Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 sierpnia 2026

Operacja WTF?! + Krótkie berlińskie impresje



 Jeśli wydawało się Wam, że wojna amerykańsko-irańska stała się już krańcowo dziwna, to byliście w ciężkim błędzie, bo ona stała się jeszcze dziwniejsza...

Tulsi Gabbard (waifu Repetowicza :) zorganizowała bowiem tajny kanał negocjacyjny z dowództwem Korpusu Strażników Rewolucji - w tym z Vahidim. Pośrednikiem w tych rozmowach był Nechirvan Barzani, prezydent irackiego Kurdystanu.  Oficjalnie, rozmowy spełzły na niczym, ALE...

Gdy sprawa wyszła na jaw, Korpus Strażników Rewolucji próbował zabić Barzaniego oraz jego szefa wywiadu za pomocą ataku dronowego. Irańczycy zrobili coś takiego, choć Barzani jest ich bliskim sojusznikiem! To przecież Kurdowie storpedowali operację zmianę reżimu w Iranie (kradnąc broń i Starlinki przeznaczone dla opozycji) i to dzięki nim Korpus Strażników Rewolucji nadal rządzi w Teheranie, a USA ugrzęzły w wojnie. Skąd więc ta czarna niewdzięczność?

Z przecieków wynika, że Vahidi na poważnie prosił Amerykanów, by pomogli mu umocnić władzę i wyeliminowali jego wewnętrznych rywali!

Trump zmarnował kilka miesięcy na negocjacje z Iranem, które doprowadziły donikąd. Jednocześnie, działania takie jak wycofywanie floty tankowców powietrznych z Rumunii, wyraźnie wskazują, że nie chce on mocniej angażować się w tę wojnę przed wyborami "połówkowymi" do Kongresu. Ma być zachowana blokada morska Iranu (utrudniona logistycznie z powodu wcześniejszych irańskich uderzeń w Bahrajn i inne bazy w Zatoce Perskiej) oraz mają być zaostrzone sankcje. Ponoć irański reżim dużo bardziej boi się amerykańskiego sekretarza skarbu, niż sekretarza wojny. Iran - będąc dużym producentem ropy - odczuwa na rynku wewnętrznym niedobór paliw na stacjach benzynowych. Reżim obawia się kolejnej fali protestów społecznych. 

Co decydenci z Teheranu robią w takiej sytuacji? Otwarcie dyskutują plan inwazji na Kuwejt i Bahrajn oraz zajęcia tamtejszych amerykańskich baz! Słyszą oni doniesienia medialne o tym, że Amerykanie mocno zużyli pociski do Patriotów i Tomahawki, ale zapominają, że mają oni nadal sporo konwencjonalnej amunicji lotniczej. Amerykańskie lotnictwo wciąż bezkarnie lata nad Zatoką Perską, Cieśniną Ormuz oraz południowym Iranem! Szmatogłowi Houthi dostają zaś obecnie wpierdol od oficjalnego rządu Jemenu, wspieranego przez Arabię Saudyjską. Wojska rządowe prowadzą ofensywę dronową, zabijając po 200 Houtich dziennie.  Lądowa irańska inwazja na Kuwejt byłaby czystym szaleństwem i skończyłaby się jeszcze szybszą masakrą najeźdźców niż w 1991 r. 

Tymczasem pojawiają się przecieki mówiące, że USA rozważają użycie taktycznej broni jądrowej przeciwko Iranowi. Tak twierdzi choćby promoskiewska była kongreswoman Marjorie Taylor Green. Jej twierdzenia są jednak tym razem oparte na faktach. Rzeczywiście omawiane jest bowiem od kwietnia użycie dwóch taktycznych głowic nuklearnych przeciwko podziemnemu kompleksowi jądrowemu znanemu jako Góra Pickaxe.   Można by w ten sposób również uderzyć w podziemne irańskie "miasta rakietowe". Decyzja w tej sprawie jednak jeszcze nie zapadła.

(W 2010 r. niejaki Bill Ryan, twierdził, że od przedstawiciela "elit" dowiedział się, że Chiny "złapią grypę", a wypuszczony z laboratorium wirus dotrze na Zachód i doprowadzi do wprowadzenia lockdownów przez wszystkie rządy. Później miało dojść do wojny nuklearnej, a potem do "cyklicznego zdarzenia geofizycznego" resetującego cywilizację. Po pretekstem wojny miało dojść do przemieszczenia się "elit" do podziemnych baz, na które wydano "biliony dolarów". Ale to chyba tylko takie gadanie foliarza?)

Osobiście nie sądzę, by doszło do eskalacji przed wyborami "połówkowymi" w USA. Trump wyraźnie postawił na niszczenie ekonomiczne Iranu. Abdolnaser Hemmati, prezes irańskiego banku centralnego, przyznał w państwowej telewizji, że Iran przestał eksportować ropę. Stwierdził on, że kraj wszedł w ekonomiczną spiralę śmierci: załamały się przychody ze sprzedaży ropy, z podatków i ze składek.  Ghalibaf stwierdził natomiast, że "Nie ważne jak silną mamy armię, jeśli ludzie są głodni a my nie mamy cyrkulacji finansowej, wzrostu gospodarczego i produkcji krajowej, to nie wytrzymamy."

Sankcje finansowe i blokada morska mają siłę większą od bomby atomowej. 

Tymczasem, okazało się, że Amerykanie po cichu eskortowali przez omański korytarz w Cieśninie Ormuz tankowce przewożące nawet 10 mln baryłek ropy dziennie. 80 procent ruchu morskiego w Cieśninie szło omańskim korytarzem. Iran stracił więc kontrolę nad Cieśniną Ormuz - zachował możliwość atakowania od czasu do czasu statków cywilnych, ale nie jest w stanie zatrzymać tam tranzytu, ani poważnie zagrozić zbrojnej amerykańskiej eskorcie. Według irańskich źródeł, Amerykanie zaczęli nawet poszerzać ten korytarz, usuwając skały zagrażające żegludze.

Logika przemawia więc za tym, by Iran porozumiał się z USA. I to szybko. Tyle, że irański reżim kieruje się swoją, szyicką logiką.

***

W zeszłym tygodniu, na krótko wpadłem z kolegami do Berlina. Zwiedzaliśmy m.in. twierdzę Spandau, muzeum lotnictwa wojskowego na lotnisku Gatow i Flakturm - czyli ruiny ogromnej wieży przeciwlotniczej.
























