Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 października 2026

Czekając na listopad

 


Irańscy decydenci wykazali się nieznajomością amerykańskiego systemu politycznego i za bardzo zaufali waszyngtońskiej wersji "silniczków" wierzących w to, że listopadowe wybory "połówkowe" do Kongresu będą wiekopomnym wydarzeniem, od którego zacznie się liczyć nowa era w dziejach Wszechświata, a nawet Multiwersum. Zwrócili im ostatnio na to uwagę Bessent, Rubio i sam Donald Trump. Sekretarz skarbu i sekretarz stanu stwierdzili, że Irańczycy źle zinterpretowali system polityczny USA. Trump przypomniał natomiast, że nigdzie nie kandyduje w tych wyborach. On już został wybrany. W listopadzie obsadzona zostanie część miejsc w Izbie Reprezentantów, Senacie i we władzach stanowych. Owszem, demokraci mają bardzo duże szanse na zdobycie większości w Izbie Reprezentantów i spore na przejęcie Senatu. (Choć trzeba brać poprawkę na to, że sondaże są mocno zrypane - te w stanach tradycyjnie republikańskich mówią o zwycięstwach demokratów, a w stanach tradycyjnie demokratycznych o zwycięstwach republikanów.) Zmiana władzy w Kongresie nie oznacza jednak, że zmieni się rząd. Władza wykonawcza w USA należy w pełni do administracji prezydenckiej. Izba Reprezentantów ma przede wszystkim władzę budżetową - może utrudniać życie administracji, ale trudno sobie wyobrazić, by na przykład znacząco cięła wydatki wojskowe. Senat zatwierdza nominacje i traktaty międzynarodowe. Prezydent może natomiast zaczynać i prowadzić wojny bez zgody Kongresu, zlecać tajne operacje i sprawować władzę za pomocą rozporządzeń. W kwestiach międzynarodowych ma ogromną swobodę. Amerykańskie silniczki oraz eurocucki jarają się tym, że po zwycięstwie demokratów zostanie wszczęta procedura impeachmentu wobec prezydenta. Nie wiedzą, że impeachment to coś równie skutecznego jak Trybunał Stanu w III RP. W pierwszej kadencji poddano Trumpa tej procedurze dwukrotnie. I co? I g... Odwołanie prezydenta wymaga większości kwalifikowanej w Senacie. Nawet jeśli uda się odwołać Trumpa, to wówczas prezydentem zostanie J.D. Vance. Jeśli później odwołają Vance'a, to prezydentem zostanie koleś, którego on wcześniej wybierze na swojego wiceprezydenta. 

Irański reżim myślał, że podsycając kryzys naftowy doprowadzi do przegrania przez republikanów wyborów "połówkowych". Nie zastanowił się jednak, co te wybory rzeczywiście mogą zmienić. A mogli po prostu zawrzeć w kwietniu lub maju jakieś lipne porozumienie z USA, zyskać poluzowanie sankcji i po prostu poczekać do wyborów prezydenckich w 2028 r. A tak stracił swój największy atut - kontrolę nad Cieśniną Ormuz. Eksport ropy z rejonu Zatoki Perskiej sięgnął we wrześniu 16,5 mln baryłek dziennie.  Czyli wrócił niemal do poziomu sprzed wojny. Niemal, bo Iran jest jedynym krajem regionu, który ropy nie eksportuje - z powodu amerykańskiej blokady morskiej. 20 jego tankowców dryfuje sobie po azjatyckich wodach. Oczywiście, tranzyt naftowy przez Cieśninę Ormuz nie powrócił jeszcze do normalności. To niebezpieczna robota.  Choć Amerykanie zapewniają ochronę dla konwojów naftowych, to 1 na 20 statków może zostać zaatakowanych i trafionych. Przez Cieśninę Ormuz przepływają jednak już nawet gazowce z ładunkami LNG. Siły Kosmiczne USA ponoć zapewniły lasery, które zestrzeliwują irańskie drony. Zastosowano też systemy wykrywania ciepła, które lokalizują miejsca wystrzeliwania rakiet.

Gospodarka Iranu cierpi z powodu sankcji. Sprawiły one m.in., że w ciągu tygodnia ruch na międzynarodowym lotnisku w Teheranie spadł o 42 proc. Do sankcji przyłączają się nawet Turcja i Pakistan. (Ten drugi wysłał do Arabii Saudyjskiej 30 tys. - 40 tys. żołnierzy.)  Nawet radykalni przedstawiciele reżimu przyznają, że dotychczasowa "strategia oporu" zawiodła i są pesymistyczni, co do przyszłości republiki islamskiej.



Trump ponoć powiedział doradcom, że spodziewa się wznowienia bombardowań Iranu w listopadzie, po wyborach "połówkowych".  Ku Bliskiemu Wschodowi płynie lotniskowiec USS Theodore Roosevelt i dodatkowa grupa ekspedycyjna marines licząca 9 tys. - 10 tys. żołnierzy. Dopłyną tam w połowie listopada. Wówczas, na Morzu Arabskim mogą jednocześnie się znajdować trzy amerykańskie lotniskowce.  By uspokoić Saudyjczyków, Amerykanie wysłali im dwie baterie rakiet Patriot. To zapewne nie wystarczy, ale wygląda na to, że kroi się jakaś skoordynowana akcja wojskowa z udziałem państw regionu. Na początku września, w amerykańskiej bazie w Niemczech, dowódca CENTCOMu konferował z dowódcami sił zbrojnych: Izraela, Arabii Saudyjskiej, ZEA, Bahrajnu, Kataru, Kuwejtu, Jordanii oraz Egiptu. Ponoć planowana jest m.in. duża ofensywa przeciwko Hutim. W międzyczasie Netanjahu wraz z szefem Mossadu odwiedził przywódcę ZEA w Dubaju.

Później grupa jakiś czarno-brązowych jełopów próbowała dokonać zamachu na bazę bombowców strategicznych Fairford w Wielkiej Brytanii. Jakiś lokalny, wiejski rasista zauważył ich jednak jak kręcili się po krzakach i zadzwonił na policję. Terrorystycznych brownoidów-jełopów wolny brytyjski sąd wypuścił następnie za kaucją.

Później omański pilot próbował porwać i rozbić samolot linii FlyDubai lecący z Dubaju do Tel Avivu. Dzięki bohaterstwu innego pilota oraz kilku pasażerów, udało się uniknąć tragedii. Ponoć Mosad zaniedbał wcześniejsze sprawdzenie omańskiego pilota... Omańskie linie lotnicze wcześniej odmówiły zatrudnienia tego pilota, ze względu na jego jawnie ekstremistyczne poglądy.

