sobota, 27 kwietnia 2024

Tajemnice Brygady Korwina

 


Nie, ten wpis nie będzie poświęcony współczesnym polskim rozwolnościowcom i fanom Ozjasza Goldberga. Dotyczy on czegoś poważniejszego: kwestii infiltracji struktur komunistycznych przez polskie podziemie.

Wspomniana w tytule Brygada Korwina to jeden z oddziałów kontrwywiadu KG AK (a od 1943 r. Delegatury Rządu) wyspecjalizowany w zwalczaniu komunistów. Kierował nią ppłk Wiktor Boczkowski-Boćkowski ps. "Korwin", funkcjonariusz jeszcze rosyjskiego wywiadu wojskowego (biorący udział w tworzeniu Legionu Puławskiego), później funkcjonariusz polskiego Oddziału II, który w 1925 r. został wydalony z wojska za przekręty finansowe i został prywatnym przedsiębiorcą. W konspiracji początkowo związał się ze Związkiem Syndykalistów Polskich, którego jeden z przywódców por. Konstanty Janiszewski był jego kolegą z Oddziału II z Poznania. Boczkowski w pewnym momencie skonfliktował się z KG AK. Uznano go za niesubordynowanego dlatego, że wymieniał informacje również z NSZ i niemiecką policją. 

"Korwin" miał swoją agenturę wewnątrz komunistycznej Gwardii Ludowej. Jednym z jego najlepszych agentów był Kazimierz Cessanis, ps. "Major Karcz" i "77". Był on weteranem 5 Dywizji Żeligowskiego z Odessy, działaczem KPP, który uciekał z Polski do ZSRR i był później w Moskwie więziony, wypuszczany tam z więzienia i wysyłany znów do Polski, gdzie pracował jednocześnie dla KPP i polskiego kontrwywiadu. Na polecenie Boczkowskiego wstąpił w 1942 r. do GL, gdzie piął się po szczeblach kariery. Został tam zdemaskowany jako agent polskiego Podziemia, ale nie przeszkadzało mu to uzyskać po wojnie zatrudnienia w UB w Złotoryi i we Wrocławiu. Aresztowany i stracony w 1949 r. jako "wrogi agent". (Rzadkie nazwisko "Cessanis" nosi również kochanek Pawła Rabieja. Ciekawe czy jest blisko spokrewniony z Kazimierzem Cessanisem...)

Cessanis został w GL dowódcą organizacji w dzielnicy Wola. Poznał wówczas całe kierownictwo PPR. I wykorzystywał tę wiedzę do walki z komuną. Brygada Korwina się nie patyczkowała - nazwiska komunistów trafiały do Gestapo. (Komuniści w ten sam sposób denuncjowali Niemcom przedstawicieli polskich organizacji podziemnych.) Czasem zdarzało się, że GL-owcy byli likwidowani przez kontrwywiad AK. I zwykle takie likwidacje były w pełni uzasadnione. Cessanis wystawił na odstrzał m.in. kolejnych szefów Grup Specjalnych GL w Warszawie - Jana Strzeszewskiego i Stanisława Skrypija. (Wraz ze Strzeszewskim w ręce Gestapo wpadła Hanka Sawicka, czyli Hanna Szapiro. W czasach PRL-u ich wszystkich upamiętniono ulicami w Warszawie.)


Na trop działalności Cessanisa wpadł Bolesław Mołojec, przejściowy przywódca PPR, po tym jak zabito Marcelego Nowotkę. Mołojec w ostatnich dniach przed swoją śmiercią twierdził, że trwa "zamach sikorszczaków" na Partię i że Cessanis jest zdrajcą. Twierdził również, że jego raporty w sprawie zdrady Cessanisa ktoś ukrywa i że Franciszek Jóźwiak, ówczesny szef sztabu GL, po zapoznaniu się z dowodami zdrady, nie tylko nie pozwolił na likwidację Cessanisa, ale też "nadal usilnie go winduje na coraz bardziej odpowiedzialne stanowiska partyjne". Skończyło się na tym, że Mołojec został zastrzelony 29 lub 31 grudnia 1942 r. na ulicy Kamienne Schodki na warszawskiej Starówce przez Janka Krasickiego, egzekutora z GL. Na Mołojca zrzucono też winę za zabójstwo Nowotki.

Ciekawe światło na te wydarzenia rzucił Michał Wójcik w artykule opublikowanym w dodatku historycznym do "Wyborczej" z 24-25 lutego 2024 r. Wskazał w nim, że agent Brygady Korwina Stanisław Janota "Karcz II", wyrobił fałszywe dokumenty kilku spośród przywódców PPR/GL: Marianowi Spychalskiemu, Mieczysławowi Moczarowi, Ignacemu Lodze-Sowińskiemu i Zenonowi Kliszce.  Kontrwywiad AK znał więc ich wygląd, wiedział jakimi nazwiskami legalizacyjnymi się posługiwali i gdzie mieszkali. Janota słał do zwierzchników propozycje ich likwidacji. Do uderzenia jednak nie doszło. Dlaczego? "Korwin" zeznał po wojnie na UB, że Spychalskiego i związanego z nim ludzi nie zlikwidowano, gdyż wiedziano o tym, że są skonfliktowani z resztą partii a opowiadali się za jakąś formą porozumienia komunistów z AK. Doszło więc do tego, że służby Podziemia wyeliminowały bądź pomogły wyeliminować kolejnych przywódców PPR: Nowotkę, Mołojca, Pawła Findera i Małgorzatę Fornalską, co otworzyło Gomułce i Spychalskiemu drogę do kontroli nad partią. 

