sobota, 25 kwietnia 2026

Technofaszyzm kontra Państwo-Przedszkole

 


Nie będę mocno się rozpisywał na temat wojny irańskiej - bo mamy w niej interludium. Do jej wznowienia dojdzie pewnie na początku przyszłego tygodnia. Głównym celem będzie kadra dowódcza Korpusu Strażników Rewolucji - czyli frakcja sprzeciwiająca się rozejmowi - oraz siły Korpusu bawiące się w piractwo w Cieśninie Ormuz. Na początku tygodnia mieliśmy amerykański pokaz siły w postaci ostrzelania zajęcia płynącego z Chin kontenerowca z chemikaliami do produkcji paliwa rakietowego. Irańczycy nie mogli temu przeciwdziałać, choć do przechwycenia statku doszło bardzo blisko ich wybrzeża. Później doszło jednak do pokazu amerykańskiej bezsiły - Irańczycy bowiem bezkarnie zajęli dwa kontenerowce w Cieśninie Ormuz, a ostrzeliwali również statki w Zatoce Omańskiej. Co prawda rzekomy pokaz irańskiej siły w postaci 30 "szybkich łodzi" zapewne się nie odbył - wzięto za niego zdjęcia satelitarne pokazujące aktywność irańskich kutrów rybackich, ale dziwię się, że Amerykanie powstrzymują się od rozwalania z powietrza wszelkich podejrzanych, małych jednostek w Cieśninie Ormuz. Może zaczną to robić za kilka dni. W każdym bądź razie niezidentyfikowane wrogie myśliwce cały czas latają nad irańskimi miastami, testując ich obronę przeciwlotniczą. Żołnierze Korpusu Strażników Rewolucji skarżą się, że natomiast, że nie dostają wypłat...

W tle tego konfliktu dzieją się też jednak rzeczy o bardzo doniosłym znaczeniu. Oto bowiem Alex Karp, prezes firmy Palantir i Nicholas Zamiska, dyrektor tej spółki ds. korporacyjnych, napisali wspólnie książkę pt. "Republika technologiczna". Skopiec Dugin już się z jej powodu zesrał - wraz z innymi gówno-bricsowcami - i stwierdził, że to "manifest technofaszyzmu".

Palantir w swoich mediach społecznościowych streścił główne tezy tej książki. Oto one (tłumaczenie Grok, podkreślenia moje):

Dolina Krzemowa ma moralny dług wobec kraju, który umożliwił jej rozwój. Elita inżynierska Doliny Krzemowej ma pozytywny obowiązek uczestniczenia w obronie narodu.

Musimy zbuntować się przeciwko tyranii aplikacji. Czy iPhone jest naszym największym osiągnięciem twórczym, jeśli nie koronnym osiągnięciem naszej cywilizacji? Ten przedmiot zmienił nasze życie, ale może też teraz ograniczać i zawężać nasze poczucie tego, co możliwe.

Darmowa poczta elektroniczna nie wystarczy. Dekadencja kultury lub cywilizacji, a także jej klasy rządzącej, zostanie wybaczona tylko wtedy, gdy ta kultura jest w stanie zapewnić wzrost gospodarczy i bezpieczeństwo społeczeństwu.

Granice miękkiej siły i samej tylko wzniosłej retoryki zostały obnażone. Zdolność wolnych i demokratycznych społeczeństw do zwycięstwa wymaga czegoś więcej niż moralnego apelowania. Wymaga twardej siły, a twarda siła w tym stuleciu będzie budowana na oprogramowaniu.

Pytanie nie brzmi, czy broń oparta na sztucznej inteligencji zostanie zbudowana; pytanie brzmi, kto ją zbuduje i w jakim celu. Nasi przeciwnicy nie będą zwlekać, oddając się teatralnym debatom na temat zalet rozwijania technologii o kluczowym znaczeniu militarnym i dla bezpieczeństwa narodowego. Oni będą działać.

Służba narodowa powinna być powszechnym obowiązkiem. Jako społeczeństwo powinniśmy poważnie rozważyć odejście od w pełni ochotniczej armii i angażować się w następną wojnę tylko wtedy, gdy wszyscy podzielają ryzyko i koszty.

Jeśli amerykański Marines prosi o lepszy karabin, powinniśmy go zbudować; to samo dotyczy oprogramowania. Jako kraj powinniśmy być w stanie kontynuować debatę na temat stosowności działań militarnych za granicą, jednocześnie pozostając nieugiętymi w naszym zobowiązaniu wobec tych, których poprosiliśmy, by stanęli w obliczu niebezpieczeństwa.

Urzędnicy publiczni nie muszą być naszymi kapłanami. Każda firma, która wynagradzałaby swoich pracowników w taki sposób, w jaki rząd federalny wynagradza urzędników publicznych, miałaby trudności z przetrwaniem.

Powinniśmy okazywać znacznie więcej łaski tym, którzy poddali się życiu publicznemu. Likwidacja jakiejkolwiek przestrzeni na przebaczenie – porzucenie jakiejkolwiek tolerancji dla złożoności i sprzeczności ludzkiej psychiki – może pozostawić nas z obsadą postaci na mostku kapitańskim, której będziemy żałować.

Psychologizacja współczesnej polityki prowadzi nas na manowce. Ci, którzy szukają w arenie politycznej pożywienia dla swojej duszy i poczucia własnej tożsamości, którzy zbyt mocno polegają na tym, że ich życie wewnętrzne znajdzie wyraz w ludziach, których być może nigdy nie spotkają, zostaną rozczarowani.

Nasze społeczeństwo stało się zbyt chętne do przyspieszania, a często wręcz cieszy się ze śmierci swoich wrogów. Pokonanie przeciwnika to moment na chwilę refleksji, a nie na radość.
Era atomowa dobiega końca. Jedna era odstraszania – era atomowa – kończy się, a nowa era odstraszania zbudowana na sztucznej inteligencji właśnie się zaczyna.

Żaden inny kraj w historii świata nie przyczynił się bardziej do rozwoju wartości postępowych niż ten. Stany Zjednoczone są dalekie od doskonałości. Ale łatwo zapomnieć, jak dużo więcej możliwości istnieje w tym kraju dla tych, którzy nie są dziedzicznymi elitami, niż w jakimkolwiek innym narodzie na planecie.

Amerykańska potęga umożliwiła niezwykle długi pokój. Zbyt wielu zapomniało lub być może traktuje jako coś oczywistego fakt, że prawie stulecie pewnej wersji pokoju panowało na świecie bez konfliktu militarnego między wielkimi mocarstwami. Co najmniej trzy pokolenia – miliardy ludzi oraz ich dzieci i teraz wnuki – nigdy nie poznały świata wojny światowej.

