sobota, 30 kwietnia 2022

Nadniestrzański Jackass i sekstaśma Sykulskiego

 


Seria prowokacji w Naddniestrzu - ostrzał z granatnika siedziby MSW i wysadzenie w powietrze masztu przekaźnikowego - jest aż zbyt oczywista. Sprawia wyraźne wrażenie, że Rosja chce włączenia tego mafijnego quasi-państewka do wojny. Tyle, że mafijne quasi-państewko się do tego nie pali. Dotychczasowy układ (pozwalający Naddniestrzu korzystać m.in. z umowy o wolnym handlu pomiędzy Mołdawią i UE) zadowala bowiem władze w Tyraspolu i kontrolujący je holding Sheriff. Wciągniecie Naddniestrza do wojny mogłoby natomiast zakończyć jego quasi-suwerenny byt.



Czy wejście Naddniestrza do wojny mogłoby jednak poważnie zmienić sytuację strategiczną? Rosyjskie siły stacjonujące w separatystycznej republice liczą 1,5 tys. ludzi. Na papierze. Gdyż sporą ich część stanowią lokalni pracownicy kontraktowi. FSB niedawno ponoć uznała ten kontyngent za niezdolny do walki. Trudno go wzmocnić, gdyż Naddniestrze nie posiada własnego lotniska z prawdziwego zdarzenia - korzysta z portu lotniczego w Kiszyniowie. Armia Naddniestrza liczy oficjalnie około 5 tys. żołnierzy, a w rezerwie jest 20 tys. ludzi. Jedną trzecią tej armii stanowią jednak etniczni Ukraińcy, a jedną trzecią rumuńskojęzyczni Mołdawianie. Jej uzbrojenie stanowi m.in. 18 starych czołgów T-64. Trudno się więc spodziewać, by ta siła zdobyła Odessę. Bardzo prawdopodobne, że po wejściu na teren Ukrainy rozpadłaby się z powodu dezercji.

Czyżby więc Rosja chciała aktywować siły w Naddniestrzu, by pomogły one w operacji zajęcia Budziaku, czyli południowo-zachodniego kawałka Ukrainy sąsiadującego z Rumunią i Mołdawią? O takim zamiarze może świadczyć niedawny atak rakietowy na strategiczny most nad Limanem Dniestru. Ruscy mają jednak jeden problem. Nie mogą dokonać operacji desantowej w Budziaku, bez narażania się na katastrofę. Podejścia do wybrzeża budziackiego są w zasięgu pocisków przeciwokrętowych z Odessy. Zatopienie krążownika "Moskwa" pokazało, że te pociski są śmiertelnie skuteczne. Ruscy dysponują wciąż kilkoma fregatami i korwetami na Morzu Czarnym, ale utrata kolejnych okrętów zdziesiątkowałaby ich siły na tym akwenie. Byłby też problem z przewiezieniem odpowiednio dużych sił. Flota Czarnomorska przed wojną dysponowała 7 dużymi desantowcami.  Wyeliminowano jej na pewno dwa, a prawdopodobnie jeszcze jeden. Piechota morska wykrwawiła się natomiast w walkach lądowych. 

Jedyną sensowną rzeczą, jaką Ruscy mogą zrobić w Naddniestrzu, to ograniczone uderzenie dywersyjne, które związałoby siły ukraińskie z okolic Odessy, tak by nie trafiły one na front w Donbasie.

***




Dotychczas myślałem, że Leszek Sykulski jest po prostu kolesiem, który ściga się z Jackiem Bartosiakiem o tytuł mistrza banału i pustosłowia. Nie uważałem go bynajmniej do debila. Ale niestety chyba będę musiał zmienić o nim zdanie. Gostek twierdzi bowiem, że polski rząd jest przychylny Ukrainie dlatego, że nasi politycy są szantażowani przez ukraińskie tajne służby taśmami z podkarpackich domów publicznych. 

Z Sykulskiego niby taki "wielki geopolityk", a nie rozumie podstawowych rzeczy. Tak jak wielu duporealistów powtarza, że nie powinniśmy się mieszać do wojny na Ukrainie i że w naszym interesie konflikt ten powinien być prowadzony jak najdalej od naszych granic. Zgadzam się - powinien być prowadzony jak najdalej na Wschodzie, najlepiej w obwodach briańskim, kurskim, biełgorodzkim i rostowskim. W naszym interesie jest, by rosyjski imperializm rozwalił tam swój głupi ryj i przestał nam zagrażać. Powinno więc nam zależeć na tym, by na Ukrainę trafiało jak najwięcej nowoczesnej broni. A uwarunkowania geopolityczne sprawiają, że Polska jest idealnym hubem logistycznym dla tych dostaw. 

Duporealiści w rodzaju Sykulskiego czy Matki Bzdurki jakoś nie pomyślą nad alternatywnym scenariuszem: co by było, gdyby wcielić ich rady w życie? Wyobraźmy sobie, że nagle odmawiamy przepuszczania przez nasze terytorium broni na Ukrainę i zamykamy granicę dla uchodźców. Co na tym byśmy zyskali? Zaoszczędzilibyśmy trochę na uchodźcach, ale osłabiliśmy Ukrainę w krytycznym momencie. Pomoglibyśmy Rosji w niszczeniu państwa będącego dla nas naturalną zaporą przed jej imperializmem. Narazilibyśmy się też na gniew Waszyngtonu, który mógłby nam realnie zaszkodzić choćby atakami spekulacyjnymi na naszą walutę, czy wstrzymaniem dostaw nowoczesnego uzbrojenia dla nas. Długofalowe straty byłyby o wiele większe niż pieniądze oszczędzone na uchodźcach czy koszty T-72 wysłanych na Ukrainę. No ale dla różnych Sykluskich i Kuraków, postępujemy obecnie w sposób "szaleńczy".

No cóż, Sykulski w 2011 opublikował książkę "Ku nowej Europie. Perspektywa związku Unii Europejskiej i Rosji", w której postulował m.in. rozwiązanie NATO i budowę wspólnej przestrzeni gospodarczej i "bezpieczeństwa" pomiędzy UE i Rosją.  Trzeba mu jednak przyznać, że ma ciekawy życiorys: kurs oficerów rezerwy, Komisja Weryfikacyjna ds. WSI (!), kandydowanie z list Nowoczesnej do Sejmu, startowanie z list Konfy, a w międzyczasie bycie biegłym sądowym opiniującym w sprawach dotyczących ekstremizmu politycznego. 