Tymczasem trwa nacisk na komunistyczną Kubę. Wyciekły dokumenty pokazujące, że SOUTHCOM szuka rezerwistów do służby policyjnej, medycznej i innych ról pomocniczych na tej wyspie w nadchodzących czterech miesiącach. Zobaczymy też wkrótce, jak potoczą się wybory w Brazylii. Bez pieniędzy z USAID i z kartelami narkotykowymi pod presją, lewicowym kandydatom w Ameryce Łacińskiej coś kiepsko szło w ostatnich kilkunastu miesiącach... Niektórzy nawet żartują, że bez pieniędzy z USAID ustały huragany w Zatoce Ameryki/Meksykańskiej.

Z sukcesem dla USA zakończyła się też niedawno sprawa Grenlandii - zawarciem bezterminowego porozumienia USA, Danii oraz lokalnego rządu grenlandzkiego, które zadowala wszystkie strony, a wyłącza Chiny oraz Rosję z inwestycji na tym terytorium. A różne Micki i Kamizele chcieli tam wysyłać polskich żołnierzy do obrony przed wrażą, rasistowską Ameryką... Odnosi się do nich powiedzenie Karola Zbyszewskiego: "I jak pan teraz wygląda? Jak ch... wielbłąda!".

Po drodze mieliśmy wizytę Xi Jinpinga w Waszyngtonie, podczas której przedłużono rozejm supermocarstw. Ponoć Xi - obserwując wojny na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie - uznał, że Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza nie jest gotowa do przeprowadzenia inwazji na Tajwan. Chce więc poczekać na wynik tajwańskich wyborów w 2028 r. Przy okazji wyszło na jaw, że Xi miał jakieś problemy ze zdrowiem - na co wskazywały żądania Chińczyków dotyczące organizacji szczytu. Miał mu zostać udostępniony specjalny pokój do odpoczynku między spotkaniami.

Ukry ostatnio pokazały - w ramach operacji "Vivaldi", że manewr czołgowy wciąż jest możliwy do przeprowadzenia. W ramach tej operacji zrzucili też za linią frontu uzbrojone roboty, które zabiły mnóstwo Ruskich. Rosyjskie sołdaty uciekając porzuciły w błocie relikwie księcia Dymitra Dońskiego, czyli kolesia, który wsławił się biorąc udział w mongolskiej wojnie domowej i dostał od chana podziękowania za pokonanie buntownika w bitwie na Kulikowym Polu. Ruskie miały nieszczęście walczyć przeciwko Azowowi, który wziął sporo jeńców. Sołdaty w atakowanych odcinkach były już i tak zdemoralizowane z powodu fatalnych warunków okopowych i niewielkich dostaw żywności. Rosyjskie siły rakietowo-dronowe natomiast chyba trochę lepiej się przygotowały na jesienno-zimową kampanię bombardowań Ukrainy.  Każda godzina alarmu lotniczego kosztuje gospodarkę ukraińską 45 mln USD.  Tymczasem, rosyjski Tu-95, który wystrzelił rakietę, która niedawno spadła na Lubelszczyźnie (a miała dolecieć do zakładów Mesko w Kraśniku) rozbił się na rosyjskim Dalekim Wschodzie...

To chyba jednak cud, że państwo ukraińskie nadal istnieje, bo ekipa Zełenskiego wraz z walczącymi ze sobą frakcjami w służbach specjalnych mocno ciągnie je w dół - o czym barwnie pisze Maciek w Zapiskach Czynionych po Drodze. Ostatnio ukrakowa "dyplomacja" wkurwiła Koreańczyków. Ukry ujawniły bowiem tajną operacją prowadzoną wspólnie z seulskimi służbami polegającą na przekazywaniu Koreańczykom z Południa północnokoreańskich jeńców. Lewicowy południowokoreański prezydent Lee Myung-bak opowiada się akurat za próbami normalizacji relacji z Pyongyangiem, więc te ukrackie rewelacje zaszkodziły jego polityce. Zażądał od "little fuckera" Zełenskiego oficjalnych przeprosin. Ukraki przeprosiły w swoim stylu, czyli uruchamiając armię internetowych idiotów, zarzucającym Koreańczykom m.in.... masakrę nankińską. Zaczęli też nazywać Koreę Południową "Polską Azji", co Koreańczykom bardzo się spodobało i sprowokowało wysyp memów poświęconych przyjaźni polsko-koreańskiej. Co mnie oczywiście cieszy jako orędownika rozwijania relacji Polski z Dalekim Wschodem. Teraz Koreańczycy się śmieją, że Ukraki nie dostaną ich nowoczesnych systemów antydronowych...




Europa żyje groźbą w postaci działań rosyjskich sabotażystów. Problem jednak w tym, że Europa - m.in. w wyniku polityki Angeli "Stasi" Merkel - nawpuszczała do siebie i wyhodowała w kolejnych pokoleniach miliony sabotażystów, którzy niszczą jej cywilizację od środka. Dowody na to mamy choćby we Francji, gdzie "młodzi ludzie protestują, domagając się lepszej edukacji". Protesty te polegają na paleniu szkół i samochodów strażackich, a także na ogólnym polowaniu na białych ludzi. Wszystko to oczywiście pod algierskimi i palestyńskimi flagami. (Można przyjąć, że palestyńska flaga jest na Zachodzie symbolem zjebanych, agresywnych lewackich i brązowych ekstremistów.)  Do zamieszek przyłączył się nawet czarnoskóry, skrajnie lewicowy burmistrz jednej z podparyskich miejscowości. Gdybym był Francuzem, głosowałbym na tego, kto obieca ich deportacje do Strefy Gazy - w zamkniętych kontenerach, rozgrzanych od śródziemnomorskiego Słońca, z kilkoma przestrzelinami, by się tam wszyscy nie podusili. A jak już dotrą na miejsce, niech się nimi zajmą Izraelczycy... Baj de łej: gdyby ta dzicz robiła coś podobnego w większości krajów muzułmańskich, to tamtejsza policja, by po prostu do nich strzelała ostrą amunicją, a tych, którzy by przeżyli masakrę wpakowano by do naprawdę ciężkich więzień, gdzie czekałyby ich tortury, głód i żywot cwela. Dlatego w Dubaju mogą mieć ładne rzeczy, a w Paryżu nie.