Pomijając te wojenne i zimnowojenne pozostałości, Berlin (nie licząc ścisłego centrum, które trochę zwiedziłem dwa lata temu) sprawia wrażenie reliktu upadającej cywilizacji. Zwłaszcza Berlin Wschodni. Powinni tam zawozić różnych "oberschlesierów" na wycieczki, by zobaczyli ten syf na ulicach. Widać tam, jaka jest dominująca demografia. Znaleźliśmy jednak klimatyczny bar, w którym chyba niewiele się zmieniło od 50 lat. Byli tam sami biali. Niemcy zaczęli mi przypominać Afrykanerów - gatunek żyjący w mniejszości na swoim terytorium. A nasze libtardy tak zakochane we wszystkich głupotach, które oni robili i robią... A koledzy z Niemiec mogli sobie później porównać Berlin z Warszawą (i Świebodzinem :), obejrzeć z bardzo bliska paradę na 15 sierpnia, a następnego dnia rekonstrukcję w Ossowie. 

***
Za tydzień będę znów w rozjazdach, ale może (jak będę miał czas)  przygotuję wcześniej odcinek serii Sny :)

Tak mnie widzi Grok:



Spotkanie z Waszym Ulubionym Autorem, dotyczące jego książki "Tajne pieniądze nazistów" odbędzie się 4 września (piątek) o godzinie 18.00 w Warszawie, przy Skoczylasa 10/12 (to koło placu Hallera).




sobota, 27 czerwca 2026

Keir "Wanker" Starmer na wylocie - niestety Europa Zachodnia też i również karzełek Zełenski

 


Szybko poszło. W kilkanaście miesięcy po wyborach parlamentarnych dających przytłaczającą większość w parlamencie dla Partii Pracy, Keir Starmer łamiącym się głosem ogłosił swoją rezygnację ze stanowiska premiera.  Trudno się temu dziwić, gdyż jego stronnictwo mocno rozczarowało swoją polityką gospodarczą - obiecywało przyspieszenie wzrostu PKB poprzez inwestycje, a skończyło się na podwyżkach podatków i brnięciu w net-zero. 



Do tego doszło wprowadzenie cenzury netu i zakazu korzystania przez młodzież z mediów społecznościowych. Zakaz oczywiście był uzasadniony troską o zdrowie psychiczne młodych ludzi, ale dziwnym trafem nie zablokowano im dostępu do platformy BlueSky, na której roi się od pe*ofilów. Partia Pracy i ogólnie brytyjskie państwo jakoś nie okazywało troski o młodzież, gdy po Wielkiej Brytanii hulały sobie gangi pe*ofilskie. Z oficjalnego raportu poświęconego tej kwestii wynika, że mogły one mieć nawet 250 tys. ofiar. Pierwsze doniesienia o tych gangach pochodzą z 1955 r., ale najwięcej przypadków udokumentowano w czasach nam bliższych. Wiele z nich jest bardzo drastycznych. Opisano m.in., że policja odwiozła gw*łc*ną 13-latkę do pakistańskich sprawców, życząc im "dobrej zabawy". WTF?!  Były też przypadki, gdy sami policjanci brali udział tych ohydnych czynach. Warto więc zadać sobie pytanie: dlaczego aparat państwa brytyjskiego chronił tego typu przestępców? Zrozumiałbym, że policja tuszowałaby niecne postępki lorda Rothschilda, księcia Andrzeja lub przynajmniej jakiegoś parlamentarzysty z tylnych ławek Izby Gmin. Ale czemu chroniła jakiś pakolskich prymitywów? No cóż, system traktuje "skrajnie prawicowe" memy jako większe zagrożenie niż gangi zwyroli. 



Podobny mechanizm działań policji widać również w innych krajach. Policja francuska może spacyfikować miejscowych katolickich bereciarzy, czy tłuc się z żółtymi kamizelkami, ale znika z ulic, gdy afrykańscy imigranci palą samochody w centrum Paryża.  Policja niemiecka jest bezsilna wobec Syryjczyków, którzy ją ostrzeliwują fajerwerkami, ale brutalna wobec taszczących krzyż emerytów od Bąkiewicza. 

(Baj de łej: wyciekło, że Merz wydał 8 tys. USD za sesję na Only Fans z transem. Bawili się w odgrywanie ról. Merz nalegał, by trans mówił z niemieckim akcentem i udawał pilota samolotu pasażerskiego. Kanclerz Niemiec był jednak niezadowolony z obsługi i chciał zwrotu pieniędzy.)




Trudno się więc dziwić, że w tej sytuacji furrorę w necie zrobił film Uwe Bolla "Citizen Vigilante" - o Amerykaninie, który w Europie rozwala imigranckich, trzecioświatowych bandziorów, a także liberalnych sędziów. Boll udostępnił go za darmo na X-ie na 48 h i obejrzałem to dziełko. Nie jest wybitne kino - Boll to reżyser klasy zaledwie Andrzeja Wajdy (dużo lepszy jednak od Smarzowskiego) i miał ograniczony budżet. Nie jest to jednak szmira. Akcja trochę zbyt wolno się rozwija, brakuje też dobrej muzyki (aż się prosiło do wykorzystania "Ody do radości".) Jest jednak w tym filmie kilka wybitnych scen, które już weszły do legendy kina. Choćby scena, w której główny bohater  - świetnie grany przez Armiego Hammera - załatwia całą rodzinę ciapersów (rodzina wcześniej usprawiedliwiała to, że nastoletni syn zorganizował zbiorowy gw*łt na 14-latce) i członków gangu. Nic dziwnego więc, że dystrybucję filmu zablokowano w Niemczech.

(W drugiej części "Citizen Vigilante" Uwe Boll powinien zatrudnić Jacka Murańskiego, który zagrał epizodzik w "Ślepnąc od świateł" :)

 Zwykli ludzie, chcieliby takiego Citizen Vigilante nie tylko w filmie. Zapewne wielu zachodnich Europejczyków marzy o przywódcy takim jak Nayib Bukele czy Rodrigo Duterte. Ja bym na kogoś takiego głosował obiema rękami.

Na razie jednak Europa walczy z klimatyzatorami, bo są niezgodne z polityką neutralności klimatycznej. W Niemczech wyliczono, że mogą one do 2050 r. podnieść temperaturę na Ziemi o całe 0,05 stopnia C! Nic dziwnego, że Amerykanie postrzegają Europę jako Trzeci Świat...


Tymczasem całe lata antyamerykańskiej propagandy poszły w piach. Europejczycy przyjeżdżający do USA na mundial są bardzo pozytywnie zaskoczeni. Są zszokowani dużymi porcjami i darmowymi dolewkami napojów w restauracjach. Zadziwia ich szeroki asortyment w Wal-Marcie czy na zwykłych stacjach benzynowych. Odkrywają też, że w wielu amerykańskich miastach jest bezpieczniej niż w Europie Zachodniej (oczywiście, jeśli trzymasz się z dala od czarnych dzielnic). Eurocucki mogą argumentować: "Ale my mamy darmową opiekę zdrowotną". Jak ta opieka zdrowotna funkcjonuje widzimy na przykładzie afery w Szpitalu Południowym. Płacisz po kilkaset złotych miesięcznie składki zdrowotnej, by raz na parę lat skorzystać z usług służby zdrowia - a jak już korzystasz, to i tak musisz robić to prywatnie lub po znajomości, bo kolejki są zbyt długie. 

