sobota, 30 maja 2020

Niepodległość: Pierwsza kadrowa Berii


Ilustracja muzyczna: Feduk feat Łukaszuk - Rozoveye Vino

"Kadry decydują o wszystkim"
                              Lenin

Na przełomie 1939 i 1940 r. Stalin namiętnie oglądał operę Michaiła Glinki "Życie za cara", opartą na fikcyjnej historii Iwana Susanina, prostego chłopa, który rzekomo uratował cara Michała I Romanowa .   przed polsko-litewskimi żołnierzami. Sowiecki dyktator przychodził na spektakl tylko dla jednej sceny: pokazującej topienie się Polaków w bagnie. Oglądając ją wcinał jaja na twardo, które obierał ze skorupek. Jeden z rosyjskich psychiatrów przyglądając się zachowaniu Stalina w operze przypomniał sobie przypadek seryjnego mordercy, którego badał. Ów paranoiczny zbrodniarz jadł tylko jaja na twardo, gdyż uważał, że to jedyne jedzenie, którego nie można zatruć bez zostawiania śladów.



Stalin miał olbrzymi kompleks polski. Nie tylko z powodu 1920 r. W swoim życiu prowokatora Ochrany cały czas natykał się na polskich funkcjonariuszy tej służby i agentów, którzy blokowali mu drogę do zrobienia kariery w Partii. Jego uraz był tak silny, że podczas bitwy pod Stalingradem polecił Chruszczowowi bacznie obserwować marszałka Rodiona Malinowskiego. Marszałek nosił bowiem podobne nazwisko do Romana Malinowskiego, polskiego agenta Ochrany z którym Dżugaszwili rywalizował kiedyś w Partii. Na to nakładała się niechęć Stalina wobec starych polskich bolszewików - w tym żony Lenina Nadieżdy Krupskiej. Można śmiało założyć w 1937 r. Stalin autentycznie był przekonany, że Związek Sowiecki oplata ośmiornica polskiego, prometejskiego spisku a ci wszyscy czekiści i partyjniacy polskiego pochodzenia tak naprawdę są agentami POW.
Gdy więc w sowieckiej niewoli znalazły się w 1939 r. dziesiątki tysięcy polskich oficerów, w paranoicznym umyśle Stalina stanowili oni ognisko polskiego spisku.



Beria, według relacji swojego syna Sergo, sprzeciwiał się decyzji o zgładzeniu polskich jeńców. Wskazywał, że to doskonali oficerowie, którzy przydadzą się do tworzenia polskiej armii na szykowaną wojnę przeciwko Niemcom. Jako jedyny zagłosował na posiedzeniu Politbiura przeciwko decyzji o ich rozstrzelaniu. Stalin się wówczas wściekł i zagroził, że jeśli Beria nie chce wykonać jego decyzję, to go pozbawi stanowiska i mianuje w jego miejsce Żdanowa. Beria się wycofał a głosowanie powtórzono. Gdy przyszło do utworzenia trójki decydującej o wyrokach śmierci na polskich oficerów, Beria skreślił z jej składu swoje nazwisko i wpisał swojego ormiańskiego zastępcę Ajmaka Kobułowa. Umywał ręce i zaczął sabotować decyzję Stalina.



Około 400 polskich oficerów zostało ocalonych. Beria wybierając ich kierował się bardzo niejasnymi kryteriami. Zapewne nie mógł ocalić znanych dowódców z lat 1918-1920. Być może Stalin za bardzo się interesował ich losem. Rozstrzelania uniknęło jednak wielu oficerów dalekich od komunizmu, a znaczna większość z tych, którzy deklarowali chęć współpracy z Sowietami, rozstrzelano. (Zapewne dlatego, że nie byli polskiej narodowości.)  Rotmistrz Józef Czapski pisał później: "Nasuwa się pytanie, na podstawie jakiego kryterium zostali wybrani. Często zastanawiałem się nad tym i doszedłem do wniosku, że nie było żadnej wyraźnej przesłanki politycznej czy innej, która uzasadniałaby decyzję o ocaleniu właśnie tych 70 oficerów, których ze Starobielska przewieziono do Griazowca (...) Była tam cała gama stopni i przekonań, od generała Wołkowickiego do szeregowca, od ludzi, którzy zrobili sobie krasnyj ugołok , do skrajnych zwolenników ONR". Czapski - pochodzący z prometejskiej rodziny Hutten-Czapskich - sam był jednym z ocalonych przez Berię. Podobnie jak Zdzisław Peszkowski - późniejszy prałat i strażnik pamięci Katynia.
Daniel Bargiełowski zauważył, że zastosowano zasadę "Arki Noego", wybrano "po dwóch przedstawicieli jednego gatunku": dwóch arystokratów, dwóch księży, dwóch endeków, dwóch Żydów, dwóch homoseksualistów... Prof. Francoise Thom wskazuje, że ocalono też wielu oficerów związanych z Ruchem Prometejskim. Zebrani w Griazowcu jeńcy z trzech obozów mieli okazję wymienić doświadczenia i zgromadzić ważne świadectwa zbrodni. Niektóre z tych przypadków były zadziwiające. Prof. Stanisław Swaniewicz został cofnięty prawie spod dołu śmierci - pozwolono mu obserować jak kolejne transporty jeńców są wywożone do lasu a później autobusy, które ich przewoziły wracały puste. Tak jakby celowo pozostawiono przy życiu świadków wielkiej zbrodni...



Obok generała Wołkowickiego - bohatera Cuszimy (i co za tym idzie również bohatera popularnej bolszewickiej nowelki) - życie ocalił też generał Czesław Jarnuszkiewicz. W 1939 r. był on jedynie pracownikiem Państwowego Urzędu Kultury Fizycznej i Przysposobienia Wojskowego, ale ta funkcja mogła się wiązać z budową sieci konspiracyjnych na wypadek wojny, opartych m.in. na Związku Strzeleckim. Generał Jarnuszkiewicz był projektantem orzełka Związku Strzeleckiego i orzełka Legionów. Przed wojną był "opiekunem" grupy oficerów kontraktowych WP z Kaukazu. Wiadomo więc dlaczego Beria go ocalił. Większą zagadką jest jednak to, co się stało z tymi "kaukazczykami". W grudniu 1939 r. oddzielono ich od reszty polskich jeńców i wysłano na Łubiankę. Polska historiografia zakłada, że zostali rozstrzelani. Zakłada. Bo nie wiadomo, co się z nimi stało. Przykłady Raoula Wallenberga czy Jana Stanisława Jankowskiego pokazują, że więzień sowieckiej bezpieki mógł żyć na długo po tym jak spisano jego akt zgonu. Oficjalnie za jedynego gruzińskiego oficera kontraktowego, który wyszedł z sowieckiej niewoli do armii Andersa uznaje się kontrowersyjnego sędziego wojskowego majora Adama Kipiani. Kipiani był przed wojną znanym działaczem antykomunistycznym a w armii Andersa dał się poznać jako ostry, wręcz bezduszny sędzia.



Oczywiście najbardziej znanym polskim generałem ocalonym przez Berię jest Władysław Anders. W 1941 r. proponowano mu na Łubiance wstąpienie do Armii Sowieckiej i dowodzenie polską jednostką narodową na wojnie przeciwko Niemcom. Było to oczywiście na długo przed tym jak Niemcy "zaskoczyli miłujący pokój Związek Sowiecki" swoim "wiarołomnym atakiem". Po uderzeniu III Rzeszy na swojego sojusznika, Anders wyjechał z Łubianki samochodem Berii. Sergo Beria, twierdzi, że jego matka Nina przez kilka dni opiekował się polskim generałem. Anders zamieszkał na pewien czas w domu Berii. I wygląda na to, że obaj się doskonale rozumieli. Kaukaski Prometeusz stał się protektorem armii Andersa, która była prawdziwym ewenementem - pierwszą obcą siłą zbrojną tworzoną na terenie ZSRR przez ludzi ciężko doświadczonych przez system sowiecki. Jako pomoc służył Andersowi generał NKWD Gieorgij Siergiejewicz Żukow (nie mylić z marszałkiem Gieorgijem Konstantynowiczem Żukowem). Anders mówił później, że Żukow zasłużył na Order Polonia Restituta, bo tam mocno zaangażował się w wyciąganie Polaków z sowieckich więzień i obozów.