Drobna dygresja: Po obaleniu reżimu Assada ustał napływ uchodźców z Syrii. Kryzysu imigracyjnego z 2014 r. dałoby się więc uniknąć, gdyby zachodnie mocarstwa zbombardowały w 2012 r. assadowskie wojska. Niestety przeciwko tym bombardowaniom działało wówczas potężne lobby. Upadku Assada nie chciał przede wszystkim Izrael - który dogadywał się w tej sprawie z Rosją - oraz administracja Obamy. Polecam zapoznać się z wypowiedziami izraelskich, amerykańskich i brytyjskich oficjeli na ten temat, zebranych przez konto x-owe Xumas.  Przy okazji ów OSINT-owiec zebrał sporo wypowiedzi irańskich reżimowych decydentów wyraźnie przyznających, że Iran pomógł USA w obaleniu rządów Talibów w Afganistanie oraz w zniszczeniu saddamowskiego Iraku. Po raz kolejny okazuje się więc, że proassadowskie, niebinarne płciowo aktywiszcza z Fucklangi, to szebes goje...

W Stanach Zjednoczonych też są niestety oznaki zjebania społecznego. Przykładem na to sprawa egzekucji Christy Pike. 31 lat temu porwała ona, torturowała (wraz z jakimiś Murzynami) koleżankę z klasy. Wycięła jej na ciele satanistyczny symbol, rozstrzaskała czaszkę i wzięła sobie kawałek tej czaszki na pamiątkę. Była sadystyczną morderczynią bez szans na resocjalizację, co udowodniła próbując zabić w więzieniu inną więźniarkę. Pike poprosiła, by jej egzekucję przeprowadziła w całości kobieca ekipa od śmiertelnych zastrzyków. Ta ekipa DEI ową egzekucję spieprzyła. Głupia satanistyczna sucz trafiła więc pod respirator w stanie krytycznym. Nie rozumiem, czemu udzielono jej pomocy medycznej, zamiast wstrzyknąć jej jeszcze mocniejszą dawkę trucizny lub pęcherzyk powietrza. Głupie libki się jednak nad nią litują. 

Równolegle wybuchła w USA gównoburza wokół rzekomego gwałtu w domu jednego z bractw na Uniwersytecie Cornella. Dziewczyna miała tam zostać odurzona i zgwałcona przez siedmiu kolesi - których tożsamość ujawniono. Problem jednak w tym, że po rzekomym gwałcie zeznała ona policji, że seks był w pełni dobrowolny i całkowicie dobrowolnie również ćpała. Dwa lata później zmieniła zdanie i uznała, że to był jednak gwałt, bo zrobiło się jej przykro, że nie została zaproszona na przyjęcie haloweenowe, bo koleżanki uznają ją za dziwkę. Teraz jest ona tłumaczona, że wzięła udział w gangangu, bo podobał jej się jeden z jego uczestników, a wyraziła zgodę na kolejną rundkę seksu zbiorowego, bo "po gwałcie zapadła na hiperseksualność". Jeden z internetowych rasistów zauważył, że jedyną różnicą między tą dziewczyną z Cornella a Bonnie Blue, jest to, że ta pierwsza nie zmonetyzowała swojego gangbangu.

Przy okazji wyszło na to, że Candance Owens miała cztery konta na lesbijskich portalach randkowych i zdradzała swojego męża z kobietami. Ktoś zażartował, że twierdząc, że żona Macrona ma penisa, ona po prostu liczyła, że wyłudzi jej nagie zdjęcia... Mówiąc jednak poważnie: to i jej powiązania biznesowe to kolejne poszlaki wskazujące, że to prowokatorka służb, która w pewnym momencie została przez nie kupiona.

Ciekawą obserwację miała natomiast Klaudia Krynicka:


"Brauniary - w większości to skrajne feministki, do tego najbardziej zawistne, maniakalne, agresywne, histeryczne, teatralnie pruderyjne, przerażająco wścibskie, nienawidzące mężczyzn kreatury. Często będąc blisko lub po 30-stce są nadal bezdzietnie, pogubione i sfrustrowane. Nie znoszą moich treści, bo nie znoszą czytać prawdy o sobie. Według nich o kobietach należy mówić albo dobrze, albo wcale. Najwięcej wyzwisk i bluzgów dostaję od nich, nie od lewaczek. To kobiety, które w imię własnego egoizmu robią z męża pantofla, a kiedy przyjdzie rozwód i podział majątku, bez większych skrupułów rozjeżdżają go w sądzie - wszystko oczywiście pod płaszczykiem miłości do „tradycyjnej rodziny, wartości, ojczyzny i Boga”. Brauniary liczą na to, że wystarczy nie popierać aborcji i pojawiać się w niedzielę w kościele, żeby automatycznie uznawać je za ultrakonserwatywne i z definicji antyfeministyczne. Nic bardziej mylnego, nie dajcie się nabrać. Dlatego też nie jestem w stanie przełknąć projektu Korwin - Braun. Skala utajonych feministek popierających Brauna jest po prostu zbyt odpychająca. "

***

A za tydzień może odcinek serii Sny. Obrazek poniżej odnosi się do jego fabuły.


Pamiętajcie też o blogu z recenzjami i książce Waszego Ulubionego Autora.




sobota, 19 września 2026

Xi zachorował?

 


12 września, chiński przywódca Xi Jinping niespodziewanie nie pojawił się na uroczystej kolacji podczas szczytu BRICS w Indiach. Zastąpił go wicepremier Wang Yi, a nieobecność Xi została wytłumaczona "zmęczeniem podróżą". Następnego dnia, Xi uczestniczył w obradach szczytu. Wieczorem niepewnym krokiem wchodził po schodach do samolotu.  Szybko pojawiły się plotki mówiące, że niedyspozycja Xi była poważniejsza. Miał on doznać jakiegoś "udaru" i trafić do wojskowego szpitala nr. 301 w Pekinie. Chciano za wszelką cenę uniknąć udziału w tej sprawie indyjskich lekarzy. Po niedyspozycji z dnia 12 września podano więc Xi leki, pozwalające mu chwilowo stanąć na nogi, a terapię kontynuowano w szpitalu nr. 301. Nie było więc ceremonii powitalnej na lotnisku w Pekinie.  Rzekomo zdiagnozowano u niego "transient ischemic attack", czyli "mini-udar". Ponoć postawiono wojsko w stan gotowości, a funkcjonariuszy wywiadu nagle zaczęto ściągać z zagranicy.  Pojawiły się nawet fantastyczne plotki o wypuszczeniu z więzienia Bo Xilaia i byłego szefa MSW Zhou Yongkanga  - dwóch największych wrogów Xi. To oczywiście niepotwierdzone spekulacje - typowe dla krajów o takim modelu władzy. Mogą one być wrzutkami wrogiej frakcji w chińskich służbach specjalnych. Samo jednak pojawienie się takiej frakcji byłoby sprawą bardzo poważną, świadczącą o słabnięciu pozycji przywódcy. Pewne poszlaki wskazują, że 73-letni Xi Jinping rzeczywiście mógł odczuwać podczas szczytu BRICS jakieś dolegliwości zdrowotne.  Źródła wskazują, że rzeczywiście doszło na szczycie BRICS do krótkiego epizodu "paniki medycznej" a służby były gotowe do ewakuacji Xi do Pekinu, ale skończyło się jedynie na strachu.

