Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iran. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iran. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 października 2026

Czekając na listopad

 


Irańscy decydenci wykazali się nieznajomością amerykańskiego systemu politycznego i za bardzo zaufali waszyngtońskiej wersji "silniczków" wierzących w to, że listopadowe wybory "połówkowe" do Kongresu będą wiekopomnym wydarzeniem, od którego zacznie się liczyć nowa era w dziejach Wszechświata, a nawet Multiwersum. Zwrócili im ostatnio na to uwagę Bessent, Rubio i sam Donald Trump. Sekretarz skarbu i sekretarz stanu stwierdzili, że Irańczycy źle zinterpretowali system polityczny USA. Trump przypomniał natomiast, że nigdzie nie kandyduje w tych wyborach. On już został wybrany. W listopadzie obsadzona zostanie część miejsc w Izbie Reprezentantów, Senacie i we władzach stanowych. Owszem, demokraci mają bardzo duże szanse na zdobycie większości w Izbie Reprezentantów i spore na przejęcie Senatu. (Choć trzeba brać poprawkę na to, że sondaże są mocno zrypane - te w stanach tradycyjnie republikańskich mówią o zwycięstwach demokratów, a w stanach tradycyjnie demokratycznych o zwycięstwach republikanów.) Zmiana władzy w Kongresie nie oznacza jednak, że zmieni się rząd. Władza wykonawcza w USA należy w pełni do administracji prezydenckiej. Izba Reprezentantów ma przede wszystkim władzę budżetową - może utrudniać życie administracji, ale trudno sobie wyobrazić, by na przykład znacząco cięła wydatki wojskowe. Senat zatwierdza nominacje i traktaty międzynarodowe. Prezydent może natomiast zaczynać i prowadzić wojny bez zgody Kongresu, zlecać tajne operacje i sprawować władzę za pomocą rozporządzeń. W kwestiach międzynarodowych ma ogromną swobodę. Amerykańskie silniczki oraz eurocucki jarają się tym, że po zwycięstwie demokratów zostanie wszczęta procedura impeachmentu wobec prezydenta. Nie wiedzą, że impeachment to coś równie skutecznego jak Trybunał Stanu w III RP. W pierwszej kadencji poddano Trumpa tej procedurze dwukrotnie. I co? I g... Odwołanie prezydenta wymaga większości kwalifikowanej w Senacie. Nawet jeśli uda się odwołać Trumpa, to wówczas prezydentem zostanie J.D. Vance. Jeśli później odwołają Vance'a, to prezydentem zostanie koleś, którego on wcześniej wybierze na swojego wiceprezydenta. 

Irański reżim myślał, że podsycając kryzys naftowy doprowadzi do przegrania przez republikanów wyborów "połówkowych". Nie zastanowił się jednak, co te wybory rzeczywiście mogą zmienić. A mogli po prostu zawrzeć w kwietniu lub maju jakieś lipne porozumienie z USA, zyskać poluzowanie sankcji i po prostu poczekać do wyborów prezydenckich w 2028 r. A tak stracił swój największy atut - kontrolę nad Cieśniną Ormuz. Eksport ropy z rejonu Zatoki Perskiej sięgnął we wrześniu 16,5 mln baryłek dziennie.  Czyli wrócił niemal do poziomu sprzed wojny. Niemal, bo Iran jest jedynym krajem regionu, który ropy nie eksportuje - z powodu amerykańskiej blokady morskiej. 20 jego tankowców dryfuje sobie po azjatyckich wodach. Oczywiście, tranzyt naftowy przez Cieśninę Ormuz nie powrócił jeszcze do normalności. To niebezpieczna robota.  Choć Amerykanie zapewniają ochronę dla konwojów naftowych, to 1 na 20 statków może zostać zaatakowanych i trafionych. Przez Cieśninę Ormuz przepływają jednak już nawet gazowce z ładunkami LNG. Siły Kosmiczne USA ponoć zapewniły lasery, które zestrzeliwują irańskie drony. Zastosowano też systemy wykrywania ciepła, które lokalizują miejsca wystrzeliwania rakiet.

Gospodarka Iranu cierpi z powodu sankcji. Sprawiły one m.in., że w ciągu tygodnia ruch na międzynarodowym lotnisku w Teheranie spadł o 42 proc. Do sankcji przyłączają się nawet Turcja i Pakistan. (Ten drugi wysłał do Arabii Saudyjskiej 30 tys. - 40 tys. żołnierzy.)  Nawet radykalni przedstawiciele reżimu przyznają, że dotychczasowa "strategia oporu" zawiodła i są pesymistyczni, co do przyszłości republiki islamskiej.



Trump ponoć powiedział doradcom, że spodziewa się wznowienia bombardowań Iranu w listopadzie, po wyborach "połówkowych".  Ku Bliskiemu Wschodowi płynie lotniskowiec USS Theodore Roosevelt i dodatkowa grupa ekspedycyjna marines licząca 9 tys. - 10 tys. żołnierzy. Dopłyną tam w połowie listopada. Wówczas, na Morzu Arabskim mogą jednocześnie się znajdować trzy amerykańskie lotniskowce.  By uspokoić Saudyjczyków, Amerykanie wysłali im dwie baterie rakiet Patriot. To zapewne nie wystarczy, ale wygląda na to, że kroi się jakaś skoordynowana akcja wojskowa z udziałem państw regionu. Na początku września, w amerykańskiej bazie w Niemczech, dowódca CENTCOMu konferował z dowódcami sił zbrojnych: Izraela, Arabii Saudyjskiej, ZEA, Bahrajnu, Kataru, Kuwejtu, Jordanii oraz Egiptu. Ponoć planowana jest m.in. duża ofensywa przeciwko Hutim. W międzyczasie Netanjahu wraz z szefem Mossadu odwiedził przywódcę ZEA w Dubaju.

Później grupa jakiś czarno-brązowych jełopów próbowała dokonać zamachu na bazę bombowców strategicznych Fairford w Wielkiej Brytanii. Jakiś lokalny, wiejski rasista zauważył ich jednak jak kręcili się po krzakach i zadzwonił na policję. Terrorystycznych brownoidów-jełopów wolny brytyjski sąd wypuścił następnie za kaucją.

Później omański pilot próbował porwać i rozbić samolot linii FlyDubai lecący z Dubaju do Tel Avivu. Dzięki bohaterstwu innego pilota oraz kilku pasażerów, udało się uniknąć tragedii. Ponoć Mosad zaniedbał wcześniejsze sprawdzenie omańskiego pilota... Omańskie linie lotnicze wcześniej odmówiły zatrudnienia tego pilota, ze względu na jego jawnie ekstremistyczne poglądy.

Tymczasem trwa nacisk na komunistyczną Kubę. Wyciekły dokumenty pokazujące, że SOUTHCOM szuka rezerwistów do służby policyjnej, medycznej i innych ról pomocniczych na tej wyspie w nadchodzących czterech miesiącach. Zobaczymy też wkrótce, jak potoczą się wybory w Brazylii. Bez pieniędzy z USAID i z kartelami narkotykowymi pod presją, lewicowym kandydatom w Ameryce Łacińskiej coś kiepsko szło w ostatnich kilkunastu miesiącach... Niektórzy nawet żartują, że bez pieniędzy z USAID ustały huragany w Zatoce Ameryki/Meksykańskiej.

Z sukcesem dla USA zakończyła się też niedawno sprawa Grenlandii - zawarciem bezterminowego porozumienia USA, Danii oraz lokalnego rządu grenlandzkiego, które zadowala wszystkie strony, a wyłącza Chiny oraz Rosję z inwestycji na tym terytorium. A różne Micki i Kamizele chcieli tam wysyłać polskich żołnierzy do obrony przed wrażą, rasistowską Ameryką... Odnosi się do nich powiedzenie Karola Zbyszewskiego: "I jak pan teraz wygląda? Jak ch... wielbłąda!".

Po drodze mieliśmy wizytę Xi Jinpinga w Waszyngtonie, podczas której przedłużono rozejm supermocarstw. Ponoć Xi - obserwując wojny na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie - uznał, że Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza nie jest gotowa do przeprowadzenia inwazji na Tajwan. Chce więc poczekać na wynik tajwańskich wyborów w 2028 r. Przy okazji wyszło na jaw, że Xi miał jakieś problemy ze zdrowiem - na co wskazywały żądania Chińczyków dotyczące organizacji szczytu. Miał mu zostać udostępniony specjalny pokój do odpoczynku między spotkaniami.