Wschód też się sypie, ale to już inny rozdział. Zełenski wciągał do nosa, ale się nie zaciągał...

Na blogu z recenzjami dałem notkę o najnowszej książce Zbigniewa Parafianowicza "Kłopot z Zełenskim". To bardzo mocna pozycja pokazująca, jakim obciążeniem jest Zełenski dla Ukrainy. Poważnie wkurzył on nie tylko ekipę i elektorat PiS, ale również polityków PO. Insiderzy z obu obozów politycznych solidarnie jadą tam ukraińskim władzom. Zirytowani postawą Kijowa są też Bałtowie (choćby z tego powodu, że Ukraina - bez pytania - wykorzystuje ich przestrzeń powietrzną do ataków dronowych na Rosję). Ekipa Zełenskiego wielokrotnie też irytowała Amerykanów. Bidena nie szanowali, a Trumpa się boją. Niedawno wyszło na jaw, że Scott Bessent, sekretarz skarbu USA, nazywa Zełenskiego "little fucker", "Mr. Bean on crack" i "the problem child of the Europeans". To skutek uprawiania przez ukraińskich polityków dyplomacji w stylu sowieckim, czyli "a udowodnijcie, że to ja wam nasrałem na środek dywanu!". Od Sowietów przejęli oni mentalność polegającą na publicznym upokarzaniu sojuszników i potencjalnych partnerów. Stąd też zupełnie niepotrzebne upokorzenie Tusska w postaci posadzenia go w "wagonie trzeciej klasy" pociągu do Kijowa. Ukraińscy "dyplomaci" podsrywali nawet Pawła Kowala, bo uznawali go za "za mało proukriańskiego". Zełenski jest typowym sowietliberałem, czyli kolesiem, który gardzi konserwatywną prawicą i macha tęczową chorągiewką, ale jednocześnie wyzywa innych od "piderów". "Piderem" nazywał m.in. Tusska, Macrona, Trumpa itp. (Co ciekawe Trump nie był aż tak antyukraiński jak pokazują cucki z mainstreamu. W tym roku mówił Zełenskiemu, by śmielej uderzał w Rosję.) 

Jeśli łudzicie się, że Polska zgarnie jakieś kontrakty na odbudowę Ukrainy, to śnijcie dalej. Parafianowicz wskazuje, że sporą ich część najprawdopodobniej dostanie Białoruś, a być może nawet Rosja. Zełenski bóldupił, że orbanowskie Węgry sprowadzają ropę z Rosji, ale jednocześnie Ukraina kupowała i kupuje od węgierskiego koncernu MOL paliwo dieslowskie z tej samej rosyjskiej ropy przerabianej w rafinerii na Słowacji.



Parafianowicz tego akurat nie opisywał, ale Zełenski i jego patron Jermak konsultowali wiele decyzji politycznych i strategicznych z wróżkami i tarocistkami. Co za problem dla rosyjskich służb podstawić im wróżkę mówiącą im podobne głupoty co łysy "jasnowidz", który co tydzień straszy wojnami, kryzysami i kataklizmami? Zełenski i Jermak wysyłali swoich ludzi na cmentarze, by tam palili fotografie ich wrogów. Gdy budowali swoje rezydencje, dbali natomiast, by użyto podczas budowy ziemi z cmentarzy. Nie tylko więc karzełek Putin wierzy w czarną magię... Oczywiście każdy, kto się bawi w taki magiczne hocki-klocki bez odpowiednich zabezpieczeń ryzykuje, że ściągnie na siebie jakieś tałatajstwo z tamtego świata... Himmler ściągnął, Putin ściągnął, Hillary ściągnęła...


Tymczasem ukraińska dziewczyna z Odessy mówi o kryzysie demograficznym i że jej kraj potrzebuje sprowadzić więcej Hindusów i Murzynów, by mu zaradzić...

Tymczasem szyicki islam w Teheranie na religijno-państwowych uroczystościach upamiętniających męczeństwo Alego... Obok tych nieudanych "Kardashianek" jawnie gejowscy proreżimowi influencerzy... 

***


Ksiażka Waszego Ulubionego Autora "Tajne pieniądze nazistów" jest już od pewnego czasu dostępna w sprzedaży i zbiera pierwsze recenzje. Ciepłą recenzję napisał choćby Krzysztof Drozdowski - autor popularnych książek historycznych. 


Z okazji 70-tej rocznicy Poznańskiego Czerwca, pozdrawiam Czytelników z Poznania. Czasem mi się zdarza wpadać do Waszego miasta i eksplorować jego historię.



Minęła również 50-ta rocznica Radomskiego Czerwca '76. Pozdrawiam więc Czytelników z Radomia! 


sobota, 2 maja 2026

Niemcy są jak kurvinoxy: sprytni, ale głupi

 Jest majówka i dobra pogoda, dzik Henio smaży się na grillu, a nie chce mi się pisać, więc zaprezentuje tylko krótki przegląd wydarzeń...



O ile dotychczas wykorzystywano różnych białych, liberalnych cucków do zamachów na Trumpa, to tym razem użyto czarnego nerda, który pomimo 160 IQ okazał się idiotą. Naoglądał się za dużo "Naruto", uzbroił się w noże kunai, niczym ninja z Wioski Ukrytej w Liściach przebiegł przez bramkę do wykrywania metali i został szybko zneutralizowany. Doszło do chwilowego zamieszania na sali balowej. Wolf Blitzer z CNN przestraszony zgubił buta, a towarzysz Szewko się głęboko zasmucił...

Sojowe libki i upośledzona umysłowo prawica zaczęły zgodnie twierdzi, że ten zamach był inscenizacją. Tak sobie jednak pomyślałem, że gdyby Kamala została prezydentem i coś takiego się jej przydarzyło, to by od razu próbowała skasować kilka poprawek do konstytucji. Trump natomiast chce tylko jakiejś sali balowej nad bunkrem dowodzenia.

Nieco wcześniej mieliśmy wywiad kłodzkiego kundla dla "FT", w którym podważał on artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Polska prawica słusznie uznała, że kundel został podpuszczony przez swojego pana, kanclerza Merza. Ma to być element perfidnego niemieckiego planu, by skłócić Polskę z USA. Merz w ciągu 11 miesięcy kanclerzowania trzykrotnie odwiedził Trumpa i mu się podlizywał na różne sposoby. Osiągnął to, że Eldridge Colby pochwalił niemieckie plany zbrojeniowe. (Ch... z tym, że Niemcy rozpisali je na 10 lat, a na razie nie potrafią nawet zebrać jednej brygady na Litwę.)