W jakiej kondycji jest Xi przekonamy się w czwartek, podczas jego wizyty w Waszyngtonie.

Co ciekawe, podczas szczytu BRICS, poważnie zachorował prezydent RPA Cyril Ramaphosa. Tak poważnie, że odwołano na wiele dni wszelkie jego wystąpienia publiczne. Nie ujawniono jednak, na co on zachorował, a pojawiły się plotki o "mini-udarze". 

Dwóch prezydentów krajów BRICS na jednym szczycie nagle zapada na dziwną chorobę? To jakiś nowy "syndrom hawański", czy co? A może - jak zasugerowało PsyopAnime - zaszkodziło im indyjskie jedzenie?




 


 ***

Nieco wcześniej doszło do niezłego zwrotu akcji w Jemenie. W czasie gdy trwała ofensywa armii rządowej na jemeńską stolicę, Huti przeprowadzili własną ofensywę ku wybrzeżu. Okazało się, że jemeńscy sojusznicy Saudyjczyków napompowali wcześniej swoje bataliony, fikcyjnie wciągając na żołd krewnych i znajomych. Gdy doszło do walki, porzucali sprzęt. Saudyjczycy bombardowali ich na pół gwizdka. Amerykanie odmówili bombardowań i zaczęli negocjacje z Hutimi, którzy zapewnili, że nie będą już atakować statków cywilnych. Jednocześnie CENTCOM zapewnił arabskie monarchie, że się nie wycofuje z regionu, a Saudyjczycy poprosili Chiny, by utemperowały zachowanie Hutich, a jednocześnie sondowali Izrael, czy sam by nie uderzył w tych narkomanów. Nikt nie wpadł na to, by im spalić lub skazić pola katu.

***

Na urlopie byłem przez tydzień na Teneryfie. Polecam tam szczególnie: muzeum Thora Hayerdhala i "piramidy" w Guimar (moim zdaniem początkowo będące tworem Guanczów, a po kilkuset latach degradacji, odnowione w XIX w. do celów rolniczych) - daje dużo do myślenia w kwestii starożytnych cywilizacji, zniszczonych przez kataklizmy. (Guanczowie ten kataklizm przetrwali dlatego, że Teneryfa jest terenem górzystym, z wulkanem Teide mającym 3715 m. n.p.m.) Ponadto warto zobaczyć mumie Guanczów w muzeum w Santa Cruz de Tenerife oraz miejscowe muzeum wojskowe (dużo ciekawego sprzętu), a także miasteczko La Laguna. Miłośnicy nieziemskich widoczków mogą się się wybrać do parku narodowego Teide. 



















***

A Niklot zorganizował spotkanie z Waszym Ulubionym Autorem:




A później także z polskim ochotnikiem walczącym na Ukrainie przeciwko Rassiji:




czwartek, 27 sierpnia 2026

Ostrzeżenie dla Rassiji

 


Wizyta dyrektora CIA Johna Ratcliffa w Moskwie była bez wątpienia newsem tego tygodnia.

Oto bowiem szef amerykańskiej agencji wywiadowczej przyleciał do Moskwy z Rygi na pokładzie Boeinga C-17 Globemastera. 



To była pierwsza taka wizyta od 2021 r., czyli od momentu gdy bidenowski szef CIA William Burns pojechał na Kreml, by powiedzieć Putinowi, że USA znają jego plany inwazji na Ukrainę i by nie robił żadnych głupot. Putin wówczas nie posłuchał dobrej rady i wpieprzył się w wojnę, która go wiele kosztuje.

Według Politico i WSJ, Ratcliffe również przyleciał do Moskwy z ostrzeżeniem, by Ruscy nie robili żadnych głupot. Tymi głupotami miały być zbrojne działania przeciwko państwom wschodniej flanki NATO, a w szczególności przeciwko Litwie, Łotwie i Estonii.



W lipcu pojawił się przeciek, że administracja Trumpa ostrzegła prezydenta Nawrockiego o tym, że Rosja planuje prowokację zbrojną przeciwko Polsce.

Pojawiły się również przecieki mówiące, że kremlowscy decydenci rozważają użycie taktycznej broni jądrowej na Ukrainie, co ma wywoływać obawy części rosyjskiego establiszmentu.

Równolegle do wizyty szefa CIA, w Moskwie odbywała się wizyta papieskiego wysłannika, abpa Paula Gallaghera, który w lipcu przez sześć dni przebywał na Ukrainie.

Akurat podczas wizyty Ratcliffa w Moskwie, nad USA było w powietrzu aż pięć samolotów "Dnia Sądu Ostatecznego", czyli maszyn dowództwa nuklearnego. W ostatnich dniach mieliśmy też intensyfikację natowskich operacji lotniczych wokół Obwodu Królewieckiego. Pojawiły się w jego pobliżu - i Przesmyku Suwalskiego - m.in. rozpoznawcze samoloty brytyjskie.  Rosyjska armia na falach krótkich wysłała natomiast radiogram o dużej ważności. Tymczasem Baćkoszenka zarządził swojemu wojsku podwyższoną gotowość bojową.

Pojawiła się też wrzutka mówiąca, że polskie czołgi zostały wysłane nad granicę z Obwodem Królewieckim. Z tego powodu Polska pojawiła się w PsyOp Anime :) To były koreańskie czołgi K2, które trafiły do 16. Dywizji Zmechanizowanej, zgodnie z zamówieniem złożonym jeszcze przez Błaszczaka...





***

Człowiek wybiera się na krótki krajowy wypad, a tu umiera Ratko Mladić...

A wcześniej - między wyjazdami -  to samo spotyka łysego, sowieciarskiego, peerelowskiego gejnerała, który mówił Polaczkom, że "amerykańska baza sprowadzi na nich zagrożenie", Abramsy nie wzmocnią ich bezpieczeństwa, a F-35 to zły samolot.

 We wrześniu jeszcze będą czekały mnie wyjazdy.