Anders dostał do pomocy również kilku polskich generałów i pułkowników, którzy siedzieli na Łubiance i de facto zostali ocaleni przez Berię. Jednym z nich był płk Leopold Okulicki, którego uczynił swoim szefem sztabu. Okulicki był tym oficerem Sztabu Generalnego, który nad ranem 1 września 1939 r. odbierał pierwsze meldunki o niemieckim ataku. Gen. Stachiewicz zostawił go Warszawie, gdzie Okulicki miał się uważnie przyglądać poczynaniom gen. Rómmla. Pięknie zapisał się w obronie stolicy i później współtworzył ZWZ. Wpadł jako szef polskiej konspiracji we Lwowie. Gen. Iwan Sierow pięknie go opisuje w swoich wspomnieniach - traktuje go cały czas jako niebezpiecznego polskiego "spymastera". (Okulicki wypomina Sierowowi, że jego szpicli łatwo było rozpoznać w tłumie, gdyż na tle mieszkańców Lwowa wyróżniali się kiepskim ubiorem i fatalnymi manierami.) Sierow miał nadzieję go rozpracować i zwerbować, ale podczas tej gry nagle ściągnięto Okulickiego do Moskwy, do więzienia Lefortowo, gdzie poddano go brutalnym przesłuchaniom, które według Sierowa sprawiły, że Okulicki "się zamknął". (Jako ciekawostkę można podać, że łączniczka płka Okulickiego ze Lwowa Bronisława Wysłouchowa broniła się w śledztwie mówiąc, że kiedyś ukrywała Lenina.)



Ocalonym przez Berię był również generał Michał Tokarzewski-Karaszewicz, znany teozof i zarazem pierwszy komendant SZP. Anders uczynił go swoim zastępcą. Co ciekawe, w latach 1917-1918 Tokarzewski-Karaszewicz, działając w POW, był trzykrotnie aresztowany przez bolszewicką bezpiekę. Za każdym razem wychodził po interwencjach Kazimierza Pużaka.



Wyjątkowo potraktowano na Łubiance generała Mariana Żegotę-Januszajtisa.  Nie tylko konferował on z Berią i Mierkułowem na temat utworzenia armii polskiej w ZSRR, ale również wygłosił wykład dla oficerów Armii Czerwonej i NKWD na temat wojny z Niemcami. Co ciekawe, Żegota-Januszajtis był krytykiem Paktu Sikorski-Majski. Po jego podpisaniu spytał Berię, czy gdyby polski premier postawił ostrzej sprawę gwarancji dla granicy ryskiej, to Sowieci by się zgodzili. - Oczywiście, że tak! Mieliśmy wówczas nóż przy gardle - odpowiedział Beria. 



O utworzeniu armii polskiej w ZSRR Beria rozmawiał w swoim gabinecie również z generałem Mieczysławem Borutą-Spiechowiczem, we 1939 r. dowódcą GO "Bielsko". Boruta Spiechowicz oczywiście trafi później na wyższe stanowiska dowódcze w armii Andersa, ale zostanie odwołany przez Sikorskiego do Szkocji, za zbytnią fraternizację z... NKWD. Boruta przyjął m.in. pamiątkową szablę od enkawudzistów. W 1945 r. powróci do Polski i wstąpi do LWP, z którego odejdzie po konflikcie z gen. Świerczewskim. W 1981 r. będzie się udzielał na I Zjeździe NSZZ "Solidarność".



Beria proponował kierowanie armią polską u Sowietów również innemu wybitnemu dowódcy z 1939 r. - generałowi Wacławowi Przeździeckiemu. Docenił to, że Przeździecki zadał Sowietom tak duże straty podczas obrony Grodna. O tym, ze Berii bardzo zależało na sojuszu z polskimi oficerami, którzy skutecznie walczyli przeciwko Sowietom we wrześniu 1939 r., świadczy również to, że zaprosił do swojego gabinetu rotmistrza Narcyza Łopianowskiego , bohatera bitwy pod Kodziowcami. Beria za zadowoleniem słuchał jak Łopianowski opowiadał mu o zniszczeniu 20 sowieckich czołgów w tamtym starciu. Wysłał go do tzw. Willi Szczęścia w Małachówce pod Moskwą, gdzie płk Berling - do którego za chwilę wrócimy - kierował grupą kadr dla nowej armii.



W przypadku załamania się ZSRR na jesieni 1941 r. armia Andersa byłaby poważną kartą przetargową. Zarówno dla Berii jak i dla Głębokiego Państwa Polskiego. Stąd też ekspedycja premiera Leona Kozłowskiego na zachód a także misja "Muszkieterów" z rozkazami od marszałka Śmigłego-Rydza do gen. Andersa. (Co ciekawe Stalin dopytywał się w rozmowie z Andersem i Okulickim o los marszałka i wspominał Śmigłego-Rydza jako generała, który świetnie dowodził w 1920 r. na Ukrainie.) Stalin traktował oczywiście te polskie siły z uzasadnioną paranoją. Gdy pierwsza fala niemieckiego ataku załamała się a z USA i Wielkiej Brytanii zaczęła napływać pomoc na ogromną skalę, uznał, że armii tej należy się pozbyć - wymusić jej wyjście z ZSRR.



Beria wolałby oczywiście, by armia Andersa została w Związku Sowieckim, ale przesunięcie jej do Persji traktował jako plan B. W razie klęski ZSRR mogłaby zostać wysłana przez Brytyjczyków na Kaukaz a tam pomogłaby odbudować niepodległą Gruzję. Według prof. Thom, Beria zaproponował Andersowi, by zostawił on w ZSRR grupę swoich zakonspirowanych oficerów, z której zrobi kadry dla następnej polskiej armii. W przypadku wygranej Sowietów w wojnie, tworzyliby oni elitę władzy w komunistycznej Polsce. Jednocześnie byliby jednak głęboko zakonspirowanymi agentami działającymi przeciwko ZSRR.


W ZSRR jak wiemy został szef sztabu 5 Dywizji Piechoty (czyli u gen. Boruty-Spiechowicza)  ppłk Zygmunt Berling.  Berling był wcześniej działaczem Związku Strzeleckiego, żołnierzem II Brygady, sanacyjnym oficerem, dowódcą 6 Pułku Piechoty Legionów w Kielcach. To on wiosną 1939 r. żegnał ostatnią zmianę żołnierzy jadących na Westerplatte. No i wkrótce potem wyleciał ze stanowiska w dziwnych okolicznościach. Oficjalnie chodziło o to, że po rozwodzie okradł z mebli swoją byłą żonę - czyli rzecz dalece niepewna (jak to z podziałem majątku po rozwodach bywa) i mało znacząca. Czyżby skierowano go wówczas na jakiś tajny odcinek? Wiemy, że w 1940 r. i 1941 r. kolaboruje w Starobielsku i namawia polskich oficerów do kolaboracji. Ci, których udaje mu się przekonać udają, że kolaborują. Na ile on sam jednak wierzył w kolaborację? Swoim żołnierzom mówił później, że "z Rosją musimy się porozumieć, by nie zostać 17-tą republiką". Komentując na żywo wyjście armii Andersa z ZSRR mówił: "Kurwa ich mać! Zabierają 100 tysięcy i dupę w troki. Wynoszą się w bezpieczne miejsce. 1,5 miliona Polaków zostawiają na pastwę losu. Ja zostaję...".