Nie mam akurat za złe Sykulskiemu wywiadu z sowiecką skamieliną, ambasadorem Andriejewem - robi się przecież czasem wywiady nawet z seryjnymi mordercami. Dużo gorszą rzeczą jest intoksykacja, którą Sykulski sączy od lat ubierając w banały. Ale przeprowadzenie ugrzecznionego wywiadu z rosyjskim ambasadorem akurat po tym jak podobny wywiad odbił się czkawką braciom Karnowskim, nie świadczy o wybitnej inteligencji Sykulskiego. Można odnieść zresztą wrażenie, że koty doktora Targalskiego są od niego mądrzejsze. One trzymały z dobrym człowiekiem, a z kim trzyma Sykulski - każdy widzi...

sobota, 23 kwietnia 2022

Specoperacja, czyli zawrót głowy od sukcesów

 


Ilustracja muzyczna: Luude feat. Colin Hay - Down Under

Wyobraźcie sobie, że w kwietniu 1945 r. Stalin wydaje rozkaz: "Izolować Reichstag, tak by nawet mucha nie przeleciała". Byłoby to dziwne, nieprawdaż? Jeśli Mariupol pełni w rosyjskiej propagandzie rolę Berlina - "ostatniej twierdzy faszystów", to huta Azowstal jest w tej narracji Reichstagiem. Dziwnie wygląda to, że karzełek Putin nagle zrezygnował ze zduszenia ostatniego bastionu pułku Azow. Zamiast tego, tik-tokowe wojsko Kadyrowa, na tle płonącego budynku ogłosiło, że "wypełniło zadanie zniszczenia Mariupola". Zapewne Putin uznał, że szturm Azowstalu - kompleksu rozległego jak Płońsk, rozbudowanego na wiele pięter w głąb ziemi i bronionego przez 2 tys. żołnierzy z doborowych jednostek - zakończyłby się katastrofą. Lepiej więc poczekać, aż jego obrońcy sami się poddadzą. (Do pewnego momentu obrońców skutecznie zaopatrywano drogą lotniczą, a oni potrafili śmiało kontratakować z twierdzy. Kontrola przez nich nad Azowstalem, oznacza również możliwość rażenia portu.) Dlaczego jednak karzełek Putin nagle uznał, że tym razem nie sprawdzi się zasada "u nas ludi mnogo"? Dlaczego postanowił, że należy oszczędzać siły na inne zadania?

O bitwie toczącej się w Donbasie wiemy niewiele. Eksperci wojskowi kłócą się, czy to mamy do czynienia już z właściwą ofensywą, czy dopiero z rozpoznaniem bojem. Słyszymy, że zyski terenowe po obu stronach są niewielkie. Wiemy, że Rosjanie mają tam jakieś 75 batalionowych grup taktycznych - z czego 15 stanowią świeże siły, a reszta zreorganizowane jednostki, które wcześniej poniosły straty. Do akcji rzucono tam m.in. tę samą jednostkę zmotoryzowaną, która była odpowiedzialna za masakrę w Buczy. Już na początku ofensywy w Donbasie wpadła w zasadzkę ukraińskiej brygady zmechanizowanej "Chołodnyj Jar" i zostawiła na polu walki trochę zniszczonego sprzętu. Zastanawia mnie jednak, czemu Ruscy nadal kontynuują nieudane natarcia na kierunku charkowskim? Być może jest tak, jak mówi prof. Włodzimierz Marciniak - Putin ma wyłącznie plan "maksimum" i domaga się od wojskowych niemożliwego. 

Nie wiem, jak rzeczywiście silni są Ukraińcy na kierunku donieckim. Nie wiem, czy zachodni sprzęt dotrze tam na czas. Ale ukraiński system mobilizacji, w połączeniu z dostawami od koalicji antybolszewickiej, mocno komplikuje zadanie rosyjskim generałom. "Pojebany pułkownik" Igor Girkin, nie ma w tej sprawie wątpliwości: bez mobilizacji, Rosji grozi klęska. Stwierdził:

" - I co zrobi nasze genialne dowództwo, kiedy Ukraińcy zgromadzą za kilka miesięcy te oddziały na granicy w rejonie Kurska i Biełgorodu ? Jak będzie chciało je odeprzeć, jeśli przeciwnik zdecyduje się przejść do ofensywy? Policją? Alko-kozakami ? Obroną terytorialną, której nikt nie zaczął jeszcze tworzyć?"

(koniec cytatu)



Rosyjski serwis Readovka (popierający władzę) przedwczoraj nieopatrznie zamieścił (i wkrótce usunął), artykuł, w którym wspomniano, że na "zamkniętym briefingu Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej" przedstawiono dane o rosyjskich stratach mówiące o 13 414 zabitych żołnierzach i około 7 tys. zaginionych (czyli też jeńców i dezerterów). Te straty raczej nie obejmują wagnerowców i tałatajstwa z Doniecka i Ługańska. Na krążowniku "Moskwa" miało być 116 poległych i ponad 100 zaginionych. Oficjalnie Rosjanie przyznali się tylko do jednego zabitego i 27 zaginionych na "Moskwie". 100 proc. potwierdzone straty w sprzęcie można sprawdzić na stronach firmy Oryx - na dzień dzisiejszy widnieje na tej liście m.in. 531 rosyjskich czołgów - to o kilka więcej niż posiada Francja. Google dał ostatnio w większej rozdzielczości zdjęcia rosyjskich baz wojskowych. Niektóre z nich - na przykład poniższe - dają wiele do myślenia.



***


Postawa niemieckiego kanclerza Olafa Scholza wobec wojny na Ukrainie nie powinna nikogo dziwić. W latach 80-tych często bowiem odwiedzał on NRD, gdzie spotykał się m.in. z Egonem Krenzem. Enerdowscy przywódcy dziękowali mu wówczas za organizowanie antyamerykańskich demonstracji. Scholz był wtedy blisko związany z marksistowskim skrzydłem młodzieżówki SPD. Oczywiście współczesna SPD jest opleciona mafijną siecią powiązań z Rosją. Jak zauważa natomiast prof. Bogdan Musiał - Rosja prawdopodobnie pomogła Scholzowi wygrać wybory, organizując kampanię trollowania szefowej Zielonych. W naszym interesie jest jednak, by pajac Scholz rządził jak najdłużej i psuł Niemcom wizerunek na świecie i relacje z USA.

Co do Marine Le Pen - nie sądzę, by wygrała (jedyną jej szansą jest demobilizacja wyborców Macrona). Zresztą ona nigdy nie miała wygrać. Front Narodowy to dzieło francuskich służb specjalnych. Zarówno starszy Le Pen jak i jego córka mieli za zadanie jedynie kanalizować elektorat niezadowolonych i przegrywać wybory. Gdyby jakimś cudem Le Pen udało się wygrać, to nic specjalnego by się nie stało w kwestii wojny na Ukrainie - stanowisko Le Pen wobec sankcji na Rosję i dostaw broni na Ukrainę i tak jest bowiem ostrzejsze niż stanowisko... Scholza. 

***

Rosyjska propaganda i antyfaszystowska dupoendecja nieustannie podkreślają, że Rosja toczy walkę ze straszliwymi ukraińskimi nazistami. Owi straszni naziści opanowali w szczególności straszliwy Pułk Azow. Wobec tego, wśród polskojęzycznych antyfaszystowskich dupoendeków można często spotkać się z twierdzeniami, że Azow to "banderowcy", "UPA" i "gloryfikatorzy Rzezi Wołyńskiej". Tak się jednak akurat składa, że środowisko azowskie akurat określiło Rzeź Wołyńską jako "ludobójstwo" i opowiada się ono za pojednaniem z Polską i za ścisłą współpracą z naszym krajem w ramach Międzymorza. Wiemy na przykład, że 11 lipca 2017 r. aktywiści ruchu azowskiego złożyli kwiaty na Skwerze Wołyńskim w Warszawie. 