Kilka dni później potwierdziło się jednak to, że Niemcy to naród niesłychanie emocjonalny. Nie mogą się powstrzymać przed wyrażaniem radości z problemów Amerykanów. Merz palnął, że Iran "upokarza USA". Trump go kilkakrotnie publicznie za to zjebał. Niemcy próbowali odkręcić sprawę, ale Amerykanie zadeklarowali, że chcą zmniejszyć swoją obecność wojskową w RFN. Rząd Merza się chwieje, a w sondażach prowadzi AfD...

(Baj de łej: czy eurocucki zauważyły, że Merz powiedział, że Ukraina "może potrzebować" zrzeczenia się części swoich terytoriów, by wejść do UE?)

W międzyczasie Amerykanie wynegocjowali dla nas uwolnienie Poczobuta i o. Grzegorza Gawła od Baćkoszenki. (No i przekonamy się teraz, jak ten koleś będzie się zachowywał...) Zadeklarowali przy tym, że ważną rolę w tej sprawie odegrał prezydent Nawrocki - zwracając uwagę Trumpowi na istnienie tego więźnia politycznego. Potem USA poparły nasz hub gazowy na Szczycie Trójmorza, a "Homelander" Hegseth wymienił nas wśród modelowych sojuszników - pomijając Niemcy.

Mamy znów więc więcej szczęścia niż rozumu jako naród. Prezydentura Nawrockiego skutecznie neutralizuje starania kłodzkiego kundla i jego niemieckich panów, mające nas skłócać z naszym głównym gwarantem bezpieczeństwa. Gdyby nie debata w Końskich i apel Olszańskiego do brauniarzy, bylibyśmy w wielkiej, strategicznej d...

Brytyjczycy nie mają ostatnio dużo szczęścia i rozumu, ale na posiadają wielki skarb w postaci swojej muzealnej monarchii. By ratować relacje transatlantyckie wysłali więc swego króla do Trumpa, by uświetnił zbliżającą się 250-tą rocznicę buntu kolonii północnoamerykańskich. Król okazał się świetnym stand-uperem. Wizyta wypadła świetnie, a specjalista od czytania z ust, wychwycił ciekawą wymianę zdań między królem a Trumpem, dotyczącą Putina. - On chce wojny. (...) Mam wrażenie, że jeśli on rzeczywiście to powiedział, to on chce wytępić populację - mówił Trump. Bardzo to idzie w poprzek jazgotu libkowskich mediów dla sojowych cucków. Ciekawe, dlaczego większość mediów to pominęła?


(Tymczasem dżihadyści wspierani przez Ukrainę zadali w Mali klęskę rosyjskiemu Korpusowi Afrykańskiemu. Przy okazji wysadzili w powietrze malijskiego ministra obrony, wraz z jego rezydencją i przylegającym do niej meczetem. Rosja grozi podbojem Europy, a dostaje wpierdol od dżihadystów w Sahelu...)

Magister Bartosiusiak (przekręcam jego nazwisko, bo m.in. tak należy zwalczać kolesi uczestniczących w wojnie kognitywnej przeciwko nam) przekonywał, że arabskie monarchie śmiertelnie obrażą się na USA, za to, że USA zapewniły im mniejszą ochronę niż Izraelowi. Tak się jednak składa, że te amerykańskie systemy obrony przeciwlotniczej, które były na miejscu bardzo im pomogły. Co więcej, Izrael dostarczył ZEA elementy swojego systemu Żelaznej Kopuły - kosztem ochrony własnego terytorium! Ostatnio Izraelczycy dostarczyli też tam swoje laserowe cudeńko. Arabskie monarchie szykują się więc wyraźnie na wznowienie wojny - i całkiem dobrze współpracują z Izraelczykami.

Sami mieszkańcy Państwa Żydowskiego przekonują, Izrael pod rządami Netnajahu i jego koalicjantów-świrów, traci natomiast swój europejski charakter i staje się coraz bardziej państwem o dominacji kultury bliskowschodniej, w którym fundamentalistyczna religia odgrywa coraz większą rolę. Likud jest tradycyjnie silnie popierany przez Sefardyjczyków, czyli Żydów z krajów arabskich i basenu Morza Śródziemnego. Są oni bliscy kulturowo i genetycznie Arabom - co jednak oznacza, że potrafią "w sporach w rodzinie" być równie bezwzględni jak Arabowie. 

Paradoksalnie, również w Izraelu jest wdrażana polityka "zastępowania". Dotyczy ona jednak nie tyle zamiany populacji, co zamiany kultury dominującej - z europejsko-aszkenazyjskiej na bliskowschodnio-sefardyjską, z niestety sporą domieszką "kultury" wielkoruskiej. No cóż, europejskie sosny, które Aszkenazyjczycy sadzili na ruinach arabskich wiosek, teraz masowo wymierają...


Poniżej macie mniej znane nagranie przedstawiające Gershoma Brauna (jeszcze bez przepaski na oku) przekonującego, że jeśli Trump chce wspierać Żydów, to powinien zniszczyć państwo Izrael. Ten Żyd reprezentuje pewnie ruch Neturei Karta, który od czasu do czasu współpracuje z irańskimi służbami. Marzy im się państwo mesjańskie, w którym będą mogli bezkarnie trzymać nieletnie niewolnice seksualne w piwnicach...



A tymczasem, czeka nas 11-ta wojna światowa!


sobota, 31 stycznia 2026

Styczniowe burze (geo)polityczne

 


W czasie uwaga świata skupiała się na śmierci jakiegoś lewackiego cucka w Minneapolis (takim shitholu trochę przypominającym Donbas), w Pekinie prawdopodobnie doszło do próby zamachu stanu. 
Ponoć generałowie Zhang Youxia i Liu Zhenli chcieli aresztować Xi Jinpinga w jednym z pekińskich hoteli. Ich plan jednak wyciekł, Xi w porę się ewakuował, a w hotelu doszło do strzelaniny pomiędzy żołnierzami tych generałów a ochroniarzowi Xi Jinpinga. Czy do tego rzeczywiście doszło? Tego nie wiemy. W każdym bądź razie chińskie trolle w necie zamilkły na kilka dni - tak jakby nagle zmieniono im zwierzchników.  Wiadomo, że dwóch wspomnianych generałów aresztowano i był to początek większej czystki w ChALW. Zhang został oskarżony o korupcję oraz przekazywanie Amerykanom chińskich tajemnic nuklearnych - co jest pewnie typową lipą na potrzeby czystki. Zhang był wiceprzewodniczącym Centralnej Komisji Wojskowej i de facto najwyższym rangą dowódcą wojskowym w ChRL. To również jeden z nielicznych chińskich generałów mających jakiekolwiek doświadczenie bojowe - był weteranem wojny z Wietnamem w 1979 r. To, że nie udała mu się akcja z próbą pojmania Xi Jinpinga stawia jednak pod dużym znakiem zapytania jego umiejętności dowódcze. Dlaczego zdecydował się na taki krok. "By ratować Partię i kraj" przed Xi Jinpingiem. Ponoć nie podobało mu się, że Xi chciał uczynić swoim następcą jednego ze swoich nieślubnych synów. Generał Zhang ponoć też spierał się z Xi w kwestii przygotowań do inwazji na Tajwan. Xi domagał się, by siły zbrojne były gotowe na tą operację już w 2027 r., Zhang wskazywał, że realną datą będzie 2035 r.