Powojenne rozbrojenie Niemiec i Japonii musi zostać odwrócone. Rozbrojenie Niemiec było nadmierną korektą, za którą Europa płaci teraz wysoką cenę. Podobne i wysoce teatralne przywiązanie do japońskiego pacyfizmu, jeśli zostanie utrzymane, również zagrozi przesunięciem równowagi sił w Azji.

Powinniśmy oklaskiwać tych, którzy próbują budować tam, gdzie rynek nie zadziałał. Kultura niemal kpi z zainteresowania Muska wielką narracją, jakby miliarderzy powinni po prostu trzymać się swojego pasa wzbogacania się… Każda ciekawość czy autentyczne zainteresowanie wartością tego, co stworzył, jest zasadniczo odrzucana lub może czai się pod cienko zawoalowaną pogardą.

Dolina Krzemowa musi odegrać rolę w walce z przestępczością z użyciem przemocy. Wielu polityków w całych Stanach Zjednoczonych praktycznie wzrusza ramionami w obliczu przestępczości z użyciem przemocy, porzucając jakiekolwiek poważne wysiłki na rzecz rozwiązania problemu lub podjęcia jakiegokolwiek ryzyka wobec swoich wyborców czy darczyńców w poszukiwaniu rozwiązań i eksperymentów – co powinno być desperacką próbą ratowania ludzkiego życia.

Bezpardonowe ujawnianie prywatnego życia postaci publicznych odstrasza zbyt wiele talentów od służby publicznej. Arena publiczna – oraz płytkie i małostkowe ataki na tych, którzy ośmielają się robić coś innego niż wzbogacanie się – stała się tak bezlitosna, że republika pozostaje z pokaźną listą nieskutecznych, pustych skorup, których ambicję można by wybaczyć, gdyby kryła się w nich jakakolwiek autentyczna struktura przekonań.

Ostrożność w życiu publicznym, którą nieświadomie zachęcamy, jest destrukcyjna. Ci, którzy nie mówią niczego złego, często nie mówią niczego istotnego.

Powszechna nietolerancja wobec wiary religijnej w niektórych kręgach musi spotkać się z oporem. Nietolerancja elit wobec wiary religijnej jest być może jednym z najbardziej wymownych sygnałów, że ich projekt polityczny stanowi mniej otwarty ruch intelektualny, niż wielu z nich twierdzi.

Niektóre kultury wytworzyły istotne osiągnięcia; inne pozostają dysfunkcyjne i regresywne. Wszystkie kultury są teraz równe. Krytyka i oceny wartościujące są zakazane. Jednak ta nowa dogma pomija fakt, że pewne kultury, a nawet subkultury… wytworzyły cuda. Inne okazały się przeciętne, a co gorsza – regresywne i szkodliwe.

Musimy oprzeć się płytkiej pokusie pustego i wydrążonego pluralizmu. My, w Ameryce i szerzej na Zachodzie, od pół wieku opieraliśmy się definiowaniu kultur narodowych w imię inkluzywności. Ale inkluzywność wobec czego?

(koniec cytatu)

To wszystko brzmi bardzo w stylu "New Dealu". Cyfrowego New Dealu. Sojusz silnego państwa (kultywującego kulturę narodową i przyjaznego wobec religii) z innowacyjnym biznesem. Skupienie się na budowaniu potęgi militarnej i bezpieczeństwa publicznego prowadzące do stymulacji rozwoju technologicznego, który przyniesie korzyści całej ludzkości. Do tego odrzucenie bajeczek o równości kultur i bardzo niejasne sformułowania dotyczące roli funkcjonariuszy publicznych (wyraźne sugestie, że społeczeństwo nie powinno się interesować ich życiem prywatnym).

Ta wizja została już nazwana przez libków "technofaszyzmem". Nie dziwię się libkom, że się jej boją, bo uderza ona w obecnie dominującą na Zachodzie wizję "państwa-przedszkola".

Niedawno przeczytałem książkę Paolo Lionniego "Szkoła lipska i systematyczna destrukcja edukacji". Opisał on w niej, jak do amerykańskiego systemu edukacyjnego przeszczepiono idee niemieckiego psychologa Wilhelma Wundta, twórcy owej szkoły lipskiej. Wundt uważał, że człowiek nie posiada duszy, a jego osobowość kształtuje jedynie suma wpływających na niego bodźców zewnętrznych. By ukształtować człowieka w pożądany sposób, trzeba więc na niego wpływać za pomocą odpowiednich impulsów. Główną funkcją szkoły jest więc nie tyle dostarczenie młodym ludziom odpowiedniej i w miarę wszechstronnej wiedzy, tylko sprawienie, by dziecko dostosowało się do społeczeństwa. W praktyce oznacza to dostosowanie się do debili i podludzi, którzy stanowią większość w każdym społeczeństwie. Poziom nauki jest więc stale i stopniowo zaniżany, no bo przecież - według teorii Wundta - nie każdy ma być wybitnym naukowcem, artystą czy mężem stanu. Społeczeństwo potrzebuje przede wszystkim ludzi przeciętnych, którzy dobrze wykonywaliby proste polecenia. Więc uczy się ich przeciętności, ze stopniowym zaniżaniem jej poziomu. 

Teorie szkoły lipskiej zostały entuzjastycznie przyjęte przez amerykańskich progresywistów z początków XX w. Dzięki grantom od Rockefellerów i innych potentatów, propagowali je i wdrażali do amerykańskiego systemu edukacji. Przyniosło to opłakane skutki nawet ich sponsorom. Whinthrop i Nelson Rockefellerowie chodzili do eksperymentalnych szkół, w których wdrażano te teorie. Obaj, już jako dojrzali ludzie, skarżyli się, że mają problemy z czytaniem długich tekstów!

Szkoła lipska zakłada, że do procesu nauki potrzebne są pozytywne impulsy. Musi być ona atrakcyjna dla ucznia. Zgoda. Ale jak przekonać gnoja z ADHD, że nauka algebry jest dla niego bardziej atrakcyjna niż darcie mordy w klasie i dźganie ołówkiem innych dzieciaków? W dawnych czasach nauczyciel, by mu po prostu przypierdolił przy całej klasie. A później rodzice spuściliby mu lanie. Takich metod jednak zakazano, więc poziom kształcenia "szkoły lipskiej" też musiał się obniżyć.

W przypadku USA punktem przełomowym był moment, w którym Eisenhower wysłał wojsko na Południe, by wymusić desegregację rasową w szkołach. Prawie 70 lat później, biali i Azjaci jeszcze mocniej górują nad Czarnymi w wynikach testów szkolnych i testów IQ. W przypadku białych, wyniki szkolne są bliskie światowej czołówki. To Afroamerykanie straszliwie zaniżają wyniki testów. Nie wiem, jaka jest tego przyczyna, ale według szkoły lipskiej, to dzieci z wyższym IQ powinny dostosować się do tych z niższym. Efektem tego jest straszliwy syf w amerykańskim systemie szkolnictwa publicznego.