Ciekawi mnie jednak, na ile obecni ukraińscy bohaterowie wojny z Rosją przyćmią "gierojów" z UPA. Na ich korzyść przemawia choćby to, że są bohaterami całej Ukrainy, gdy z upowcami mogli się mocniej identyfikować jedynie mieszkańcy jej zachodniej części (ci ze wschodniej, środkowej i południowej mieli dziadków w Armii Czerwonej). W porównaniu z żołnierzami Pułku Azow czy obrońcami Wyspy Węży, Bandera wydaje się być dzisiaj nieudacznikiem i warchołem (który jeszcze po wojnie zabijał innych ukraińskich nacjonalistów), który został "bohaterem" tylko dlatego, że dał się zabić KGB. I lepiej, by Ukraińcy czcili Ducha Kijowa niż tego nieudacznika. 

Ciekawe też, na ile zostanie zrewidowany kult Chmielnickiego? Przecież ten gostek, zawierając Umowę Perejasławską, podporządkował Ukrainę Rosji i rozpoczął serię nieszczęść. Od Chmielnickiego prowadzi cienka czerwona nić do Hołodomoru, Czarnobyla i Buczy. (Rozumiał to choćby Ławrientij Beria. Gdy poproszono go o patronat dla uroczystości związanych z Chmielnickim, wyśmiał to i spytał, co ten cały Chmielnicki zrobił, by go czczono? Beria kazał sobie sprowadzać książki polskich historyków, które czytał z dużym zainteresowaniem.) Coś czuję jednak, że w przypadku Chmielnickiego przypominać się będzie jedynie jego sukcesy militarne i plany państwowe, a Perejasław i Batoh zostaną wygumkowane z historii.

***

Wojna jest również czasem demaskowania wielu fałszywych autorytetów wśród polskich "ekspertów". Jednym z nich jest Leszek Sykulski - mistrz banału i pustosłowia, który 10 lat temu proponował ściślejsze związki Polski z Rosją i Niemcami w ramach trójkąta kaliningradzkiego (i był wielokrotnie obśmiewany przez doktora Targalskiego). Sykulski jest na tyle nadęty i głupi, by nadal się obnosić z kurwiozalnymi poglądami, choćby w kwestii masakry w Buczy.



No cóż, Sykulski przynajmniej jest stały w swoich poglądach. Nie to co Gerszom Braun, który z 10 lat temu - gdy jeszcze wyglądał jak główny bohater filmu "Falling down" - snuł plany reaktywowania unii polsko-ukraińskiej i twierdził, że ucieszyłoby go gdyby  Ukraińcy "wykupili połowę kamieniczek w Przemyślu".

Pamiętacie jeszcze Ronalda Robiącego Laseczki? Okazuje się, że często go cytują rosyjskie media. Kolesia, który od czasu do czasu pisze jakieś kocopały do niszowych portalików i do gazetki dla dupendeckich kretynów, robią one "czołowym polskim publicystą". :) Oczywiście nasz dzielny spartański wojownik narzeka w rozmowach z rosyjskimi mediami na panującą w Polsce homofobię rusofobię. Chciałbym go zobaczyć w otoczeniu kadyrowców, jak krzyczy cienkim głosikiem: Achmat Siła! :)



Specjalnie dla Ronalda, jego kumpli z xxxportalu i innych ruskich trolli, ciekawe znalezisko: trailer filmu "Firebird" - czyli osadzonej w realiach ZSRR lat 70-tych gejowskiej wersji "Top guna" - opartej na wspomnieniach sowieckiego lotnika myśliwskiego. Nie ma chyba bardziej prawdziwego filmu o Armii Sowieckiej. Tytuł filmu można przetłumaczyć na polski nie tylko jako "Ognisty ptak", ale także jako "Katechon" :) 




sobota, 16 kwietnia 2022

Moskwa na dnie

 

Ilustracja muzyczna: Probas & Hardi - Kozaki Idut

Zatopienie rosyjskiego krążownika Moskwa , okrętu flagowego Floty Czarnomorskiej, to klęska, której Rosja nie jest w stanie ukryć. To cios nie tylko w morale wroga, ale także w jego zdolności przeciwlotnicze. Kompromitacja tym większa, że na zatopionym okręcie mogły być głowice nuklearne. I także zły omen dla Rosji...

Sytuacja na froncie niewiele się zaś przez ostatni tydzień zmieniła. Ruscy wciąż próbują się przebić w okolicach Iziumu na południe, by odciąć siły ukraińskie w Donbasie. Czy jednak mają na to wystarczające siły? Według ocen Amerykanów, dysponują oni obecnie 65 batalionowymi grupami taktycznymi na Ukrainie, gdy na początku wojny mieli ich 130 (pytanie czy Amerykanie liczą w nich też Rosgwargię oraz inne tałatajstwo). Zawodowi żołnierze rosyjscy starają się migać od wyjazdu na Ukrainę - wszak oficjalnie nie ma tam wojny i mogą odmówić. Ostatnio sięgnięto więc po głębokie rezerwy, np. jednostki z bazy w Tadżykistanie. Mobilizacja w Doniecku i Ługańsku idzie opornie i ponoć została zrealizowana tylko w 20 proc. Generał Skrzypczak uważa więc, że Rosjanie nie mają już sił potrzebnych do przełamania w Donbasie, a ukraińskie ataki na skrzydła im przeszkadzają w ofensywie. O nadchodzącej wielkiej rosyjskiej ofensywie w Donbasie trąbi się już od tygodni, więc nie ma w niej już żadnego elementu zaskoczenia, a Ukraińcy mieli czas, by zaminować teren i przygotować obronę. Czy jednak Ruscy będą nadal próbowali ją przeprowadzić, by mieć jakiś sukces przed 9 maja czy skupią się tylko na zdobyciu Mariupola? Czy z niej zrezygnują i przejdą do wojny pozycyjnej?

Jest poważne niebezpieczeństwo prowokacji podobnych jak w 1999 r. SBU ostrzega, że rosyjskie służby szykują zamachy terrorystyczne i ostrzały rakietowe "pod fałszywą flagą" w miastach z przygranicznych rosyjskich obwodów. Takie zamachy dałyby Rosji pretekst do przeprowadzenia wielkiej mobilizacji. Czy jednak Rosja dysponuje odpowiednią ilością sprawnego sprzętu, by uzbroić zmobilizowane masy? Doniesienia o sprowadzaniu przez nią pocisków z... Iraku, stawiają jej zdolności pod dużym znakiem zapytania. 