Ukry ostatnio pokazały - w ramach operacji "Vivaldi", że manewr czołgowy wciąż jest możliwy do przeprowadzenia. W ramach tej operacji zrzucili też za linią frontu uzbrojone roboty, które zabiły mnóstwo Ruskich. Rosyjskie sołdaty uciekając porzuciły w błocie relikwie księcia Dymitra Dońskiego, czyli kolesia, który wsławił się biorąc udział w mongolskiej wojnie domowej i dostał od chana podziękowania za pokonanie buntownika w bitwie na Kulikowym Polu. Ruskie miały nieszczęście walczyć przeciwko Azowowi, który wziął sporo jeńców. Sołdaty w atakowanych odcinkach były już i tak zdemoralizowane z powodu fatalnych warunków okopowych i niewielkich dostaw żywności. Rosyjskie siły rakietowo-dronowe natomiast chyba trochę lepiej się przygotowały na jesienno-zimową kampanię bombardowań Ukrainy.  Każda godzina alarmu lotniczego kosztuje gospodarkę ukraińską 45 mln USD.  Tymczasem, rosyjski Tu-95, który wystrzelił rakietę, która niedawno spadła na Lubelszczyźnie (a miała dolecieć do zakładów Mesko w Kraśniku) rozbił się na rosyjskim Dalekim Wschodzie...

To chyba jednak cud, że państwo ukraińskie nadal istnieje, bo ekipa Zełenskiego wraz z walczącymi ze sobą frakcjami w służbach specjalnych mocno ciągnie je w dół - o czym barwnie pisze Maciek w Zapiskach Czynionych po Drodze. Ostatnio ukrakowa "dyplomacja" wkurwiła Koreańczyków. Ukry ujawniły bowiem tajną operacją prowadzoną wspólnie z seulskimi służbami polegającą na przekazywaniu Koreańczykom z Południa północnokoreańskich jeńców. Lewicowy południowokoreański prezydent Lee Myung-bak opowiada się akurat za próbami normalizacji relacji z Pyongyangiem, więc te ukrackie rewelacje zaszkodziły jego polityce. Zażądał od "little fuckera" Zełenskiego oficjalnych przeprosin. Ukraki przeprosiły w swoim stylu, czyli uruchamiając armię internetowych idiotów, zarzucającym Koreańczykom m.in.... masakrę nankińską. Zaczęli też nazywać Koreę Południową "Polską Azji", co Koreańczykom bardzo się spodobało i sprowokowało wysyp memów poświęconych przyjaźni polsko-koreańskiej. Co mnie oczywiście cieszy jako orędownika rozwijania relacji Polski z Dalekim Wschodem. Teraz Koreańczycy się śmieją, że Ukraki nie dostaną ich nowoczesnych systemów antydronowych...




Europa żyje groźbą w postaci działań rosyjskich sabotażystów. Problem jednak w tym, że Europa - m.in. w wyniku polityki Angeli "Stasi" Merkel - nawpuszczała do siebie i wyhodowała w kolejnych pokoleniach miliony sabotażystów, którzy niszczą jej cywilizację od środka. Dowody na to mamy choćby we Francji, gdzie "młodzi ludzie protestują, domagając się lepszej edukacji". Protesty te polegają na paleniu szkół i samochodów strażackich, a także na ogólnym polowaniu na białych ludzi. Wszystko to oczywiście pod algierskimi i palestyńskimi flagami. (Można przyjąć, że palestyńska flaga jest na Zachodzie symbolem zjebanych, agresywnych lewackich i brązowych ekstremistów.)  Do zamieszek przyłączył się nawet czarnoskóry, skrajnie lewicowy burmistrz jednej z podparyskich miejscowości. Gdybym był Francuzem, głosowałbym na tego, kto obieca ich deportacje do Strefy Gazy - w zamkniętych kontenerach, rozgrzanych od śródziemnomorskiego Słońca, z kilkoma przestrzelinami, by się tam wszyscy nie podusili. A jak już dotrą na miejsce, niech się nimi zajmą Izraelczycy... Baj de łej: gdyby ta dzicz robiła coś podobnego w większości krajów muzułmańskich, to tamtejsza policja, by po prostu do nich strzelała ostrą amunicją, a tych, którzy by przeżyli masakrę wpakowano by do naprawdę ciężkich więzień, gdzie czekałyby ich tortury, głód i żywot cwela. Dlatego w Dubaju mogą mieć ładne rzeczy, a w Paryżu nie.

Drobna dygresja: Po obaleniu reżimu Assada ustał napływ uchodźców z Syrii. Kryzysu imigracyjnego z 2014 r. dałoby się więc uniknąć, gdyby zachodnie mocarstwa zbombardowały w 2012 r. assadowskie wojska. Niestety przeciwko tym bombardowaniom działało wówczas potężne lobby. Upadku Assada nie chciał przede wszystkim Izrael - który dogadywał się w tej sprawie z Rosją - oraz administracja Obamy. Polecam zapoznać się z wypowiedziami izraelskich, amerykańskich i brytyjskich oficjeli na ten temat, zebranych przez konto x-owe Xumas.  Przy okazji ów OSINT-owiec zebrał sporo wypowiedzi irańskich reżimowych decydentów wyraźnie przyznających, że Iran pomógł USA w obaleniu rządów Talibów w Afganistanie oraz w zniszczeniu saddamowskiego Iraku. Po raz kolejny okazuje się więc, że proassadowskie, niebinarne płciowo aktywiszcza z Fucklangi, to szebes goje...

W Stanach Zjednoczonych też są niestety oznaki zjebania społecznego. Przykładem na to sprawa egzekucji Christy Pike. 31 lat temu porwała ona, torturowała (wraz z jakimiś Murzynami) koleżankę z klasy. Wycięła jej na ciele satanistyczny symbol, rozstrzaskała czaszkę i wzięła sobie kawałek tej czaszki na pamiątkę. Była sadystyczną morderczynią bez szans na resocjalizację, co udowodniła próbując zabić w więzieniu inną więźniarkę. Pike poprosiła, by jej egzekucję przeprowadziła w całości kobieca ekipa od śmiertelnych zastrzyków. Ta ekipa DEI ową egzekucję spieprzyła. Głupia satanistyczna sucz trafiła więc pod respirator w stanie krytycznym. Nie rozumiem, czemu udzielono jej pomocy medycznej, zamiast wstrzyknąć jej jeszcze mocniejszą dawkę trucizny lub pęcherzyk powietrza. Głupie libki się jednak nad nią litują. 

Równolegle wybuchła w USA gównoburza wokół rzekomego gwałtu w domu jednego z bractw na Uniwersytecie Cornella. Dziewczyna miała tam zostać odurzona i zgwałcona przez siedmiu kolesi - których tożsamość ujawniono. Problem jednak w tym, że po rzekomym gwałcie zeznała ona policji, że seks był w pełni dobrowolny i całkowicie dobrowolnie również ćpała. Dwa lata później zmieniła zdanie i uznała, że to był jednak gwałt, bo zrobiło się jej przykro, że nie została zaproszona na przyjęcie haloweenowe, bo koleżanki uznają ją za dziwkę. Teraz jest ona tłumaczona, że wzięła udział w gangangu, bo podobał jej się jeden z jego uczestników, a wyraziła zgodę na kolejną rundkę seksu zbiorowego, bo "po gwałcie zapadła na hiperseksualność". Jeden z internetowych rasistów zauważył, że jedyną różnicą między tą dziewczyną z Cornella a Bonnie Blue, jest to, że ta pierwsza nie zmonetyzowała swojego gangbangu.

Przy okazji wyszło na to, że Candance Owens miała cztery konta na lesbijskich portalach randkowych i zdradzała swojego męża z kobietami. Ktoś zażartował, że twierdząc, że żona Macrona ma penisa, ona po prostu liczyła, że wyłudzi jej nagie zdjęcia... Mówiąc jednak poważnie: to i jej powiązania biznesowe to kolejne poszlaki wskazujące, że to prowokatorka służb, która w pewnym momencie została przez nie kupiona.

