można odnieść wrażenie, że szef Sztabu Naczelnego Wodza i Naczelny Wódz byli niechętni pomysłowi na zwrot zaczepny? Bo Kutrzeba narobił błędów w swojej relacji - do czego sam się przyznał. Wspomnienia spisywał bez dostępu do dokumentów a ich kopię przesłał do konsultacji innym generałom. Wskazali mu oni na poważne nieścisłości. Kutrzeba postanowił więc nie publikować tej wersji wspomnień. Została ona jednak wydana wiele lat po jego śmierci - w PRL, w 1957 r. Z błędami, których autor nie miał szans poprawić. Znajomi Kutrzeby wspominali zaś, że koncepcja wydania Niemcom walnej bitwy we Wrześniu była późniejszą teoretyczną projekcją dowódcy Armii "Poznań". W 1939 r. wyraźnie mu Śmigły bowiem powiedział, że kampania polska będzie wojną bez ważnej bitwy a wszelkie zwroty zaczepne będą miały za zadanie jedynie kupowanie czasu na przesuwanie wojsk na południowy-wschód kraju.

Dlaczego jednak marszałek Śmigły-Rydz nie chciał walnej bitwy? Bo zdawał sobie sprawę, że Niemcy mają zbyt dużą przewagę ilościową, techniczną i geograficzną, byśmy taką bitwę na zachód od Wisły wygrali. I tu dochodzimy do innej kluczowej kwestii związanej z Wrześniem '39 - zarzutów, że Śmigły-Rydz "nie doceniał wroga" i "nie doceniał związków pancerno-motorowych".

Stachiewicz zwraca uwagę na to, że przed 1939 r. przykłady użycia wielkich jednostek pancernych nie były zachęcające. Podczas manewrów kijowskich w 1936 r. doszło do totalnego chaosu z ich udziałem. Do podobnych zdarzeń dochodziło na manewrach w Niemczech. Podczas Anschlussu czołgi Guderiana głównie wprowadzały chaos na drogach lub stały na poboczach pozbawione paliwa. Włoskie doświadczenia w Etiopii były mało miarodajne a w Hiszpanii, pod Guadalajarą włoska dywizja zmechanizowana się skompromitowała. Niemcy w Hiszpanii używali czołgów na małą skalę, a Sowieci robili to w sposób mało przemyślany. Generał Ludwig Beck, szef niemieckiego sztabu generalnego pisał więc w 1938 r., że nie widzi dla czołgów innej roli, niż bezpośrednie wsparcie piechoty. Generał Władysław Sikorski w "Przyszłej wojnie" pisał, że może w dalekiej przyszłości czołgi będą działać samodzielnie, ale obecnie mają znaczenie tylko pomocnicze. Dywizji pancernych nie doceniano  wówczas powszechnie. Użycie w 1939 r. przez Niemców mas czołgów do przełamywania obrony było więc rewolucją na polu walki porównywalną z użyciem bomb atomowych w 1945 r.

Ze wspomnień Stachiewicza można odnieść wrażenie, że Śmigły-Rydz nigdy nie lekceważył niemieckiego zagrożenia pancernego i lotniczego. O tym świadczyła zresztą strategia wojny bez walnej bitwy, polegającej na kupowaniu czasu. Stachiewicz niestety o tym nie pisze, ale wojsko II RP opracowało skuteczniejszą doktrynę walki z czołgami niż armie państw Zachodu. Dobre działa przeciwpancerne Boforsa, wspomagane działami 75 mm, karabinami przeciwpancernymi oraz minami, a także improwizowanymi środkami przeciwpancernymi. Gdy czytamy opis typowego wrześniowego starcia widzimy zwykle taką sytuację: Niemcy rzucają na nasze pozycje pięć czołgów. Wszystkie zostają zniszczone lub uszkodzone. Parę godzin później Niemcy nadchodzą z 50 czołgami. Co z tego, że rozwalamy im kolejne 5 czy 10, jak pozostałe obchodzą nas jak mrowie, a do tego walą do nas sztukasy i ciężka artyleria. Stachiewicz przypomina jak niemiecki system okazał się skuteczny w bitwie pod Sedanem w 1940 r. - 25 km odcinek szerokiej rzeki został tam obsadzony przez 5 dywizji francuskich, mających do dyspozycji bunkry znajdujące się co 150 m. I Niemcy taką obronę przełamali już pierwszego dnia walki, tworząc przyczółki po drugiej stronie Mozy. Problemy z zatrzymywaniem niemieckich czołgów mieli jeszcze choćby Amerykanie w lutym 1943 r. w Tunezji. Oczekiwanie, że Blitzkrieg zostałby powstrzymany już w Polsce jest szczytem infantylizmu.