Sam fakt tworzenia przez niego nowej armii polskiej w ZSRR wydawał się dla wielu komunistów bluźnierstwem. Oburzona była Wanda Wasilewska a Alfred Lampe mówił: "Na chuj nam takie wojsko? Wystarczy nam Armia Czerwona". Wojsko Berlinga było jedną z formacji tworzonych z inicjatywy Berii - obok m.in. Legionu Czechosłowackiego, dywizji węgierskiej i rumuńskiej czy Komitetu Wolne Niemcy. Każda z tych jednostek była oparta na oficerach przedwojennych armii i miała stać się zaczątkiem nowych władz w krajach satelickich. Berling często był w kontakcie z zastępcą Berii Wsiewłodem Mierkułowem. Obaj starali się robić polską armię w kształcie narodowym. Mundury wzorowane na przedwojennych, rogatywki, kapelani, legionowe piosenki... Niestety armia też miała swoich "stróżów" z instytucji nie podległych Berii - Informację Wojskową, Smiersz, politruków (zwykle semickich komunistów reagujących alergicznie na polski patriotyzm). Berling toczył prawdziwe boje z tą szarańczą. Pisał do Stalina o towarzyszach z ZPP, by uwolnił Polskę od "tych agentów międzynarodowego trockizmu".



Jak podają popularne źródła : "Był skonfliktowany z komunistami z tajnego Centralnego Biura Komunistów Polski przy Komitecie Centralnym WKP (b) w tym z Wandą Wasilewską. Zarzucali mu oni m.in. antysemityzm, dążenie do marginalizacji roli oficerów politycznych i błędne koncepcje polityczne. W tzw. „Tezach numer 1” wysunął postulat, by powojenną Polską rządziło Wojsko Polskie z pominięciem partii politycznych – miał to być rząd oparty na wojsku i wyłoniony przez wojsko – spotkało się to ze zdecydowaną krytyką CBKP. Od tej pory był traktowany z nieufnością. Stanisław Radkiewicz mówił: „(...) wojsko wyślizguje się z naszych rąk. Nawet kontroli nie mamy, gdy Rola wyjeżdża wszystko zostaje w ręku Berlinga”. Projektował utworzenie jednostek polskich bez udziału kadry oficerskiej z Armii Czerwonej, spotykając się z odporem Jakuba Bermana („Należy stanowczo sprzeciwić się tworzeniu jakichś specjalnych dywizji polskich, które mają być gwardią pretoriańską przyszłych zamachów stanu”)."



Kazimierz Wyłomański, były szef ochrony Berlinga, opowiedział w programie "Rewizja Nadzwyczajna" Dariusza Baliszewskiego, że w marcu 1944 r. doszło do zamachu na jego dowódcę. Dakota, którą leciał Berling została zestrzelona. Zdołał jednak wraz z adiutantem wyskoczyć na spadochronie.

Flashback: Prometeusz- Przeciw 17-tej Republice




Pisałem już na tym blogu, że Powstanie Warszawskie było częścią planu Berii mającego prowadzić do wspólnego rządu Berlinga i Mikołajczyka. Niestety, kompletny debil Mikołajczyk, wypaplał Mołotowowi w Moskwie, że szykowane jest powstanie. Stalin zatrzymał więc front. We wrześniu, pod naciskiem sojuszników front ponownie jednak uruchomiono. Berling autentycznie przygotowywał się wówczas do ruszenia z pomocą powstańcom. Takiego scenariusza bardzo obawiało się niemieckie dowództwo. Gdy jednak nasze wojska przeprawiały się na Czerniaków i Żoliborz, Armia Czerwona stała na skrzydłach bezczynnie a artyleria i lotnictwo umilkły. Wyłomański był w grupie oficerów obserwujących desant. Usłyszał wówczas jak jeden Sowiet powiedział do siebie: "Damy tobie Warszawę sukinsynu!".

W listopadzie 1944 r. Berling został odwołany ze stanowiska i wezwany do Moskwy na szkolenie. Według ustaleń Stanisława Jaczyńskiego powodem odwołania, było jego zainteresowanie stosunkami panującymi w bezpiece i sprzeciw Berlinga wobec jej zbrodni. W grudniu 1944 r. Stalin, przyjmując delegację PKWN, powiedział: "Berling... toż to prowokator, zwyczajnie agent Andersa". 15 grudnia PKWN wydał rezolucję mówiącą, że Berling "ujawnił swoim postępowaniem swoje wrogie demokracji polskiej oblicze i postawił siebie poza nawiasem polskiej demokracji".

W latach 50. ponoć dotarli do Berlinga agenci Oddziału II z Londynu. Pokazał im w swoim gabinecie podsłuchy, wskazując, że nie może z nimi rozmawiać.

***
A w następnym odcinku serii Niepodległość wrócimy do Londynu i zahaczymy o Waszyngton.

***

Wspominałem kiedyś, że Melania Trump ma zaskakująco duży wpływ na administrację Trumpa i uważają ją tam za osobę bardzo rozsądną i kompetentną. Okazuje się, że w lutym, podczas podróży do Indii, mówiła mężowi, by poważniej potraktował sprawę koronawirusa. Obsobaczył ją za to, bo wierzył w liberalne bzdury o tym, że to tylko "zwykła grypa". Melania powiedziała później, że Trump słucha tylko potakiwaczy oraz rodziny. No cóż, w obecnych czasach mądre żony zdarzają się rzadziej niż jednorożce. Ale jak się już taką posiada, to warto czasem jej posłuchać. Bo słuchanie głupiego zięcia kończy się przegranymi wyborami.

A ktoś teraz wyraźnie stara się odpalić wojnę rasową w USA. Zaczęło się od tego, że biały policjant za mocno poddusił czarnego podejrzanego o płacenie fałszywym czekiem. Okazuje się jednak, że obaj się wcześniej znali - pracowali razem jako ochroniarze w jednym klubie. Czarny lumpenproletariat wykorzystał więc sytuację, by wyzwolić telewizory i lodówki z rasistowskiego ucisku w sklepach. Nie oszczędził nawet siedziby sprzyjającej mu telewizji CNN.  Wojsko będzie więc po raz pierwszy od 1992 r. tłumić zamieszki. Joe Biden może poczuć się młodziej -  przypomnieć sobie jak się pałowało Afroziomali w latach 60-tych w stanach rządzonych przez demokratów. Nad Minneapolis lata wojskowy dron Reaper.  Jak dla mnie to test przed możliwą drugą falą pandemii późną jesienią i towarzyszącym jej załamaniem ładu społecznego w dużych miastach.