Ciekawą obserwację miała natomiast Klaudia Krynicka:


"Brauniary - w większości to skrajne feministki, do tego najbardziej zawistne, maniakalne, agresywne, histeryczne, teatralnie pruderyjne, przerażająco wścibskie, nienawidzące mężczyzn kreatury. Często będąc blisko lub po 30-stce są nadal bezdzietnie, pogubione i sfrustrowane. Nie znoszą moich treści, bo nie znoszą czytać prawdy o sobie. Według nich o kobietach należy mówić albo dobrze, albo wcale. Najwięcej wyzwisk i bluzgów dostaję od nich, nie od lewaczek. To kobiety, które w imię własnego egoizmu robią z męża pantofla, a kiedy przyjdzie rozwód i podział majątku, bez większych skrupułów rozjeżdżają go w sądzie - wszystko oczywiście pod płaszczykiem miłości do „tradycyjnej rodziny, wartości, ojczyzny i Boga”. Brauniary liczą na to, że wystarczy nie popierać aborcji i pojawiać się w niedzielę w kościele, żeby automatycznie uznawać je za ultrakonserwatywne i z definicji antyfeministyczne. Nic bardziej mylnego, nie dajcie się nabrać. Dlatego też nie jestem w stanie przełknąć projektu Korwin - Braun. Skala utajonych feministek popierających Brauna jest po prostu zbyt odpychająca. "

***

A za tydzień może odcinek serii Sny. Obrazek poniżej odnosi się do jego fabuły.


Pamiętajcie też o blogu z recenzjami i książce Waszego Ulubionego Autora.




piątek, 21 sierpnia 2026

Operacja WTF?! + Krótkie berlińskie impresje



 Jeśli wydawało się Wam, że wojna amerykańsko-irańska stała się już krańcowo dziwna, to byliście w ciężkim błędzie, bo ona stała się jeszcze dziwniejsza...

Tulsi Gabbard (waifu Repetowicza :) zorganizowała bowiem tajny kanał negocjacyjny z dowództwem Korpusu Strażników Rewolucji - w tym z Vahidim. Pośrednikiem w tych rozmowach był Nechirvan Barzani, prezydent irackiego Kurdystanu.  Oficjalnie, rozmowy spełzły na niczym, ALE...

Gdy sprawa wyszła na jaw, Korpus Strażników Rewolucji próbował zabić Barzaniego oraz jego szefa wywiadu za pomocą ataku dronowego. Irańczycy zrobili coś takiego, choć Barzani jest ich bliskim sojusznikiem! To przecież Kurdowie storpedowali operację zmianę reżimu w Iranie (kradnąc broń i Starlinki przeznaczone dla opozycji) i to dzięki nim Korpus Strażników Rewolucji nadal rządzi w Teheranie, a USA ugrzęzły w wojnie. Skąd więc ta czarna niewdzięczność?

Z przecieków wynika, że Vahidi na poważnie prosił Amerykanów, by pomogli mu umocnić władzę i wyeliminowali jego wewnętrznych rywali!

Trump zmarnował kilka miesięcy na negocjacje z Iranem, które doprowadziły donikąd. Jednocześnie, działania takie jak wycofywanie floty tankowców powietrznych z Rumunii, wyraźnie wskazują, że nie chce on mocniej angażować się w tę wojnę przed wyborami "połówkowymi" do Kongresu. Ma być zachowana blokada morska Iranu (utrudniona logistycznie z powodu wcześniejszych irańskich uderzeń w Bahrajn i inne bazy w Zatoce Perskiej) oraz mają być zaostrzone sankcje. Ponoć irański reżim dużo bardziej boi się amerykańskiego sekretarza skarbu, niż sekretarza wojny. Iran - będąc dużym producentem ropy - odczuwa na rynku wewnętrznym niedobór paliw na stacjach benzynowych. Reżim obawia się kolejnej fali protestów społecznych. 

Co decydenci z Teheranu robią w takiej sytuacji? Otwarcie dyskutują plan inwazji na Kuwejt i Bahrajn oraz zajęcia tamtejszych amerykańskich baz! Słyszą oni doniesienia medialne o tym, że Amerykanie mocno zużyli pociski do Patriotów i Tomahawki, ale zapominają, że mają oni nadal sporo konwencjonalnej amunicji lotniczej. Amerykańskie lotnictwo wciąż bezkarnie lata nad Zatoką Perską, Cieśniną Ormuz oraz południowym Iranem! Szmatogłowi Houthi dostają zaś obecnie wpierdol od oficjalnego rządu Jemenu, wspieranego przez Arabię Saudyjską. Wojska rządowe prowadzą ofensywę dronową, zabijając po 200 Houtich dziennie.  Lądowa irańska inwazja na Kuwejt byłaby czystym szaleństwem i skończyłaby się jeszcze szybszą masakrą najeźdźców niż w 1991 r. 

Tymczasem pojawiają się przecieki mówiące, że USA rozważają użycie taktycznej broni jądrowej przeciwko Iranowi. Tak twierdzi choćby promoskiewska była kongreswoman Marjorie Taylor Green. Jej twierdzenia są jednak tym razem oparte na faktach. Rzeczywiście omawiane jest bowiem od kwietnia użycie dwóch taktycznych głowic nuklearnych przeciwko podziemnemu kompleksowi jądrowemu znanemu jako Góra Pickaxe.   Można by w ten sposób również uderzyć w podziemne irańskie "miasta rakietowe". Decyzja w tej sprawie jednak jeszcze nie zapadła.

(W 2010 r. niejaki Bill Ryan, twierdził, że od przedstawiciela "elit" dowiedział się, że Chiny "złapią grypę", a wypuszczony z laboratorium wirus dotrze na Zachód i doprowadzi do wprowadzenia lockdownów przez wszystkie rządy. Później miało dojść do wojny nuklearnej, a potem do "cyklicznego zdarzenia geofizycznego" resetującego cywilizację. Po pretekstem wojny miało dojść do przemieszczenia się "elit" do podziemnych baz, na które wydano "biliony dolarów". Ale to chyba tylko takie gadanie foliarza?)

Osobiście nie sądzę, by doszło do eskalacji przed wyborami "połówkowymi" w USA. Trump wyraźnie postawił na niszczenie ekonomiczne Iranu. Abdolnaser Hemmati, prezes irańskiego banku centralnego, przyznał w państwowej telewizji, że Iran przestał eksportować ropę. Stwierdził on, że kraj wszedł w ekonomiczną spiralę śmierci: załamały się przychody ze sprzedaży ropy, z podatków i ze składek.  Ghalibaf stwierdził natomiast, że "Nie ważne jak silną mamy armię, jeśli ludzie są głodni a my nie mamy cyrkulacji finansowej, wzrostu gospodarczego i produkcji krajowej, to nie wytrzymamy."

Sankcje finansowe i blokada morska mają siłę większą od bomby atomowej. 

Tymczasem, okazało się, że Amerykanie po cichu eskortowali przez omański korytarz w Cieśninie Ormuz tankowce przewożące nawet 10 mln baryłek ropy dziennie. 80 procent ruchu morskiego w Cieśninie szło omańskim korytarzem. Iran stracił więc kontrolę nad Cieśniną Ormuz - zachował możliwość atakowania od czasu do czasu statków cywilnych, ale nie jest w stanie zatrzymać tam tranzytu, ani poważnie zagrozić zbrojnej amerykańskiej eskorcie. Według irańskich źródeł, Amerykanie zaczęli nawet poszerzać ten korytarz, usuwając skały zagrażające żegludze.

Logika przemawia więc za tym, by Iran porozumiał się z USA. I to szybko. Tyle, że irański reżim kieruje się swoją, szyicką logiką.

***

W zeszłym tygodniu, na krótko wpadłem z kolegami do Berlina. Zwiedzaliśmy m.in. twierdzę Spandau, muzeum lotnictwa wojskowego na lotnisku Gatow i Flakturm - czyli ruiny ogromnej wieży przeciwlotniczej.
























Pomijając te wojenne i zimnowojenne pozostałości, Berlin (nie licząc ścisłego centrum, które trochę zwiedziłem dwa lata temu) sprawia wrażenie reliktu upadającej cywilizacji. Zwłaszcza Berlin Wschodni. Powinni tam zawozić różnych "oberschlesierów" na wycieczki, by zobaczyli ten syf na ulicach. Widać tam, jaka jest dominująca demografia. Znaleźliśmy jednak klimatyczny bar, w którym chyba niewiele się zmieniło od 50 lat. Byli tam sami biali. Niemcy zaczęli mi przypominać Afrykanerów - gatunek żyjący w mniejszości na swoim terytorium. A nasze libtardy tak zakochane we wszystkich głupotach, które oni robili i robią... A koledzy z Niemiec mogli sobie później porównać Berlin z Warszawą (i Świebodzinem :), obejrzeć z bardzo bliska paradę na 15 sierpnia, a następnego dnia rekonstrukcję w Ossowie. 