Tak się akurat złożyło, że Gomułka był partyjnym liderem mocno promowanym też przez Berię.


Marian Spychalski był bratem płka Józefa Spychalskiego, w 1939 r. dowódcy elitarnego Batalionu Stołecznego, jednego z twórców Służby Zwycięstwu Polski, więźnia NKWD, cichociemnego i dowódcy krakowskiego okręgu AK, zabitego w 1944 r. przez Gestapo. 

Marian Spychalski był również tym, który wystawił oddziałowi likwidacyjnemu Stanisława Sosabowskiego "Stasinka". Jak czytamy:


"Barbara Sowińska, łączniczka i sekretarka Spychalskiego, ujawniła Dariuszowi Baliszewskiemu, że to nie Mołojec, ale Spychalski spotkał się z Nowotką 28 listopada 1942 r. w godzinach wieczornych. Do spotkania doszło na Żoliborzu, w pobliżu mieszkania Spychalskiego (mieszkał na ul. Felińskiego). Dariusz Baliszewski zdobył również dotyczącą śmierci Nowotki relację płka Stanisława Sosabowskiego „Stasinka”, syna generała Sosabowskiego. „Stasinek” był legendarnym żołnierzem Kedywu, osobą w najwyższym stopniu wiarygodną. Ujawnił on, że Nowotkę zastrzeliło dwóch likwidatorów z AK przebranych w mundury niemieckiej żandarmerii: Krzysztof Sobieszczański „Kolumb” i Jan Barszczewski „Janek”. Rozkaz został wydany przez płka Antoniego Chruściela „Montera”. Ta sama grupa dokonała później nieudanego zamachu na Bieruta. Nowotko został zastrzelony wieczorem 28 listopada 1942 r. na rogu Alei Wojska Polskiego i ul. Wyspiańskiego na Żoliborzu. Ciało przewieziono stamtąd na Przyokopową i położono w rynsztoku w pobliżu baru „U Ciotki”. Przechodnie myśleli, że to po prostu pijak uciął sobie drzemkę. Ten rejon był też miejscem polowań na ludzi dokonywanych przez Karla Schmaltza zwanego „Panienką”, dowódcy pobliskiego posterunku policji kolejowej. Relację tę później kwestionowano, wskazując, że nie istniała jeszcze jednostka Kedywu rzekomo odpowiedzialna za likwidację Nowotki. Emil Marat w książce „Sen Kolumba” będącej biografią Krzysztofa Sobieszczańskiego, uznał jednak relację „Stasinka” za bardzo wiarygodną. Według niego AK powierzyła egzekucję na Nowotce zewnętrznej organizacji podziemnej – Tajnej Organizacji Wojskowej, która wówczas prowadziła rozmowy scaleniowe z dowództwem AK.

Czyżby to więc Spychalski wystawił Nowotkę likwidatorom z polskiego podziemia niepodległościowego? Na pewno był on skonfliktowany z Mołojcem. Ostentacyjnie zignorował jego rozkaz nakazujący mu wyruszenie do lasu wraz z oddziałem partyzanckim. Gdy Fornalska siedziała na Pawiaku, przekazała na zewnątrz dramatyczny gryps o tym, że partia została zinfiltrowana przez wroga, a Niemcy wiedzą wszystko, co się dzieje wewnątrz, że mają w niej swojego człowieka o pseudonimie „Marek”. Dokładnie takim pseudonimem posługiwał się Marian Spychalski."

(koniec cytatu)

Krzysztof Sobieszczański "Kolumb" to niezwykle barwna postać. Przedwojenny marynarz, dezerter i kryminalista, więzień KL "Auschwitz", likwidator z warszawskiego Kedywu, powstaniec warszawski a po wojnie polski gangster w okupowanych Niemczech. To na jego cześć Roman Bratny ukuł określenie "pokolenie Kolumbów".

Wspomniany wcześniej Ignacy Loga-Sowiński był wraz z Moczarem organizatorem komunistycznego podziemia w okupowanej Łodzi. Wiąże się z nim wiele wsyp, które dotknęły tej konspiracji. Podejrzewano go o pracę dla Gestapo.

Franciszek Jóźwiak to kolejna postać związana z Gomułką, w PRL pierwszy dowódca MO. Co ciekawe, wcześniej służył on w POW i w Legionach. Walczył też przeciwko bolszewikom w 1920 r.