Przypominam też o spotkaniu z Waszym Ulubionym Autorem: 

4 września (piątek), godz. 18, Warszawa, ul. Władysława Skoczylasa 10/12, lok. 81 (wejście przez kawiarnię). Można będzie zdobyć autograf.

piątek, 21 sierpnia 2026

Operacja WTF?! + Krótkie berlińskie impresje



 Jeśli wydawało się Wam, że wojna amerykańsko-irańska stała się już krańcowo dziwna, to byliście w ciężkim błędzie, bo ona stała się jeszcze dziwniejsza...

Tulsi Gabbard (waifu Repetowicza :) zorganizowała bowiem tajny kanał negocjacyjny z dowództwem Korpusu Strażników Rewolucji - w tym z Vahidim. Pośrednikiem w tych rozmowach był Nechirvan Barzani, prezydent irackiego Kurdystanu.  Oficjalnie, rozmowy spełzły na niczym, ALE...

Gdy sprawa wyszła na jaw, Korpus Strażników Rewolucji próbował zabić Barzaniego oraz jego szefa wywiadu za pomocą ataku dronowego. Irańczycy zrobili coś takiego, choć Barzani jest ich bliskim sojusznikiem! To przecież Kurdowie storpedowali operację zmianę reżimu w Iranie (kradnąc broń i Starlinki przeznaczone dla opozycji) i to dzięki nim Korpus Strażników Rewolucji nadal rządzi w Teheranie, a USA ugrzęzły w wojnie. Skąd więc ta czarna niewdzięczność?

Z przecieków wynika, że Vahidi na poważnie prosił Amerykanów, by pomogli mu umocnić władzę i wyeliminowali jego wewnętrznych rywali!

Trump zmarnował kilka miesięcy na negocjacje z Iranem, które doprowadziły donikąd. Jednocześnie, działania takie jak wycofywanie floty tankowców powietrznych z Rumunii, wyraźnie wskazują, że nie chce on mocniej angażować się w tę wojnę przed wyborami "połówkowymi" do Kongresu. Ma być zachowana blokada morska Iranu (utrudniona logistycznie z powodu wcześniejszych irańskich uderzeń w Bahrajn i inne bazy w Zatoce Perskiej) oraz mają być zaostrzone sankcje. Ponoć irański reżim dużo bardziej boi się amerykańskiego sekretarza skarbu, niż sekretarza wojny. Iran - będąc dużym producentem ropy - odczuwa na rynku wewnętrznym niedobór paliw na stacjach benzynowych. Reżim obawia się kolejnej fali protestów społecznych. 

Co decydenci z Teheranu robią w takiej sytuacji? Otwarcie dyskutują plan inwazji na Kuwejt i Bahrajn oraz zajęcia tamtejszych amerykańskich baz! Słyszą oni doniesienia medialne o tym, że Amerykanie mocno zużyli pociski do Patriotów i Tomahawki, ale zapominają, że mają oni nadal sporo konwencjonalnej amunicji lotniczej. Amerykańskie lotnictwo wciąż bezkarnie lata nad Zatoką Perską, Cieśniną Ormuz oraz południowym Iranem! Szmatogłowi Houthi dostają zaś obecnie wpierdol od oficjalnego rządu Jemenu, wspieranego przez Arabię Saudyjską. Wojska rządowe prowadzą ofensywę dronową, zabijając po 200 Houtich dziennie.  Lądowa irańska inwazja na Kuwejt byłaby czystym szaleństwem i skończyłaby się jeszcze szybszą masakrą najeźdźców niż w 1991 r. 

Tymczasem pojawiają się przecieki mówiące, że USA rozważają użycie taktycznej broni jądrowej przeciwko Iranowi. Tak twierdzi choćby promoskiewska była kongreswoman Marjorie Taylor Green. Jej twierdzenia są jednak tym razem oparte na faktach. Rzeczywiście omawiane jest bowiem od kwietnia użycie dwóch taktycznych głowic nuklearnych przeciwko podziemnemu kompleksowi jądrowemu znanemu jako Góra Pickaxe.   Można by w ten sposób również uderzyć w podziemne irańskie "miasta rakietowe". Decyzja w tej sprawie jednak jeszcze nie zapadła.

(W 2010 r. niejaki Bill Ryan, twierdził, że od przedstawiciela "elit" dowiedział się, że Chiny "złapią grypę", a wypuszczony z laboratorium wirus dotrze na Zachód i doprowadzi do wprowadzenia lockdownów przez wszystkie rządy. Później miało dojść do wojny nuklearnej, a potem do "cyklicznego zdarzenia geofizycznego" resetującego cywilizację. Po pretekstem wojny miało dojść do przemieszczenia się "elit" do podziemnych baz, na które wydano "biliony dolarów". Ale to chyba tylko takie gadanie foliarza?)

Osobiście nie sądzę, by doszło do eskalacji przed wyborami "połówkowymi" w USA. Trump wyraźnie postawił na niszczenie ekonomiczne Iranu. Abdolnaser Hemmati, prezes irańskiego banku centralnego, przyznał w państwowej telewizji, że Iran przestał eksportować ropę. Stwierdził on, że kraj wszedł w ekonomiczną spiralę śmierci: załamały się przychody ze sprzedaży ropy, z podatków i ze składek.  Ghalibaf stwierdził natomiast, że "Nie ważne jak silną mamy armię, jeśli ludzie są głodni a my nie mamy cyrkulacji finansowej, wzrostu gospodarczego i produkcji krajowej, to nie wytrzymamy."

Sankcje finansowe i blokada morska mają siłę większą od bomby atomowej. 

Tymczasem, okazało się, że Amerykanie po cichu eskortowali przez omański korytarz w Cieśninie Ormuz tankowce przewożące nawet 10 mln baryłek ropy dziennie. 80 procent ruchu morskiego w Cieśninie szło omańskim korytarzem. Iran stracił więc kontrolę nad Cieśniną Ormuz - zachował możliwość atakowania od czasu do czasu statków cywilnych, ale nie jest w stanie zatrzymać tam tranzytu, ani poważnie zagrozić zbrojnej amerykańskiej eskorcie. Według irańskich źródeł, Amerykanie zaczęli nawet poszerzać ten korytarz, usuwając skały zagrażające żegludze.

Logika przemawia więc za tym, by Iran porozumiał się z USA. I to szybko. Tyle, że irański reżim kieruje się swoją, szyicką logiką.

***

W zeszłym tygodniu, na krótko wpadłem z kolegami do Berlina. Zwiedzaliśmy m.in. twierdzę Spandau, muzeum lotnictwa wojskowego na lotnisku Gatow i Flakturm - czyli ruiny ogromnej wieży przeciwlotniczej.
