***
Za tydzień będę znów w rozjazdach, ale może (jak będę miał czas)  przygotuję wcześniej odcinek serii Sny :)

Tak mnie widzi Grok:



Spotkanie z Waszym Ulubionym Autorem, dotyczące jego książki "Tajne pieniądze nazistów" odbędzie się 4 września (piątek) o godzinie 18.00 w Warszawie, przy Skoczylasa 10/12 (to koło placu Hallera).




sobota, 1 sierpnia 2026

Czy Wolę dało się uratować w 1944 roku?

 


Powstanie Warszawskie miało jak najbardziej szansę na zwycięstwo. Warszawa jednak została zburzona dlatego, że kompletny kretyn Mikołajczyk wypaplał Mołotowowi w Moskwie, że w Warszawie AK szykuje zryw. Stalin już 1 sierpnia nad ranem kazał więc zatrzymać natarcie na najważniejszym odcinku frontu wschodniego. Oczywiście później, sowiecka propaganda - a za nią różni moskalofile - wskazywała, że Armia Czerwona "nie była w stanie dojść do Warszawy" ( choć była już w Międzeszynie) bo przegrała "ogromną bitwę pancerną" pod Radzyminem, gdzie straciła kilkanaście czołgów. Moskalofile całkowicie pomijają to, że jeszcze przed wybuchem Powstania przeprawiła się przez Wisłę, na przyczółek warecko-magnuszewski 8 Armia Gwardyjska gen. Czujkowa. Mogła łatwo przeciąć linie komunikacyjne Niemców pod Warszawą - okrążając stolicę od południa i zachodu, tak jak w styczniu 1945 r.  Niemcy zorientowali się o tym niebezpieczeństwie dopiero po kilku dniach i dopiero wtedy zaczęli w panice przerzucać siły pancerne - okrężną drogą spod Radzymina przez Modlin - pod Magnuszew. Jeśli mi nie wierzycie, to zajrzyjcie do klasycznej pracy "Powstanie Warszawskie" Jerzego Kirchmayera. 



Ów przedwrześniowy oficer, wchodzący w skład Oddziału III KG AK, generał brygady LWP represjonowany w czasach stalinowskich, zamieścił te fakty niszczące oficjalną narrację w swojej książce w sposób bardzo inteligentny - w przypisach! Przyznał w nich m.in,, że wywiad AK szybko - szybciej niż Niemcy - zorientował się w tym, że Sowieci utworzyli przyczółek. Kilka dni wcześniej, decydenci z KG AK jednogłośnie uznali, że warunkiem militarnym wybuchu powstania będzie ruszenie sowieckiej ofensywy z tego spodziewanego przyczółku. Ofensywa miała ruszyć. Rokossowski chciał zdobyć Warszawę w pierwszych dniach sierpnia. Tylko Stalin mu zakazał.

Odsyłam choćby do artykułu Waszego Ulubionego Autora. (Przypominam też jego artykuł o szansach na dużo większe lotnicze wsparcie dla Powstania.) 

Problemem było nie to, że planowano wywołać powstanie w Warszawie, ale to, że wywołano je PRZEDWCZEŚNIE.



Odpowiedzialnymi za PRZEDWCZESNE rozpoczęcie Bitwy o Warszawę byli: Chruściel z Rzepeckim, którzy wspólnie spiskowali i dezinformowali Bora-Komorowskiego w kwestii postępów sił sowieckich. Robili to, bo chcieli skoordynować wybuch Powstania z wizytą Mikołajczyka w Moskwie. Obaj byli zwolennikami Mikołajczyka, darzącymi niechęcią sanację.

Względy polityczne przesądziły też o zmianie miejsca stacjonowania KG AK w pierwszych dniach Powstania. Początkowo planowano, że będzie ono na Mokotowie, w jednej z tamtejszych willi. Na miejscu były przygotowane cztery radiostacje. Sprawdzono ich działanie. Bronić dowództwa miał pułk "Baszta" wraz z oddziałami Kedywu. Na kilka dni przed Powstaniem zdecydowano się przenieść jednak kwaterę główną do Fabryki Kammlera na Woli. Trzeba było tam szybko dostarczyć środki łączności. Już na miejscu okazało się, że radiostacja źle działa w tym fabrycznym otoczeniu - zakłócenia były zbyt duże. 1 sierpnia, jeszcze przed godziną "W" doszło do przypadkowego starcia z Niemcami pod tą fabryką. Dowództwo AK było bezpośrednio zagrożone, ale na odsiecz szli mu żołnierze batalionu "Miotła". Miejsce zbiórki sił Kedywu przesunięto z Mokotowa na Wolę, co bardzo mocno wpłynęło później na przebieg Powstania.

Dlaczego zdecydowano się na taką przeprowadzkę Komendy Głównej? Dlatego, że spodziewano się, że po wejściu Sowietów do Warszawy i braku porozumienia politycznego z nimi, KG AK będzie się przed nimi broniła w zabudowaniach Fabryki Kammlera. Willa na Mokotowie słabo się zaś nadawała na miejsce takiego "Alamo".

KG AK zdołała wysłać do Londynu i sił w kraju meldunki o wybuchu Powstania dopiero następnego dnia. 1 sierpnia wieczorem "Monter" Chruściel obserwując z dachu dymy, łuny pożarów i nasłuchując odgłosów strzelaniny w Warszawie był zadowolony. Widział też bowiem polskie flagi wywieszane w różnych punktach miasta. W tej chwili nie miał technicznych możliwości dowodzenia walką. Nie obchodziło go, czy punkty X, Y i budynek Z zostały zdobyte przez powstańców. W obliczu rychłego wejścia Sowietów do miasta, to nie miało znaczenie. Ważne, że w mieście doszło do rewolucji, w trakcie której Polacy sami wyzwolili jego część i ustanowili swoje władze. Ważne, że doszło do chaosu. 

Czemu sądzę, że to właśnie on myślał? Bo taką teorię postawił inny historyk Powstania Antoni Przygoński. Był on komunistą: dyplomatą i partyjnym historykiem. W 1980 r. wyszła jego dwutomowa monografia "Powstanie Warszawskie w sierpniu 1944 roku". Z jakiegoś powodu została ona przetrzymana przez 10 lat przez cenzurę. Mimo, że Przygoński wyraźnie obsadzał dowództwo AK oraz jego politycznych zwierzchników w roli tych złych, "nieodpowiedzialnych". Jeśli jednak z jego dzieła przefiltruje się komunistyczną narrację, to otrzyma się bardzo solidną monografię. Przygoński zwrócił bowiem uwagę na szczegóły pomijane przez innych historyków.

Z książki Przygońskiego można się więc dowiedzieć, że "Monter" nie chciał, by budowano barykady na głównych trasach przelotowych miasta - w Alejach Jerozolimskich i na ulicy Wolskiej. Uważał bowiem, że te drogi należy zostawić wolne, tak by Niemcy mogli się szybko wycofać w chwili sowieckiego natarcia. To oczywiście miałoby sens, gdyby Sowieci kontynuowali ofensywę, zgodnie z wcześniejszymi planami Rokosowskiego. Niemcy w ciągu kilku dni ściągnęli jednak siły do pacyfikacji miasta, a te  arterie stanowiły dla nich niemal otwarte drzwi. Niemal, bo zaczęto je spontanicznie grodzić barykadami. W Alejach Jerozolimskich spełniły one swoją rolę - wraz z opanowanym Dworcem Pocztowym - niemal blokując tę trasę. (Wcześniej natarcie idące Grójecką w Aleje przyblokowały dwie powstańcze reduty na Ochocie - Barska i Wawelska.) Na Woli, barykady na głównych arteriach były obsadzone słabiej - broniły ich lokalne siły AK (słabo uzbrojone, o niepełnych stanach i skrwawione po pierwszym boju), wspólnie z OW PPS (podporządkowanymi AK) oraz lokalnym oddziałem AL (którego część stanowili akowcy, którzy tam wcześniej przeszli w dziwnych okolicznościach). 



W pobliżu stało jednak duże, elitarne zgrupowanie Kedywu. Bataliony "Zośka", "Parasol", "Miotła", "Pięść", "Czata" - Zgrupowanie "Radosław". Stało ono jednak na północ od głównej linii niemieckiego ataku, w rejonie cmentarzy protestanckich i blisko KG AK. To były siły stanowczo zbyt duże jak na ochronę dowództwa. Wsławiły się one w następnych dniach w walkach na Woli - m.in. zdobywając dwie Pantery i wyzwalając Gęsiówkę (KL-Warschau). Nie blokowały one jednak wroga wzdłuż głównej osi natarcia. Dlaczego je więc tam ustawiono?