Czy czystka zdoła osłabić Chińską Armię Ludowo-Wyzwoleńczą, czy jednak ją wzmocni promując młodszych, lepiej przygotowanych oficerów na stopnie generalskie? Trudno powiedzieć, zwłaszcza jeśli głównym kryterium awansu będzie lojalność ideologiczna. Wygląda jednak na to, że Xi uparł się, by siły zbrojne przeprowadziły w ciągu kilku lat inwazję na Tajwan - nawet jeśli nie będą na to gotowe. Taka operacja - desant morski i powietrzny na Formozę -  może się skończyć dla ChRL olbrzymią kompromitacją militarną. Xi może jednak się łudzić, że Wyspę uda się zdobyć szybko, zanim nadejdzie odsiecz z USA i Japonii. Dużo bezpieczniejszą opcją byłaby blokada morska, ale ona wymusiłaby próby jej przełamania przez US Navy i Japońskie Morskie Siły Samoobrony, a to zepchnęłoby świat na skraj wojny nuklearnej. Nie dziwie się więc, że generał Zhang próbował zapobiec takiemu scenariuszowi.

Na niekorzyść Chin działa to, że w ostatnich tygodniach USA przyspieszyły demontaż ich systemu sojuszniczego. Po Wenezueli (gdzie wypuszczani są więźniowie polityczni siedzący od czasów Chaveza), przyszła pora na blokadę naftową Kuby (której może starczyć ropy na kilkanaście dni), utratę Kanału Panamskiego przez Chińczyków oraz na uderzenie na Iran. Mieliśmy do czynienia w ostatnich dniach z dalszą koncentracją amerykańskich sił w regionie. Gen. Shlomi Binder, szef Amanu (izraelskiego wywiadu wojskowego) przedstawił władzom USA oraz Izraela krytyczne dane i stwierdził, że atak stanowiłby szansę, która mogłaby się nie powtórzyć przez wiele lat.  Oficjalnie Arabia Saudyjska, ZEA, Katar i Azerbejdżan zadeklarowały, że nie pozwolą USA skorzystać ze swojej przestrzeni powietrznej do ataku na Iran. Te oświadczenia mają jednak przede wszystkim przekonać Iran, by nie dokonywał uderzeń odwetowych na cele położone na ich terytorium. Tymczasem saudyjski minister obrony stwierdził, że jeśli USA nie uderzą, to irański reżim stanie się silniejszy. Kilka państw arabskich dostarczyło Amerykanom dane dotyczące celów w Iranie. Wsparcia wywiadowczego Amerykanom udzielili też Brytyjczycy i Francuzi, a brytyjskie, niemieckie, włoskie i hiszpańskie samoloty transportowe przerzucały coś do regionu - pogłoski o "śmierci NATO" po raz kolejny okazały się bardzo przesadzone.

Kwestią otwartą jest sama data ataku. Były przecieki mówiące, że dojdzie do niego w niedzielę nad ranem. Zapewne jednak potrzeba jeszcze kilku dni na przygotowania. Zwłaszcza jeśli ma to być atak dekapitacyjny na dużą skalę. Zapewne znów będziemy też oglądać filmy z "fajerwerkami" nad Izraelem, ale bierzmy pod uwagę, że Iran nie jest obecnie znacząco silniejszy niż był w czerwcu 2025 r.

Zamieszanie w Pekinie i niepewność, co do losów irańskiego sojusznika mogły wpłynąć na przyjęcie przez Rassiję oferty rozejmu "energetycznego". Bierzmy jednak pod uwagę też to, że Rosja traci na froncie po 1 tys. żołnierzy dziennie i po ponad 30 tys. miesięcznie. Ukraińcy deklarują, że mogą zwiększyć to do 50 tys. miesięcznie, tak by całkowicie utylizować frontowe uzupełnienia. Z nimi jest coraz gorzej, o czym świadczy choćby to, że wysyłani do ataku są inwalidzi, rekruci karani są w drastyczny sposób, a w szeregach armii rosyjskiej coraz częściej można zobaczyć Afroziomali. Istna Czarna Sotnia! (Niektórych z nich Ruscy posyłają do ataków samobójczych z przytroczonymi minami przeciwpancernymi.) W ciągu ostatnich dwóch lat Rosja zdobyła 1 proc. terytorium Ukrainy, tracąc 500 tys. zabitych i rannych. Rosyjskie wojska zdobywały dziennie na odcinku Czasiw Jar 15 m terenu, w Pokrowsku 70 m, a najwięcej w Hulajpolu - 297 m. Specjalna Operacja Wojskowa na Ukrainie trwa już dłużej niż wojna niemiecko-sowiecka. Rosyjska armia straciła na Ukrainie 325 tys. zabitych - jeśli dodać wagnerowców (utylizowanych więźniów) i milicje z DNR i ŁRL, to straty można oceniać na powyżej 400 tys. Do tego doliczmy ponad 4300 czołgów (licząc wyłącznie straty potwierdzone wizualnie), ponad 8700 różnego rodzaju bwp, blisko 1000 dział samobieżnych, 545 MLRS, 368 wyrzutni rakiet przeciwlotniczych, 112 radarów, 174 samoloty, 166 śmigłowców i 29 okrętów (od krążownika rakietowego i okrętów podwodnych po łodzie patrolowe). Wszystko to po to, by zdobyć ruiny bloków z czasów Chruszczowa...