O dziwnych powiązaniach Moczara pisałem natomiast w jednym z odcinków serii Gracze, poświęconym Bolesławowi Haniczowi-Borucie, dowódcy brygady AL, który był jednocześnie wtyczką Narodowej Organizacji Wojskowej, przedwojennym agentem policji w KPP, a po wojnie m.in.... żołnierzem wyklętym. Moczar cały czas chronił Hanicza-Borutę, tak że po 1956 r. ów podwójny agent robił karierę jako zasłużony AL-owski działacz kombatancki. Jako ciekawostkę dodam, że w latach 60-tych Moczar, w ramach swojej kampanii "patriotycznej" poważnie myślał o tym, by zrehabilitować NSZ.


Jeden ze współpracowników Moczara na Lubelszczyźnie - zastępca dowódcy obwodu lubelskiego AL - Jan Wyderkowski też miał niezwykle ciekawą biografię. Był przedwojennym zawodowym wojskowym, uczestnikiem m.in. bitwy nad Bzurą. Później współtworzył siatkę wywiadowczą Olimp we Wrocławiu. Owa polska siatka współpracowała zarówno z wywiadem brytyjskim jak i sowieckim. Był więziony przez Niemców, ale został zwolniony i przeniósł się na Lubelszczyznę, gdzie wstąpił do GL. Po wojnie był generałem i m.in. attache wojskowym w Moskwie. 


Co ciekawe, Wiktor Boczkowski-Boćkowski "Korwin", aresztowany przez UB w 1947 r., uniknął kary śmierci. Dostał wyrok 15 lat więzienia, z którego został wypuszczony w 1956 r. Nie wiadomo, co się później z nim działo, poza tym, że zmarł w 1967 r. Mowa o człowieku, który napsuł tyle krwi komunistom. I utorował Gomułce, Spychalskiemu i Moczarowi drogę ku władzy...


sobota, 20 kwietnia 2024

Izraelsko-irańska ustawka

 


Irańczycy uwielbiają retorykę w stylu: "Nasze strzały zasłonią Słońce!". Stawiają efekciarstwo daleko wyżej od efektu. Ich atak na Izrael - przeprowadzony w zeszłą sobotę - odbył się więc według tego schematu. Zapewne irańscy przywódcy modlili się, by wszystkie rakiety i drony wystrzelone na Izrael zostały zestrzelone. 



Może jakby wysłali 1000 dronów i rakiet, to by udał się wyrządzić Izraelowi jakieś większe szkody. A tak skończyło się na jednym uszkodzonym izraelskim transportowcu C-130 i pomniejszych stratach w infrastrukturze trzech baz lotniczych. Zdjęcia satelitarne potwierdzają bardzo umiarkowane zniszczenia w bazie lotniczej Ramon. Poza tym nie ma żadnych zdjęć, filmów ani relacji mówiących o izraelskich stratach. Sami Irańczycy nie chwalą się, by w coś trafili. Aha, i jeszcze raniono siedmioletnią dziewczynę - beduinską Arabkę. 



Okazuje się, że 50 proc. wystrzelonych przez Iran rakiet nie doleciało nad cel z powodu awarii technicznych.  Irańczycy sami przyznali, że w ataku użyli "przestarzałych" pocisków. Według Amerykanów, większość z tych co poleciała dalej, została zestrzelona przez izraelski system Arrow nad "krajami sąsiednimi", 4-6 strąciła obrona przeciwlotnicza amerykańskich niszczycieli, a jeden przez baterię Patriot w Iraku. Chyba to nie jest pełen obraz sytuacji, gdyż Brytyjczycy również chwalą się, że ich piloci zestrzeliwali irańskie rakiety.  Poważny udział w odparciu ataku miała Jordania, a Arabia Saudyjska dzieliła się danymi wywiadowczymi. 


W piątek nad ranem doszło natomiast do długo oczekiwanego, "straszliwego" izraelskiego odwetu. Nad bazą lotniczą pod Isfahanem pracowała obrona przeciwlotnicza i miano zestrzelić trzy małe drony. Amerykańskie służby twierdza, że Izraelczycy kilkukrotnie trafili tam w wyznaczony cel i pokazali, że stare irańskie baterie rakiet przeciwlotniczych są nieefektywne. W sumie wszyscy to już od dawna wiedzieli. Zdjęcia satelitarne pokazały uszkodzoną wyrzutnię rakiet S-300 w bazie lotniczej pod Isfahanem.  To tyle jeśli chodzi o "straszliwy" izraelski odwet... Niewątpliwie Izrael przelicytował Iran dokonując jeszcze mniej spektakularnego uderzenia.

W sobotę mieliśmy znów wymianę ciosów, ale była to już "stara, dobra" wojna toczona przez pośredników. Izrael zaatakował bazę irackich szyickich PMU w Bagdadzie, a PMU twierdzą, że w odwecie uderzyły w port w Eilacie. 

Ani Izraelowi, ani Iranowi nie zależy więc na większej wojnie. Co więcej, teokratyczny Iran wydaje się obecnie być najrozsądniejszym członkiem Osi Zła (Mińsk-Moskwa-Pekin-Pyongyang-Teheran). Trudno sobie bowiem wyobrazić by ajatollahowie zdecydowali się na coś równie głupiego jak Rosja na Ukrainie...