Chińczycy sobie śmielej poczynają. Nie tylko wobec Hongkongu. Otwarcie grożą atakiem na Tajwan, ćwiczą nawet zdobywanie pałacu prezydenckiego w Tajpej.  Na to się nakładają starcia na granicy z Indiami. Bannon słusznie twierdzi, że jak teraz nie zareagujemy i nie wygramy wojny informacyjnej i ekonomicznej z Chinami, to będziemy mieć z nimi wojnę kinetyczną. Hongkong to taka Austria czy Czechosłowacja. Tajwan będzie Polską. Jak nie zatrzymamy tego na wczesnym etapie, to cały świat będzie później przez to w d...



sobota, 23 maja 2020

Niepodległość: Misja pokojowa


Ilustracja muzyczna: Professor Green - I need you tonight



„Jeden z tajnych dokumentów wywiadowczych przesłany przez Intelligence Service do Oddziału II Sztabu Naczelnego Wodza, w którym Brytyjczycy wyliczają znane im i udokumentowane w ciągu trzech lat wypadki kontaktów Polaków z Niemcami, kończy się stwierdzeniem: „Istnieje jakiś drugi aparat wojskowy i cywilny w aparacie gen. Sikorskiego o innych celach i zamiarach, ukrywanych pilnie przed władzami polskimi i angielskimi. Tylko wzajemną i szczerą współpracą Intelligence Ser. i O II można to niebezpieczeństwo usunąć zarówno ze względu na interes Polski, jak i W. Brytanii."
 Dariusz Baliszewski
10 maja 1941 r. Rudolfa Hessa wyraźnie zawiodły jego zdolności nawigacyjne. Zmylił drogę i nie zdołał wylądować na terenie posiadłości księcia Hamiltona, gdzie czekało na niego oświetlone lądowisko. Wcześniej odpowiednie siły zadbały, by samolot Hessa nie został zestrzelony - pomimo wykrycia go przez radary. Gdy dwa myśliwce z czechosłowackimi pilotami skierowały się w stronę tego powietrznego intruza, zostały szybko cofnięte. W lokalnym centrum kontroli operacji przebywał wówczas książę Hamilton.

Pierwszą osobą, która przesłuchała Hessa był Roman Battaglia, pracownik... polskiego konsulatu w Glasgow, "sanacyjny" dyplomata z wieloletnim stażem i zarazem znany publicysta ekonomiczny. W oficjalnej wersji jest mowa, że Battaglia służył Brytyjczykom jako tłumacz, choć przecież Hess doskonale mówił po angielsku i żadnego tłumacza nie potrzebował. Jeden ze szkockich oficerów obecnych wówczas na miejscu nie mógł się nadziwić, że komuś takiemu jak Battaglia pozwolono przesłuchiwać na osobności Hessa przez dwie godziny!



W posiadłości księcia Hamiltona w Dungavel przebywała grupa osób sprawiająca wrażenie, że na kogoś czekają. Z zeznań jednej ze służących wynika, że był tam wówczas m.in. książę Kentu Jerzy, w otoczeniu grupy... Polaków. Co mogło łączyć członka brytyjskiej rodziny królewskiej z Polską? Wiadomo, że w 1937 r. odwiedził nasz kraj i spotkał się m.in. z ministrem Józefem Beckiem. Miał też bardzo dobre relacje z gen. Sikorskim, którego był... sąsiadem. W listopadzie 1939 r. Sikorski oficjalnie zaproponował rządowi brytyjskiemu uczynienie księcia Kentu... królem Polski połączonej z Czechosłowacją i kilkoma innymi państwami naszego regionu. Brytyjczycy uznali ten projekt za wariacki. Książę Kentu był znanym przedstawicielem "partii pokojowej" w brytyjskich elitach, świetnym pilotem-wyczynowcem (dzięki czemu zdołał poznać Hessa przed wojną) a przy tym kolesiem, który lubił snuć się po ulicach wojennego Londynu w kobiecych ciuszkach (wyobraźcie sobie miny żołnierzy, którzy go legitymowali :) Zginął na północy Szkocji 25 sierpnia 1942 r. w katastrofie wodnosamolotu, którym udawał się ponoć na Islandię. Istnieje wersja, że wybierał się wówczas na negocjacje pokojowe do Norwegii.



Dziwnym zbiegiem okoliczności, 11 maja 1941 r., czyli w dzień po feralnym locie Hessa, do Szkocji przyleciał gen. Sikorski, który wracał z podróży do USA i Kanady. Tej samej, podczas której ledwo uniknął śmierci w "katastrofie lotniczej".


Sprawa się później robi jeszcze dziwniejsza. Guy Liddell, ówczesny wiceszef MI5, zapisuje w swoim dzienniku w dniu 8 czerwca 1941 r.: "Pewna grupa przedstawicieli polskich sił zbrojnych w Szkocji planowała porwanie i zabicie Hessa. Trudno powiedzieć, jak daleko sprawa zaszła, w każdym razie istnieje wciąż niebezpieczeństwo, że do takiej próby dojdzie". Raport szefa MI6 Stewarta Menziesa z lipca 1942 r. mówi, że 19 maja 1941 r. "kilku polskich żołnierzy odkryło jego [Hessa] miejsce pobytu, próbowali się włamać i zostali ostrzelani." Radosław Golec w książce "Lordowie Hitlera" pisze, że chodziło o próbę zamachu podjętą w pobliżu Fortu William, podczas transportu Hessa. W okolicy znajdował się polski ośrodek szkoleniowy w Aldershot. W akcji miało wziąć udział 17 polskich żołnierzy i dwóch brytyjskich oficerów. Jednym z nich był Alfgar Hesketh-Pritchard, funkcjonariusz SOE, który szkolił czeskich komandosów do misji zabójstwa Heydricha.

Flashback: Dies Irae - Nikt nie lubi Heydricha



W czerwcu 1942 r. brytyjski minister spraw zagranicznych Anthony Eden pisze, o tym, że "pewni przedstawiciele sił alianckich stacjonujących w tym kraju przygotowali plan najazdu na obóz i porwanie więźnia. Utrzymywanie tak licznej ochrony nie ma na celu zapobieżenie ucieczce Hessa, lecz niedopuszczenie do niego szalonych ludzi".





W dalekim Budapeszcie płk Wacław Lipiński pisze natomiast w swoim dzienniku o tym, że Himmler wysłał do Szkocji zabójców mających zlikwidować Hessa. I podaje nawet ich nazwiska. Na ten wpis zwraca po sześciu dekadach uwagę jedynie Dariusz Baliszewski. Zawodowi historycy udają, że tego zapisku nigdy nie było. (Zwykle narzekają, że jakaś teoria nie jest podparta dokumentami, a gdy dokument się pojawia, ignorują go.)

Wiele lat po wojnie Rudolf Hess, siedząc w więzieniu Spandau, opowiada swojemu synowi Wolfowi Rudigerowi Hessowi szczegóły swojej propozycji pokojowej, którą wiózł do Szkocji w maju 1941 r. Przewidywała ona odwrót Niemiec ze wszystkich terytoriów okupowanych - także z Polski. Zainteresowanie nią pewnych polskich sił byłoby więc w pełni zrozumiałe.



W maju 1941 r. toczą się w Budapeszcie jakieś dziwne rozmowy pomiędzy przedstawicielami tamtejszego polskiego ośrodka politycznego a Niemcami, za pośrednictwem władz Węgier. Ze strony polskiej prowadzi je płk Marian Steifer - wybitny oficer, szpieg, szachista i piłkarz. Człowiek, który dzięki swoim kontaktom w Budapeszcie zapewnił polskim internowanym wojskowym znakomite warunki do konspirowania na Węgrzech. Baliszewski pisał o tym epizodzie:

"W pierwszych dniach maja 1941 r. porucznik Wojska Polskiego Kazimierz Morvay, syn Węgra i Polki, urodzony i wychowany na Węgrzech, który we wrześniu 1939 r. walczył w polskim mundurze, a w 1941 r. pełnił służbę adiutanta w sekretariacie szefa XXI Oddziału Honwedów, przypadkowo usłyszał, jak kpt. Kormendy meldował płk Balo: „Pułkownik Steifer prosi o przyjęcie przez ministra obrony narodowej gen. Barthę w sprawie utworzenia rządu polskiego współpracującego z Niemcami". Dopiero po złożeniu meldunku kpt. Komendy zorientował się, że ktoś niepowołany usłyszał jego tajną treść. „Jeśli to, co usłyszałeś, wyniesiesz na zewnątrz – ostrzegł Morvaya – będzie z tobą kiepsko”. Por. Morvay, który czuł się bardziej Polakiem niż Węgrem, uznał jednak za swój obowiązek powiadomić, jak to sam ujął, władze podziemne. W Budapeszcie w podziemiu działali zwolennicy gen. Sikorskiego i ich właśnie powiadomił Morvay o skandalicznej treści meldunku. Tak doszło do powołania Sądu Obywatelskiego i najbardziej tajnej rozprawy w historii ostatniej wojny.
Płk. Steifera oskarżali ludzie Sikorskiego: dr Stanisław Bardzik-Lubelski, zastępca delegata Rządu Polski na Węgrzech, i mec. Adolf Witkowski, zastępca delegata ministra skarbu. Bronił go zapalony piłsudczyk mjr Stefan Benedykt. Skład sądu stanowili Adam Opoka Loewenstein z PPS i sędzia Wacław Słoniński ze Stronnictwa Narodowego. Przewodniczył gen. Jan Kołłątaj- Srzednicki. Po pięciu dniach rozprawy i przesłuchaniu stron oraz polskich i węgierskich świadków: „Sąd nie znalazł dowodów, jakoby jakakolwiek grupa obywateli dążyła do współpracy z Niemcami, ale płk dypl. dr inż. Marian Steifer źle zasłużył się Ojczyźnie". Winny czy niewinny? Były rozmowy z Niemcami czy nie? Wyrok sądu zdaje się niczego nie wyjaśniać. Cóż to bowiem znaczy, że płk Steifer źle zasłużył się ojczyźnie? I czym, skoro żadnych rozmów z Niemcami nie było? A może jednak były?

W połowie lat 80. udało mi się dotrzeć do prywatnych dokumentów Steifera. W liście do rodziny w kraju z 18 kwietnia 1941 r. pułkownik pisał: „Już kilkakrotnie robiono mi ze strony węgierskiej, i to od różnych osób, propozycje, ażebym przy pośrednictwie mego dawnego kolegi z wojny światowej poszedł na układ z gospodarzem i na współpracę. Rzekomo byłoby to chętnie przyjęte, bo on nie ma żadnego kandydata na objęcie dawnego, choć bardzo zmniejszonego mieszkania, a ma mu na tem szczególnie zależeć. Jako argument za tem wysuwają, że jednak lepiej choć cośkolwiek z mebli uratować, a zwłaszcza idzie o dzieci, które teraz cierpią najwięcej. Jak się Ty na to zapatrujesz? Z tego mogłaby być i wielka rzecz albo też i wielka hańba". "

(koniec cytatu)



W grudniu 1940 r. marszałek Edward Śmigły-Rydz ucieka z rumuńskiego miejsca internowania na Węgry - ku przerażeniu gen. Sikorskiego. Na przełomie kwietnia i maja 1941 r. przebywa w Budapeszcie. Jak pisze Baliszewski: "Pewne jest tylko to, że gdy kilka miesięcy później, w październiku 1941 r., marszałek Śmigły udawał się w swą ostatnią drogę do Polski, w Budapeszcie żegnali go regent, admirał Miklós Horthy, minister gen. Károly Bartha i płk dypl. dr Marian Steifer." Po polskiej stronie Karpat marszałka witają ludzie z organizacji wywiadowczej "Muszkieterowie" Stefana Witkowskiego - organizacji posiadającej imponującą siatkę od Lizbony po Ural, utrzymującej też dziwne relacje ze służbami brytyjskimi, niemieckimi, sowieckimi i watykańskimi.


Zróbmy przerwę na małą dygresję: Czy Śmigły-Rydz był jednym z ojców polskiej niepodległości? Część czytelników dostanie krwawej sraczki po takiej "bluźnierczej" sugestii, ale dajmy przemówić faktom. Faktem jest, że Śmigły-Rydz kierował POW w czasie, gdy Piłsudski siedział w Magdeburgu. Co więcej, to Śmigły-Rydz uczynił z POW potęgę na tajnej wojnie. Siatki naszej organizacji sięgały daleko w głąb Rosji i nawiązywały też kontakty z alianckimi tajnymi służbami. To POW sprawnie rozbroiła Niemców i Austriaków na jesieni 1918 r. Bez jej siatek nie byłoby obrony Lwowa, Powstania Wielkopolskiego, Powstania Sejnieńskiego i Powstań Śląskich. Śmigły-Rydz miał też jedną ogromną zasługę na wojnie w 1920 r. - przeprowadził sprawny odwrót z Ukrainy, dzięki któremu mieliśmy do dyspozycji wojska potrzebne do wykonania kontruderzenia znad Wieprza. Bez tych wojsk nie wygralibyśmy wojny z bolszewikami. Ten sam człowiek podjął bardzo trudną i bardzo kontrowersyjną strategiczną decyzję o wejściu Polski do wojny w 1939 r. w obozie alianckim - wiedząc, że "na polskim odcinku będzie przegrana" ale zdając sobie sprawę, że wejście w sojusz z Niemcami - państwem z góry skazanym na klęskę w wojnie światowej - będzie oznaczało koniec jakiejkolwiek państwowości polskiej po wojnie. Dlaczego więc ten sam człowiek w 1941 r. angażuje się w rozmowy z Niemcami na temat przywrócenia Polski pod ich protektoratem? Być może przekonuje go do tego przykład z czasów I wojny światowej. Graliśmy wówczas na kilku fortepianach - mieliśmy swoich ludzi u boku Państw Centralnych, Entanty i bolszewików. W czasie drugiej wojny światowej mieliśmy już swój rząd w Londynie, a powinniśmy mieć też swoich ludzi w obozie niemieckim i sowieckim. I Śmigły-Rydz podjął się tej arcytrudnej misji, zdając sobie w pełni sprawę z tego, że po wojnie może być powieszony jako "zdrajca" za reprezentowanie naszych interesów u Niemców i ratowanie biologiczno-kulturowej substancji narodu.



W październiku 1941 r. niemiecko-sowiecki front przechodzi były premier Leon Kozłowski, świeżo wypuszczony z więzienia na Łubiance. Jest jasnym, że pomagają mu ludzie Berii, który prowadzi w tym czasie swoją grę z Niemcami. Kozłowski przybywa do Warszawy, gdzie w listopadzie rzekomo spotyka się z marszałkiem Śmigłym. I znów Baliszewski: ""Do tego tajnego spotkania doszło w rejonie ulic Kopernika i Tamki. Relacjonuje ten fakt rotmistrz Czesław Szadkowski, szef ochrony osobistej Śmigłego w Warszawie, i Józef Lebedowicz, szef wydziału prezydialnego Obozu Polski Walczącej, organizacji powołanej do życia przez Śmigłego. Być może kiedyś potwierdzi się fakt obecności na tym spotkaniu grupy polskich aktywistów, a więc polityków opowiadających się za współpracą z Niemcami - z księciem Januszem Radziwiłłem, posłem Edwardem Kleszczyńskim i przedstawicielami polskiego episkopatu." Wspomniany senator Radziwiłł to jeden z osobistych agentów Berii. Wzmianka o przedstawicielach Episkopatu jest o tyle ciekawa, że Ojciec Święty Pius XII przekazał Muszkieterom poświęcone przez siebie różańce i spore fundusze.



W Warszawie Śmigły-Rydz spotykał się m.in. z takimi legendami Polski Podziemnej jak gen. Fieldorf i szef ZWZ gen. Grot-Rowecki. O czymś konferują. Zapewne chce ich przekonać do swojego planu. Muszkieterowie przerzucają, z pomocą niemieckich służb - i przy przyzwoleniu ludzi Berii, swoich emisariuszy do gen. Andersa. Podczas bankietu wydanego na ich cześć, płk Okulicki pyta o losy marszałka Śmigłego. Emisariusz rtm. Szadkowski, szef ochrony osobistej Śmigłego w Warszawie, mówi, że marszałek wraz z legionistami szykuje zamach na Sikorskiego i że Grot-Rowecki bez wiedzy i zgody Sikorskiego mianował płka Tadeusza Pełczyńskiego szefem sztabu ZWZ. To za czasów Pełczyńskiego Oddział II SG utrzymywał kanał komunikacji z Berią.