Pomijając te wojenne i zimnowojenne pozostałości, Berlin (nie licząc ścisłego centrum, które trochę zwiedziłem dwa lata temu) sprawia wrażenie reliktu upadającej cywilizacji. Zwłaszcza Berlin Wschodni. Powinni tam zawozić różnych "oberschlesierów" na wycieczki, by zobaczyli ten syf na ulicach. Widać tam, jaka jest dominująca demografia. Znaleźliśmy jednak klimatyczny bar, w którym chyba niewiele się zmieniło od 50 lat. Byli tam sami biali. Niemcy zaczęli mi przypominać Afrykanerów - gatunek żyjący w mniejszości na swoim terytorium. A nasze libtardy tak zakochane we wszystkich głupotach, które oni robili i robią... A koledzy z Niemiec mogli sobie później porównać Berlin z Warszawą (i Świebodzinem :), obejrzeć z bardzo bliska paradę na 15 sierpnia, a następnego dnia rekonstrukcję w Ossowie. 

***
Za tydzień będę znów w rozjazdach, ale może (jak będę miał czas)  przygotuję wcześniej odcinek serii Sny :)

Tak mnie widzi Grok:



Spotkanie z Waszym Ulubionym Autorem, dotyczące jego książki "Tajne pieniądze nazistów" odbędzie się 4 września (piątek) o godzinie 18.00 w Warszawie, przy Skoczylasa 10/12 (to koło placu Hallera).




sobota, 1 sierpnia 2026

Czy Wolę dało się uratować w 1944 roku?

 


Powstanie Warszawskie miało jak najbardziej szansę na zwycięstwo. Warszawa jednak została zburzona dlatego, że kompletny kretyn Mikołajczyk wypaplał Mołotowowi w Moskwie, że w Warszawie AK szykuje zryw. Stalin już 1 sierpnia nad ranem kazał więc zatrzymać natarcie na najważniejszym odcinku frontu wschodniego. Oczywiście później, sowiecka propaganda - a za nią różni moskalofile - wskazywała, że Armia Czerwona "nie była w stanie dojść do Warszawy" ( choć była już w Międzeszynie) bo przegrała "ogromną bitwę pancerną" pod Radzyminem, gdzie straciła kilkanaście czołgów. Moskalofile całkowicie pomijają to, że jeszcze przed wybuchem Powstania przeprawiła się przez Wisłę, na przyczółek warecko-magnuszewski 8 Armia Gwardyjska gen. Czujkowa. Mogła łatwo przeciąć linie komunikacyjne Niemców pod Warszawą - okrążając stolicę od południa i zachodu, tak jak w styczniu 1945 r.  Niemcy zorientowali się o tym niebezpieczeństwie dopiero po kilku dniach i dopiero wtedy zaczęli w panice przerzucać siły pancerne - okrężną drogą spod Radzymina przez Modlin - pod Magnuszew. Jeśli mi nie wierzycie, to zajrzyjcie do klasycznej pracy "Powstanie Warszawskie" Jerzego Kirchmayera. 



Ów przedwrześniowy oficer, wchodzący w skład Oddziału III KG AK, generał brygady LWP represjonowany w czasach stalinowskich, zamieścił te fakty niszczące oficjalną narrację w swojej książce w sposób bardzo inteligentny - w przypisach! Przyznał w nich m.in,, że wywiad AK szybko - szybciej niż Niemcy - zorientował się w tym, że Sowieci utworzyli przyczółek. Kilka dni wcześniej, decydenci z KG AK jednogłośnie uznali, że warunkiem militarnym wybuchu powstania będzie ruszenie sowieckiej ofensywy z tego spodziewanego przyczółku. Ofensywa miała ruszyć. Rokossowski chciał zdobyć Warszawę w pierwszych dniach sierpnia. Tylko Stalin mu zakazał.

Odsyłam choćby do artykułu Waszego Ulubionego Autora. (Przypominam też jego artykuł o szansach na dużo większe lotnicze wsparcie dla Powstania.) 

Problemem było nie to, że planowano wywołać powstanie w Warszawie, ale to, że wywołano je PRZEDWCZEŚNIE.



Odpowiedzialnymi za PRZEDWCZESNE rozpoczęcie Bitwy o Warszawę byli: Chruściel z Rzepeckim, którzy wspólnie spiskowali i dezinformowali Bora-Komorowskiego w kwestii postępów sił sowieckich. Robili to, bo chcieli skoordynować wybuch Powstania z wizytą Mikołajczyka w Moskwie. Obaj byli zwolennikami Mikołajczyka, darzącymi niechęcią sanację.

Względy polityczne przesądziły też o zmianie miejsca stacjonowania KG AK w pierwszych dniach Powstania. Początkowo planowano, że będzie ono na Mokotowie, w jednej z tamtejszych willi. Na miejscu były przygotowane cztery radiostacje. Sprawdzono ich działanie. Bronić dowództwa miał pułk "Baszta" wraz z oddziałami Kedywu. Na kilka dni przed Powstaniem zdecydowano się przenieść jednak kwaterę główną do Fabryki Kammlera na Woli. Trzeba było tam szybko dostarczyć środki łączności. Już na miejscu okazało się, że radiostacja źle działa w tym fabrycznym otoczeniu - zakłócenia były zbyt duże. 1 sierpnia, jeszcze przed godziną "W" doszło do przypadkowego starcia z Niemcami pod tą fabryką. Dowództwo AK było bezpośrednio zagrożone, ale na odsiecz szli mu żołnierze batalionu "Miotła". Miejsce zbiórki sił Kedywu przesunięto z Mokotowa na Wolę, co bardzo mocno wpłynęło później na przebieg Powstania.

Dlaczego zdecydowano się na taką przeprowadzkę Komendy Głównej? Dlatego, że spodziewano się, że po wejściu Sowietów do Warszawy i braku porozumienia politycznego z nimi, KG AK będzie się przed nimi broniła w zabudowaniach Fabryki Kammlera. Willa na Mokotowie słabo się zaś nadawała na miejsce takiego "Alamo".