Przygoński wyraźnie wskazywał, że chodziło o możliwość stawienia przez te siły oporu Sowietom lub realizację scenariusza przewidującego uratowanie przez Sowietami najlepszych sił warszawskiej AK poprzez wyprowadzenie ich do Kampinosu. Wariant z wyjściem Zgrupowania Radosław do Kampinosu był wielokrotnie omawiany podczas walk na Woli i Muranowie, a wracano do niego przed ewakuacją Starówki. Wówczas ustawienie sił Kedywu w tym miejscu, bliżej Powązek, miało jak najbardziej sens. Za Powązkami zaczynały się już tereny podmiejskie, przez które polskie oddziały mogły w ciągu sierpnia dosyć swobodnie przemieszczać się w nocy.

Główne uderzenie niemieckie poszło jednak ulicą Chłodną. Prowadziły je osławione oddziały Dirlewangera, a przeciwko sobie miały - oprócz wspomnianych wyżej lokalnych sił wolskich - oddziały Gustawa Bilewicza "Sosny" (również dosyć słabe). Natarcie szło w stronę Pałacu Saskiego, gdzie była niemiecka komendatura Warszawy (odcięta od reszty miasta). W większości książek owo natarcie jest źle datowane. Przygoński szczegółowo je jednak odtworzył, pisząc o ciężkich walkach, w których nasze siły próbowały je powstrzymać. Choć dużą rolę odegrał w nich oddział AL z Woli - nie specjalnie je upamiętniano w PRL i niemal zupełnie nie pamięta się o nich obecnie. Nasze siły zostały zepchnięte na Starówkę, którą uderzenie Dirlewangera odcięło od Śródmieścia Północnego. Dalsze niemieckie natarcia zostały jednak zablokowane przez Batalion "Nałęcz"  z Korpusu Bezpieczeństwa, broniący m.in. Reduty Kanoniczek, Pałacu Jabłonowskich i Pałacu Radziwiłów. Gdyby jednak na drodze niemieckiego natarcia stanęło 5 i 6 sierpnia Zgrupowanie "Radosław", Niemcom nie udałoby się wówczas przebić do Placu Saskiego. Ich postępy opóźniłyby się być może o tydzień - jeśli nie dłużej. Wolskie oddziały kapitana "Hala", zepchnięte do Śródmiejskiej Dzielnicy Przemysłowej (obecnie stanowiącej część dzielnicy Wola) broniły się przecież twardo na tym terenie aż do kapitulacji Powstania. Niemiecka komendantura miasta mogła po tygodniu skapitulować z głodu lub próbować desperacko się przebić...



Czy dało się jednak zapobiec rzezi Woli? Byłoby to niezwykle trudne, nawet przy ustawieniu Zgrupowania "Radosław" na głównej osi niemieckiego natarcia. Dużą część tego ludobójstwa przeprowadzono bowiem na terenach, które nie były objęte zasięgiem Powstania - na obszarach na zachód o linii kolejowej. Niemcy metodycznie mordowali, zaczynając od pierwszych domów przy rogatkach miejskich. Mordów dokonywała głównie nie tyle SS, co niemiecka policja - zarówno volksdeutsche z Wielkopolski (często uczestnicy masowych mordów na Polakach w 1939 r.) i "podludzie" z formacji wschodnich. W czasie gdy esesmani-skazańcy od Dirlewangera byli zajęci walką (ale też "przy okazji" popełniali zbrodnie), największą część masowych rozstrzeliwań i gwałtów wzięły na siebie jednostki policyjne. 



Powyżej: Mapa ze strony Stowarzyszenia Pamięci Powstania Warszawskiego. Czerwone kropki to miejsca masowych mordów. Zwróćcie uwagę na ich dużą liczbę przy Zajezdni Tramwajowej "Wola". To ulica Młynarska. Tam były pierwsze barykady.

Szans na obronienie ludności zachodniej części Woli nie było. Postawienie Zgrupowania "Radosław" na osiach Chłodnej i Wolskiej pozwoliłoby jednak na uchronienie dużej części ludności wschodniej części Woli. "Twardy front" mógł się na wiele tygodni ustalić na linii ulicy Młynarskiej. Oczywiście, gdyby Sowieci nie zatrzymali ofensywy, rzezi Woli by nie było - bo Niemcy uciekaliby w panice z miasta, by się wyrwać z okrążenia, a jeśliby Himmler skierował policyjną odsiecz, to zostałaby ona rozbita pewnie gdzieś w okolicach Błonia czy Ożarowa. 

***

Kilka dni temu stanęliśmy w obliczu eskalacji wojny ukraińsko-irańskiej. Po tym jak Ukraińcy uderzyli na Morzu Kaspijskim w statki za rosyjskim wsparciem dla Iranu, teherański reżim rozważał odwetowe uderzenie rakietowe w Odessę.  No cóż, irański reżim chciałby mieć więcej wrogów, więc uderzył (dronem wysłanym przez Hezbollah) ostatnio też w statek z LNG w egipskim porcie Damietta, a także groził wojną Wielkiej Brytanii oraz... Bułgarii.  Tolerancja USA i społeczności międzynarodowej wobec tego reżimu jest wręcz anielska - kampania bombardowań dekapitacyjnych powinna zostać już dawno wznowiona. Na razie jest ona prowadzona na mniejszą skalę w Iraku, gdzie giną wysocy rangą oficerowie Korpusu Strażników Rewolucji oraz lokalni gówno-szyiccy metroseksualni terroryści z dziwnymi fryzurami.


W pełni się zgadzam z sunnitami, że szyizm nie jest prawdziwym islamem i rozumiem dlaczego zachodni ruch LGBT w sporej większości popiera Iran oraz Palestynę.

Tymczasem doszło do marokańskiej inwazji na Hiszpanię. Do (od wieków) hiszpańskiej Ceuty wdarło się w ciągu jednego dnia 49 tys. młodych nachodźców. Wśród nich było wielu przestępców wypuszczonych z więzień przez króla Maroka, których zwożono na miejsce wywrotkami (marokańskie władze same uznały tych osobników za śmieci). Byli wśród nich też marokańscy żołnierze. 



Oczywiście do tej inwazji by nie doszło, gdyby Hiszpanią rządziła choćby glamm-faszystka Isabel Peralta, a nie gównolewak Pedro "Jijo de Puta" Sanchez. Jeden dobrze ustawiony karabin maszynowy mógłby zmienić plażę w Ceucie w plażę "Omaha". Nikt go jednak nie ustawi, a hiszpańska policja nawet nie próbowała zatrzymywać tej fali ludzkiej. Zajęła się za to pacyfikowaniem mieszkańców Ceuty skrzykujących się, by bronić się przed najeźdźcami. Sędziowska kasta orzekła, że pushbacki są nielegalne,  Pedro "dirty" Sanchez wziął się za legalizację już chyba z 3 mln nielegalnych imigrantów. Przypominam, że Hiszpania to kraj, w którym do niedawna (bo chyba wreszcie zaostrzono prawo) nachodźcy i inne żule mogli legalnie się wam włamać do chaty, gdy wyjechaliście na wakacjach, zamieszkać tam, sprzedać lub zniszczyć wasze rzeczy, korzystać z mediów na wasz rachunek i cieszyć się ochroną policji. 

Słysząc o takim zjebaniu, można tylko westchnąć: generał Franco był zbyt łagodny! Przywódcą Hiszpanii powinien - zamiast niego - zostać generał Gonzalo Queipo de Llano. Po hiszpańskich komunistach nie byłoby wówczas czego zbierać...

Wspomniałem jednak, że inwazję na Ceutę zorganizował król Maroka. Tak się akurat składa, że jest on bliskim sojusznikiem Izraela oraz USA (ostatnio nazwał autostradę imieniem Trumpa). Pedro "Jijo de Puta" Sanchez ostro bruździł zaś zarówno Izraelowi jak i Stanom Zjednoczonym. Bruździł, bo jego skorumpowana partyjka, przyjmowała finansowanie zarówno z Wenezueli jak i z Iranu.  (Przypominam też, że Sanchez prowadził zadziwiająco spolegliwą politykę wobec Maroka, po tym jak marokańskie tajne służby zhakowały mu smartfona Pegasusem. Ciekawe, co tam znalazły?) Jaka płynie z tego nauka? Taka, że wpieprzanie się przez lewicę i upośledzoną umysłowo część prawicy w trzecioświatowe konflikty takie jak izraelsko-palestyński, skutkuje importem trzecioświatowych problemów.