Sprawa wychodzi na jaw i z Londynu idą od Sikorskiego rozkazy uśmiercenia rotmistrza Szadkowskiego, Witkowskiego, premiera Kozłowskiego i marszałka Śmigłego-Rydza. W marcu 1942 r. zadowolony z siebie Sikorski pisze do ambasadora Kota, że naród polski odmówił udziału w krucjacie antybolszewickiej, "choćby było to związane z poważnymi koncesjami wobec Polski". Sikorskiego cieszy przede wszystkim to, że w Warszawie nie powstał konkurencyjny ośrodek władzy. Okupowaną Polską przejmuje się dużo mniej.

Wygląda jednak na to, że sprawa się rypła już na początku grudnia 1941 r. Niemcy ponoszą klęskę pod Moskwą. W jakiś czas później Hitler szokuje wszystkich wypowiadając wojnę USA (niemieckie i sowieckie służby wiedzą o przygotowywanym ataku na Pearl Harbor). Jest jasnym, że Rzesza przegra. Grot-Rowecki nie chce się bawić w rządy kolaboracyjne. Marszałek Śmigły-Rydz oficjalnie więc umiera 2 grudnia 1941 r. w mieszkaniu wdowy po generale Maxymowiczu-Raczyńskim (który zginął w dziwnych okolicznościach w Berlinie w 1938 r.) przy ulicy Sandomierskiej 18 w Warszawie. W tym domu, położony o rzut granatem od niemieckich placówek bezpieki, mieszkają funcjonariusze Gestapo i volksdeutsche. A mimo to do mieszkania Maxymowicz-Raczyńskiej pielgrzymują oficerowie polskich organizacji konspiracyjnych i oddają hołd marszałkowi - nosząc nawet wieńce ze wstęgami orderu Virtuti Militari. W kamienicy tej mieszka również pułkownik Zygmunt Polak - człowiek "łudząco podobny" do marszałka Śmigłego-Rydza, używający takiego samego pseudonimu konspiracyjnego jak on ("Adam Zawisza") i chorujący na angina pectoris, czyli dolegliwość, na którą oficjalnie zmarł Śmigły-Rydz. (Pułkownik Polak zmarł w 1982 r.)

Wersja nieoficjalna mówi, że marszałek został skazany na rozpłynięcie się w mroku historii. Po okresie aresztowania przez ZWZ/AK odnawia się u niego gruźlica. Zostaje wypuszczony i umiera latem 1942 r. w Otwocku. Rozmawiałem na ten temat z Dariuszem Baliszewskim - opowiedział mi o tym, co się z nim działo po śmierci. Cmentarz w Otwocku był tylko chwilowym miejscem jego wiecznego spoczynku. Ostatecznie spoczął w bardziej godnym miejscu. Baliszewski oparł się na relacjach ludzi absolutnie wiarygodnych - nie będę jednak zdradzał szczegółów. Niech sam o tym pierwszy napisze.


***

A w następnym odcinku przeniesiemy się do Moskwy...

***

Z ciekawości włączyłem sobie Trójkę. Puszczali muzę z czasów wojny wietnamskiej. Podekscytowany czekałem na wiadomości. Chciałem się dowiedzieć jak idzie ofensywa Tet, a szczególnie walki o Hue :)

Trójka zawsze mi się kojarzyła jako stacja dla młodzieży w wieku 50+. A już szczególną ramotą byli dla mnie Niedźwiecki oraz Hirek Wrona. Rozumiem, że w stanie wojenny fajnie się ich słuchało, ale czemu w 2020 r. w swoich listach "przebojów" jeszcze puszczali Deep Purple obok jakiś nówek? To, że 150 głosów oddanych internetowo na jedną piosenkę wywracało ich listę świadczy o tym, że mało kogo ich listy obchodziły. Ale cóż, jacyś idioci z nadania Krzysztofa Czabańskiego dali się wciągnąć w kretyńską prowokację i zrobili z tego próchna gigantyczną aferę.

Niestety, ale muszę się zgodzić ze słowami Chehelmuta dotyczącymi PiSu nie będącego żadną grupą rekonstrukcyjną sanacji, tylko raczej parlamentarnej enedcji z jej ograniczeniami i do tego zamieniającą się w typową partię władzy. Alternatywy nie widać dla niej jednak z prawej strony. Chehelmut widzi zjebanych "rozwolnościowców" pozbawionych wiedzy o tym jak działa państwo i gospodarka. Ja dostrzegam dodatkowo skażenie giertychowszczyzną. To w bezmyśli Jędrzeja "Kretyna" Giertycha tkwią korzenie sporej części zjebania polskojęzycznej prawicy - większego zaangażowania w obronę interesów Rosji, Chin czy Iranu niż Polski, czy też faryzejskiej religijności na pokaz połączonej zachowaniami niegodnymi katolika. Ale cóż, przydałby się degiertychizacja lub jakiś TuroPiS, który nie pieprzyłby się z samorządami, sędziowską kastą czy akademickimi mendami i "artystami" z sopockiej Zatoki Sztuki. Program Bereza+ jest dużo ważniejszy niż 500+. Ale czy takie ugrupowanie miałoby szanse na wygraną wśród priwislańskiego społeczeństwa? Mam wrażenie, że gdyby KO zamiast Czaskowskiego wystawiła w miejsce "hrabiny Grabskiej" Mariusza Trynkiewicza, to zyskałby podobne poparcie jak Trynkiewicz i mógłby wejść do drugiej tury wyborów.



Baj de łej: pamiętacie jakie heheszki Wojewódzki robił sobie ze sprawy Trynkiewicza? "Bardzo dziękujemy za udostępnienie nam dzieci dla Mariusza Trynkiewicza".

sobota, 16 maja 2020

Niepodległość: Głębokie Państwo Polskie


Ilustracja muzyczna: Sylver - Lay All Your Love on Me

Ilustracja muzyczna: Sylver - Why Worry

Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, ale rok 2020 został ogłoszony przez Senat IX (poprzedniej) kadencji rokiem jednego z czołowych przedstawicieli Głębokiego Państwa Polskiego - pułkownika Jana Kowalewskiego.



Zaiste pułkownik Kowalewski zasłużył sobie na to jak mało kto. Ten oficer rosyjskich wojsk inżynieryjnych, polskich formacji wojskowych w rozpadającej się Rosji i POW, był twórcą radiowywiadu i znakomitych służb kryptologicznych II RP. Podczas wojny 1920 r. jego komórka była naszymi "uszami" i wniosła decydujący wkład w zwycięstwo. Jak podają popularne źródła:

"Kowalewski złamał pierwsze klucze szyfrowe Armii Czerwonej, umożliwiające odczytanie korespondencji bolszewickiej z frontów wojny domowej na Ukrainie, w południowej Rosji i na Kaukazie. Złamał też szyfry Armii Ochotniczej i „białej” Floty Czarnomorskiej, a także szyfry Armii URL, co pozwalało śledzić wydarzenia na terenach Rosji od Syberii po Piotrogród i od Murmańska po Morze Czarne. Już w styczniu 1920 r. rozpoczął łamanie szyfrów niemieckich. (...)



Rezultaty jego pracy dawały władzom Rzeczypospolitej – przede wszystkim Naczelnikowi Państwa i Wodzowi NaczelnemuJózefowi Piłsudskiemu wgląd w najtajniejsze decyzje wszystkich stron konfliktu wojny domowej w Rosji: wojsk białej i czerwonej Rosji, wojsk ZURL i Ukraińskiej Republiki Ludowej, a także innych państw sąsiadujących z Polską.