Być może, w podstawówce byliście świadkami lub doświadczaliście przemocy "rówieśniczej". Ona także wpisuje się w teorie szkoły lipskiej. Szkoła jest bowiem po to, by dzieciak dostosował się do społeczeństwa współtworzonego przez debili i podludzi. Jeśli więc jakoś odstaje od tej szarej masy, to są duże szanse na to, że masa będzie go gnębić. To jest wpisane w system. Gdy zacznie się bronić - to sam zostanie ukarany, a sfrustrowana raszpla będąca nauczycielką powie mu, że jak go biją, to powinien się skulić w kącie i być cicho, aż się napastnikom znudzi. I podobne zasady obowiązują również w społeczeństwie. Zrobisz krzywdę włamywaczowi - to ty będziesz musiał się z tego tłumaczyć w sądzie. Odstrzelisz jakiegoś niebezpiecznego patusa jak ten koleś z Bystrzycy - trafisz do aresztu, a w "Wyborcza" cię obsmaruje, choć powinieneś dostać medal za utylizację bezwartościowego śmiecia.

O ile Platon pisał o państwie rządzonym przez filozofów, to obecnie na Zachodzie (i w Polsce) dominuje model państwa-przedszkola. Na czym polega chodzenie do przedszkola? Na śpiewaniu głupich piosenek , braniu udziału w innych "grach i zabawach", integracji z dziećmi debili, jedzeniu jakiegoś shitu oraz przymusowych drzemkach w wyznaczonych godzinach. Państwo-przedszkole opiera się na przekonaniu, że masz być szczęśliwy w tym co każemy ci robić, a państwo dopilnuje, byś nie robił niczego, co może być dla ciebie "złe" lub "niezdrowe". 




Nie dziwmy się więc, że Obama z Mamdanim oraz inni lewicowo-liberalni politycy, tak często robią sobie sesje zdjęciowe w przedszkolach, podczas których śpiewają z dzieciakami głupie piosenki.

Na to nakłada się feminizacja społeczeństwa. Kobiety chętniej głosują nad rozwiązaniami przewidującymi model państwa-przedszkola. Ta idea wpływa też silnie na ich podejście do kwestii matrymonialnych. O ile straszy się społeczeństwo "zdradykalizowanymi chłopcami", to okazuje się, że to młode dziewczęta są o wiele bardziej zradykalizowane - tylko chyba 36 proc. z nich ma pozytywny obraz mężczyzn, podczas gdy 76 proc. młodych kolesi ma pozytywny obraz kobiet. 

Model państwa-przedszkola rozbija się jednak o masową, trzecioświatową imigrację. W takich krajach jak Somalia dzieciaki biegają z kałachami i zabijają ludzi. Jak więc zachodnioeuropejskie dzieciaki mają się do nich dostosować? Jakie pozytywne bodźce może im zapewnić młoda feministyczna nauczycielka? No chyba tylko seksualne, gdy będą ją zbiorowo gwałcić...

Model państwa-przedszkola trzeba więc zakończyć i zastąpić czymś, co nie będzie prowadziło do dalszej degradacji kultury. I być może ów model zostanie zastąpiony przez technofaszyzm w amerykańskim stylu. 

Tymczasem, śledztwo Departament Sprawiedliwości, wykazało, że "antyrasistowska" organizacja Southern Poverty Law Centre wypłaciła miliony dolarów swoim prowokatorom w organizacjach neonazistowskich i białosuprematystycznych. Płacono im za tworzenie neonazistowskiego zagrożenia. Podczas osławionych zamieszek w Chancellorville mieliśmy do czynienia z takimi opłaconymi aktorami. Są też ponoć związki SPLC z zamachem w Oklahoma City. Co ciekawe, gdy wybuchła afera SPLC, wielu amerykańskich, prawicowych podcasterów - w tym Candance Owens - zrobiło sobie wakacje. 

***


Nie wiem, czy też macie wrażenie, że wypadek, w którym zginął poseł Litewka był w takim białoruskim stylu (Paweł Maszerow, Marek Karp...). Koleś zajmował się psami, wypowiadał się ostro o aferze peofilsko-zoofilskiej w Kłodzku, może do jego biura poselskiego trafił ktoś z ciekawymi informacjami...

sobota, 18 kwietnia 2026

Kanye odblokował Ormuz, a węgierska ubecja wymieniła Orbanów

 


Powyższa wersja jest, moim zdaniem, znacznie lepsza od mema wklejonego przez Trumpa.

Hossana! Trump dokonał cudu! Sprawił, że libki, lewary i ateiści zaczęli bronić papieża. Do obrony pontifexa Leona XIV przyłączyli się też tradsi - dotychczas jojczący, że nowy papież to kontynuator niecnych działań Bergoglia, libek i kryptolewar. Papież powinien (jeśli tego jeszcze nie zrobił) swoimi tajnymi kanałami przesłać Trumpowi podziękowania wraz z jakimś fajnym prezentem, za to, że "szalony amerykański imperator" pomógł mu w zbożnym dziele ewangelizacji libków. Podobnie powinna mu podziękować Meloni (mająca w swoim kraju masę agresywnego, propalestyńskiego lewactwa). 

Tucker (CIA) zasugerował, że Trump jest Antychrystem. Czekam na to, aż libki zanurzą się w interpretacjach Apokalipsy św. Jana...

Abstrahując jednak od wypowiedzi i wpisów Trumpa triggerujących różne środowiska, doszło w ostatnim tygodniu do ciekawego zwrotu akcji w wojnie z Iranem: amerykańskiej blokady morskiej irańskich portów.

Blokada nie jest całkowita - przez Ormuz przepływały statki zaakceptowane przez Amerykanów i te, które wyłączały transpondery. Część była jednak zawracana. Osintpolowcy podniecali się chińskim tankowcem, który przepłynął przez Ormuz. Nie zauważyli jednak tego, że później zawrócił do Zatoki Perskiej. Amerykańskie okręty wojenne nie stoją bowiem burta przy burcie w cieśninie. One zostały ustawione dalej - w Zatoce Omańskiej, poza zasięgiem Irańczyków.