Ameryka też jednak ma problemy, o czym świadczą choćby niedawne zdarzenia w Minessocie. Po zastrzeleniu przez rządowych funkcjonariuszy lewackiego aktywisty Alexa Prettiego (wyglądającym na pierwszy rzut oka na egzekucję), doszło do ogromnego wzmożenia moralnego przeciwko ICE, czyli "Gestapo Trumpa". Amerykański prezydent, po "miłej rozmowie" z gubernatorem Walzem, postanowił deeskalować sytuację. Wycofał z Minessoty do Kalifornii ostrego komendanta Grega Bovino, a w jego miejsce wprowadził Toma Homana - swego czasu odznaczonego przez Obamę za masowe deportacje nielegalnych imigrantów (Obama deportował ich ponad 3 mln, a w jego aresztach deportacyjnych zmarło 56 osób, a lewarstwo jakoś wówczas przeciwko temu nie protestowało). Homan nakazał ICE skupić się wyłącznie na aresztowaniach nielegalnych imigrantów z kryminalną przeszłością. Przy okazji doszło do ciekawego zwrotu akcji - podległa gubernatorowi Walzowi policja stanowa zaczęła rozpędzać lewarskie demonstracje. Lewary zaczęły demonstrować przeciwko Walzowi. Lokalny lider (Trans)Antify wpadł w panikę i zaczął się ukrywać. Hakerzy wykradli dane lewarów z grup blokujących ICE i wysyłają je fedziom. Nieco wcześniej, wyciekły zapisy czatów z lewarskiej grupy na Signalu łączące ludzi gubernatora Walza z organizacją zamieszek. Wcześniej, w Maine rozbił się samolot z dwoma najbardziej aktywnymi prawnikami zwalczającymi ICE. 

Okazało się, że Rene Good i Alex Pretti zginęli właściwie za nic.

Choć zgon Prettiego wygląda na typowe "suicide by cop", to badany jest również wątek wypadku z bronią. Eksperci wskazywali wcześniej, że pistolet, który Pretti przyniósł na demonstrację ma wadę konstrukcyjną, w wyniku której może on czasem sam wypalić, mimo zabezpieczenia. Sprawdzane jest więc, czy doszło do wystrzału, w chwilę po konfiskacie tej broni, a funkcjonariusze nie zareagowali na ten strzał odruchowo "neutralizując" podejrzanego za pomocą 9 kul. Nie było to profesjonalne zachowanie, ale jest szansa na wybronienie się. Zwłaszcza, że wyszły na jaw filmy pokazujące, że na poprzednich demonstracjach Pretti zachowywał się bardzo agresywnie - niemal jak te kodziarskie debile, co zakłócają uroczystości smoleńskie. Tydzień przed śmiercią wdał się w przepychankę z funkcjonariuszami ICE, w trakcie której złamano mu żebro. Mimo to, chciał nadal robić dym - przeszkadzając im w egzekwowaniu prawa (pięknoduchom przypominam: nielegalne przekraczanie granicy jest przestępstwem). Wcześniej stracił pracę pielęgniarza, bo zachowywał się "nieodpowiednio" wobec pacjentów. Rodzina twierdziła, że w ciągu ostatnich trzech miesięcy bardzo się zmienił i wdał w niewłaściwe towarzystwo. Antifiarskie lewary mówią takim zaburzonym psychicznie osobnikom, że powinni "uderzyć nazistę", ale nie uświadamiają ich, że domniemany "nazista" z rządowej agencji może ich całkowicie na legalu odstrzelić. 

Sondaże pokazują, że działalność ICE i DHS jest netto źle oceniana przez Amerykanów. Jednocześnie pokazują one jednak, że większość Amerykanów chciałaby deportacji wszystkich nielegalnych imigrantów. Wśród tych, którzy źle oceniają DHS jest więc również spory odsetek tych, którzy sądzą, że ICE zbytnio się cacka z nielegalnymi i powinien aresztować ich więcej. W niechęci do nielegalnych przodują przedstawiciele i przedstawicielki pokolenia Z, którzy wrzucają jednoznaczne materiały na TikToka oraz Instagrama. Tworzą absurdalne memy dotyczące Rene Good i Alexa Prettiego oraz mody do strzelanek, w których można rozwalać tych lewarskich męczenników. (Wyobraźcie sobie: gracie w Call of Duty, czy w co tam teraz gra gimbaza i nagle wyskakuje Wam przed lufę karabinu Babcia Kasia ze Szczurkiem.) 




Natknąłem się na post, w którym jeden lewar jojczył, że z Minnesoty deportowano już tylu Somalijczyków, że demokraci mogą tam stracić jeden mandat w Izbie Reprezentantów. Nie wiem, czy to prawda. To zbyt piękne, by było prawdziwe. Republikanie szykują jednak ustawę przewidują obowiązek przedstawienia dokumentu identyfikacyjnego w lokalu wyborczym. Demokraci jojczą, że to "zamach na uczciwość wyborów". Uczciwe wybory to bowiem, takie w których możesz zagłosować bez okazywania żadnego dokumentu potwierdzającego twoją tożsamość - a czasem możesz nawet w ostatniej chwili, bez żadnego dokumentu dopisać się do spisu wyborców. W krajach Trzeciego Świata nie odchodzą takie cyrki wyborcze, jak w miastach rządzonych przez demokratów...

Tymczasem Trump nominował na nowego szefa Fedu Kevina Warsha, który zasiadał w Radzie Gubernatorów Rezerwy Federalnej w latach 2006-2011. Z tej okazji, cena srebra tąpnęła o 30 proc. w ciągu jednej sesji. Warsh jest mężem Jane Lauder, córki miliardera Ronalda Laudera, będącego przewodniczącym Światowego Kongresu Żydów. To Ron Lauder ponoć namówił Trumpa w 2018 r., by podjął próby zakupu Grenlandii.

Ciekawie poglądy monetarne Warsha zreferował Daniel Kostecki z CMC Markets:

"Kluczowym elementem obecnej doktryny Warsha jest przekonanie o potężnej, dezinflacyjnej mocy technologii. W jego ocenie szeroka implementacja AI może doprowadzić do gwałtownego wzrostu produktywności, który w perspektywie jednego pokolenia mógłby podwoić standard życia.

Pogląd ten stoi w wyraźnej sprzeczności z konsensusem FOMC, reprezentowanym m.in. przez wiceprzewodniczącego Philipa Jeffersona. Dla Jeffersona szybki wzrost gospodarczy automatycznie generuje presję inflacyjną.

Warsh odrzuca takie myślenie. Uważa, że inflacja jest wynikiem decyzji decydentów, a nie nieuchronnym następstwem wzrostu zamożności. W jego modelu dynamiczny wzrost produktywności umożliwia utrzymywanie niskich stóp procentowych bez ryzyka przegrzania gospodarki.

Tym samym staje się swoistym technologicznym gołębiem w sprawie kosztu pieniądza.

Krytyka systemu obfitych rezerw – relikt przeszłych kryzysów

Centralnym punktem krytyki Warsha wobec dorobku Jerome’a Powella i poprzedników od 2008 r. jest dzisiejszy system operacyjny Fedu, czyli tzw. reżim obfitych rezerw. Jego zdaniem bilans jest dziś rozdmuchany, a cały mechanizm stanowi nadmierną formę wsparcia dla sektora bankowego.