***

Net zaczęły zalewać filmiki, na których Ukry przedstawiają wybrane przez siebie momenty sprzeczek z Polakami, zazwyczaj pokazujące jak jakiś żul ich wyzywa lub przechodzi do rękoczynów. Oczywiście nigdy nie pokazują, jak doszło do takiej eskalacji. Chcą pokazać w ten sposób jacy to z Polaków straszni ludzie, przy których orki z Buczy to łagodne baranki. 

Skoro jednak w Polsce panuje taki antyimgrancki terror, to czemu przedstawiciele innych grup narodowościowych nie robią takich filmików? Czemu nie wrzucają ich Białorusini, rosyjskojęzyczni , Gruzini, Ormianie, Czeczeni, Wietnamczycy, Hindusi, Murzyni? Czemu nie robią tego Żydzi - w tym izraelscy turyści? Mówcie sobie co chcecie o Czeczenach i Gruzinach. To jednak narody na swój sposób honorowe. Sprzeczki rozwiązują we własnym zakresie, a nie transmitują je na cały świat bóldupiąc jak to "straszliwie, rasistowsko zostali obrażeni". "Zawodowi Ukraińcy" chcą natomiast ze swojego narodu zrobić Palestyńczyków Europy.

***

Przypominam oczywiście o książce Waszego Ulubionego Autora.




sobota, 25 lipca 2026

Waszyngton przestawił w Polsce wajchę w sprawie Ukrainy?

 


Ruskie narzekają, że w Anchorage Trump zrobił ich w katechona. Rozmowy o pokoju zostały wykorzystane na zbrojenie Ukrainy. Ukry zaczęły natomiast wprowadzać nowy rodzaj sankcji przeciwko Rassiji. najpierw uderzając w rosyjski sektor paliwowy, a później w sieć logistyczną Wildberries, czyli tamtejszego Allegro. Ponadto doszło ostatnio do zestrzelenia rosyjskiego SU-35S przez ukraiński F-16.

Oczywiście Ukry nie mogłyby przeprowadzać takich spektakularnych uderzeń, gdyby nie mieli amerykańskiego wsparcia wywiadowczego i w postaci nowoczesnych technologii, które Amerykanie testują na tej wojnie. Otwarcie przyznał to Alex Karp, prezes Palantira: gdyby Ukraińcy nie dostali systemów AI, Rosja wygrałaby tę wojnę. No i właśnie dlatego antycywilizacyjna lewica i upośledzona umysłowo prawica jest zalewana rosyjską propagandą wymierzoną w Palantira...

We wdrażaniu tych systemów AI na Ukrainie brał udział Mychajło Fedorow - do niedawna minister obrony. Gdy Zełenski wyrzucił go ze stanowiska, Karp zaproponował Fedorowowi pracę w Palantirze. Wyrzucenie Fedorowa z rządu sprowokowało falę protestów społecznych - podobnie jak wcześniejsze próby zniszczenia przez Zełenskiego stworzonej przez Amerykanów agencji antykorupcyjnej NABU. "Little fucker" Zełenski się przestraszył i zwolnił ze stanowiska gen. Syrskiego, zastępując go popularnym generałem Drapatym. Spanikowany kokainowy karzełek Zełenski oferował też Fedorowowi stanowisko wicepremiera, na co on się nie zgodził. Tymczasem Amerykanie zaczęli zachęcać Fedorowa do założenia partii antykorupcyjnej. 

Równolegle doszło w Polsce do ciekawej operacji psychologicznej. Najpierw media nagłośniły to, że jakiś ukraiński jełop wjechał swoją drogą bryką pod same Morskie Oko. Później zaczęły nagłaśniać wyczyny innych ukraińskich jełopów. Wyszła świetna książka Parafianowicza "Kłopot z Zełenskim". Potem wybuchła awantura o upamiętnienia UPA przez Ukraińców. Przyjaciel Trumpa, prezydent Nawrocki odebrał "little fuckerowi" Order Orła Białego, na co kokainowy karzełek dostał krwawej sraczki i zachował się jak buc. Uaktywniły się w necie tabuny ukraińskich jełopów (zazwyczaj siedzących na Zachodzie) wypisujących takie antypolskie kretynizmy, że robili z ukrainofili "wołyniarzy". Polacy dawali im ostro odpór w necie, a kwestia ludobójstwa wołyńskiego przetoczyła się przez media całego świata. Gdy Trump spotkał się z Zełenskim, mocno chwalił polskiego prezydenta i wyzłośliwiał się pytaniami w stylu: "Macie dużo rodaków w Polsce. I pewnie chcielibyście, by wrócili?". Zełenski spuścił z tonu.

Wygląda więc na to, że to Amerykanie przestawili w Polsce "wajchę" w sprawie Ukrainy. Bo choć lubią na Ukrainie i w Rosji testować swoje zabawki, to jednak chcą wymienić "little fuckera" Zełenskiego na swojego człowieka. 

Dużo daje do myślenia postawa Tusska. Niechętnie, ale jednak bronił ukraińskich władz - razem z ojkofobicznymi zjebami. Robił to choć musiał dysponować badania pokazującymi stosunek polskiej opinii publicznej do Ukraińców. Badaniami pokazującymi, że jego libkowsko-silniczkowy elektorat nienawidzi Ukrów czasem mocniej niż Brauniarze. Bronił "little fuckera" pomimo tego, że ten karzełek publicznie go upokorzył. Robił to choć sam nie lubi Ukraińców i prywatnie twierdzi, że w Kijowie rządzą "Ruscy i złodzieje". No cóż... Merz mu kazał, to on wykonał rozkaz. Fur Deutschland.

Antyukraińskość była w ostatnich tygodniach czymś, czym można było ostro bić w Tusska i ojkofobiczną część libków. Niestety jednak Jarosław Kaczyński postanowił pomóc Tusskowi rozwalając własną partię. Upośledzone umysłowo silniczki, które się z nim co miesiąc przepychają na placu Piłsudskiego, powinny mu postawić pomnik ze złota (również za to, że oddał w 2007 r. władzę Tusskowi, a po 2015 r. zaakceptował tuszowanie zamachu smoleńskiego i rosyjskiej infiltracji rządu, wojska i służb za pierwszego Tusska). Ale są za głupie, by to zrozumieć - mają IQ klocka wysranego na ulicę przez Subsaharyjczyka. (Dopuszczam jednak możliwość, że cały ten rozłam to golicynowska ustawka, "teatrzyk" i próba powtórzenia podobnej ustawki z podziałem Konfy na braunowskich świrów i autystycznych libków/narodowych kryptogejów.) 

***

Tymczasem, Iran nadal ostro sobie pogrywa - systematycznie i precyzyjnie uderzając w amerykańskie bazy oraz uaktywniając szmatogłowych Hutich, by atakowali tankowce na Morzu Czerwonym. Huti oczywiście igrają z ogniem. Wcześniej chroniła ich administracja Bidena, odcinając Saudyjczykom dane wywiadowcze potrzebne do ich bombardowań. Teraz nie będzie takich głupich, "humanitarnych" skrupułów. Gdyby zniszczono port w Hodejdzie, to na terenach Hutich zacznie się głód - i wszyscy będą mieli ich w d... (poza paroma trzecioświatowymi cuckami). No bo to banda narkomanów, uzależnionych od katu (roślinnej, słabszej wersji amfetaminy), którzy nic nie są w stanie zbudować, a jedynym sensem ich istnienia jest atakowanie bogatszego sąsiada i prowokowanie Izraela. 

Amerykańskie bombardowania Iranu z ostatnich dwóch tygodni częściowo były desperackim polowaniem na cele (bombardowano m.in. pojemniki po rakietach i inny wojskowy złom), częściowo uderzeniami w "miasta rakietowe", a częściowo operacją psychologiczną mającą przekonać Irańczyków, że zajmą im część terytorium. Irański reżim zaczął grozić, że w takim przypadku zacznie uderzać rakietami w... Iran.  Jest jasnym, że reżimu nie obchodzą straty w infrastrukturze kraju. Jedyną opcją jest więc powrót do kampanii uderzeń dekapitacyjnych. Nad Teheranem latały ostatnio amerykańskie bombowce - Irańczycy próbowali odpowiadać konwencjonalnymi działami przeciwlotniczymi - z zerowym efektem. Gdy Aragczi stwierdził, że polityką Iranu będzie "oko za oko", Rubio odpowiedział, że polityką Trumpa jest "głowa za oko". Oby!