***

Być może słyszeliście kiedyś o Russellu Bentleyu - Amerykaninie, który zamieszkał w Donieckiej Republice Chujowej i tworzył stamtąd propagandowe, prosowieckie materiały propagandowe adresowane do zachodnich komuchów. Nie tylko robił propagandę, ale też walczył w szeregach milicji donieckich separów. Przeszedł też na prawosławie.  Zawsze zastanawiałem się, czy on był autentycznym grubym, komuszym debilem czy też agentem amerykańskich tajnych służb udającym takiego debila, by prowadzić tajną misję w Doniecku. 


No cóż, nie tylko ja miałem taką zagwozdkę... Okazuje się bowiem, że Bentley został porwany przez grupę rosyjskich wojskowych, którzy uznali go za natowskiego szpiega fotografującego ich sprzęt wojskowy. Świniorosy zgwałciły go (!), a potem zabiły. Kremlowskie media piszą, że "zginął", ale nie wyjaśniają z czyich rąk i w jakich okolicznościach. Głupio się przyznać amerykańskim towarzyszom do takiego fuck-upu...


sobota, 13 kwietnia 2024

Burisma i FSB, czyli jak Rosja oskarża FSB o atak na Crocus City Hall

 



Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej stwierdził, że podejrzewa, że niedawny zamach terrorystyczny w podmoskiewskiej hali widowiskowej Crocus City Hall był finansowany przez ukraińską spółką energetyczną Burisma Holdings, w której władzach zasiadali swego czasu Hunter Biden i Aleksander Kwaśniewski. 

Można więc uznać, że Komitet Śledczy oskarżył o sfinansowanie tego zamachu FSB. Burisma to bowiem firma założona przez agenta FSB Mykołę Złoczowskiego, polityka dawnej Partii Regionów, byłego ministra w rządzie ultrapromoskiewskiego Azarowa. Założono tę spółeczkę z myślą o korumpowaniu zachodnich polityków i zbieraniu na  nich kompromatów. W przypadku Huntera Bidena udała się jedynie pierwsza część z tego zadania. Owszem brał ciężką kasę za zasiadanie w radzie nadzorczej, ale trudno było go szantażować czymkolwiek w sytuacji, gdy sam wrzucał do netu filmy pokazującego go z dziwkami i narkotykami. 

Wygląda więc na to, że rosyjskie tajne służby zaplątały się w swoich tajnych operacjach...

Przypomnijmy samą sprawę Burismy, pamiętając cały czas, że była spółką założoną przez FSB:


W lutym 2014 r., wkrótce po ucieczce  Janukowycza do Rosji, londyńskie Biuro ds. Poważnych Oszustw (SFO) zostało poinformowane przez bank BNP Paribas o podejrzanej transakcji. Chodziło o przelew na 23 mln USD do dwóch ukraińskich spółek gazowych: Brociti Investments i Burisma Holdings należących do oligarchy Mykoły Złoczewskiego. Złoczewski był wcześniej przez pewien czas ministrem ds. ochrony środowiska w ekipie Janukowycza. 16 kwietnia 2014 r. SFO uzyskała w londyńskim sądzie zgodę na zamrożenie tych środków. Dwa dni później Burisma Holdings ogłosiła, że w skład jej rady dyrektorów wszedł amerykański prawnik Hunter Biden, syn wiceprezydenta Joe Bidena. Do władz tej spółki trafił wówczas były prezydent Polski Aleksander Kwaśniewski.

Hunter Biden miał wcześniej małe doświadczenie w branży energetycznej, ale w Burisma Holdings zarabiał 50 tys. USD miesięcznie. Dodatkowo zarabiał na prowizjach wypłacanych mu przez spółkę. Przez 16 miesięcy od kwietnia 2016 r. na konta związane z jego działalnością biznesową trafiło z Burismy 3,1 mln USD. Jaką pracę wykonywał syn Joe Bidena dla tej spółki? Według "New York Timesa", zorganizował dla niej zespół prawników z dobrych amerykańskich kancelarii i firm konsultingowych, w tym byłego oficjela z Departamentu Sprawiedliwości z czasów Obamy. Jego ojciec nieformalnie odpowiadał zaś w jego administracji za politykę związaną z Ukrainą. Obecność Huntera Bidena w jego spółce bardzo się więc Złoczewskiemu opłacała.

Syn wiceprezydenta prowadził zaś już wcześniej mało przejrzyste interesy. Amerykański dziennikarz śledczy Peter Schweitzer ujawnił, że według dokumentów z banku Morgan Stanley na konto założone na nazwisko "Robert H. Biden" (pełne nazwisko syna byłego wiceprezydenta to: Robert Hunter Biden) wpływały pieniądze z Ukrainy, Kazachstanu i Chin. W 2013 r. Hunter Biden wraz ze swoim ojcem pojechał na oficjalną wizytę do Chin. Dziesięć dni później jego firma dostała opiewający na 1,5 mld USD kontrakt ze spółką zależną Bank of China.

