poniedziałek, 26 grudnia 2011

Płk Łukasz Przybylski - od Nocy Listopadowej po Korpus Muśnickiego - 105-letni żołnierz



W "Biuletynie IPN" nr. 8/9 znalazł się zapis bardzo ciekawego wystąpienia dra Kunerta dotyczącego tzw. sztafety pokoleń, a w nim wiele bardzo ciekawych faktów o powiązaniach rodzinnych naszych bohaterów narodowych (Wiedzieliście, że pra-prawnuk gen. Jana Henryka Dąbrowskiego, mjr. Franciszek Dąbrowski był faktycznym dowódcą obrony Westerplatte? Albo, że premier Jan Olszewski, powstaniec warszawski, jest blisko spokrewniony ze Stefanem Okrzeją? Albo, że symbol powstańczej kotwicy był znany już przed powstaniem styczniowym?). Dr. Kunert przypomniał tam również zadziwiającą postać Łukasza Przybylskiego - weterana powstania listopadowego, styczniowego oraz... I wojny światowej i powstania wielkopolskiego! Człowieka, który bił się za Polskę mając 105 lat! Gdy zaczynał swój szlak bojowy, walczono za pomocą pistoletów skałkowych i dział z brązu na czarny proch. Gdy kończył, w bojach stosowano już karabiny maszynowe, czołgi i samoloty. Płk Przybylski widział w Belwederze zarówno wielkiego księcia Konstantego jak i Piłsudskiego.




 "W poświęconym Powstaniu Listopadowemu numerze specjalnym „Mówią Wieki” przy-
pomnimy niedługo fakt niemal całkowicie zapomniany, przywracając pamięć o weteranach
także tego – a nie tylko styczniowego – powstania uczestniczących w uroczystościach rocz-
nicowych w niepodległej Drugiej Rzeczypospolitej.
    Jednym z nich był ordynans Sowińskiego, towarzyszący mu aż do śmierci, Michał Szur-
miński, który brał udział jeszcze w „manifestacji Warszawy ku czci generała Sowińskiego”
16 października 1927r. w Warszawie na Woli. Liczył sobie wówczas 125 lat! I zmarł najpew-
niej w niedługim czasie.
    Drugim  był  młodszy,  liczący  w  chwili  śmierci  w  1922 r.  lat  108,  Łukasz  Przybylski,
uczestnik trzech powstań, o którym pisał wówczas Artur Górski:


W osobie tego prawie nieznanego szerszemu ogółowi wojaka zeszły się wszystkie trzy, a raczej cztery pokolenia, dzielące nas od ostatniego rozbioru; zeszły się też ich orężne czyny i ich cierpienia w niewoli. Urodzony w roku 1814, w roku 1830 wychowanek szkoły podchorążych w Warszawie, jako szesnastoletni wyrostek bije się w szeregach. Wzięty do niewoli w jednej z bitew, wywieziony do Rosji, zostaje wcielony do armii carskiej. Po latach dwudziestu pięciu wraca na zagon ojczysty i poczyna życie niejako na nowo. Lecz wtedy właśnie wybucha powstanie styczniowe. Przybylski rzuca dom, idzie
w szeregi, obejmuje dowództwo oddziału, końcem bagnetu załatwia rachunki z Rosją. Pod Radzyminem schwycony, zakuty, zostaje wtrącony w podziemia kopalni sybirskiej na lat trzy, a następnie dożywotnim osiedleńcem zatrzymanym na Syberii. W takiej to przeciętnej polskiej konduicie dożył nasz kadet szkoły podchorążych lat stu, kiedy wybuchła wojna światowa. Doczekał i rewolucji, a poczuwszy się wolnym ruszył, mając lat 104, z guberni irkuckiej „do domu". Przebywa  Sybir  i  Rosję,  dociera  do  Bobrujska.  Tu  ujrzał  ułańskie  chorągiewki
            gen. Dowbora-Muśnickiego. Odżyły stare kości od ich barwnego furkotu. Poczuł żoł-
            nierz „listopadowy” dawny młody wigor w kościach, zobaczył się na powrót kade-
            tem, trzasnął z siebie wiek żywota jak sen z młodych powiek i już w dni kilka siedział
            na koniu z lancą w ręku, on, stuczteroletni kadecik, zdrów jak dąb i siwy jak gołąb,
            w jednym szeregu ze smykami, którym mógłby śmiało pradziadkować.
                Jak się przedostał w rok potem w Poznańskie, tego nie wiem; dość, że w roku 1919
            widzimy go w armii wielkopolskiej zajętego wymiataniem Niemców; nie w intenden-
            turze, ale w walce frontowej. Ranny w lewą (stupięcioletnią) nogę, idzie rozmyślać na
            łóżku szpitalnym w Warszawie, co się to w tak krótkim czasie porobiło na świecie.
            Zwłaszcza że Belweder niedaleko – a pan pułkownik Przybylski ma dotąd w pamięci
            mopsią twarz księcia Konstantego.
                Tu trzeba dodać, że generał Dowbór-Muśnicki, znalazłszy się w kropce, awanso-
            wał tego kadeta z roku 1831 na pułkownika w r. 1919, przy odsyłaniu go do szpitala.
            Nigdy, jak świat światem i ziemia ziemią, żaden pułkownik tak długo na awans nie
            czekał. To prawda. Trzeba jednak uwzględnić drobne w tym czasie przeszkody: czte-
            rech carów, dwóch królów i pięciu cesarzów, no i armię złożoną z trzydziestu milio-
            nów chłopa, co wszystko trzeba było przeczekać i w końcu usunąć z drogi. Co to jed-
            nak znaczy nie zrażać się. Twarda kość mazurska pokonała te wszystkie obstacles.
                Teraz dopiero, zrobiwszy, co było w życiu do zrobienia, pan Łukasz Przybylski,
            odetchnąwszy jeszcze krzynę na rodzonej ziemi płockiej w zacisznym czystym Lip-
            nie, z wdzięcznością w sercu, z pokojem w duszy – pomarł. Spłacił ostatnią ratę dłu-
            gu swego: oddał ciało ziemi, z której je wziął – i odszedł do Ojców swoich.
                Nie jestże ten żołnierz, znany i imienny, symbolem tych wszystkich bojowników
            naszych, znanych i nieznanych, imiennych i bezimiennych, którzy z bronią w ręku wal-
            czyli o wolność wydartą, znieść nie mogąc niewoli – i w nałożone pęta cięli szablą
            w roku trzydziestym pierwszym, sześćdziesiątym trzecim i w latach wojny narodów."

2 komentarze:

  1. W 1921 roku z Łomży do Lipna konno przyjechał i swojego prawnuka na kolana brał, co do śmierci wspominał Jan Ługowski, zmarły w 1986 roku w Lipnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. O takich ludziach "POLAKACH" pisać nam trzeba!

    OdpowiedzUsuń