Dlaczego więc II RP nie stworzyła własnych dywizji pancernych? Bo nie było nas na to stać. I Stachiewicz precyzyjnie to wyjaśnia. "Fox, ty sanacyjny socjalisto, jak możesz tak pisać, przecież brygada kawalerii była droższa w utrzymaniu od brygady zmechanizowanej, co wykazał już generał Sikorski?!". Zwolennicy tej tezy pomijają jeden, ekstremalnie ważny czynnik: mobilizację. Podczas mobilizacji wcielano do armii nie tylko ludzi, ale również pojazdy. W Polsce było mnóstwo koni, ale mało samochodów. Zwłaszcza zdatnych do przewożenia wojska. Było też mało rezerwistów potrafiących prowadzić samochód. Tej bariery nie dało się przeskoczyć. Ale mimo to rozwijaliśmy własne wojska pancerne, na tyle na ile mieliśmy na to możliwości. Za czasów Śmigłego-Rydza gruntownie zmieniono też politykę motoryzacji kraju - przestano traktować samochody jako luksus do opodatkowania i zaczęto uruchamiać licencyjną produkcję nowoczesnych modeli zagranicznych. W 1939 r. mieliśmy dwie brygady kawalerii zmotoryzowanej, które dobrze sprawdziły się w boju oraz bataliony czołgów przydzielone do poszczególnych armii. W 1940 r. mieliśmy mieć dwie kolejne brygady kawalerii zmotoryzowanej. Czy to świadczy o lekceważeniu wojsk pancernych? Niemcy stracili podczas walk w Polsce kilkaset czołgów i samochodów pancernych (padają różne liczby, a chaos w tej kwestii jest związany z tym, że wiele wraków Niemcy ściągnęli później z pobojowisk i wyremontowali) czy to świadczy o tym, że lekceważyliśmy ich siły pancerne?

Stachiewicz przekonuje, że Kampania Polska została przegrana na Zachodzie, przez generała Gamelina. Przekonywał on stronę polską, że chce nadać armii francuskiej bardziej ofensywnego ducha i że ofensywa na Zachodzie ruszy 15 dni po mobilizacji, czyli 16 września. Później mówił o opóźnieniach, i że przełamanie Linii Zygfryda zacznie się 21 września. Stachiewicz szczegółowo analizuje jego wspomnienia, niemieckie i francuskie dokumenty i nie ma wątpliwości, że Francja dała wówczas d... na całej linii. Linia Zygfryda nie była w całości nawet obsadzona i Francuzi bez żadnego problemu by ją przełamali. Niemcy nie zdołaliby przerzucić tam szybko sił z frontu polskiego - zniszczenia w infrastrukturze kolejowej im w tym przeszkadzały. Stachiewicz przytacza też ciekawą relację mówiącą o tym, że RAF chciał bombardować Niemcy we Wrześniu '39, ale Francuzi mu to wyperswadowali obawiając się o odwetowe niemieckie bombardowania swoich fabryk. Generał Carton de Wiart, szef brytyjskiej misji wojskowej w Polsce, powiedział Stachiewiczowi: "Wstydzę się za mój rząd". 