W styczniu 2015 r. brytyjski sąd odblokował 23 mln USD należące do Złoczewskiego. Zrobił to po liście z prokuratury generalnej w Kijowie, w którym wskazywano, że oligarcha nie zrobił niczego sprzecznego z ukraińskim prawem. (We wrześniu 2015 r. ambasador USA w Kijowie zarzucał ukraińskim władzom, że chcą zamieść tę sprawę pod dywan.) 10 lutego 2015 r. nowym ukraińskim prokuratorem generalnym został Wiktor Szokin. Był on postacią kontrowersyjną (w listopadzie 2015 r. stał się celem zamachu z użyciem karabinu snajperskiego), ale poważnie podszedł do śledztwa w sprawie Burismy. Chciał m.in. przesłuchać Huntera Bidena w sprawie pieniędzy, które mu wypłacała ta spółka. - Kilkakrotnie prezydent Petro Poroszenko prosił mnie, bym przyjrzał się sprawie Burismy i rozważył możliwość zmniejszenia intensywności działań śledczych, ale odmówiłem zamknięcia tego śledztwa - zeznał później Szokin.

Później do akcji włączył się Joe Biden. W lutym 2016 r. zagroził, że USA nie dadzą Ukrainie gwarancji kredytu opiewającego na 1 mld USD, jeśli Szokin nie zostanie odwołany ze stanowiska. Spełnienie tej groźby mogłoby zagrozić bankructwem Ukrainy. Szokin podał się więc do dymisji 15 lutego 2016 r. Skąd jednak wiemy, że Biden posunął się do tak daleko idących gróźb? Sam się tym chwalił w 2018 r. podczas wystąpienia w Radzie ds. Stosunków Międzynarodowych (CFR). - Oczekiwano, że ogłoszę kolejną opiewającą na 1 mld USD gwarancję kredytu. I miałem zobowiązanie od Poroszenki i premiera Arsenija Jaceniuka, że podejmą działania przeciwko prokuratorowi generalnemu. A oni tego nie zrobili - wspominał Biden. Potwierdził to też w rozmowie z Głosem Ameryki. - Powiedziałem: jeżeli w ciągu sześciu godzin wasz prokurator generalny nie zostanie odwołany, nie otrzymacie pieniędzy. I ten sukinsyn został odwołany -mówił Biden. Oficjalnie twierdził on, że naciskał na dymisję Szokina, bo ukraiński prokurator generalny był bardzo skorumpowany.

W kwietniu 2019 r. Konstantin Kułyk, zastępca departamentu międzynarodowej współpracy prawnej w biurze prokuratora generalnego Ukrainy, powiedział w rozmowie z serwisem The Hill, że w 2017 r. chciał wraz z grupą prokuratorów dostarczyć do Waszyngtonu dowody na przestępczą działalność przedstawicieli administracji Obamy na Ukrainie. Chodziło o dokumenty dotyczące Burismy, nacisków Bidena na ukraiński rząd, szukania na zlecenie demokratów "brudów" na Trumpa i szefa jego kampanii Paula Manaforta, nacisków ambasady USA na sprawy kryminalne i wyprowadzenia z kraju 7 mld USD. Prokuratorzy nie chcieli podzielić się dokumentami z Narodowym Biurem Antykorupcyjnym (NABU), bo uważali, że zbyt blisko współpracuje ono z ambasadą USA, kryjącą te przestępstwa. Prokuratorzy do Waszyngtonu jednak nie polecieli, bo ambasada odmówiła im wiz. Po tym jak wyszło to na jaw, amerykańska ambasador Marie Yovanovitch została odwołana "na konsultacje" do Waszyngtonu w maju 2019 r. Ukraiński prokurator generalny Jurił Łucenko pochwalił później jej przeniesienie.

Ten sam Łucenko wszczął śledztwo w sprawie ukraińskiej próby wpłynięcia na wybory prezydenckie w USA w 2016 r. Dwukrotnie też spotkał się on (raz w Warszawie) z Rudym Gulianim, prawnikiem prezydenta Trumpa, byłym burmistrzem Nowego Jorku. Guliani szukał dowodów na korupcję Huntera i Joe Bidenów. Guliani odnosił się do tego skandalu na Twitterze pisząc m.in.: "Wiemy, że skorumpowany ukraiński oligarcha wyprał 3 mln USD dla rodziny Bidenów. Ale jeszcze 3 mln do 4 mln USD zostało wyprane dla Bidena". Guliani napisał również: "Jedna płatność opiewająca na 3 mln USD poszła do syna Bidena z Ukrainy przez Cypr i Łotwę do USA. Gdy prokurator zapytał Cypr o tę sumę, odpowiedzieli mu, że ambasada USA (obamowska) poinstruowała ich, by nie podawać kwoty." Czy te rewelacje Guliani miał od Łucenki? Po ujawnieniu skandalu wokół rozmowy Trumpa z Zełenskim, Łucenko oficjalnie ogłosił, że Hunter Biden nie zrobił niczego, co by było złamaniem ukraińskiego prawa. Można jednak uznać, że ta deklaracja może być zabezpieczeniem się na wypadek zmiany władzy w Waszyngtonie.