Po kryzysie 2008 roku Fed przestawił się na utrzymywanie dużej nadpłynności poprzez skup aktywów (QE). Banki komercyjne przechowują środki na rachunkach w Fed, który płaci im za to odsetki. Warsh postrzega ten model jako coś, co osłabia motywację do finansowania realnych projektów i premiuje największe instytucje finansowe oraz rząd kosztem mechanizmów rynkowych.

Powrót do systemu rzadkich rezerw sprzed 2008 roku

Wizja Warsha zakłada powrót do struktury bilansu znanej sprzed 2008 roku, czyli do systemu rzadkich rezerw. W tamtym modelu Fed utrzymywał niewielki bilans, odpowiadający jedynie na potrzeby gotówkowe oraz wymogi regulacyjne. Nie płacono odsetek od rezerw, co zmuszało banki do aktywnego zarządzania płynnością i naturalnego działania rynku międzybankowego.

Warsh uważa, że obecny rozmiar bilansu jest artefaktem minionych kryzysów i nie ma uzasadnienia w stabilnym środowisku gospodarczym. Postuluje drastyczną redukcję portfela obligacji skarbowych i hipotecznych, co miałoby odessać nadmiar płynności z systemu bankowego. Byłoby to posunięcie radykalne, ale w jego ocenie konieczne dla przywrócenia efektywności mechanizmów rynkowych.

Niższe stopy procentowe za mniejszy bilans

Najbardziej oryginalnym elementem monetarnej filozofii Warsha jest połączenie dwóch działań, które tradycyjnie uznaje się za sprzeczne: redukcji bilansu (QT) oraz obniżek stóp procentowych. W klasycznym ujęciu QT działa zacieśniająco, a obniżki stóp luzująco. Warsh jednak widzi to inaczej.

Jego zdaniem uwolnienie kapitału zamrożonego w bilansie Fed i skierowanie go do gospodarki realnej umożliwi obniżenie kosztu pieniądza dla gospodarstw domowych oraz małych i średnich przedsiębiorstw. W praktyce jego koncepcja przypomina swoistą transakcję wiązaną, czyli Fed ogranicza preferencyjne warunki dla banków w zamian oferując tańszy pieniądz i środowisko szybkiego wzrostu napędzanego technologią. Docelowo rola Fed miałaby się zmienić z dominującego gracza finansowego w instytucję, która jedynie wyznacza cenę pieniądza i pozwala rynkom swobodnie alokować kapitał.

Jeśli do powyższych zmian dojdzie, to będziemy świadkami monetarnego trzęsienia ziemi, ponieważ najważniejszy bank centralny świata, pod przewodnictwem Kevina Warsha, będzie zmieniać cały swój reżim, w którym operuje od 2008 roku."

(koniec cytatu)

Oczywiście Warsh nie będzie sam decydował o polityce pieniężnej. Będzie musiał przekonać resztę FOMC do swojej wizji. Nie musi więc dojść do zmniejszania bilansu Fedu. Jeśli jednak do niego w końcu dojdzie, to będzie cholernie ryzykowne, gdyż taka procedura uderzy w płynność na rynkach. Może też prowadzić do skoków rentowności obligacji - no chyba, że obniżki stóp procentowych zrównoważą QT. W ostatnich latach wzrost gospodarczy w USA był w dużym stopniu stymulowany przez ekspansję fiskalną. Dług publiczny był de facto nacjonalizowany - udział zagranicznych inwestorów w długu dostępnym dla inwestorów spadł z 42 proc. w 2011 r. do 32 proc. w 2025 r. Koncepcja Warsha niesie natomiast ryzyko, że będzie rósł dług prywatny - czyli czynnik, który doprowadził do kryzysu z 2008 r. No chyba, że koncepcje Warsha spotkają się dużym oporem wewnątrz Fedu i skończy się na tym, że USA będą mieć niższe stopy procentowe bez znaczącej redukcji sumy bilansowej banku centralnego. 

Na świecie dzieją się więc bardzo ciekawe rzeczy, a Polaczki zajmują się w tym czasie pieskami ze schronisk i powtarzaniem niemieckiej propagandy bóldupiącej na USA... A sami Niemcy przyznają: bez USA musielibyśmy zwiększyć wydatki na obronność do 10 proc. PKB (szef CSU Soder) i nie ma powodów, by wątpić w zaskakująco dobrą kondycję Trumpa (Merz). A Ukraińcy chyba nie słyszeli słów Merza, że nie ma szans na przyjęcie ich kraju w 2027 r. do UE... Nie chcieliście słuchać Ruttego, nie chcecie słuchać Merza, słuchacie wyciągniętych z d... "osintowców", którzy robią "osint" zaglądając na stronę Onetu i Wyborczej...



sobota, 13 grudnia 2025

Opcja Pizarra

 


Śmiać mi się chcę, gdy obserwuję debatę polskojęzycznych "ekspertów" dotyczącą nowej amerykańskiej strategii bezpieczeństwa narodowego. Choć mowa jest w niej, że Europa "jest ważna" dla Amerykanów i nie zamierzają z niej rezygnować, a nawet są wzmianki o wzmocnionej współpracy wojskowej z krajami naszego regionu, to wszędzie słychać "olaboga, Amerykany opuszczają Europę!". Wygląda na to, że polscy komentatorzy po prostu powielają usprawiedliwiony ból d... niemieckich propagandystów, którym nie spodobała się wzmianka w nowej strategii o tym, że Europa popełnia samobójstwo forsując kretyńską politykę imigracyjną oraz niszcząc swoją gospodarkę w imię klimatycznych fanaberii. Jeśli ktoś jest natomiast szokowany wzmiankami o tym, że Europa powinna być bardziej samodzielna w kwestiach bezpieczeństwa, to chyba przespał ostatnie kilkanaście lat - dokładnie to samo mówią bowiem Amerykanie już od czasów Obamy.

Poruszenie wśród eurocucków wywołał też amerykański dokument mówiący o odciąganiu niektórych państw (wymieniono tam Polskę, Austrię, Węgry i Włochy) od Unii Europejskiej. Nie wiem skąd ten strach u eurocucków - chyba z ich głupoty. Włochy i Austria nie mogą przecież wyjść z UE, bo są członkami strefy euro, więc nie mają władzy nad swoją polityką monetarną, a jedynie bardzo ograniczoną jurysdykcję nad swoją polityką fiskalną.  Przykład brexitu pokazuje natomiast, że ewentualne wyjście z UE Węgier i Polski byłoby biurokratyczną makabrą, po przejściu której i tak bylibyśmy związani miliardem unijnych przepisów i regulacji. Poza tym chyba z 90 proc. mieszkańców Weichselgau nie chce opuszczać UE - wbrew libkowskiej propagandzie, nie chcą tego też ani PiS, ani Konfa, wyzwające jedynie do zreformowania Unii.