***


Oczywiście przypominam o najnowszej książce Waszego Ulubionego Autora. Kanye West poleca!


 

Lindsey Graham patrzy z Nieba na bombardowania Iranu

 


Śmierć senatora Lindseya Grahama to prawdziwa strata. Był on bowiem człowiekiem  w pełni oddanym idei supremacji Zachodu i niszczenia geopolitycznych wrogów Ameryki. To był mąż stanu wiedzący, że polityka międzynarodowa opiera się na sile i odstraszaniu, a "złych gości" bombarduje się dla przykładu. Radość moskiewskiego oraz irańskiego reżimu ze śmierci tego człowieka mówi sama za siebie.

Co więcej, irański reżim w swojej propagandzie zaczął sobie przypisywać śmierć senatora Grahama. Tak samo onucowcy zaczęli tworzyć dezinfromacje o tym, że zginął on w zbombardowanej fabryce dronów na Ukrainie. To oczywiście bzdura, gdyż sam powrót Grahama z Kijowa do USA oraz jego śmierć są dobrze udokumentowane. Nie da się obecnie wykluczyć wersji, że został on w Kijowie otruty przez działających na rzecz Rosji zdrajców z otoczenia "little fuckera" Zełenskiego. Taka wersja nie zostanie jednak nigdy (z wielu przyczyn) potwierdzona oficjalnie.

Senator Graham był niewątpliwie znakomitym "drużynowym graczem". Choć w 2016 r. ostro krytykował Trumpa, to szybko wkradł się w jego łaski i służył mu radą. Militarystyczne oblicze tej administracji to w sporym stopniu jego zasługa. Graham mówił: "Nie ważne, czy jesteś izolacjonistą lub fanatykiem religijnym. Jeśli masz obok nazwiska literę "R", to będę Cię wspierał".



Graham był też jednym z... najbiedniejszych senatorów. Przez 31 lat obecności w polityce dorobił się majątku szacowanego na 1,5 mln USD. Był więc dwa razy biedniejszy od Berniego Sandersa i 20 razy biedniejszy od somalijskiej scamerki Ilhan Omar. Graham na swój majątek uczciwie zapracował. Był przykładem merytokratycznej kariery. Wywodził się z biednej rodziny, a wieku 21 lat został sierotą. Wziął na siebie finansowe utrzymanie nieletniej siostry - by nie trafiła do domu dziecka. Po studiach prawniczych został adwokatem wojskowym - bronił przed sądami personel sił powietrznych. Dosłużył się stopnia pułkownika, ale deklarował, że nigdy nie uważał się za weterana.



Przeciwnicy Grahama z upośledzonej umysłowo lewicy i prawicy wypominają mu, że był gejem. Tak, był gejem, ale nie za to go cenimy. Nie afiszował się ze swoją orientacją, grając "wiecznego kawalera". Pod każdym względem deklasował tych wszystkich "zawodowych gejów" robiących kariery polityczne na swojej orientacji.

Lindsey ogląda pewnie teraz z Nieba na bombardowania Iranu.



Zapewne cieszy go, że rozejm został złamany - przez samych Irańczyków, którzy zaczęli atakować dronami statki cywilne w Cieśninie Ormuz. Czy jednak oceniłby pozytywnie same bombardowania?

Z dostępnych filmów wynika, że Amerykanie skupiają się na młóceniu wysp w Cieśninie Ormuz oraz irańskich portów. Naprawdę niewiele widać jeśli chodzi o uderzenia w irański sprzęt wojskowy. Niszczona jest infrastruktura cywilna - która jednak była wykorzystywana przez Korpus Strażników Rewolucji do celów militarnych. Zdjęcia satelitarne pokazują też, że znów doszło do uderzeń w podziemne bazy w głębi Iranu. Wróciła też blokada morska Iranu. Tego typu kampania - sama w sobie - nie "sterroryzuje" jednak irańskiego reżimu. Rozwiązanie polityczne jest też wykluczone, gdyż z tym reżimem nie da się dogadać. USA są więc zmuszone do kontynuowania wojny, aż do zmiany reżimu - albo na frakcję gotową się z nimi dogadać, albo na władzę stworzoną przez szacha. Ma powrócić więc kampania dekapitacyjna, której pierwszym celem będzie Vahidi. Jak na razie irański reżim lekceważy ten scenariusz - a jednocześnie robi wszystko, by Izrael nie przyłączył się do nowej fali bombardowań.

Intrygująco wyglądają uderzenia lotnicze na mosty pod miastem Bandar Abbas. To kluczowy irański port. Amerykańskie bombardowania praktycznie odcięły go od reszty kraju. Nie mam sygnałów o planowanej operacji desantowej, ale teoretycznie można by go zająć i uczynić przyczółkiem dla opozycji. Powstanie rządu "wolnego Iranu" na terenie Bandar Abbas wywołało kolejną falę powstania Irańczyków przeciwko reżimowi. O nastrojach w Iranie może świadczyć to, że kilka dni temu ktoś podpalił meczet, w którym złożono truchło Chameneiego (wożone wcześniej po kraju ciężarówką z fińskiego supermarketu).

Irański reżim niedawno namawiał Hutich do ataków na żeglugę w Cieśninie Bab al Mandeb. Nagle jednak Pakistan zagroził, że ataki na Arabię Saudyjską uzna za powód ewentualnego włączenia się do wojny w obronie Rijadu. Wejście Pakistanu do akcji byłoby śmiertelnym ciosem dla irańskiego reżimu. 

***

Wasz Ulubiony Autor udzielił natomiast wywiadu kanałowi Sedno Historii. Jego najnowsza książka "Tajne pieniądze nazistów" jest też dostępna jako ebook.


sobota, 4 lipca 2026

Sendecki ma rację w sprawie Watykanu :)

 


Powyżej: abp Marcel Lefebvre ze swoim przyjacielem, prezydentem Irlandii Eamonem de Valerą. Obaj byli ekskomunikowani. De Valera w 1922 r., za... sprzeciw wobec traktatu irlandzko-brytyjskiego.

Stolica Apostolska ogłosił w tym tygodniu, że można wyświęcać biskupów bez zgody papieża - pod warunkiem, że jesteście Xi Jinpingiem lub jednym z jego podwładnych z Komunistycznej Partii Chin. Wówczas, ani Was, ani wyświęconych biskupów nie spotkają żadne konsekwencje. Co więcej, Watykan będzie z Wami utrzymywał "dialog" i podpisywał porozumienia. Co innego, jeśli jesteście tradsowską grupą w stylu Bractwa Św. Piusa X - wówczas jesteście straszliwymi schizmatykami.

Sami piusowcy raczej mało się tym przejmują - wszak na dokumencie ekskomuniki nie ma podpisu papieża  (który powiedział jedynie, że jest mu "przykro") tylko podpis turbogejowskiego kardynała Fernandeza, który dokonał wyraźnego nadużycia nakładając ekskomunikę na wiernych FSSPX (do tego nie wyjaśniając, kogo zalicza do wiernych). Gdy w 1054 r. doszło do wielkiej schizmy wschodniej, papież nałożył ekskomunikę tylko na patriarchę Konstantynopola i podległych mu biskupów, a nie na wiernych obrządku bizantyńskiego... Tym większym nadużyciem jest twierdzenie Fernandeza, że sakramenty udzielane przez "schizmatyków" są nieważne - przecież Kościół uznaje choćby śluby prawosławne. Z powodu tych uchybień proceduralnych ta ekskomunika może być za pontyfikatu kolejnego papieża łatwo uznana za "niebyłą". Gdyby zwierzchnicy FSSPX byli złośliwcami, to mogliby wynająć dobrego żydowskiego prawnika i pozwać kardynała Fernandeza. Wyobraźcie sobie w tej roli Roya Cohna: wycofujesz ekskomunikę, albo filmy o twoich zachowaniach seksualnych będą na Netflixie!

Ironią losu jest to, że gdyby lefebvryści przeszli en masse na prawosławie, czy anglikanizm, to by nie byli oficjalnie nazywani schizmatykami, tylko "braćmi odłączonymi", z którymi trzeba prowadzić dialog ekumeniczny. Skoro już jednak FSSPX została uznana za grupę schizmatycką, to zgodnie z posoborową logiką należałoby zalecać interkomunię z lefebvrystami, uznawać sprawowane przez nich sakramenty, zapraszać ich na konferencje ekumeniczne i raz w roku obchodzić w Kościele "Dzień Lefebvryzmu", podczas którego hierarchowie będą namawiać wiernych do odwiedzania "lefebvrystycznych" świątyń.