Tymczasem dostawy broni z Zachodu na Ukrainę zaczynają płynąć szerszym strumieniem. Ponoć widziano tam 100 T-72, które nam ostatnio zginęły z magazynów, a przez stację kolejową w Gnieźnie szedł dziwny transport zachodnich haubic. Sprzęt wojenny na Ukrainę mają też dostarczyć... Japońskie Siły Samoobrony. Sekretarz obrony USA Lloyd Austin spotkał się ostatnio z prezesami ośmiu największych amerykańskich koncernów zbrojeniowych i powiedział im, by zapewnili Ukrainie broń na dwa lata wojny z Rosją.  No cóż, nastroje w USA stały się mocno prowojenne. O ile tylko 33 proc. Amerykanów pozytywnie ocenia prezydenta Bidena, to aż 68 proc. uważa, że USA robią "za mało", by pomóc Ukrainie pokonać Rosję.  Trump nazywa natomiast działania Rosji "ludobójstwem". Zauważmy też, że poparcie społeczeństw Europy Zachodniej dla Ukrainy (często wbrew linii ich rządów) to skutek kulturowej władzy Amerykanów nad Europą. 

***

Miałem nie pisać nic o Smoleńsku - wszak od 2010 r. zajmuje się tym tematem i nie chce mi się już dyskutować o tym z libkami oraz dupokonserwatystami - ale jednak muszę się odnieść do kilku zdarzeń z ostatniego tygodnia.

Publikacji raportu podkomisji smoleńskiej nie towarzyszyła oczywiście żadna merytoryczna dyskusja o jego treści. Co najwyżej odwoływano się do raportu Millera będącego ponoć prawdą objawioną niczym Koran. ("Nie ma eksperta lotniczego prócz Anodiny, a Lasek jest jej prorokiem" :) Nie odnoszono się więc do analizy dźwięku mającego być wybuchem na skrzydle, potwierdzenia przez kilka zachodnich laboratoriów znalezienia śladów materiałów wybuchowych na szczątkach, analiz dotyczących śladów powybuchowych na wraków i charakteru obrażeń u ofiar wskazujących na eksplozję. Ja też nie będę w to wchodził, ale to charakterystyczne, że w kontrze wobec raportu podkomisji głównie odgrzewano stare, głupie i już dawno obalone teorie o "pijanym generale". Ciekawe jest też to, że tyle osób jest przekonanych o tym, że Rosjanie w żaden sposób nie mogliby ingerować w treść zapisów dźwiękowych z czarnych skrzynek - choć funkcjonują różne wersje tych zapisów, w których występują m.in. różne odstępy czasowe pomiędzy wypowiadanymi słowami, a Rosjanie sami przyznawali, że rejestratory te znaleźli 10 kwietnia 2010 r. DWUKROTNIE i że dopiero za drugim razem obudowy tych rejestratorów były uszkodzone. No cóż, jesteśmy narodem naiwnym. 

Aż tak wielkiej wiary w dobre intencje Putina nie mają inni. Ukraińscy oficjele wyraźnie sugerują zamach, a Christopher Miller, były sekretarz obrony USA, otwarcie mówi, że "polska delegacja została zabita przez Putina". Mnie takie oświadczenia nie dziwią. Ładne parę lat temu spytałem o sprawę Smoleńska Yuvala Aviva - pierwowzór głównego bohatera filmu "Monachium"- odpowiedział, że "nie ma żadnych wątpliwości", że to był zamach. Nie upieram się, że zdarzenia z 10 kwietnia 2010 r. przebiegały tak jak to opisano w raporcie podkomisji smoleńskiej, ale z jakiegoś powodu Macierewicz dziękował administracji Trumpa za materiały, które pomogły dokładnie zlokalizować miejsce umieszczenia rzekomej bomby. A i sami Ruscy już specjalnie się nie kryją, o czym świadczył choćby nerwowy tweet Dmitrija Rogozina, szefa Roskosmosu i zarazem byłego ambasadora Rosji przy NATO, z "zaproszeniem do Smoleńska". 

Od samego raportu dużo ciekawsze są załączniki do niego. W jednym z nich było nawiązanie do telefonu, który miał wykonać poseł PSL Leszek Deptuła do swojej żony (ona sama o tym zeznała). Telefon ten mógł być wykonany w chwili eksplozji na skrzydle. Intrygująco brzmiał też załącznik poświęcony polsko-rosyjskim negocjacjom wojskowym:




"W tym celu w dniach 22-24 marca 2010 r. delegacja Sił Zbrojnych RP na czele z adm. Tomaszem Matheą, zastępcą Szefa Sztabu Generalnego, odbyła w Moskwie rozmowy z przedstawicielami armii rosyjskiej, którym przewodził Szef Sztabu Generalnego FR generał armii Nikołaj Makarow. Efektem rozmów było porozumienie przewidujące ścisłe związki obu armii w dziedzinie informacyjnej, transformacji sił zbrojnych, szkolenia i działań operacyjnych wszystkich rodzajów sił zbrojnych zwłaszcza w strefie przygranicznej, a przede wszystkim wspólne „prowadzenie operacji wspierania pokoju i operacji reagowania kryzysowego”.

Admirał Mathea po Smoleńsku został dowódcą Marynarki Wojennej, w miejsce admirała Andrzeja Karwety. Podpisanie porozumienia było zaplanowane na maj i wygląda na to, że miało ono poparcie Ministerstwa Obrony. Co sądził o nim jednak Szef Sztabu Generalnego gen. Gągor oraz inni dowódcy? Co sądziło prezydenckie BBN? Nie wiem, ale sprawę tę powinno się drążyć. Jeszcze wiele miesięcy po Smoleńsku rozmowy na temat tego porozumienia prowadził gen. Koziej. ("Shogun ka-yo!"). Wpisywałoby się ono w podobne inicjatywy Niemiec - na 2013 r. a później na 2014 r. planowano wspólne manewry Bundeswehry i Armii Rosyjskiej. Dlaczego jednak do podpisania tego dokumentu nie doszło? Czyżby - tak jak w przypadku kontraktu gazowego z Rosją mającego nas uzależnić od rosyjskiego gazu do 2037 r. - zainterweniowała jakaś siła zewnętrzna?

Przypomnijmy trochę z klimatu tamtych "resetowych" dni. Fragment wywiadu z Małgorzatą Wassermann:

"Początkowo niczego nie podejrzewałam… Zgodziłam się nawet na spalenie ubrań mojego taty w Moskwie, co do dzisiaj sobie wyrzucam jako błąd. Pierwsze podejrzenia, że śledztwo idzie w złym kierunku, nabrałam dwa miesiące po katastrofie. Zadzwonił do mnie dziennikarz z pytaniem, czy Rosjanie robili sekcje zwłok ofiar. Odpowiedziałam, że chyba tak, bo jak można zachować się inaczej po takim wypadku? Wybrałam numer do wojskowej prokuratury, a tam już poinformowano mnie - ot, tak - że nie mają o tym pojęcia! Gdy toczyłam własną walkę o rzetelne śledztwo, usłyszałam publiczną krytykę ze strony posła PO Andrzeja Halickiego, iż - uwaga - „bredzę”, bo rosyjskie dokumenty są autentyczne i nie podlegają wątpliwościom. Nie mogłam w to uwierzyć! W dokumencie z oględzin zwłok w przypadku ojca nic się nie zgadzało. Później okazało się, że to nie tylko naszą rodzinę tak potraktowano. Do protokołów rzekomych sekcji Rosjanie wpisywali np. organy, które zostały 30 lat temu wycięte. Dla rosyjskich służb i medyków nie miało to żadnego znaczenia. Dokument z sekcji zwłok jest oklauzulowany - nikt postronny, nawet pozostałe rodziny ofiar, nie uzyskały do niego dostępu. Tymczasem poseł Halicki miał czelność krytykować mnie, że rzekomo nie wiem, co mówię, bo jestem zrozpaczoną córką i bredzę…"