Blokada uderzyła przede wszystkim w Iran i w zinfiltrowany przez irańską agenturę Irak. Saudyjczycy tłoczą 7 mln baryłek ropy dziennie do terminalu nad Morzem Czerwonym. ZEA omijają Ormuz rurociągiem prowadzącym do Fudżajry, przesyłając tam 1,85 mln baryłek dziennie. Problem ma Iran - w ciągu dwóch tygodni jego magazyny naftowe się zapełnią, a szyby wydobywcze trzeba będzie zamykać. Już wstrzymał eksport produktów petrochemicznych.  Chiny zaczęły naciskać na Irańczyków, by się porozumieli w sprawie zakończenia wojny. Obiecały też Amerykanom, że nie będą dostarczały broni Iranowi.

Iran ugiął się i zaproponował USA, że pozwoli bezpiecznie przepływać statkom po omańskiej stronie Cieśniny Ormuz. W piątek irańskie MSZ oficjalnie zadeklarowało, że wszystkie statki będą mogły bezpiecznie przepływać przez tę Cieśninę - przynajmniej w czasie rozejmu między Izraelem a Libanem. Amerykanie nie zdjęli za to swojej blokady. Ropa staniała w okolice 84 USD za baryłkę. Zapewne sprawy jeszcze parę razy się zmienią, bo w sobotę Iran ogłosił, że Cieśnina jest znów zamknięta - trend jest jednak wyraźny.

Pojawiła się również sensacyjna informacja o tym, że Ghalibaf zaoferował Amerykanom BAZĘ pod Isfahanem, do której mogliby oni sprowadzić ciężki sprzęt potrzebny do odkopania uranu pogrzebanego w pobliskim kompleksie podziemnym. Nie wiemy, czy to wypali - wewnątrz władz irańskich jest wyraźny rozłam. Vahidi oskarża Ghalibafa o to, że negocjuje z "mordercami" Chameneia, w czasie, gdy najwyższy przywódca nie został jeszcze (!) pochowany. 

Gdy pisałem o tym, że Amerykanom zależało na tym, by doszło do blokady Ormuzu - spotkałem się z masowym jojczeniem w komentarzach. Zwróćmy jednak uwagę na konsekwentną strategię administracji Trumpa. Najpierw przejęcie kontroli nad Kanałem Panamskim. Teraz nad Cieśniną Ormuz. Jednocześnie podpisanie porozumienia wojskowego z Indonezją - krajem też kontrolującym ważne cieśniny. Zgadzam się z Wosiem - Trump znowu wygrał.



A niektórzy twierdzą, że Iran wygrał. Tymczasem Iran oficjalnie wycenił straty swojej gospodarki na 270 mld USD. Bank centralny radzi prezydentowi Pezeszkianowi szybko zawrzeć pokój z USA. Bez zniesienia sankcji - egzekwowanych teraz znacznie ostrzej przez arabskie monarchie - gospodarkę Iranu czeka załamanie. David Barnea, były szef Mossadu, mówi o trzeciej fazie operacji - wsparcia dla obalenia reżimu. Pisalem, że szach dał sygnał "Nieśmiertelnym", by zaczęli ataki przeciwko funkcjonariuszom reżimu. Mieliśmy już serię wybuchów bomb przy posterunkach basijich i policji w Teheranie oraz zasztyletowanie jednego z funkcjonariuszy basijich. 

Doszło też do dużego przeorientowania w globalnym handlu ropą i gazem. Ponad 100 pustych tankowców płynie do USA. Stany Zjednoczone przejęły od Kataru pierwsze miejsce w eksporcie LNG.  Tajwan zaczął zamawiać hel w USA, zamiast w Katarze. Owszem, problem z dostępnością paliw mają kraje takie jak Bangladesz, Mozambik czy nawet Australia. Problem ma Europa - posiadająca zapasy paliwa lotniczego na jedynie 6 tygodni. Ceny paliw stały się też problemem politycznym w USA. Wiecie jak tam drogo? 4,24 zł za 1 litr benzyny (dane za 13 kwietnia) . W Japonii - kraju nie posiadającym własnych złóż ropy - 3,81 zł. 

Nie mylcie krótkoterminowej spekulacji na rynkach z dłuższymi trendami. W USA, indeksy odrobiły wojenne straty i znów biją rekordy. Wieści o śmierci petrodolara znów okazały się przesadzone. Ekscytują się nimi kolesie oglądający na YouTube filmiki w stylu "Dolar jest skończony! Umowa handlowa między Namibią a Tuvalu!". 

"Ale przecież republikanie przerżną midtermsy!" Też mi nowina! Zwykle przegrywa je partia posiadająca prezydenta. "Ale tym razem demokraci dokonają impeachmentu Trumpa!". I co z tego? Procedura impeachmentu jest równie skuteczna, co w Polsce stawianie przed Trybunałem Stanu. Sondaże nadal wskazują, że republikanie utrzymają Senat. Pokazują też, że wyborcy demokratów fatalnie oceniają swoją partię. Wystarczy im pozwolić trochę się pokompromitować - tak jak obecnej gubernator Virginii Abigail Sapnberger. Odchodzi od demokratów młode, propalestyńskie lewactwo. Śmieje się ono, że prędzej wojna z Iranem się skończy, niż demokraci wypracują wobec niej stanowisko. Senator Chuck Schumer dodatkowo podkurwia tych lewaków mówiąc, że Trump zbyt słabo uderzył w Iran. Hillary deklaruje poparcie dla Izraela. Kamala chce startować na prezydenta w 2028 r., a sondaże pokazują, że wygrałaby prawybory. Jeśli republikanie wystawią Rubio - wygrają. Szczególnie jeśli obalą komunizm na Kubie. Wówczas na ulicach Miami będzie przez tydzień impreza.

***

U nas zarówno libki jak i prawaki ekscytowały się wyborami na Węgrzech. Największą sensacją z nimi związaną było spektakularne przerżnięcie prognoz przez Marcina Palade :)

Cudem byłoby, gdyby wygrał Orban. Koleś rządził przecież nieprzerwanie przez 16 lat - dłużej niż Thatcher czy Blair, a mniej więcej tyle, co Merkel. Ewidentnie spieprzył swoją czwartą kadencję. Wówczas gospodarka dostała zadyszki - bo jest mocno powiązana z przechodzącymi kryzys Węgrami, a w odróżnieniu od Polski nie może liczyć na duży rynek wewnętrzny. Orban spieprzył sprawę, bo część jego polityki gospodarczej była podobna do postulatów Konfy - więc pod względem wysokości płac i PKB per capita Węgry zostały prześcignięte przez Rumunię. Węgrom zaskoczyła też ta słynna "polityka wielowektorowa". Nic nie miały z otwarcia się na Chiny, a związki z Rosją okazały się dla nich obciążeniem. Dodam, że Węgry robiły również za lobbystę Izraela, jednocześnie proponując Iranowi współpracę wywiadowczą tuż po tym jak Mossad za pomocą węgierskiej firmy-krzak sprzedał Hezbollahowi zaminowane pagery. Mimo jednak całego konfliktu z Brukselą, Węgry robiły "czarną robotę" za Niemców wobec Ukrainy - szczególnie za Merkel i Scholza (bo za Merza sprawy się zmieniły). W przypadku negocjacji dotyczących KPO i głosowania za Tusskiem na przewodniczącego RE, Węgry nam wbiły nóż w plecy, działając na rzecz Niemiec. Nie jest mi więc żal Orbana - sam sobie zaszkodził, zwłaszcza wprowadzając chuJOWą ordynację. 