KG AK zdołała wysłać do Londynu i sił w kraju meldunki o wybuchu Powstania dopiero następnego dnia. 1 sierpnia wieczorem "Monter" Chruściel obserwując z dachu dymy, łuny pożarów i nasłuchując odgłosów strzelaniny w Warszawie był zadowolony. Widział też bowiem polskie flagi wywieszane w różnych punktach miasta. W tej chwili nie miał technicznych możliwości dowodzenia walką. Nie obchodziło go, czy punkty X, Y i budynek Z zostały zdobyte przez powstańców. W obliczu rychłego wejścia Sowietów do miasta, to nie miało znaczenie. Ważne, że w mieście doszło do rewolucji, w trakcie której Polacy sami wyzwolili jego część i ustanowili swoje władze. Ważne, że doszło do chaosu. 

Czemu sądzę, że to właśnie on myślał? Bo taką teorię postawił inny historyk Powstania Antoni Przygoński. Był on komunistą: dyplomatą i partyjnym historykiem. W 1980 r. wyszła jego dwutomowa monografia "Powstanie Warszawskie w sierpniu 1944 roku". Z jakiegoś powodu została ona przetrzymana przez 10 lat przez cenzurę. Mimo, że Przygoński wyraźnie obsadzał dowództwo AK oraz jego politycznych zwierzchników w roli tych złych, "nieodpowiedzialnych". Jeśli jednak z jego dzieła przefiltruje się komunistyczną narrację, to otrzyma się bardzo solidną monografię. Przygoński zwrócił bowiem uwagę na szczegóły pomijane przez innych historyków.

Z książki Przygońskiego można się więc dowiedzieć, że "Monter" nie chciał, by budowano barykady na głównych trasach przelotowych miasta - w Alejach Jerozolimskich i na ulicy Wolskiej. Uważał bowiem, że te drogi należy zostawić wolne, tak by Niemcy mogli się szybko wycofać w chwili sowieckiego natarcia. To oczywiście miałoby sens, gdyby Sowieci kontynuowali ofensywę, zgodnie z wcześniejszymi planami Rokosowskiego. Niemcy w ciągu kilku dni ściągnęli jednak siły do pacyfikacji miasta, a te  arterie stanowiły dla nich niemal otwarte drzwi. Niemal, bo zaczęto je spontanicznie grodzić barykadami. W Alejach Jerozolimskich spełniły one swoją rolę - wraz z opanowanym Dworcem Pocztowym - niemal blokując tę trasę. (Wcześniej natarcie idące Grójecką w Aleje przyblokowały dwie powstańcze reduty na Ochocie - Barska i Wawelska.) Na Woli, barykady na głównych arteriach były obsadzone słabiej - broniły ich lokalne siły AK (słabo uzbrojone, o niepełnych stanach i skrwawione po pierwszym boju), wspólnie z OW PPS (podporządkowanymi AK) oraz lokalnym oddziałem AL (którego część stanowili akowcy, którzy tam wcześniej przeszli w dziwnych okolicznościach). 



W pobliżu stało jednak duże, elitarne zgrupowanie Kedywu. Bataliony "Zośka", "Parasol", "Miotła", "Pięść", "Czata" - Zgrupowanie "Radosław". Stało ono jednak na północ od głównej linii niemieckiego ataku, w rejonie cmentarzy protestanckich i blisko KG AK. To były siły stanowczo zbyt duże jak na ochronę dowództwa. Wsławiły się one w następnych dniach w walkach na Woli - m.in. zdobywając dwie Pantery i wyzwalając Gęsiówkę (KL-Warschau). Nie blokowały one jednak wroga wzdłuż głównej osi natarcia. Dlaczego je więc tam ustawiono?

Przygoński wyraźnie wskazywał, że chodziło o możliwość stawienia przez te siły oporu Sowietom lub realizację scenariusza przewidującego uratowanie przez Sowietami najlepszych sił warszawskiej AK poprzez wyprowadzenie ich do Kampinosu. Wariant z wyjściem Zgrupowania Radosław do Kampinosu był wielokrotnie omawiany podczas walk na Woli i Muranowie, a wracano do niego przed ewakuacją Starówki. Wówczas ustawienie sił Kedywu w tym miejscu, bliżej Powązek, miało jak najbardziej sens. Za Powązkami zaczynały się już tereny podmiejskie, przez które polskie oddziały mogły w ciągu sierpnia dosyć swobodnie przemieszczać się w nocy.

Główne uderzenie niemieckie poszło jednak ulicą Chłodną. Prowadziły je osławione oddziały Dirlewangera, a przeciwko sobie miały - oprócz wspomnianych wyżej lokalnych sił wolskich - oddziały Gustawa Bilewicza "Sosny" (również dosyć słabe). Natarcie szło w stronę Pałacu Saskiego, gdzie była niemiecka komendatura Warszawy (odcięta od reszty miasta). W większości książek owo natarcie jest źle datowane. Przygoński szczegółowo je jednak odtworzył, pisząc o ciężkich walkach, w których nasze siły próbowały je powstrzymać. Choć dużą rolę odegrał w nich oddział AL z Woli - nie specjalnie je upamiętniano w PRL i niemal zupełnie nie pamięta się o nich obecnie. Nasze siły zostały zepchnięte na Starówkę, którą uderzenie Dirlewangera odcięło od Śródmieścia Północnego. Dalsze niemieckie natarcia zostały jednak zablokowane przez Batalion "Nałęcz"  z Korpusu Bezpieczeństwa, broniący m.in. Reduty Kanoniczek, Pałacu Jabłonowskich i Pałacu Radziwiłów. Gdyby jednak na drodze niemieckiego natarcia stanęło 5 i 6 sierpnia Zgrupowanie "Radosław", Niemcom nie udałoby się wówczas przebić do Placu Saskiego. Ich postępy opóźniłyby się być może o tydzień - jeśli nie dłużej. Wolskie oddziały kapitana "Hala", zepchnięte do Śródmiejskiej Dzielnicy Przemysłowej (obecnie stanowiącej część dzielnicy Wola) broniły się przecież twardo na tym terenie aż do kapitulacji Powstania. Niemiecka komendantura miasta mogła po tygodniu skapitulować z głodu lub próbować desperacko się przebić...



Czy dało się jednak zapobiec rzezi Woli? Byłoby to niezwykle trudne, nawet przy ustawieniu Zgrupowania "Radosław" na głównej osi niemieckiego natarcia. Dużą część tego ludobójstwa przeprowadzono bowiem na terenach, które nie były objęte zasięgiem Powstania - na obszarach na zachód o linii kolejowej. Niemcy metodycznie mordowali, zaczynając od pierwszych domów przy rogatkach miejskich. Mordów dokonywała głównie nie tyle SS, co niemiecka policja - zarówno volksdeutsche z Wielkopolski (często uczestnicy masowych mordów na Polakach w 1939 r.) i "podludzie" z formacji wschodnich. W czasie gdy esesmani-skazańcy od Dirlewangera byli zajęci walką (ale też "przy okazji" popełniali zbrodnie), największą część masowych rozstrzeliwań i gwałtów wzięły na siebie jednostki policyjne. 