(koniec cytatu)

Ówcześni polscy wykonawcy "resetu" w relacjach z Rosją mogą się oczywiście bronić, że byli wówczas naiwni i szczerze wierzyli w nawrócenie Putina i jego ludzi na liberalną demokrację. Ale nie powinni już brnąć w obronę rosyjskiej narracji z tamtych dni. Niech już raczej wymyślą coś w stylu: "Od początku podejrzewaliśmy, że mogło dojść do zamachu, ale nie chcieliśmy wojny z Rosją." (Tylko wówczas pojawiłyby się pytania w stylu: "Skoro baliście się wojny z Rosją, to czemu minister Klich redukował liczebnie armię i zawalił jej modernizację sprzętową?")

Ekipę Tu-154M-ska można by jebać za jej politykę wobec Rosji do końca świata i jeden dzień dłużej, ale krytyka nie powinna się ograniczać tylko do niej. Warto się przyjrzeć choćby  działaniom prokuratury podległej wicepremierowi Ziobrze. Nie tylko dlatego, że jako eksperta w sprawie smoleńskiej zatrudniła ona kilka lat temu prorosyjskiego propagandystę. Działania prokuratury sprawiają przy tym wrażenie pozorowania pracy. Jak powiedział Andrzej Melak:


"Dowiedzieliśmy się niewiele. Tyle że śledztwo jest w toku, że instytuty zagraniczne badają sprawę, i właściwie nic więcej. Nie ma zatem żadnych nowych wiadomości. Usłyszeliśmy – kolejny raz – o kłopotach, że Rosjanie nie współpracują z polskimi śledczymi itd., ale nie przekazano nam nic nowego, co uzupełniłoby naszą wiedzę czy zmieniłoby nasze spojrzenie. Śledczy poinformowali także, że nie wykluczają żadnej hipotezy. Jak powiedział śledczy, który przejął śledztwo po zmarłym niedawno zastępcy prokuratora generalnego Marku Pasionku, w związku z 12. rocznicą katastrofy ma zostać wydany jakiś komunikat opisujący stan śledztwa, i tyle."

No cóż, niedawno zmarły (na kilka dni przed smoleńską rocznicą) prokurator Pasionek, mocno angażował się w śledztwo za rządów PO - i stawiano mu z tego powodu absurdalne zarzuty związane z kontaktowaniem się z FBI - a co robił za rządów Ziobry w prokuraturze? Co się stało? 

***

Jeśli czujecie dyskomfort z powodu dziwacznych wypowiedzi papieża Franciszka w kwestii wojny na Ukrainie, to przypomnę, że teologiem Domu Papieskiego i zarazem jednym z głównych doradców pontifexa jest o. Wojciech Giertych OP, ze słynnej rodziny Koniewów. Jego ojciec w kurwiozalnej broszurce o "Piłsudskim" bóldupił z powodu "antyrosyjskości" Wyprawy Kijowskiej, pisał, że 17 września 1939 r. Sowieci weszli na "bezpańskie" polskie Kresy i pochwalił stalinowską prokuraturę za wydanie wyroku śmierci na swojego kolegę z oflagu. 

A tymczasem Konstanty Gebert, syn sowieckiego szpiega Billa Geberta, stał się ofiarą czystki w "Wyborczej". Poległ, bo chciał napisać, zgodnie z rosyjską linią propagandową, że Azow jest "neonazistowski" (o niekompetencji Geberta może świadczyć to, że nazywa Azow "batalionem", gdy już od dawna jest on pułkiem). Na to nie zgodzili się jego kierownicy z "Wyborczej". Więc można powiedzieć, że Gebert dołączył do grona "ofiar Azowa". Olszański vel Jabłonowski, Gerszom Braun, Ozjasz, Michalkower, Panasiuk, Jachacy,  profesor Adam Wielodupski, Ronald Robiący Laseczki, Kurak i Warzecha mogliby połączyć siły i wspólnie zmówić za niego kadisz.





***

Wesołego Alleluja dla moich Czytelników!



sobota, 9 kwietnia 2022

Rosja - kraj ludożerców

 


Ilustracja muzyczna: Dawid Hallmann - Homeland

Wojewoda poleski pułkownik Wacław Kostek-Biernacki mawiał "kraje cywilizowane i Rosja". W ten złośliwy i subtelny sposób podkreślał, że Rosja nie jest krajem cywilizowanym. Wacław Makowski, jeden z najwybitniejszych polskich prawników, ostatni przedwojenny marszałek Sejmu, postulował natomiast, by Związek Sowiecki traktować w prawie międzynarodowym tak jak w XIX wieku traktowano zapóźnione cywilizacyjnie państwa Afryki i Azji. Co najwyżej tak jak Japonię sprzed Rewolucji Meiji. Gerszom Braun i Ozjasz Goldberg oburzą się pewnie, że to były "straszne sanacyjne antysemity rusufoby". Każdy rozsądny człowiek uzna jednak, że słowa tych wybitnych przedwojennych państwowców są wciąż aktualne. Rosja właśnie bowiem potwierdza wszystkie najgorsze stereotypy na swój temat i pokazuje, że jest tą samą Bolszewią, co w 1945, 1939 czy 1920 r.



Masakra w Buczy nie była bynajmniej spontanicznym wybrykiem jakiś pojebów z przeżartej patologiami i dowodzonej przez zrusyfikowanego Azjatę jednostki wojskowej spod chińskiej granicy. Rosyjskie ministerstwo obrony cały czas przekonuje nas, że "operacja specjalna" na Ukrainie "przebiega według planu". A jaki był plan? Planem była masowa czystka, wzięta żywcem z czasów stalinowskich. To dlatego we wrześniu 2021 r. przyjęto w Rosji nowe wytyczne techniczne dotyczące kopania masowych grobów przez wojsko. Dlatego też zamówiono przed wojną 45 tys. worków na zwłoki i ściągnięto mobilne krematoria. Ruscy nie przygotowali tego z myślą o zajęciu się stratami własnymi - planowali przecież, że zajmą Kijów w kilka dni i poniosą małe straty. Oni to zrobili z myślą o eksterminacji ukraińskich elit. 