O ile jednak Orban miał wiele wad, to głupotą było nazywanie go "autorytarnym przywódcą". Koleś przecież oddaje władzę po przegranych wyborach. Jaki więc z niego autokrata? Czy kogoś zabił? Wsadził jakiegoś opozycjonistę do więzienia - choćby za korupcję? Czy wsadzano tam ludzi do aresztów za komentarze w necie jak w Wielkiej Brytanii lub zamykano opozycyjne telewizje jak we Francji? A może chciano zabronić kupowania domów ludziom o nieprawomyślnych poglądach, jak w Niemczech? Nic takiego się nie działo. 

Węgrzy wymienili Orbana na kolesia, który deklaruje, że nadal będzie korzystał z rosyjskiej ropy i gazu oraz, że nie będzie dostarczał broni Ukrainie ani nie będzie się składał na pomoc finansową dla niej oraz, że chce szybkiego zniesienia sankcji na Rosję po wojnie. Jak na razie jest też przeciwko unijnemu paktowi migracyjnemu i zaprasza Netanjahu do Budapesztu. Mamy więc wersję Orbana przyjazną dla Brukseli, która deklaruje, że wprowadzi euro i dociśnie Węgrów neoliberalną polityką gospodarczą. Zobaczymy na ile się on wywiąże z obietnic - czy naprawdę dociśnie orbanowców, czy też może odstawi teatrzyk polityczny, nie robiąc im większej krzywdy.

Pojawiły się teorie spiskowe, że Magyar - wieloletni członek Fideszu - to kreacja orbanowskich służb, która ma pozwolić ludziom Orbana na miękkie lądowanie. Przypominam, że za rządów Orbana nie podjęto żadnego kroku w kierunku lustracji byłych TW bezpieki, a archiwa pozostawały zamknięte. Jeden z oligarchów (były stronnik Orbana, który się z nim pokłócił) twierdził, że Orban to dawny współpracownik węgierskiej, komunistycznej wojskowej bezpieki. Współczuje więc Węgrom, że mieli wybór pomiędzy Orbanem a równie śliskim i podejrzanym kolesiem przypominającym trochę Kołodziejczaka. Takie to gry i zabawy węgierskiej bezpieki... Zauważcie, że owa bezpieka wykorzystuje do swoich operacji psychologicznych symbolikę węgierskiej (kontr)rewolucji z 1956 r. 

Od dawna twierdziłem, że Orban nie powinien być przedstawiany jako sojusznik ideologiczny czy też wzór dla polskiej prawicy. Już dużo lepszymi przykładami byliby: Erdogan, Rodrigo Duterte czy Nayib Bukele. 

A tymczasem Brauniarze fapują do Pedro "Hijo de la Puta" Sancheza - nie przeszkadza im, że zmienia Hiszpanię w trzecioświatowy shithole i jest kryptokomunistą wrogim tradycji narodowej i religii - ważne dla nich, że nie lubi Żydów i bił hołdy przed jakimś Chińczykiem.

Ktoś (służbowo?) napisał mi w komentarzach: "Ale mieliśmy szczęście. Wygrana Orbana zachęciłaby ruskich do wpompowania ekstra miliardów $ w propagandę żeby manipulować wyborami u nas w 2027." - ale komu mieliby pompować te miliardy? Giertychowi i jego trollowni? TVP w upadku? Gejnerałowi Pytongowi? Piątkowi i towarzyszce Suchanow? Pińskiemu? Kreml ma tu już wystarczająco silne aktywa w postaci wielopokoleniowych, sowieciarskich rodzin. Wystarczy rozejrzeć się po kadrach różnych instytucji.

***

Poniższe zdjęcie to nie AI. To scena z koncertu Ye (Kanye Westa). Kanye chodził podczas koncertu po wielkim globie ziemskim. Niektórzy żartowali, że to on - tak łażąc po globie - otworzy Cieśninę Ormuz.



Do takiego koncertu miało też dojść w Chorzowie. Niestety, koncert został odwołany - w wyniku pohukiwań ciemniaków z Ministerstwa WspaKultury i MSZ.  Nie usłyszymy więc ikonicznego kawałka Nigga HH

A może - razem z Katy Perry i Justinem Trudeau - wykonałby kawałek E.T.?

A może Runaway? Diamonds from Sierra Leone? A może Jesus Walks?

No cóż, mamy "dyktaturę" ciemniaków. 



Nie powinno to nikogo dziwić, bo przecież jednym z filarów tego reżimu jest koleś, któremu powszechnie stawia się przy nazwisku hashtag #Debil - nie tylko z racji tego, że kiedyś wyrzucał Gombrowicza i Herlinga-Grudzińskiego z listy lektur.

Pamiętam jak w 1996 r. Polsat doniósł, że rząd Ciposzewicza dofinansował stocznię w wietnamskim Hajfongu, zamiast wspomóc Stocznię Gdańską. W odwecie, KRRiTV nałożyła na Polsat wysoką karę za nadanie filmu "Ostry poker w małym Tokio". Zapewne ta kara zniechęciła go do zakupu praw do emisji serialu "Dragon Ball" (a puszczał wtedy "Sailor Moon"). W postkomunistycznej TVP puszczano wypowiedzi starych psycho-loszek o tym, jak straszliwe jest anime. Jedna z nich stwierdziła, że gdzieś jakieś dzieciaki rozjechały kotka walcem drogowym, bo się naoglądały tych strasznych "bajek"...

Oczywiście, o wiele wcześniej, odcinanie nas od światowej popkultury zaczęła ekipa gejnerała Jarucwelskiego  - 13 grudnia 1981 r. przerywając emisję serialu Załoga G. Dziwię się więc, że Adam Wielkodupski - rocznik 1972 r. - zawsze fapował do kolesia, który spaprał życie tylu polskim dzieciom i nastolatkom. No cóż, może Wielkodupski nie oglądał wówczas Załogi G., tylko "Bocu no Pico" i "Czterech pancernych i psa". (Baj de łej: ostatni odcinek "Czterech pancernych i psa" był kręcony w Kłodzku. Biedny Szarik!)