Ta historia ogólnie pokazuje jak różne służby robią interesy ponad podziałami geopolitycznymi.

sobota, 6 kwietnia 2024

Syndrom hawański, GRU i białoruska rozgrywka

 


Płk Corso twierdził, że podczas Zimnej Wojny CIA była lojalna wobec KGB, a KGB wobec CIA. Ta prawidłowość częściowo sprawdziła się też przy sprawie syndromu hawańskiego. 

Przypomnijmy: syndrom hawański to tajemnicza dolegliwość neurologiczna, która dotykała w ostatnich latach amerykańskich dyplomatów i funkcjonariuszy służb wywiadowczych, m.in. w Hawanie, Pekinie i Wiedniu. Choć eksperci wskazywali, że te dolegliwości to najprawdopodobniej skutek ataków bronią soniczną czy mikrofalową, to Departament Stanu i CIA oficjalnie orzekły, że są one skutkiem głośnych dźwięków wydawanych przez... cykady. 

Portal The Insider dokładnie opisał jednak nieoficjalne ustalenia służb. Wynika z nich, że za syndromem hawańskim stała jednostka GRU numer 29155 (używam historycznej nazwy "GRU", pomimo, że od ponad dekady ta służba funkcjonuje pod nazwą "GU", która jest jednak słabo znana).  - czyli ta sama banda clownów, która m.in. próbowała otruć płka Skripala, wysadzała składy amunicji w Czechach i próbowała dokonać zamachu stanu w Czarnogórze. Cele były dosyć oczywiste, m.in. oficer, który przesłuchiwał rosyjskiego szpiega złapanego na Florydzie. W momencie, gdy dokonano ataku sonicznego na jedną z amerykańskich dyplomatek w Tbilisi, był na miejscu syn generała dowodzącego jednostką 29155. Ruscy zostawiali więc cały czas oczywiste ślady. Mimo to, agenci CIA będący celami ataków sonicznych musieli walczyć z własną Agencją, która nie chciała przyznać, że trapiące ich dolegliwości są prawdziwe.  CIA tuszowała więc rosyjskie ataki. 

Udział w tej akcji jednostki 29155 jest sam w sobie sprawą niezwykle ciekawą. W ostatnich latach zaliczała ona bowiem gigantyczną wpadkę za gigantyczną wpadką, a jej agenci popisywali się głupotą. Działania tej grupy stały się właściwie transparentne dla amerykańskich tajnych służb. Tak jakby wewnątrz GRU działała jakaś frakcja sabotująca idiotyczne działania tej jednostki specjalnej.

O podejrzenie istnienia tej frakcji oraz cichego układu jaki ma ona z ukraińskim wywiadem wojskowym HUR piszę tutaj już od dawna. Poszlaki dotyczące jej działania pojawiły się też w sprawie zamachu w podmoskiewskiej hali Crocus City Hall.

Świetny wpis dotyczący tego zamachu został opublikowany na zaprzyjaźnionym blogu Zapiski Czynione po Drodze. Wygląda na to, że sama akcja zatrzymania "zamachowców" była inscenizacją i być może sceny ich torturowania też. Celem ataku było podsycenie napięć etnicznych w Rosji, a także uderzenie w autorytet FSB, MSW, Rosgwardii oraz samego Putina. Okazuje się, że przed zamachem szczegółowo ostrzegała FSB nie tylko CIA, ale także irańskie tajne służby.  (Gdy wyszła na jaw sprawa amerykańskich ostrzeżeń, onucowcy zaczęli twierdzić, że "Amerykanie w ten sposób grozili Rosji atakami". Według ich zjebanej logiki Iran powinien zostać uznany za wspólnika USA.) Jak wiadomo FSB i struktury MSW nie radzą sobie z prawdziwym terroryzmem. Przyzwyczaiły się do walki z nastolatkami uzbrojonymi w kubki z kawą. Walkę z prawdziwymi terrorystami uznają za zbyt niebezpieczną. Żołnierze Rosgwardii po usłyszeniu pierwszych strzałów w Crocus City Hall rzucili się do ucieczki. Narodowy Komitet Antyterrorystyczny bardziej zajmuje się dziecięcymi magazynami niż kwestią terroryzmu. 


W hali koncertowej, w momencie zamachu była grupka jednolicie ubranych kolesi, którzy zaczęli nagrywać masakrę zanim się ona zaczęła, a później zamykali drzwi ewakuacyjne. Jeden z nich został zidentyfikowany jako uczestnik późniejszego zatrzymania "terrorystów". 

Pewną anomalią była jednak śmierć w tym zamachu płka Timura Miasnikowa, oficera Specnazu GRU, który przyjechał tam z Ukrainy, a wcześniej walczył m.in. w... Tadżykistanie. Czyżby zlikwidowano tam niewygodnego świadka?

Ciekawym wątkiem tej sprawy jest również oświadczenie Łukaszenki, że to jego służby pomogły złapać "zamachowców", którym uniemożliwiono ucieczkę na... Białoruś. Czyżby owi "terroryści" byli bohaterami filmu "Zielona granica"? "Wpuście tych ludzi, później się ich sprawdzi!" - twierdziła kiedyś pewna (p)oślica.