To szokuje, choć przecież zapowiedź takiego zachowania mieliśmy już w trakcie obu wojen czeczeńskich. Ruscy zabili tam co najmniej 150 tys. cywilów. Tysiące Czeczenów trafiło do obozów koncentracyjnych, w których poddawano ich takim torturom jak piłowanie zębów czy przybijanie języków do stołu. O ile jednak Czeczeni byli dla Rosjan narodem obcym i zawsze wrogim, to Ukraińcy w oficjalnej rosyjskiej propagandzie byli traktowani jako część narodu mówiąca tylko własnym dialektem. Szokować może więc to, że Rosja planowała ludobójstwo na ukraińskich "prawosławnych braciach". Ale szokować nie powinno. Władcy współczesnej Rosji wywodzą się przecież z resortu, którego głównym zadaniem było terroryzowanie samych Rosjan. Co więcej, są dumni ze swojej ludobójczej przeszłości. Wasilij Błochin, kat z Katynia, który miał na swoim koncie także śmierć wielu tysięcy Rosjan, jest w putinowskiej bolszewii traktowany jako bohater. W pamiętnym 2010 r. władze odnowiły mu pomnik nagrobny w alei zasłużonych moskiewskiego Cmentarza Dońskiego. Na nowym pomniku pojawił się prawosławny krzyż.


To, co zdarzyło się w Buczy, Irpieniu, Hostomelu czy Borodziance nie było więc żadnym wybrykiem sfrustrowanych rosyjskich sołdatów. Było po prostu realizacją ludobójczego planu w skali lokalnej. Wina Rosji nie powinna już budzić żadnych wątpliwości. Dziennikarze z całego świata mieli okazję przekonać się na miejscu, co tam zaszło. Mamy zdjęcia i filmy pokazujące zwłoki na ulicach i masowe groby. Mamy zdjęcia satelitarne wskazujące, że zwłoki leżały tam na ulicach już na wiele dni przed ucieczką wojsk rosyjskich. Mamy film pokazujący jak rosyjski czołg oznaczony literą "V" strzela do przypadkowego rowerzysty. Mamy mnóstwo relacji świadków mówiących o planowej czystce, polegającej na zabijaniu mężczyzn poniżej 50 roku życia. Mamy też nagrania rozmów rosyjskich żołnierzy, w których jest mowa o dokonanych zabójstwach. Rosjan obciążają również ich kretyńskie próby tłumaczenia się - raz mówią, że masakra była inscenizacją, innym razem, że dokonali jej Ukraińcy (internetowi debile powtarzają za nimi, że winny był "batalion Azow" - bo o innej ukraińskiej jednostce wojskowej nigdy nie słyszeli). Jednocześnie jednak ostrzegają, że "Ukraińcy szykują prowokację polegającą na podrzucenie zwłok do miejscowości, z których planowo się wycofujemy". Nawet jednak łysemu debilowi będącemu ambasadorem Rosji przy ONZ przypadkiem się wymsknęło, że "zwłoki w Buczy nie istniały zanim nie pojawiły się tam wojska rosyjskie".

Masakry dokonywane w Buczy oraz innych ukraińskich miejscowościach miały na celu nie tylko wyeliminowanie przedstawicieli elit, ale także zastraszenie populacji. Ruscy osiągnęli jednak efekt odwrotny do zamierzonego. Nie tylko nie złamali morale wroga, ale dali mu większą motywację, by twardo bronił każdego kawałka ukraińskiej ziemi. Sami postawili się w roli Serbów z lat 90. Jeśli Ukraińcy i międzynarodowi ochotnicy będą teraz odstrzeliwać lub torturować rosyjskich jeńców, to nikt się na świecie tym nie będzie przejmował. Wszyscy uznają, że Ruscy sobie na to zasłużyli, tak jak Serbowie "sobie zapracowali" na bombardowania z 1999 r. W 1920 r. też zdarzało nam się odstrzeliwać bolszewickich jeńców, a w 1939 r. niemieckich. I nikt nie powinien mieć nam tego za złe.

Rosja traci w wyniku wojny swoją agenturę wpływu. Część głębiej zakamuflowanej została zmuszona do ujawnienia się. Część do intensyfikacji działań. Sporo jednak przedstawicieli opcji moskiewskiej odcina się od działań Kremla - albo ze strachu, albo z koniunkturalizmu, albo dla głębszego zakamuflowania się. (Trzecią opcję prezentuje choćby Mecenas Koniew.) Nawet profesor Adam Wielkodupski (ten sam, który chciał kilka lat temu na 17 września zostać "ministrem w prorosyjskim kolaboracyjnym rządzie Konrada Rękasa" - chyba ministrem ds. ssania kutasa :) stwierdził, że opcja rosyjska w Polsce "jest martwa". Zapewne tak jak inni przefarbuje się on teraz na opcję niemiecką, chińską lub wsadzi sobie w tyłek chorągiewkę LGBT.


 Przy okazji wychodzi jednak jak mocno służby rosyjskie podczepiały się pod różne "foliarskie" inicjatywy, takie jak np. ruch antyszczepionkowy. Intrygująco czyta się w tym kontekście tweety Kuraka. Ciekawe również, że niejaki Iwan Komarenko nagle ewakuował się do Rosji. Pozdrawia z niej wszystkich rozwolnościowców. Ciekawe, czy zaszczepi się Sputnikiem?



By w obecnej sytuacji być jawnym agentem wpływu Rosji trzeba być a) debilem b) odważnym debilem c) samobójcą. Zdarza się już bowiem, że wobec takich osobników różni narwani patrioci organizują "Operację Specjalną na Rzecz Deratyzacji Środowisk Narodowych". Przekonał się już o tym niejaki Krystian Jachacy ("Tyle znacy, co Jachacy, a Jachacy gówno znacy"...) i jego kumple z grupy "Chrobry Szlak" (która powinna się nazywać "Chujowy Szlak", bo zmierza tam, gdzie ruskij wojennyj korabl). Ta bolszewicka jaczejka jojczy, że została napadnięta przez "neonazistów" i "polskich zwolenników batalionu Azow". Zapewne poskarżą się na to Rafałowi Pankowskiemu, a on poskarży się Mosze Kantorowi, który zda sprawę karzełkowi Putinowi i będzie argument za "denazyfikacją" Polski. Żałośni są ci duponarodowi przebierańcy... 


Oderwijmy się jednak na chwilę od przygód prosowieckich debili, bo wojna na Ukrainie niesie za sobą również skutki odczuwalne nawet w najdalszych zakątkach świata.

Oto bowiem w Pakistanie upada rząd Imrana Khana - tego samego, który spotykał się niedawno z Putinem i zajął mocno prorosyjskie stanowisko w kwestii wojny. Okazuje się, że armia miała inne niż premier zdanie co do relacji z USA. To zrozumiałe, gdyż jest ona mocno zależna od amerykańskiego sprzętu.

W Izraelu upadła koalicja rządząca. Wycofała się z niej jedna deputowana, która argumentowała swoją decyzję sprzeciwem wobec decyzji ministra zdrowia o ... pozwoleniu pacjentom w szpitalach na zjadanie hametzu (czyli chleba z zakwasem) w Pesach. Przypominam, że rząd izraelski był krytykowany za brak wyraźnej pomocy dla Ukrainy.

O ile Amerykanom udaje się dyscyplinować takich "sojuszników", to większy problem mają z Arabią Saudyjską i ZEA, które dryfują w stronę obozu chińskiego. Administracja Bidena w pierwszych miesiącach działała bowiem, tak jak Repetowicz uważał za słuszne, czyli obraziła się na Saudów i ograniczała im sprzedaż nowoczesnej broni. Wobec tego Saudowie weszli w deal z Chinami - wpływ na rynek naftowy w zamian za chińską broń. 