I pomyśleć, że jakby nie obalono Gierka, to prezes Szczepański puszczałby w TV Kinnikumana oraz te wszystkie anime, które doszły do nas z opóźnieniem w latach 90-tych...

sobota, 11 kwietnia 2026

Wrestlingowa wojna na Bliskim Wschodzie i jej ukryte przyczyny. 1973 Redux

 


Powyżej: wrak irańskiego dronowca IRIS Shahid Mahdavi, zatopionego w Zatoce Omańskiej.

Internetowy komentariat przechodził w ostatnich dniach niezłą huśtawkę nastrojów - od paniki (O mój Boże! Trump zapowiedział, że zniszczy cywilizację!!! Zbombarduje Iranowi elektrownie atomówkami i nadejdzie koniec świata!!!) po cyniczne kpiny (Ha! Ha! TACO! Co za cienias! Zabrakło mu odwagi rozwalić im elektrownie! Wycofał się! Iran jest niepokonany!!!). Ja to oglądałem jak dobry mecz - nie piłkarski, ale wrestlingowy. 

Ci, co wpadli początkowo w panikę zapomnieli o kilku sprawach: Trump jest medialnym showmanem, który brał udział w meczach wrestlingowych i zna ich zasady. Zna też bliskowschodni język dyplomacji, którego integralną częścią są przesadzone groźby. Zapewne też wie, że JFK w czasie kryzysu kubańskiego groził komuchom wojną jądrową. Powinien też wiedzieć (a jak nie wiedział, to pewnie mu powiedział Roger Stone), że Nixon stosował różnego rodzaju ostre groźby - w tym nuklearne - w ramach swojej "strategii szaleńca", która doskonale zdała egzamin zarówno w 1972 r. w Wietnamie jak i w 1973 r. na Bliskim Wschodzie. Ale oczywiście publika o tym nie wie, więc daje się robić na takie sztuczki. Nie wie ona też pewnie, że ewentualne bombardowanie irańskich elektrowni nie stanowiłoby żadnego straszliwego precedensu. Clinton bombardował elektrownie w Serbii, a Obama w Państwie Islamskim - i dostał pokojowego Nobla. Moskale wielokrotnie bili w ukraińskie elektrownie, a Rusini w rosyjskie. I nic wielkiego się nie stało. W przypadku ewentualnego uderzenia w irańskie obiekty tego typu była jednak obawa, że Iran uderzy w arabskie zakłady odsalania wody morskiej, pola naftowe i gazowe. Skończyło się więc tylko na drobnej demonstracji - szybkiej i metodycznej izraelskiej kampanii bombardowań irańskich mostów kolejowych. (Ciekawa analiza Maćka.)

Zawieszenie broni zostało ogłoszone na półtorej godziny przed deadlinem Trumpa. Oczywiście nie oznaczało ono wstrzymania działań wojennych. Irańskie rakiety i drony nadal uderzały w państwa arabskie - a nawet doszło do nasilenia tego ostrzału. Cieśnina Ormuz nadal była przyblokowana - Irańczycy puszczali po 15 statków dziennie, domagając się myta w kryptowalutach. Najlepszy numer zrobiło jednak lotnictwo ZEA - podszywając się pod Izraelczyków zbombardowało irańską rafinerię Lavan (poważnie ją niszcząc) oraz cele w Buszerze i w Teheranie. Skąd wiadomo, że to lotnictwo z Emiratów? Bo Izraelczycy nie mają Mirage'y. Wcześniej dwa duże drony chińskiej produkcji rozbiły się w Iranie - jeden na lądzie, drugi na morzu. Takie maszyny mają w swoim arsenale akurat ZEA i Arabia Saudyjska. Władze ZEA twierdzą, że Iran musi zostać pokonany wszelkimi możliwymi środkami - jeśli trzeba, to nawet bronią nuklearną. Przypomnę, że już po pierwszych irańskich uderzeniach w infrastrukturę naftowo-gazową, pojawiły się doniesienia, że Saudyjczycy w odwecie bombardują irańskie rurociągi. A magister Bartosiusiak przekonywał, że arabskie monarchie odwrócą się od USA i przejdą pod chiński protektorat...

Zanim jednak przejdziemy do kwestii negocjacji pokojowych, które mają się dzisiaj zacząć w Islamabadzie, to dojdźmy do tego, jak zaczęła się ta wojna.

Niedawny artykuł z "New York Timesa" o sceptycyźmie CIA, co do możliwości kontrewolucji w Iranie a Vance przestrzegał przed wojną to oczywiście wrzutka mająca pokazać Vance'a w odpowiednim świetle zarówno dla elektoratu jak i dla irańskich negocjatorów. 

Dlaczego twierdzę, że to wrzutka? Bo w NYT zwykle nie miał dobrych źródeł w administracji Trumpa, a w mediach pojawiło się przy okazji wojny dużo głupich fejków. (Choćby historia o tym jak przedstawiciele Pentagonu rzekomo grozili papieżowi Leonowi XIV "niewolą awiniońską" - turbogej Winnicki był jednym z tych, który uwierzył w tę historyjkę i zżymał się na "protestanckich syjonistów" z Pentagonu. Tego fejka zdementował jednak zarówno nuncjusz apostolski w Waszyngtonie, jak i Amerykanie. Eldrige Colby, z którym rozmawiał nuncjusz, to zaś nie żaden "syjonistyczny protestant", tylko wierzący katolik, który podjął nuncjusza bardzo kurtuazyjnie.) Ponadto historia o przygotowaniach do wojny ma poważną dziurę - przeczy rewelacjom, które zostały przemilczane niemal przez wszystkie media.

Trump w rozmowie z Fox News powiedział, że w styczniu USA wysłały do Iranu sporo broni i Starlinków dla tamtejszej opozycji. Broń i Starlinki zatrzymali sobie jednak pośrednicy, czyli kurdyjskie ugrupowania zbrojne. Przywódcy kurdyjskich komunistów z Iranu zaprzeczali, co prawda, że dokonali tej kradzieży i że gwałcą zwierzęta - tylko debil, by jednak im wierzył. Zwłaszcza, że kurdyjscy komuniści, sami chwalili się na TikToku bronią otrzymaną od Amerykanów. 