Stachiewicz omawia też sprawę przekroczenia granicy rumuńskiej przez Naczelnego Wodza. Przytacza relację jednego z przyjaciół Rydza-Śmigłego, o tym że marszałek polecił zebrać pięciu oficerów sztabu, do przebicia się do wojsk polskich pod Lwowem. Przyjaciel zwrócił uwagę Śmigłemu, że "sześć osób to za mało jak na wojsko, a za dużo jak na konspirację". "Masz rację, trzeba się przedrzeć w dwie osoby" - odpowiedział Śmigły. Tyle o "tchórzostwie" Naczelnego Wodza. Stachiewicz przytacza też relację z posiedzenia rządu, podczas której Beck połączył się telefonicznie z rumuńskim ministrem spraw zagranicznych Gafencu, a ten zapewnił prawo przejazdu dla polskich władz przez Rumunię. Gafencu mówił, że problem byłby z Naczelnym Wodzem, ale dałoby się to jakoś załatwić. Stachiewicz poprosił Śmigłego o samolot, by mógł dostać się do Lwowa. Śmigły odparł - po chcesz tam lecieć, skoro będziemy razem odtwarzać armię we Francji? Gen. Faury, szef francuskiej misji wojskowej, wskazywał zaś w swoim liście, że Wojsko Polskie mogło się jeszcze skutecznie bronić przed Niemcami, ale sowiecka agresja pokrzyżowała możliwości obrony i że Śmigły-Rydz będzie mógł odtwarzać armię u boku Francuzów i Brytyjczyków.

Stachiewicz zwraca uwagę, że dostanie się Śmigłego-Rydza do Francji było o tyle ważne, że znał on szczegóły uzgodnień z sojusznikami. Gdy Naczelnym Wodzem został Sikorski, dotarł do niego płk Jaklicz i przekazał mu umowy wojskowe z Francją. Sikorski nawet nie wiedział, że takie umowy istniały! Gdy tragikomiczna komisja ds. zbadania odpowiedzialności za klęskę wrześniową przesłuchiwała oficerów Sztabu Naczelnego Wodza, nie mogła uwierzyć, że istniała polsko-francuska umowa międzysojusznicza. Jak się okazało, zniknęła ona z archiwów!

Stachiewicz sam miał przykre przejścia z pajacami od generała Sikorskiego. Po ucieczce z rumuńskiego obozu internowania, wysłano go do Algierii, gdzie miał być mieszkać w jakiejś mieścinie. Tak jakby unikalna wiedza o Kampanii Polskiej nie była im do niczego potrzebna. Ludziom Sikorskiego jakoś nie przyszło do ich pustych łepetyn, że były Szef Sztabu Głównego mógł mieć np. wiedzę o złamaniu Enigmy, więc pozostawili go pod jurysdykcją niemieckich sojuszników z Vichy. Dopiero gdy do Algierii wkroczyli Amerykanie, nowe władze uwolniły Stachiewicza i pozwoliły mu udać się do Londynu. 

Różni korwiniści i duponarodowcy jojczą, że to wielka szkoda, że w 1939 r. lub wcześniej nie zabito "sanacyjnych generałów odpowiedzialnych za klęskę". A moim zdaniem, generała Sikorskiego należało zabić 4 lata wcześniej - uniknęlibyśmy przez to wielu błędów, draństw i tragedii w okresie wojny.




We wspomnieniach Stachiewicza znalazła się też szokująca informacja dotycząca z czasów internowania w Rumunii. Napisał on, że zawiązała się grupa oficerów planujących stworzenie oddziałów polskich u boku Sowietów. W grupie tej były tak zasłużone postacie jak generał broni Leon Berbecki (ciekawa biografia: armia rosyjska, wojna z Japonią, Legiony, Polnische Wehrmacht, 1920 r. - ale w swoich wspomnieniach napisał mnóstwo głupot) i płk Tadeusz Kossakowski (armia rosyjska, dowborczyk, POW, spec od broni pancernych, PSZ na Zachodzie, cichociemny, powstaniec warszawski). Co ciekawe na dowódcę Polskiego Legionu w Sowietach typowali płka Jana Kowalewskiego, czyli współtwórcę naszego zwycięstwa wywiadowczego z 1920 r.! Wyobraźcie to sobie: na kilka tygodni po sowieckiej inwazji na Polskę, grupa zasłużonych oficerów chce tworzyć w ZSRR Legion Polski pod dowództwem asa naszego wywiadu! I żaden historyk tego nie bada!

(Jeśli informacja o Kowalewskim w tym kontekście Was nie zelektryzowała, to przeczytajcie sobie zlinkowany poniżej wpis.)