Chińczycy postrzegają natomiast Rosję jako "lodołamacz", który pozwoli im na zbudowanie Pax Sinica. W ich interesie jest, by Rosja wpierdoliła się na długie lata w konflikt z Zachodem i by ta konfrontacja odciągała USA od rywalizacji z ChRL. Oczywiście sposobem na pokrzyżowanie planów Pekinu jest doprowadzenie do szybkiej klęski Rosji i załamania się jej państwowości. 

Różni debile mówili nam przez ostatnie lata, że "mamy taką samą sytuację jak w 1939 r." Przyznam się do błędu: nie zrozumiałem ich przekazu. Teraz przyznaję, że mieli rację. Tylko, że to nie my jesteśmy Polską z 1939 r., tylko jest nią Ukraina. W 1939 r. Wielka Brytania i Francja miały możliwość zniszczenia Niemiec - czyli stalinowskiego lodołamacza. Wystarczyło realnie pomóc Polsce i zaatakować Niemcy od zachodu. Teraz Ukraina ma pomoc o jakiej Polsce się w 1939 r. nie śniło. I w naszym interesie jest, by Rosja poniosła klęskę na ziemi ukraińskiej. Ci, którzy mówią, że "jesteśmy zbyt małymi misiami, by fikać Putinowi" i że "pomagać możemy humanitarnie" (to cytaty z niejakiego Marcina Roli) realizują więc interes Rosji i Chin. Co oczywiście nie przeszkadza tym szkodnikom udawać "patriotów" i "narodowców".


Powyżej: Czeczeni walczący po stronie ukraińskiej mają wreszcie możliwość zemsty za ludobójstwo dokonane przez Ruskich na swoim narodzie. Życzymy im dobrych łowów! Sukcesów życzymy też gruzińskim ochotnikom. Tutaj widzimy ich jak rozprawiają się z rosyjską szmatą na lotnisku Hostomel.

***


Nie wiem, czy oglądaliście fragmenty państwowego pogrzebu  (od 2:14 ilustracja muzyczna :) Władimira Wolfowicza Żerynowskiego i laurki, które mu robiono w rosyjskiej telewizji. Nazywano go tam "weteranem rosyjskiego parlamentaryzmu". W sumie śmierć tego pajaca była wydarzeniem bardzo symbolicznym. Przypomniała nam bowiem, że współczesna Rosja jest jednym wielkim symulakrem, czyli kopią czegoś, co nigdy nie istniało.



Żerynowski nigdy nie był żadnym politykiem. Był aktorem. Żydowskim stand-uperem odgrywającym rolę antysemity i wielkoruskiego nacjonalisty. Takim Wojciechem Olszańskim, który zrobił większą karierę. Cała jego kariera polityczna była jedną wielką rolą komediową. Od czasu do czasu - jako taki wielkorusko-żydowski Stańczyk - mówił, to co Putinowi nie wypadało powiedzieć: na przykład, że zrzuci bombę atomową na Warszawę czy deportuje Ukraińców na Alaskę. W relacji z pogrzebu tego komedianta dowiedziałem się, że miał on stopień pułkownika. No cóż, resortowy aktor w teatrze na Łubiance...

sobota, 2 kwietnia 2022

Prometejska wojna przeciw bolszewizmowi

 


Ilustracja muzyczna: Dawid Hallmann - Kordhell - Murder in my Mind

"Niezwyciężona Rassija", nie mogąc zrealizować swojego planu A (zajęcia Kijowa w dwa dni), planu B (oblężenia głównych ukraińskich miast, zmuszenia ich do kapitulacji i przebicia korytarza do Naddniestrza) i planu C (ofensywy na Krzyw Róg i Mikołajów), przeszła do realizacji planu D, czyli do próby odcięcia ukraińskich wojsk w Donbasie. Realizuje go już od tygodnia i jak dotąd udało jej się zdobyć Izium. Będzie przerzucała też tam siły z innych kierunków. Rosyjski odwrót spod Kijowa i Czernichowa zamienił się w katastrofę taktyczną - Ruscy zostawili na miejscu mnóstwo sprzętu i zwłok swoich towarzyszy, którymi posilają się teraz psy.  Dwie rosyjskie osie natarcia zostały więc wyeliminowane. Mariupol wciąż się broni (już ponad miesiąc), a orki nadal tam dokonują ludobójstwa. Jeśli Ruskim nie uda się zrealizować planu D, to skupią się na planie E, czyli: "zdobędziemy chociaż Mariupol". Rosyjskojęzyczne miasto zostanie zrównane z ziemią przez putlerowskich debili w imię "ochrony rosyjskiego języka i kultury" .

O tym, że wojna idzie Ruskim nie tak jak planowali, świadczy choćby niedawny atak na składy paliwowe w Biełgorodzie. Ruscy twierdzili, że zniszczyli już ukraińskie lotnictwo, a tu nagle dwa śmigłowce wleciały kilkadziesiąt kilometrów na ich terytorium i rozpieprzyły im naftobazę. Można powiedzieć, że Ukraińcy zapłacili im rublami za ropę :) Bartosiak będzie chyba musiał wyciąć ze swoich książek fragmenty o rosyjskich "bąblach antydostępowych"...



Nie będę się jednak dłużej rozwodził w tym wpisie na temat szybko zmieniającej się sytuacji na froncie. Poświęcę za to więcej miejsca charakterowi tej wojny. Z czym tam właściwie mamy do czynienia? Karzełek Putin-Chujło nie zostawia w tej kwestii żadnych wątpliwości. Dla kremlowskiego antifiarza jest to wojna przeciwko "faszyzmowi" i "nacjonalizmowi", a także próba restytucji Związku Sowieckiego. Mamy więc do czynienia z recydywą bolszewizmu. Rosyjscy sołdaci zachowują się tam podobnie jak w Polsce w 1920 r., 1939 r. czy 1945 r. - czyli jak sowieckie bydło.  Bolszewicki potwór podniósł swój głupi ryj i wszyscy przyzwoici ludzie powinni liczyć na to, że Ukraińcy obiją mu tego ryja podobnie jak my w 1920 r. Każdy uważa się za "prawicowca", "narodowca" czy "konserwatystę" i popiera bolszewika Putina jest więc: a) totalnym debilem b) agentem (rosyjskim lub "natowskim" udającym rusofila-debila) c) niebinarnym płciowo fucklangistą lubiącym ssać wielkie czarne katechony. Oczywiście istnieją też kategorie pośrednie - np. niebinarni płciowo agenci-debile.