Poleganie na Kurdach było poważnym błędem - ich iracki przywódca Barzani składał irańskiemu reżimowi kondolencje po śmierci Chameneia, a wcześniej robił interesy naftowe z ISIS. No ale, widocznie w CIA i waszyngtońskich think-tankach wciąż jest żywy mit romantycznego kurdyjskiego bojownika o wolność. To oczywiście mit stworzony w czasie wojny z Saddamem, a propagowany później przez różnych Repetowiczów liczących na to, że znajdą sobie dziewczynę w "feministycznych" jednostkach YPG. ( Aż mi się przypomniała jedna z części "Zemsty frajerów" - "To Mechtylda, frajerka z Kurdystanu" :)

To, że kurdyjscy komuniści przywłaszczyli sobie broń i Starlinki przeznaczone dla irańskiej opozycji przesądziły o tym, że styczniowe wielkie protesty społeczne zostały krwawo stłumione. Kurdyjskich komunistów obciąża więc śmierć tysięcy Irańczyków. I to ich działanie doprowadziło do wojny - skoro bowiem, nie udało się dokonać zmiany reżimu w Iranie rękami samych Irańczyków, to trzeba było sięgnąć po plan B, którego CZĘŚCIĄ jest wojna. Trump stwierdził, że ci kurdyjscy komuniści "sprowadzili na siebie śmierć". Dobry komunista, to martwy komunista.

Mamy więc wielki paradoks - Repetowicz ostro krytykuje wojnę z Iranem, a to przecież jego kumple do niej się mocno przyczynili. Nie tylko kurdyjscy komuniści, ale również szyiccy fanatycy z Iraku (podobne tałatajstwo, do tego, z którym walczyliśmy w 2004 r. w Karbali), których irański reżim w panice sprowadzał w styczniu do kraju, by utopić protesty we krwi. (Niedawno sprowadził ich więcej z Iraku oraz Afganistanu, bo aparat represji został zdziesiątkowany przez bombardowania. Część z nich już dostała, na co zasłużyła - kilkuset zginęło w bombardowaniu, gdy się stłoczyli po odprawie paszportowej na przejściu granicznym.)

Wróćmy jednak do tego, czym był plan B. Znaczna większość wojen nie jest prowadzona aż do totalnego wyniszczenia wroga, ale do zawarcia porozumienia politycznego. Po drugiej stronie musi być jednak ktoś gotowy na takie porozumienie. I tu dochodzimy do wielokrotnie powtarzanych przez Trumpa zapewnień, że prowadzone są "dobre i konstruktywne" rozmowy z Irańczykami. Tutaj trzeba zadać pytanie: z którymi Irańczykami?



Irańskie władze i dowództwo Korpusu Strażników Rewolucji zostały mocno przetrzebione w wyniku uderzeń dekapitacyjnych. Amerykanie wraz z Izraelczykami wyraźnie jednak oszczędzali dowództwo armii irańskiej, prezydenta Pezeszkiana i jego otoczenie, ministra spraw zagranicznych Araghchiego oraz przewodniczącego parlamentu Ghalibafa. Nazwisko tego ostatniego oficjela pojawiało się w kontekście tajnych negocjacji prowadzonych w Pakistanie. Oficjalnie im zaprzeczano, ale ostatecznie Ghalibaf pojawił się jawnie w Islamadzie wraz a Araghchim. Ich samolot był eskortowany przez pakistańskie myśliwce.

Czy ma on jednak zamiar negocjować w dobrej wierze? Po tym jak zostało zawarte bardzo ułomne zawieszenie broni, media zaczęły bezmyślnie powtarzać, że Amerykanie zgodzili się na 10 irańskich żądań obejmujących m.in. wycofanie wojsk USA z Bliskiego Wschodu i pozwolenie Iranowi na kontynuację programu nuklearnego. To oczywista bzdura - żadna amerykańska administracja nie przyjęłaby takich maksymalistycznych żądań. Owe 10 punktów podały irańskie państwowe media - co było podobną propagandą jak ich opowiastki o kilkakrotnym zatopieniu amerykańskiego lotniskowca. Z oficjalnego komunikatu Araghchiego wynikało, że podstawą do negocjacji będzie 15-punktowy plan amerykański oraz "szkielet" 10-punktowego planu irańskiego. Nie wiadomo jednak, o który 10-punktowy plan irański chodzi. Vance stwierdził, że początkowo Teheran przedstawił, coś jakby napisanego przez ChatGPT, co wyrzucono do kosza. Później pojawił się bardzo realistyczny plan, a potem media pisały o innym planie całkowicie od czapy. Źródła arabskie wskazywały natomiast, że irańscy negocjatorzy już wstępnie zaakceptowali 11 z 15 punktów planu amerykańskiego. 

To dlaczego Cieśnina Ormuz nadal jest przyblokowana, a w regionie trwa wymiana ciosów? Bo USA negocjują tylko z jedną frakcją w irańskich władzach. Druga frakcja - której najprawdopodobniej przewodzi Ahmad Vahidi, dowódca Korpusu Strażników Rewolucji - chce kontynuowania wojny. To tłumaczy dlaczego irańskie, reżimowe silniczki wyszły ostatnio na ulicę i zaczęły wyzywać Ghalibafa od "zdrajców", a nawet obrażać Kartonowego Modżtabę. Takie demonstracje śmierdzą Resortem na wiele kilometrów...



Pojawiła się teoria, że Ghalibaf kupił zaufanie Amerykanów dostarczając im wcześniej dane wywiadowcze. Mógł on wystawić im Laridżaniego, których uchodził za jego głównego rywala, a po likwidacji Chameneia był człowiekiem, który de facto rządził Iranem.

Baj de łej: gen. Esmail Qaani, podejrzewany o pracę dla Mosadu dowódca Sił Quds, który przetrwał bombardowanie bunkra Nasrallaha, kampanię dekapitacyjną z czerwca 2025 r. i likwidację Chameneia, wciąż żyje, trwa na stanowisku i odgrywa nawet propagandowe szopki.

Tuż przed ułomnym zawieszeniem broni amerykańskie bombowce B2 zbombardowały natomiast bunkier, w którym miało zginąć 50 wysokiej rangi oficerów Korpusu Strażników Rewolucji planujących kolejne ataki wymierzone w państwa regionu. Trump postował film rzekomo z tego ataku, i napisał o śmierci "wielu irańskich przywódców wojskowych". Ciekawe, czy ktoś ich wystawił?

Ghalibaf reprezentuje bardziej "materialistyczną" frakcję w irańskich władzach. To właściwie mafiozo (pamiętajmy, że Korpus Strażników wraz z Hezbollahem jest bardzo mocno zaangażowany w handel narkotykami). Jego syn nie walczy w obronie reżimu, ale odpoczywa w Monaco na jachcie z przyjaciółmi.



O ile na co dzień irańscy oficjele krzyczą "Śmierć Ameryce!", to podobnie jak peerelowskie komuchy wysyłają dzieci do USA. Świat niedawno dowiedział się o siostrzenicy gen. Sulejmaniego - influencerce, która korzystała z uroków kapitalistycznego życia w "szatańskiej Ameryce", dopóki nie zaczęła publicznie okazywać radości ze śmierci amerykańskich żołnierzy i została deportowana. Rubio zapowiada, że 4 tys. członków rodzin reżimowych irańskich oficjeli może również stracić prawo pobytu w USA.