Flashback: Niepodległość - Głębokie Państwo Polskie

***

Miałem ostatnio całą masę lektur partyzanckich, dotyczących szczególnie wojny na Kielecczyźnie (szczególnie polecam wspomnienia Antoniego Hedy-Szarego - jest tam też ciekawie o Wrześniu '39), a także kilka pozycji o Kampanii Polskiej.

Ostatnią, którą przeczytałem była "Szosa Piotrkowska" Leszka Moczulskiego - "Żółty Tygrys" z lat 60-tych. Pięknie napisany i w dobry sposób tłumaczący serię bitew od Krzepic i Mokrej aż po warszawską Ochotę. Był taki film: "Gdyby ulica Beale umiała mówić". U nas trzeba by zrobić "Gdyby Szosa Piotrkowska umiała mówić".

***

Jak myślicie, co by się stało gdyby Fucksyniuk żył w czasach II RP i nazwał wówczas w mediach polskich żołnierzy "śmieciami"? Zapewne w środku nocy złożyłoby mu spontaniczną wizytę kilku oficerów odznaczonych VM i urządziło jak Jerzego Zdziechowskiego. Po opatrzeniu na SORze zostałby wysłany do Berezy, a po drodze konwojenci spuściliby mu wpierdol jak Hermanowi Liebermanowi i kazali mu przepraszać polską ziemię całując ją. 

No ale sanacyjna II RP była czasem straszliwego autorytaryzmu. Nie to co arcydemokratyczna i arcylibkowska III RP w której żadni "nieznani sprawcy" nie gnębili opozycji demokratycznej (nie licząc śrub odkręcanych w kołach samochodowych w pierwszej połowie lat 90.). Nie gnębili bo oczywiście byli zajęci zleceniami na premiera Piotra Jaroszewicza czy generała Petelickiego.

Ale nie o "nieznanych sprawców" tutaj chodzi. Tym, na co powinniśmy zwrócić uwagę jest wojna psychologiczna prowadzona przeciwko Polsce, której celem jest zniszczenie naszego morale. Tak, byśmy w przypadku ewentualnej agresji zbrojnej byli równie gotowi psychicznie do obrony jak Francuzi w 1940 r. Ta operacja jest prowadzona już od zarania III RP, ale kryzys na granicy białoruskiej wyraźnie zaktywizował agenturę. Mamy więc kretyńskie opowiastki o "głodujących uchodźcach z Afganistanu", za którymi przez kilka tysięcy kilometrów podążał rasowy, drogi kot. Mamy pielgrzymujących nad granicę bojówkarzy z chuj wiadomo przez kogo finansowych fundacji. Mamy ekologów płaczących, że leśne zwierzątka mogą się zaplątać w concertinę. Mamy osłów i oślice pajacujących nad granicą i grożących polskim żołnierzom. Robiących tę szopkę wbrew stanowisku Brukseli, Merkel a nawet sporej części własnego elektoratu. Totalne zidiocenie czy element duchowej kolonizacji?

Najbardziej mnie rozwaliło uaktywnienie się "Grupy Performatywnej Chłopaki". Zrobiła ona "manifest" mówiący, że w razie agresji wroga nie będzie przelewać krwi za Ojczyznę, bo brzydzi ją wojna. (No ja też pewnie nie biegałbym z karabinem po lesie - bo jestem już na to za stary. Najlepiej nadawałbym się do propagandy albo na analityka do służb - zakładając oczywiście racjonalność przydziałów. Ale jakbym miał wybrać przydział bojowy, to chętnie zostałbym operatorem drona. Nazwałbym swojego Bayraktara "Witold Repetowicz" :)) Poza tym na jej wallu rozstrząsane są problemy takie jak: "jak nazywasz swojego penisa?", "wszystkie penisy są piękne", "mam obrzezanego", lub "czy dotykacie się i masujecie?". Zwróciłem więc tej Grupie Performatywnej uwagę, że stanowiłaby świetny Legion Tebański. Każdy wróg bałby się, że zajdą go oni od tyłu. Wyobraźcie sobie specnazowców Łukaszenki spieprzających na myśl o tej perspektywie...