Faktem jest jednak, że wobec obecnej polityki Unii niewiele mogą zrobić nawet rządy najpotężniejszych europejskich państw. Polityka ta oficjalnie dąży do 90-procentowej dekarbonizacji gospodarki. Choć system ETS rozwala unijny przemysł, to UE szykuje się do wprowadzenia jego kolejnych odsłon, które w podobny sposób uderzą w transport, rolnictwo i budownictwo. Zapewne celem ostatecznym jest masowe wywłaszczanie Europejczyków z mieszkań i domów nie spełniających - całkowicie nierealnych - norm zeroemisyjnych. 

Oczywiście owo szaleństwo zeroemisyjności będzie coraz większą przeszkodą dla odbudowy europejskich zdolności obronnych. Systemy energetyczne oparte na wiatraczkach i panelach słonecznych są niestabilne i stosunkowo małe bombardowanie (rozwalenie nawet jednej podstacji energetycznej) może wywołać blackout podobny do tego z Hiszpanii. Wyobraźmy sobie logistykę na froncie opartą wyłącznie na pojazdach elektrycznych. Zabraknie stacji ładowania i logistyka stoi. A czy Komisja Europejska chce oprzeć armię europejską również na elektrycznych czołgach, samolotach i okrętach bojowych?

Ambitne plany Merza dotyczące budowy wielkiej armii mogą się rozbić właśnie o unijną politykę Zielonego Ładu. Merz niedawno skarżył się, że niemieckie hutnictwo umiera. Wprowadził więc czasowe subsydia na prąd dla przemysłu. Ale to tylko półśrodek. Merz nie cofa w Niemczech nawet najbardziej znienawidzonych przez elektorat regulacji ekologicznych. Jednocześnie niszczy infrastrukturę nuklearną. Na forum unijnym tylko nieśmiało zwraca uwagę: "A może byśmy zrezygnowali z tego zakazu produkcji samochodów spalinowych od 2035 r., bo to nam zniszczy przemysł motoryzacyjny?".

Bezsilność niemieckiego kanclerza wiele mówi. On nie chce w żaden sposób postawić się brukselskiej biurokracji. Ma też pewnie do czynienia z oporem biurokracji krajowej - liczącej na poziomie federalnym aż 960 tys. ludzi (dodajmy do tego biurokrację na poziomie landów).

Jak zauważył Jan Rokita, problemem w relacjach Polski z UE było w ostatnich latach nie to, że przegrywaliśmy tam jakieś głosowania. Owe głosowania nie miały bowiem żadnego znaczenia. Istotą problemu było to, że unijna biurokracja bezprawnie, wbrew traktatom, nadawała sobie kolejne uprawnienia. Tak było choćby z sądownictwem czy polityką imigracyjną, które są według traktatów wyłączną kompetencją państw członkowskich. Teraz Bruksela idzie jeszcze dalej, łącząc wypłatę środków unijnych z warunkami ideologicznymi. Kierunek jest wyraźny, a wszystkie unijne rządy - niezależnie od tego przez kogo są obsadzane - wydają się bezsilne. 

Ziemkiewicz stwierdził, że kiedyś Unia Europejska zostanie rozwiązana w podobny sposób jak ZSRR - zbiorą się gdzieś w pałacyku w jakiejś puszczy przywódcy Niemiec, Francji oraz Włoch i podpiszą akt rozwiązania UE. Obawiam się, że brukselska biurokracja po prostu nie uzna tego aktu i będzie podejmować działania sabotujące gospodarki "separatystów". Ciekawe, czy wówczas Niemcy, Francja i Włochy wyślą swoich spadochroniarzy do Brukseli?

Myśląc nad tym paradoksem, wymyśliłem scenariusz filmowy.

Wyobraźmy sobie, że w jednym z mniej znaczących państw UE przejmuje władzę przywódca podobnie bezwzględny jak Recep Erdogan, Nayib Bukele czy Rodrigo Duterte.

Służby specjalne owego państwa tworzą grupę terrorystyczną odwołującą się m.in. do dziedzictwa Andersa Breivika. Czy może do grupy Baader-Meinhof. Czy może do Państwa Islamskiego. Ta grupa to nie jacyś incele rekrutowani w necie. To profesjonalni najemnicy z doświadczeniem w wielu wojnach. To ludzie otrzaskani z zabijaniem.

W pewnym momencie drony FPV - uderzają w budynki Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego, TSUE oraz innych unijnych instytucji. Ochrona budynków szybko zostaje zlikwidowana, zwłaszcza, że terroryści zostali już wprowadzeni do środka. Zanim belgijska i luksemburska policja dojedzie na miejsce, rzeź się już rozkręci. Terroryści biorą zakładników spośród ludzi postronnych, ale mają przede wszystkim za zadanie likwidację unijnych komisarzy, eurodeputowych, eurosędziów i tylu urzędników, ilu się da. Prawdziwy cel zamachu, to nie wielkie szychy, które można zastąpić innymi marionetkami. Prawdziwym celem są starzy administracyjni wyjadacze, którzy pracują w Brukseli od dekad i bez których cała machina administracyjna pogrąży się w chaosie. Skutki tego dla Unii byłyby podobne jak skutki rzezi pod Batohem z 1652 r. dla Rzeczypospolitej.



Bardzo mogłoby to przypominać również bitwę pod Cajamarcą z 1532 r. Wówczas hiszpański konkwistador Francisco Pizarro, mając mniej niż 200 ludzi, pokonał armię liczącą ponad 80 tys. wojowników i obalił wielkie, "komunistyczne" imperium Inków. Po prostu już na samym początku bitwy dokonał dekapitacji dowództwa wrogiej armii, pojmując władcę Inków. Inkaska armia, pozbawiona dowództwa, po prostu się rozpadła, a bitwa zmieniła się w rzeź, w której zginęło 8 tys. Inków, a Hiszpanie mieli tylko jednego rannego sługę. 

Oczywiście, przedstawiony powyżej scenariusz ataku na siedziby władz UE jest tylko czysto hipotetycznym zarysem scenariusza filmowego. Czegoś w rodzaju "Olimpu w ogniu". Może to jakiś Bodo Kox kiedyś nakręci. No bo nawet w najdzikszych snach nie mogę sobie wyobrazić, że takiego ataku dokonałby jednooki Grzegorz Braun (wyglądający jak w Metal Gear Solid) z Jabłonowskim-Olszańskim.