Na Białorusi dzieje się ostatnio coś dziwnego. Mamy tam aż zbyt ostentacyjne przygotowania do wojny, takie jak wzmacnianie mostów prowadzących w stronę Litwy. Pułkownik Walery Sachaszczyk, były dowódca brygady Specnazu z Brześcia, a obecnie minister obrony w białoruskim rządzie na uchodźctwie twierdzi, że szykowany jest atak armii białoruskiej na Wilno. Jak czytamy:


"Na pewno nie wypowie wojny Litwie czy Polsce i nie wyruszy ze swoimi wojskami. Ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że Białoruś może zostać przyczółkiem, na którym żołnierz rosyjski postawi swój brudny but i wyruszy poprzez Białoruś na Litwę czy do Polski. Jestem w stanie dopuścić do siebie to, że Łukaszenko mówi szczerze, tak jak tuż przed inwazją Rosji na Ukrainę w lutym 2022 r. w rozmowie z ukraińskim dziennikarzem Dmytro Gordonem zapewniał, że nigdy z terytorium Białorusi nie dojdzie do agresji na Ukrainę. Wówczas też mógł mówić prawdę, bo Kreml mógł go nie poinformować o swoich planach. Stracił już podmiotowość. Przecież otwarcie się nie przyzna do tego, że Putin specjalnie się z nim nie liczy.

Kilka dni temu niezależne media białoruskie, powołując się na pana, pisały o możliwym uderzeniu Rosjan na Wilno. Skąd takie przekonanie?

Z moich źródeł wynika, że Rosja zbroi i mocno wyposaża wojska obrony radiacyjnej, chemicznej i biologicznej, które przez wiele lat były zaniedbane i nikt na nie specjalnie nie zwracał uwagi. Dzisiaj dostają nowy sprzęt i trenują pokonanie skażonych terenów. Z kolei na terenie Białorusi obecnie trwa remont mostów na drogach w kierunku Wilna. Chodzi o drogi, które prawie nie są wykorzystywane w celach gospodarczych. Po co to robią? Bo przydadzą się, gdy ruszą po nich kolumny wojsk. Poza tym obecne ćwiczenia sprawdzające gotowość bojową wojsk przeprowadzono tuż przy granicy z Litwą. Wcześniej takie rzeczy robiono na poligonach, tym razem z jakichś powodów musieli wyruszyć w kierunku granicy. Opieram się też na opiniach moich rozmówców z wewnątrz armii białoruskiej. Dla mnie są to niepokojące sygnały. Nie wykluczam więc takiego scenariusza. Nie mówię, że na pewno do tego dojdzie, ale trzeba mieć to na uwadze.

Ale czy rosyjska armia byłaby w stanie przeprowadzić taką operację podczas tak intensywnej wojny z Ukrainą?


Potencjał bojowy armii litewskiej nie jest duży. Putin nie musiałby zbyt mocno odciągać siły, bo w Ukrainie utknął w wojnie pozycyjnej. Ale może np. zdecydować się na użycie taktycznej broni jądrowej, co zszokowałoby mieszkańców Europy. Do tego mógłby ruszyć marszem na Wilno w celu np. zablokowania litewskiej stolicy. Wówczas postawiłby ultimatum i domagałby się m.in. przesunięcia granic NATO do stanu sprzed 1997 r. Jego lobbyści w Europie, którzy dostają od niego duże pieniądze, przekonują go, że Zachód wystraszy się i przyjmie jego warunki. Tak jak niegdyś Wiktor Medwedczuk (przed agresją Rosji lider prorosyjskich sił w Ukrainie – red.) zapewniał go, że rosyjskie wojska w Ukrainie będą witane kwiatami. Przez swoich agentów wpływu w UE jest przekonywany, że Polska, Niemcy i Francja nie będą bronić Litwy.

(koniec cytatu)



Baćkoszenka odstawia natomiast cyrk pojawiając się na naradach z generałami razem ze swoim białym pieskiem.  (Brakuje mu gejowskiego asystenta Murzyna, a byłby jak Mugatu z "Zoolandera".) Podczas tych narad papla przed kamerami o planach zaatakowania Przesmyku Suwalskiego. To podobne zachowanie jak wiosną 2022 r., gdy nagle pokazał się przed mapą pokazującą rosyjskie plany militarne wobec Ukrainy. Ulubiony dyktator Agnieszki Holland nie jest głupi i zdaje sobie sprawę z tego, że włączenie Białorusi do wojny będzie oznaczało koniec jego reżimu. Stara się więc sprawę sabotować. 

Europejskie służby wywiadowcze ostrzegają, że Rosja może przeprowadzić zamach na Białorusi, który miałby na celu włączenie jej do wojny. Tyle, że białoruskie służby są dużo bardziej kompetentne od rosyjskiego FSB. Przeprowadzenie zamachu wymagałoby więc zdrady ich najwyższego kierownictwa.