Powyżej: Mapa ze strony Stowarzyszenia Pamięci Powstania Warszawskiego. Czerwone kropki to miejsca masowych mordów. Zwróćcie uwagę na ich dużą liczbę przy Zajezdni Tramwajowej "Wola". To ulica Młynarska. Tam były pierwsze barykady.

Szans na obronienie ludności zachodniej części Woli nie było. Postawienie Zgrupowania "Radosław" na osiach Chłodnej i Wolskiej pozwoliłoby jednak na uchronienie dużej części ludności wschodniej części Woli. "Twardy front" mógł się na wiele tygodni ustalić na linii ulicy Młynarskiej. Oczywiście, gdyby Sowieci nie zatrzymali ofensywy, rzezi Woli by nie było - bo Niemcy uciekaliby w panice z miasta, by się wyrwać z okrążenia, a jeśliby Himmler skierował policyjną odsiecz, to zostałaby ona rozbita pewnie gdzieś w okolicach Błonia czy Ożarowa. 

***

Kilka dni temu stanęliśmy w obliczu eskalacji wojny ukraińsko-irańskiej. Po tym jak Ukraińcy uderzyli na Morzu Kaspijskim w statki za rosyjskim wsparciem dla Iranu, teherański reżim rozważał odwetowe uderzenie rakietowe w Odessę.  No cóż, irański reżim chciałby mieć więcej wrogów, więc uderzył (dronem wysłanym przez Hezbollah) ostatnio też w statek z LNG w egipskim porcie Damietta, a także groził wojną Wielkiej Brytanii oraz... Bułgarii.  Tolerancja USA i społeczności międzynarodowej wobec tego reżimu jest wręcz anielska - kampania bombardowań dekapitacyjnych powinna zostać już dawno wznowiona. Na razie jest ona prowadzona na mniejszą skalę w Iraku, gdzie giną wysocy rangą oficerowie Korpusu Strażników Rewolucji oraz lokalni gówno-szyiccy metroseksualni terroryści z dziwnymi fryzurami.


W pełni się zgadzam z sunnitami, że szyizm nie jest prawdziwym islamem i rozumiem dlaczego zachodni ruch LGBT w sporej większości popiera Iran oraz Palestynę.

Tymczasem doszło do marokańskiej inwazji na Hiszpanię. Do (od wieków) hiszpańskiej Ceuty wdarło się w ciągu jednego dnia 49 tys. młodych nachodźców. Wśród nich było wielu przestępców wypuszczonych z więzień przez króla Maroka, których zwożono na miejsce wywrotkami (marokańskie władze same uznały tych osobników za śmieci). Byli wśród nich też marokańscy żołnierze. 



Oczywiście do tej inwazji by nie doszło, gdyby Hiszpanią rządziła choćby glamm-faszystka Isabel Peralta, a nie gównolewak Pedro "Jijo de Puta" Sanchez. Jeden dobrze ustawiony karabin maszynowy mógłby zmienić plażę w Ceucie w plażę "Omaha". Nikt go jednak nie ustawi, a hiszpańska policja nawet nie próbowała zatrzymywać tej fali ludzkiej. Zajęła się za to pacyfikowaniem mieszkańców Ceuty skrzykujących się, by bronić się przed najeźdźcami. Sędziowska kasta orzekła, że pushbacki są nielegalne,  Pedro "dirty" Sanchez wziął się za legalizację już chyba z 3 mln nielegalnych imigrantów. Przypominam, że Hiszpania to kraj, w którym do niedawna (bo chyba wreszcie zaostrzono prawo) nachodźcy i inne żule mogli legalnie się wam włamać do chaty, gdy wyjechaliście na wakacjach, zamieszkać tam, sprzedać lub zniszczyć wasze rzeczy, korzystać z mediów na wasz rachunek i cieszyć się ochroną policji. 

Słysząc o takim zjebaniu, można tylko westchnąć: generał Franco był zbyt łagodny! Przywódcą Hiszpanii powinien - zamiast niego - zostać generał Gonzalo Queipo de Llano. Po hiszpańskich komunistach nie byłoby wówczas czego zbierać...

Wspomniałem jednak, że inwazję na Ceutę zorganizował król Maroka. Tak się akurat składa, że jest on bliskim sojusznikiem Izraela oraz USA (ostatnio nazwał autostradę imieniem Trumpa). Pedro "Jijo de Puta" Sanchez ostro bruździł zaś zarówno Izraelowi jak i Stanom Zjednoczonym. Bruździł, bo jego skorumpowana partyjka, przyjmowała finansowanie zarówno z Wenezueli jak i z Iranu.  (Przypominam też, że Sanchez prowadził zadziwiająco spolegliwą politykę wobec Maroka, po tym jak marokańskie tajne służby zhakowały mu smartfona Pegasusem. Ciekawe, co tam znalazły?) Jaka płynie z tego nauka? Taka, że wpieprzanie się przez lewicę i upośledzoną umysłowo część prawicy w trzecioświatowe konflikty takie jak izraelsko-palestyński, skutkuje importem trzecioświatowych problemów.

***

Net zaczęły zalewać filmiki, na których Ukry przedstawiają wybrane przez siebie momenty sprzeczek z Polakami, zazwyczaj pokazujące jak jakiś żul ich wyzywa lub przechodzi do rękoczynów. Oczywiście nigdy nie pokazują, jak doszło do takiej eskalacji. Chcą pokazać w ten sposób jacy to z Polaków straszni ludzie, przy których orki z Buczy to łagodne baranki. 

Skoro jednak w Polsce panuje taki antyimgrancki terror, to czemu przedstawiciele innych grup narodowościowych nie robią takich filmików? Czemu nie wrzucają ich Białorusini, rosyjskojęzyczni , Gruzini, Ormianie, Czeczeni, Wietnamczycy, Hindusi, Murzyni? Czemu nie robią tego Żydzi - w tym izraelscy turyści? Mówcie sobie co chcecie o Czeczenach i Gruzinach. To jednak narody na swój sposób honorowe. Sprzeczki rozwiązują we własnym zakresie, a nie transmitują je na cały świat bóldupiąc jak to "straszliwie, rasistowsko zostali obrażeni". "Zawodowi Ukraińcy" chcą natomiast ze swojego narodu zrobić Palestyńczyków Europy.

***

Przypominam oczywiście o książce Waszego Ulubionego Autora.