W czasie Bitwy Warszawskiej w sierpniu 1920 r. informacje polskiego radiowywiadu zorganizowanego przez Kowalewskiego miały bezwzględnie rozstrzygający wpływ na decyzje strategiczne Józefa Piłsudskiego i w konsekwencji na rozmiar zwycięstwa Wojska Polskiego nad nacierającą na Warszawę Armią Czerwoną."
(koniec cytatu)



Po zakończeniu wojny z bolszewikami został skierowany do polskiej wojny hybrydowej na Śląsk, gdzie został szefem wywiadu wojsk III Powstania Śląskiego.

Później kontynuował służbę w wojsku i wywiadzie. W 1923 r. pojechał do Tokio, gdzie szkolił "japońskich imperialistów" w łamaniu sowieckich szyfrów. (Polska i Japonia współpracowały również m.in. w badaniach nad bronią biologiczną.)  W latach 1928-1933 był attache wojskowym w Moskwie. Obdarzony fotograficzną pamięcią wysyłał do centrali bardzo dokładne rysunki sowieckiego sprzętu wojskowego. W latach 1933-1937 był attache w Bukareszcie a z tej placówki przeniósł się na stanowisko szefa sztabu Obozu Zjednoczenia Narodowego, czyli najbardziej zajebistej partii politycznej w dziejach Polski.


Powyżej: Jeden z symboli OZN - nawiązujący graficznie do starego słowiańskiego symbolu Sważycy.




Pułkownik Kowalewski w końcówce lat 30-tych uważał, że Polska potrzebuje swojego własnego faszyzmu, który stałby w kontrze do niemieckiego nazizmu i sowieckiego komunizmu. Proponował nazwać tę ideologię "polonizmem".

Jest więc ogromną anomalią, że ekstremalnie mściwy i pamiętliwy gen. Sikorski nie poddał płka Kowalewskiego czystkom. Może po prostu nie panował nad swoimi służbami wywiadowczymi? A może Kowalewski miał zbyt mocne "plecy" u Brytyjczyków? Kowalewski na przełomie 1939 i 1940 angażuje się w tajne operacje w Rumunii i w plan rozszerzenia wojny na Bałkany. W styczniu 1940 r. trafia do Paryża a w czerwcu ewakuuje się z niego do Lizbony. W Portugalii jest szefem kluczowej placówki Oddziału II, a także centrali wywiadowczej na Europę Zachodnią podległej równoległym służbom Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Jakimś cudem udaje mu się omotać ministra Stanisława Kota -  skrajnie nieudolnego a przy tym bardzo ciętego na "sanatorów" przydupasa premiera Sikorskiego. (Kot gdy był ambasadorem w Kujbyszewie celowo olał sprawę ratowania byłego premiera Aleksandra Prystora. Mieliśmy taką możliwość, ale Kot widocznie uznał, że lepiej będzie, gdy Prystor umrze w więziennym sowieckim szpitalu.)



Portugalia jest jednym z krajów kluczowych dla tajnej wojny prowadzonej na kontynencie. To autorytarne państwo rządzone przez katolickiego ekonomistę profesora Antonio Salazara nieoficjalnie bardzo blisko współpracuje z Wielką Brytanią i USA, a jednocześnie pośredniczy w handlu Niemiec ze światem. Skutkuje to m.in. szybkim przyrostem portugalskich rezerw złota. Niemcy od 1940 r. masowo transferują złoto do Hiszpanii i Portugalii, którym płacą za potrzebne im surowce strategiczne takie jak wolfram. Tylko od czerwca 1942 r. do grudnia 1943 r. przejechało przez stację kolejową Canfranc przy granicy francusko-hiszpańskiej 86 ton złota. A równocześnie wiele ton kruszcu było transportowane ciężarówkami. Kowalewski wraz innymi oficerami Oddziału II podkradał to złoto Niemcom. Nasz wywiad tworzył we Francji firmy transportowe, które wykonywały zlecenia dla Niemców - w tym przewóz złota! Wiemy, że Oddział II całkowicie kontrolował m.in. zaangażowaną w transporty złota do Hiszpanii spółkę Societe de Transport a Touluse Francis Dufrage. Historia jeszcze lepsza niż w "Złocie dla zuchwałych"... :)



Polskie służby były w tym czasie we Francji potęgą a pod opieką naszych służb znajdowały się takie grupy jak choćby Polska Organizacja Walki o Niepodległość kryptonim "Monika". Blisko współpracowała ona z brytyjskim SOE a zwalczała jednocześnie Niemców i komunistów - tych drugich likwidując i wystawiając Gestapo. Po wojnie polscy weteranie tych organizacji, wspólnie z mafią korsykańską, gnębili francuskich komuchów na zlecenie Amerykanów. (Dlaczego o tym wspominam? Choćby ze względu na rolę polskich siatek wywiadowczych we Francji w zamachu na Gibraltarze. Wszystko w tej historii łączy się bardziej, niż się spodziewacie.)


Powyżej: Marszałek Piłsudski rozmawia z ministrem spraw zagranicznych Królestwa Włoch, znanym faszystą, kawalerem Orderu Orła Białego Dino Grandim - człowiekiem, który w lipcu 1943 r. odebrał władzę Mussoliniemu.



Węgierski przywódca, wielki przyjaciel Polski, admirał Miklos Horthy z królem Włoch



Rumuński de facto dyktator marszałek Ion Antonescu


Płk Kowalewski prowadził w trakcie wojny również operację "Trójnóg". Miała ona na celu odciąganie Włoch, Rumunii i Węgier od sojuszu z Niemcami. Co jakiś czas konferował on z dyplomatami i szpiegami z tych krajów. Jego aktywność była zakrojona na tak dużą skalę, że zaniepokoiła samego Stalina. Paranoiczny sowiecki dyktator zażądał w trakcie konferencji w Teheranie, by odwołano płka Kowalewskiego z placówki w Lizbonie! Brytyjczycy zażądali tego w marcu 1944 r., dzień po wdarciu się armii sowieckiej na Węgry, od Mikołajczyka a Mikołajczyk oczywiście błyskawicznie spełnił ich życzenie. Wcześniej Kowalewski Brytyjczykom jakoś nie przeszkadzał - negocjacje prowadzone z wybitnymi włoskimi faszystami dotyczące opuszczenia Osi przez Włochy toczyły się właśnie w Portugalii, zapewne na gruncie zbudowanym już przez Kowalewskiego.

Jak czytamy w oficjalnej publikacji:



"Najważniejszym jednak czynnikiem był fakt, iż ppłk Kowalewski znał doskonale Rumunię, jako że pełnił w tym kraju z powodzeniem funkcję attaché wojskowego. Wyrobiwszy sobie tam wyjątkowo mocną pozycję, cieszył się poważaniem i zaufaniem, które w czasie wojny okazać się miało nader przydatne. Pierwszym jego poważnym kontaktem na kierunku rumuńskim był list wysłany przez polskiego oficera do marszałka Antonescu, z którym od lat pozostawali w bliskich osobistych stosunkach (Kowalewski znał rumuńskiego przywódcę z czasów, gdy pełnił funkcję polskiego attaché wojskowego w Bukareszcie; obaj m.in. jeździli razem na narty do Predeal w Karpatach). Pismo zawierało powołanie się na wspólne interesy polityczne oraz wyrażało gotowość do utrzymywania dwustronnych kontaktów. Polityk rumuński przekazał ustnie pozytywną odpowiedź za pośrednictwem zaufanego posłańca. Zapoczątkowany został w ten sposób stały kontakt polskiej placówki lizbońskiej z oficjalnymi czynnikami rumuńskimi, który przetrwał nawet odwołanie ppłk. Kowalewskiego do Londynu w marcu 1944 r., choć uległ wtedy dużemu osłabieniu. Marszałek Antonescu wydawał wręcz polecenia kontaktowania się szeregu rumuńskich wysłanników z polskim oficerem.
Kowalewski niezmiennie przekonywał Rumunów, że Hitler wojnę przegra. Zdaniem polskiego MSW, nie raz polskie podpowiedzi były uwzględniane w rumuńskiej polityce. Poza kontaktem z oboma Antonescu, dyktatorem oraz stawiającym w swej reasekuracyjnej polityce na króla Michała wicepremierem Mihai’em („Icą”), utrzymywano także stosunki z proaliancką częścią opozycji. W rezultacie relacje rumuńskiego świata politycznego z Polakami wybijały się na czoło prób nawiązania kontaktu z aliantami. Wytworzyła się w tym względzie sieć agentów, łączności, kontaktów, intryg i oddziaływań, wymagająca niezwykle subtelnej polityki.
Polskim celem było prowadzenie antyniemieckiej dywersji politycznej, co miało doprowadzić do zerwania przez Rumunię z Osią przy propagowanej przez Polaków tezie, że potencjalnie proaliancka Rumunia weszła do wojny po stronie niemieckiej pod przymusem, wbrew swej woli. Ppłk Kowalewski miał duży udział w przekonywaniu Rumunów, że zwycięstwo aliantów było nieuniknione. Polacy przekonywali swoich partnerów, iż najważniejszym krokiem byłoby dążenie do wycofania wojsk rumuńskich z frontu wschodniego."

(koniec cytatu)



Kowalewski prowadził również w Lizbonie dialog z przywódcą niemieckiej (manipulowanej przez Himmlera, chcącego się pozbyć Hitlera) opozycji: szefem Abwehry admirałem Wilhelmem Canarisem (który często jeździł incognito na Półwysep Iberyjski), płk Erwinem Lahousenem i generałem Alexandrem von Falkenhausenem, wojskowym gubernatorem Belgii. Niemieccy rozmówcy Kowalewskiego poinformowali go m.in. o przygotowaniach do ataku na ZSRR i wyrażali opinię, że trzeba stworzyć polski rząd kolaboracyjny. Proponowali nawet zorganizowanie spotkania... generała Sosnkowskiego z Hitlerem!



W potajemnych rozmowach z Niemcami i Włochami uczestniczył również Jan Szembek, były wiceminister spraw zagranicznych, bliski współpracownik Józefa Becka. Tego samego Becka, którego gen. Sikorski nienawidził i pomawiał o bycie niemieckim agentem. (Przypomnijmy, że jeden z zabójców z kompanii Mirandczyków, z którymi Sikorski miał bliskie spotkanie na Gibraltarze w dniu swojej śmierci używał fałszywego nazwiska... Józef Beck.) Abwehra prowadziła również sondażowe rozmowy z Beckiem w Rumunii w 1940 r., namawiając go na powrót do Polski a także nawiązała kontakt z sekretarzem ambasady polskiej w Bukareszcie Jerzym Giedroyiciem. 

Informacje o sondażach prowadzonych w Rumunii przez Niemców wywołały strach i wściekłość gen. Sikorskiego. O rozmowach prowadzonych z Niemcami przez kilka lat w Portugalii jednak prawdopodobnie nic nie wiedział. A przecież już w lipcu 1940 r. płk Kowalewski napisał tzw. Memoriał z Lizbony. Ten dokument, wysłany do niemieckiego MSZ, mówił o konieczności stworzenia w Polsce ośrodka politycznego konkurencyjnego wobec rządu londyńskiego. Państwo polskie miałoby zostać odbudowane i przesunięte o "kilka stopni geograficznych" na Wschód. Oczywiście byłoby to rozwiązanie tymczasowe. Pułkownikowi Kowalewskiemu zależało na oszczędzeniu polskiej krwi i zakończeniu okupacji niemieckiej - podczas gdy rząd londyński dbałby o polskie interesy u aliantów, rząd warszawski reprezentowałby nasze interesy u Niemców.



To, że propozycję taką złożył człowiek z sanacyjnego Głębokiego Państwa nie może dziwić. To, że podpisali się pod nią tacy "realiści" jak Stanisław-Cat Mackiewicz czy płk Ignacy Matuszewski też nie dziwi. Ale podpisali się pod nią też: Jan Szembek, taki zasłużony społecznik i dyplomata jak Emeryk Hutten-Czapski, były endecki minister skarbu Jerzy Zdziechowski, działacz endecki Stanisław Strzetelski (szef biura pomocy uchodźcom polskim w Portugalii), przywódca Stronnictwa Narodowego Tadeusz Bielecki (ten koleś, co później wywalił z SN znanego debila Jędrzeja Giertycha za wiernopoddańczy list do Chruszczowa), czy działacz ONR Jerzy Kurcyusz (późniejszy doradca NSZZ "Solidarność"!) świadczy o tym, że istniało wówczas ponadpartyjne porozumienie dotyczące gry z Niemcami.

Na liście osób, które podpisały Memoriał z Lizbony znajdziemy zarówno przeciwników politycznych Sikorskiego jak i osoby, które pracowały dla jego administracji. Wobec żadnego z nich Sikorski nie wyciągnął żadnych konsekwencji. Bo zapewne nie wiedział o memoriale. Świadczy to o tym, że nie kontrolował tego, co się dzieje we własnych tajnych służbach. W czasie gdy zajmował się polowaniami na takich "sprawców klęski Wrześniowej" jak np. naczelny lekarz WP czy oficerowie, którzy byli już od dawna na emeryturze, trzymał w kluczowych instytucjach ludzi będących jego śmiertelnymi wrogami. Funkcjonariuszy Głębokiego Państwa Polskiego.



Przypomnijmy odnalezioną przez przez Dariusza Baliszewskiego depeszę płka Stanisława Karo z Oddziału II N.W. w Lizbonie do płka Michała Protasewicza, dowódcy Oddziału VI N.W. z 25 czerwca 1943 r. :

"Gralewski Jan pseudonim Pankracy wyjechał z Polski 8 lutego na rozkaz ZWZ, wyjechał 23 (czerwca) - odwołany z puczu na Gibraltar celem ewakuacji do Londynu pod nazwiskiem Nowakowski Jerzy, w Lizbonie nie był".

Lizbona to teren płka Kowalewskiego. I miejsce, gdzie prowadzą niektóre wątki zamachu na Gibraltarze, a konkretnie te dotyczące ekipy zabójców.

To co się wydarzyło 4 lipca 1943 r. na "Skale" nie było żadnym wypadkiem lotniczym. Było skomplikowanym samobójstwem - śmiercią w wyniku samobójczej polityki kadrowej.

***

A w następnym odcinku: pojawi się Rudolf Hess.

***


Pisałem niedawno, że głupota jest u Grabskich dziedziczna. No i wykrakałem, bo w rocznicę zamachu majowego zrzucona z Mostu Poniatowskiego została prawnuczka prezydenta Wojciechowskiego. Upokorzono ją wcześniej jak jakimś japońskim pornosie. Feministki nabrały wody (a może innej substancji...) w usta. Zastąpił ją koleś, który ogłosił, że "w Warszawie zaczęła się fala" przypominając wszystkim gównoburzę po awarii w oczyszczalni "Czajka". Mimo to, nie lekceważyłbym go - w polityce nigdy nic nie wiadomo, a głupota ludzka nie zna granic.



W USA jeszcze ciekawiej. Biden pogrąża się w demencji i zetrze się z również zmęczonym przez starość Trumpem. Byleby tylko Hillary nie wyskoczyła jako kandydatka na wiceprezydenta. Wówczas przez pierwsze miesiące nowej administracji będzie ona pracowała. Nad nekrologiem Bidena.