O tej przeszkodzie przy przeprowadzaniu zamachu pisał również Generał SWR. Według niego, Patruszew ma w planach ataki rakietowe przeciwko Mołdawii, operacje hybrydowe przeciwko Państwom Bałtyckim, zniszczenie Armenii jako państwa, a także zajęcie północnego Kazachstanu i w porozumieniu z Chinami zmianę państw Azji Środkowej w rosyjskie protektoraty. Co może tutaj pójść źle?

***

Jaka jest rola Polski w tej prometejskiej układance związanej z pewną frakcją w GRU?

O GRU i jego rzekomych powiązaniach na polskiej centroprawicy pieprzy jak potłuczony niejaki Tomasz Piątek. Ciekawe w jego pieprzeniu jest akurat to, że uznał on GRU właśnie za "tych złych", a jakoś pomija SWR i FSB.

Niejaki freeyourmind (czy raczej fuckyourmind), swego czasu bloger piszący o zamachu w Smoleńsku, później dokonujący wolty i propagujący wśród swoich upośledzonych umysłowo fanów idiotyczną historyjkę, o tym, że zamiast zamachu była "inscenizacja" (polską delegację zabito na lotnisku na Okęciu, a szczątki Tupolewa rozrzucono pod smoleńskim lotniskiem z samolotu), twierdził, że 10 kwietnia 2010 r. Tussk i Putin zapobiegli III wojnie światowej, którą chcieli za pomocą "inscenizacji zamachu" wywołać GRU wspólnie z... Macierewiczem. Ciekawe, że obsadził on rolę podobnie jak Piątek...

Za pierwszego Tusska, po Smoleńsku, polskojęzyczna SKW podpisywała porozumienia z FSB.   Pomijając kwestię zasadności takich porozumień, warto zwrócić uwagę na pewną anomalię: to, że były one zawierane pomiędzy polskojęzyczną służbą wojskową i rosyjską służbą cywilną, a nie pomiędzy dwiema służbami wojskowymi. FSB jest sukcesorką KGB i w swojej misji ma też pilnowanie "bliskiej zagranicy", za którą wciąż jest uznawana na Łubiance Polska. To, że ówczesne kierownictwo SKW zdecydowało się na współpracę z FSB było więc niejako aktem lokajstwa, wynikającego z wielopokoleniowego przyzwyczajenia do lojalności wobec Moskwy.

Obecnie ci sami ludzie zostali znów wpuszczeni do SKW, na stanowiska kierownicze, przez Prosiniaka. Zyskali oni w ten sposób możliwość "meblowania" kadr dowódczych Wojska Polskiego. Sprawa odwołania generał Gromadzińskiego z dowództwa Eurokorpusu jest pierwszym tego typu krokiem. Mamy zagraniem certyfikatem dostępu do informacji niejawnych połączonym z prymitywną wrzutką, o tym, że generał rzekomo "obrażał sojuszników". To podobnie oczywista wrzutka jak typowo ubecka historyjka o tym, że ks. Michała Olszewskiego aresztowano, gdy był w hotelu z kobietą.

Pytanie zasadnicze: czy doczekamy się kontry ze strony "prometejskiej" frakcji w GRU przeciwko stronnikom FSB nad Wisłą?

***

Szlachetny wolontariusz z Polski udał się na nie naszą wojnę do Strefy Gazy, by z dobroci serca karmić tamtejszych uchodźców. Wraz z sześcioma innymi wolontariuszami został zabity przez wojska izraelskie, które precyzyjnie ostrzelały rakietami konwój humanitarny wiedząc, że jest on celem w 100 procentach cywilnym. Doszło do oczywistej zbrodni wojennej - nie wiadomo tylko, czy była ona skutkiem głupoty na niższym czy na wyższym szczeblu dowodzenia. (Piszę o głupocie, bo ta sprawa w oczywisty sposób zaszkodziła Izraelowi.) Większy szok od tej masakry wywołało jednak zupełnie kretyńskie zachowania putinowskiego Sowieta będącego ambasadorem Izraela w Warszawie (nazywanego już złośliwie "najlepszym ambasadorem Palestyny"). Towarzysz ambasador obalił utrzymujący się w polskiej tradycji mit o sprytnych i mądrych Żydach - pokazał, że Żyd może być totalnym kretynem i że może dostać wysokie stanowisko dzięki innym kretynom zatrudnionym w izraelskim MSZ. Oczywiście nie chcemy, by ambasadorami w Warszawie byli tacy debile. Więc koleś powinien wylecieć na kopach z Polski. Niestety nie wyleciał. Ciekawe, czy na uroczystościach rocznicy powstania w getcie warszawskim jakiś aktywista/aktywistka/aktywiszcze obleje go czerwoną farbą, świńską krwią tudzież gnojowicą? A może odpali mu w twarz gaśnicę proszkową? Bynajmniej nie wzywam do popełniania takich karygodnych naruszeń Konwencji Wiedeńskiej. Ja tylko pytam, czy jakiś krewki aktywista/ka/szcze na coś takiego się odważy? Gershom Braun?