Cieszę się, że tak wielu ludzi - także liberałów - teraz "mówi Mackiewiczem i Skiwskim", o tym że na Ukrainie trwa teraz obrona Europy przed bolszewickimi hordami ze Wschodu. Narracja ta jest jednak dalece niepełna. Jak bowiem zauważył Chehelmut, ten konflikt jest też postsowiecką wojną domową. Wystarczy spojrzeć na biografie ukraińskich generałów i sprawdzić ilu z nich to weterani armii sowieckiej czy nawet rosyjskiej. Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia także podczas wojen w Czeczenii czy w Gruzji. (Zarówno generał lotnictwa strategicznego Dżohar Dudajew, jak i były pogranicznik, bratanek sowieckiego dyplomaty, Micheil Saakaszwili to przykłady postsowieckich kadr.) Ten, kto czytał moją serię poświęconą Berii, kto oglądał "Czerwoną Jaskółkę" lub kto ma jakieś pojęcie o historii Zimnej Wojny, ten wie, że najwięcej szkód komunistom zwykle robili ludzie, którzy byli częścią systemu. 

Przykładem takiej postawy był choćby Hejdar Alijew, prezydent Azerbejdżanu. Służył on w NKWD od 1941 r., doszedł do stanowiska generała KGB, I sekretarza w Azerskiej SSR i wicepremiera ZSRR. Jako prezydent niepodległego Azerbejdżanu zbliżał jednak swój kraj do Zachodu i prowadził politykę pod wieloma względami niewygodną dla Rosji. Z tego powodu przeprowadzono na niego zamach. Witold Michałowski w swojej książce "Rzecz o Hejdarze Alijewie" zamieścił scenę, w której młody Alijew dostaje w 1937 r. pracę palacza w kotłowni w lokalnej siedzibie NKWD. Jeden z funkcjonariuszy mówi mu, by nie okazywał swoich prawdziwych uczuć i by pamiętał o szyickiej doktrynie "takija", czyli maskowania się przed "niewiernymi". Z prezydentem Ilhamem Alijewem, synem Hejdara, przyjaźnił się Lech Kaczyński. 

O tym "prometejskim" aspekcie wojny na Ukrainie świadczą choćby słowa generała Kyryło Budunowa, szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego, o tym, że jego służba posiada "bardzo wielu informatorów" zarówno w rosyjskim wojsku, jak i wśród rosyjskich polityków i wśród Czeczenów. Wynika więc z tego, że w kręgach władzy w Rosji są ludzie, którzy szkodzą od wewnątrz rosyjskiemu pseudoimperium. O zadziwiającej sprawności ukraińskich służb może świadczyć choćby publikacja przez nie listy ponad 600 funkcjonariuszy FSB działających w Europie.  czy też pełnych danych (wraz ze scanami dokumentów osobistych) funkcjonariuszy jednej z jednostek GRU.  Na tej ostatniej liście, zwraca na siebie uwagę instruktor sanitarna Elena Władimirowna Procenko ur. 29.05.1986 r. Prawdziwa influencerka :)


Z tymi wewnętrzymi rozgrywkami może też ta dziwna akcja z próbą otrucia Towarzysza Bramowicza... (No chyba, że go już pozycjonują jako nowego Putina.) 

Zastanawia mnie postawa kadyrowskich Czeczenów w tej układance. Oczywiście Kadyrow, to od dawna wierny pies Putina, ale do jego sił na Ukrainie przylgnęło określenie "tik-tokowe wojsko". Ruscy dowódcy narzekają, że Czeczeni unikają walki a głównie zajmują się kręceniem filmików na media społecznościowe. Fenomen Kadyrowa, jako postmodernistycznego watażki spragnionego lajków, ciekawie opisał Kamil Galiew.  Kadyrow czeczeńskim Hołownią? :) 


Warto zwrócić uwagę na to jak  Kadyrow zachowuje się podczas spotkania z rosyjskim generałem - to jest szopka, a generał chyba się go boi. Można zadać sobie pytanie, kto tak naprawdę wygrał drugą wojnę czeczeńską. Ilu spośród czeczeńskich oficerów przeżywało jako dzieciaki lub nastolatkowie horror rosyjskiej inwazji? Ilu z nich zabito członków rodziny i przyjaciół? Trudno się więc dziwić, że ukraińskie GRU ma wśród Czeczenów "wielu informatorów".


Powyżej: Kadyrow z  producentką telewizyjną Tiną Kandelaki, pomagającą mu robić PR. Kandelaki ma ciekawe pochodzenie: gruzińsko-grecko-ormiańsko-tureckie. Twierdziła, że molestowała ją seksualnie Katy Perry.


Pamiętajmy jednak, że armia rosyjska jest, podobnie jak Armia Czerwona, niewolniczą armią wielonarodową. Mniejszości narodowe tam obecnie wręcz dominują - o czym pisze Galiew. Aborcja i alkoholizm wywołały bowiem katastrofę demograficzną wśród słowiańskiej ludności Rosji. Nie jest już to kraj, w którym chłopskie rodziny miały po dziesięcioro synów, których można było rzucić na front. Wysoki przyrost naturalny zachowały jednak narody Kaukazu i Syberii. Stąd więc tak dużo Buriatów na froncie ukraińskim (zwróćcie uwagę na mnichów buddyjskich podczas pogrzebu sołdata na fotce towarzyszącej zlinkowanemu artykułowi). Oficjalna rosyjska propaganda ukuła hasła w stylu: "Jestem Kałmukiem, ale teraz wszyscy jesteśmy Rosjanami", a karzełek Putin-Chujło mówił: "Jestem Żydem, jestem Tatarem, jestem Osetyńcem". (3,2,1 ból dupy troli trzeciego sortu...). No cóż, jest takie przysłowie: "Głaz uzkij, znaczit Ruskij" - "Skośne oczy, znaczy Rosjanin".

(Ukraina jest oczywiście bardziej europejska, ale ma też obywateli pochodzenia azjatyckiego takich, jak Witalij Kim, gubernator Mikołajewa. Kim znany z dużej aktywności w mediach społecznościowych stał się celem rosyjskiego zamachu - ataku rakietowego na siedzibę administracji obwodowej w Mikołajewie. Przeżył, gdyż... zaspał i spóźnił się do pracy. Nocny shitposting uratował mu życie i może teraz powiedzieć: "Oppa Gangnam Style" bolszewicka kurwo!").



Po stronie ukraińskiej walczy oczywiście wielu ochotników, którzy chcą obić ryja sowieckiemu potworowi. Służą oni choćby w pułku Azow - dzielnie broniącym Mariupola przed orkami - oraz w jednostkach stworzonych przez ruch azowski walczących pod Kijowem i Czernichowem. Poniższe video jest hołdem dla azowców (beat prawie jak u Hallmanna :) Przypomnę tylko, że w 2018 r. na konferencji Azowa w Kijowie był dr Jerzy Targalski, co wywołało krwawą sraczkę lamerskiego portalu kresy.ru.




 Ochotników walczących po stronie ukraińskiej są tysiące. Są jednostki stworzone z Tatarów, Czeczenów, Gruzinów, Białorusinów (hipsterski koleś z Batalionu im. Konstantego Kalinowskiego przypomina trochę Dawida Podsiadłę...), Brytyjczyków , Amerykanów, Izraelczyków (przybywających na Ukrainę na przekór haniebnej postawie swojego rządu), czy nawet Brazylijczyków.

W antybolszewickiej krucjacie biorą też udział... koty, które towarzyszą na froncie obrońcom Europy. :) Zaprawdę, ta wojna to pośmiertny triumf doktora Targalskiego! :)