Generalnie z ekskomuniki cieszą się dwie grupy: 1) Katolickie libki, które zwykle przekonują, że Kościół powinien być inkluzywny, zdecentralizowany i otwarty na ludzi o różnych wrażliwościach, a poza tym ekskomunika to jakiś relikt mrocznego średniowiecza, bo przecież wszyscy ludzie są równi, a różne drogi prowadzą do Boga, więc nie można nikogo wykluczać i stygmatyzować. (Zabawne, że używają argumentu o "automatycznej ekskomunice" wobec FSSPX, a jednocześnie dostają ostrego bólu dupy, gdy mowa "automatycznej ekskomunice" wobec komunistów i proaborcyjnych polityków.) 2) Katoliccy koncesjonowani tradsi, którzy na co dzień narzekają, że Kościół upada, biskupi to moderniści, a jednocześnie cieszą się z tego, że ci sami moderniści niszczą konkurencyjną grupę tradsowską. 

Obie te grupy mocno mnie odpychają kulturowo. To przez nich katolicka nauka społeczna leży i kwiczy, a przekaz głoszony przez Kościół jest coraz mniej atrakcyjny. Młodzi mężczyźni chodzący do kościoła, słyszą tam, że mają za dużo seksu (podczas gdy często nie mają go wcale). Słyszą różne pierdoły sprzed 100 lat o "godności kobiety" - pisane przed pięcioma ostatnimi falami feminizmu - i są pouczani, że powinni wszystko poświęcić dzieciom. Do standardów homiletyki należą też opowiastki o jakiś brutalnych patusach z IQ szympansa, którzy się nawrócili w więzieniu i pójdą do Nieba, choć powinni być zutylizowani na Ziemi. Później młodzi ludzie widzą relację z wizyty papieża na Lampeduzie i jojczenie nad losem żywej broni biologicznej, która płynie do Europy na pontonach, by srać na ulicach, żyć z zasiłków, kraść, gwałcić i zabijać białych. Dodajmy do tego wątki ekologiczne i rytualne potępienie zbrojeń oraz kary śmierci. I "dworcową", patodeweloperską architekturę współczesnych kościołów. To coraz mocniej przesłania ludziom liczący 2 tysiące lat dorobek cywilizacyjny Kościoła.

To ja już wolę usłyszeć takie kazanie jak poniżej! Mówcie co chcecie, ale jest lepsze od tego nudziarstwa, co zwykle płynie z ambon. :) 

Nie miałbym też nic przeciwko przeciwko proboszczom takim jak ks. Henryk Jankowski czy biskupom takim jak Sławoj Leszek Głódź. Od dawna powtarzam: abp Głódź na papieża!


Zauważyłem, że dla współczesnego Kościoła godne pochwały jest prowadzenie "dialogu" z niemal wszystkimi: z prawosławnymi, protestantami, Żydami, muzułmanami, hinduistami, buddystami, szamanistami, libkami, komunistami, feministkami, gejami, transami, furrasami czy satanistami. Z "dialogu" są wykluczone tylko dwie grupy: lefebvryści i ezoterycy. Zajmujesz się badaniem zjawisk paranormalnych? Usłyszysz od katolickich publicystów i sporej części księży, że jesteś satanistą. Co więcej Tekieli napisze, że ćwicząc karate czy nawet tai-chi zyskasz od demonów supermoce jak z "Dragon Ball" :) Dlaczego więc taki nacisk jest kładziony na wykluczenie obu grup z Kościoła? Bo obie dotknęły pewnych części prawdy - tyle, że z innych perspektyw. Obie grupy wierzą w świat nadprzyrodzony, teocentryczny i "duchocentryczny". Tymczasem liberalny, posoborowy Kościół ma być antropocentryczny. "Katolickie" feministki chciałby Kościoła waginocentrycznego, a lobby gejowskie dupocentrycznego. No i przez te środowiska Kościół znalazł się w wiadomym miejscu...

Czy kryje się za tym jakiś plan geopolityczny? Peter Thiel ostatnio oskarżył papieża Leona XIV o bycie nie tyle agentem, co "pożytecznym rezonatorem" komunistycznych Chin. Jego zdaniem, nauczanie papieża wymierzone w sztuczną inteligencję ma prowadzić do tego, by Zachód przegrał wyścig technologiczny z Chinami. Jest to zbieżne choćby z tym, że powiązane z Pekinem NGO-sy organizowały protesty w USA przeciwko budowie centrów przetwarzania danych, doprowadzając do anulowania projektów wartych dziesiątki miliardów dolarów. Papieskie przesłanie, by "rozbroić AI" nie będzie miało żadnego wpływu na chińskich wojskowych, ale może utrudnić USA budowanie broni opartych na sztucznej inteligencji.

Ktoś sobie zażartował, że Trump powinien wykorzystać aferę z FSSPX, by ogłosić Leona XIV antypapieżem, przeprowadzić w Watykanie specjalną operację wojskową i zainstalować tam swojego papieża. 

A ja przypominam, że ks. Natanek nie został ekskomunikowany :)

***



Tymczasem w Iranie zaczął się państwowy pogrzeb ajatollaha Chameneiego. Jego trumna była ultralekka i mała. Przywieziono ją samochodem-chłodnią. Na pogrzebie nie pojawił się Modżtaba - nawet w formie kartonowej. Wcześniej nie było go na pogrzebie żony. Ghalibaf zasiadł przy krześle, na którym postawiono portret szyickiej trójcy - Chomeiniego, Chameneia i Modżtaby. A przed portretem białe róże, sugerujące pokój. "Spoczywajcie w pokoju". Modżtaba pewnie nie żyje, lub nie jest w stanie się pokazać publicznie lub jest w areszcie domowym. Ghalibaf zabawnie odgrywał scenę płaczu nad trumną Najwyższego Przywódcy - aż Araghczi spojrzał się na niego w wiele mówiący sposób. Nie było za to Ahmadinedżada...


Na pogrzebie pojawili się przywódcy Kurdów, którzy ukradli wcześniej broń i Starlinki przekazane irańskiej opozycji. Vahidi wypełzł z bunkra na pogrzeb. Najwyższy sędzia Ejai ma stracić stanowisko. Wewnątrz reżimowej ekipy dochodzi do sporów - w rządowej telewizji przerywane są wypowiedzi na żywo. Jeden z generałów IGRC zginął w wypadku samochodowym. Babak nazywa Ghalibafa najwyższym rangą człowiekiem Trumpa w Iranie i zasugerował, że to on przyczynił się do likwidacji Chameneia. Amerykanie mieli natomiast uratować Ghalibafa przed izraelskim spiskiem mającym prowadzić do zestrzelenia jego samolotu. (Niedawno jego samolot dokonał nieplanowanego lądowania w Meszchedzie.) Irańscy komentatorzy piszą o trwającej transformacji ustrojowej, w której Korpus Strażników Rewolucji jest obciążeniem dla kraju. Chodzą plotki, że mają pozwolić nosić bikini dziewczynom na wyspie Kisz...

Tymczasem w Iraku, nowy premier (chwalony przez Trumpa) wziął się za szyickie milicje. Doszło w zeszłym tygodniu do wojskowego rajdu na Zieloną Strefę w Bagdadzie i aresztowania 47 skorumpowanych szyickich polityków. Internet obiegły zdjęcia piramidek banknotów i sztabek złota zgromadzonych pod portretami ajatollachów. Jedna szyicka deputowana miała  biustonosz i majtki ze złota. Sunnici powiedzą, że to nie jest prawdziwy islam...

A tymczasem w Syrii - pomijając jeden niedawny zamach przeprowadzony przez ISIS oraz starcia ze wspieranymi przez Izrael narkotykowymi dilerami od Hidżriego -  miejscowe dziewczyny  bawią się bez hidżabów przy muzyce Charli XCX. Tarczyński z rozpaczy potnie sobie kabanosy...



I nie tylko...


***


"Tajne pieniądze nazistów", czyli najnowsza książka Waszego Ulubionego Autora, zbiera już pierwsze recenzje, choćby tą - napisaną przez Pawła Skuteckiego. "Dobra, wartościowa książka, której brakowało na rynku. Efekt długich i żmudnych poszukiwań, prac analitycznych i redakcyjnych Huberta Kozieła zasługuje na dyskusję. I miejsce na półce."  Witold Gadowski, w końcówce swojej pogadanki, również gorąco polecił tę książkę.