Zauważmy, że Trump od początku wojny wypowiadał się ostrożnie o zmianie reżimu w Iranie, a wielokrotnie sugerował, że chce się dogadać z frakcją wewnątrz irańskich władz. 

Problem jednak w tym, że frakcja Ghalibafa-Pezeszkiana wcale nie musi zwyciężyć w wewnętrznej rywalizacji o władzę. Problemem jest to, że irańscy "twardogłowi" tacy jak Vahidi najprawdopodobniej myślą, że Iran wygrywa wojnę i nie ma powodów do ustępstw. Czy jednak jest tak w rzeczywistości?

Wielu wyciągniętych z dupy "ekspertów" twierdzi, że Iran "wyjdzie z tej wojny silniejszy niż był". Czyżby? 

Amerykanie, kosztem 15 zabitych i 538 rannych żołnierzy (z czego 315 szybko wróciło do służby, a tylko 6 było poważnie rannych) oraz Izraelczycy kosztem 13 zabitych żołnierzy w Libanie, 418 rannych żołnierzy, 27 zabitych i 7415 cywilów z różnymi obrażeniami zdołali zabić ponad 6,6 tys. irańskich żołnierzy i funkcjonariuszy aparatu represji, a ponad 15 tys. ranić. Wyeliminowano kilkudziesięciu wysokich rangą dowódcą i oficjeli, łącznie z najwyższym przywódcą. (Tutaj podsumowanie 52 likwidacji z ostatnich lat.) Ponadto zabito ponad 1400 bojowników Hezbollahu i trochę szyickiego tałatajstwa z Iraku. Zniszczono irańskie lotnictwo wojskowe i 155 jednostek morskich. Amerykańskie straty lotnicze to 0,015 proc.   względem liczby wykonanych lotów. W kwestii zniszczonych wyrzutni rakiet nie ma pewności - pesymistyczne oceny amerykańskiego wywiadu mówią o połowie pocisków, które zostały zniszczone. Zniszczono 90 proc. irańskiego przemysłu zbrojeniowego, a poważnie zdewastowano również m.in. irański przemysł chemiczny i stalowy. Reżim ocenia straty gospodarcze na 145 mld USD, podczas gdy nominalny PKB Iranu wynosił przed wojną 376 mld USD. Jedna trzecia irańskiej gospodarki została więc zniszczona w 40 dni. (O ile wcześniej Iran plasował się pod względem wielkości PKB między Egiptem a Portugalią, to obecnie plasuje się między Katarem a Ukrainą. PKB per capita spadł zapewne z poziomu "ukraińskiego" do "uzbeckiego".) "Ha, ha! Rozwaliliście nam tylko połowę armii i pocisków i nie doprowadziliście do zmiany władzy" - mogą się pocieszać zwolennicy irańskiego reżimu. Podobnie pocieszali się serbscy postkomuniści w 1999 r.

Jeśli Iran wygrał, to jest to "straszliwe zwycięstwo". Blokowanie Cieśniny Ormuz oraz uderzenia rakietowe w kraje ościenne, można traktować jako elementy zwycięstwa. Ciężką głupotą jest jednak mówienie o tym, że "Iran wyszedł z tej wojny silniejszy" lub, że "Amerykanie nie mają kart". Mają mnóstwo kart. Mogą bezkarnie zbombardować w Iranie wszystko, co chcą. Okazali jednak jak dotąd Irańczykom łaskę powstrzymując się od bombardowań elektrowni, rafinerii, rurociągów oraz innej infrastruktury krytycznej. Wojna prowadzona przez USA oraz Izrael jest też dosyć "czysta" jeśli chodzi o ofiary cywilne - zwłaszcza w porównaniu z izraelskimi działaniami w Strefie Gazy. 1030 zabitych, przy kilkunastu tysiącach uderzeniach lotniczych w terenach gęsto zaludnionych (w tym 160 po tym jak amerykański pocisk wystrzelony z okrętu lub irański interceptor spadł na szkołę leżącą w rogu działki z bazą wojskową), wskazuje na ostrożny dobór celów i chęć uniknięcia niepotrzebnych ofiar. Przed uderzeniami w irańskie mosty kolejowe, Izraelczycy dzwonili do maszynistów irańskich pociągów, by ich ostrzec przed atakiem.



Akcja z uratowaniem nawigatora zestrzelonego F-15 pokazała też, że Amerykanie są w stanie przeprowadzać operacje specjalne na dużą skalę wewnątrz Iranu. Zorganizowali przecież prowizoryczne lotnisko ponad 300 km w głębi irańskiego terytorium, pod wielkim miastem jakim jest Isfahan. Uratowali lotnika, nie ponosząc żadnych strat ludzkich, a eliminując wielu uczestników irańskiej obławy. (Analizę tej operacji robił Maciek na swoim blogu.) To trochę tak, jakby startując z Estonii Amerykanie zrobili podobny wjazd Ruskim w okolicach Wałdaju - nic dziwnego, że "Putin" się nie pokazuje. Można krytykować tę akcję, za utratę sprzętu lotniczego. Amerykańskie siły zbrojne to nie jest jednak armia brytyjska, czy niemiecka, która nie może sobie pozwolić na utratę nawet jednej maszyny. Amerykanie mają sprzętu w ch..., a jak ponoszą straty, to po prostu składają zamówienia na nowe w swoich fabrykach. Sprzęt był dla nich mniej ważny od uratowania doświadczonego pułkownika lotnictwa, którego niewola byłaby katastrofą wizerunkową dla Stanów Zjednoczonych. A przy okazji mogą wypróbować nowe "zabawki" - takie jak urządzenie CIA pozwalające wykryć z bardzo daleka bicie serca człowieku na pustkowiu.



W stronę Bliskiego Wschodu zmierzają nowe siły marines, elementy 82-giej Dywizji Powietrznodesantowej oraz m.in. brygada artylerii. Amerykanie mają więc karty w rękach. Ewentualna operacja zajęcia wysp w Zatoce Perskiej - przy dominacji w powietrzu - spotkałaby się pewnie z ograniczonym przeciwdziałaniem Irańczyków. Samymi atakami rakietowymi i dronowymi, nie byliby oni w stanie odbić terenu. Pamiętajmy też o sporej demoralizacji dotykającej nawet jednostki Korpusu Strażników Rewolucji. 

Inną kwestią jest to, jak długo irański reżim przetrwałby po wojnie. Poparcie dla niego przed wojną nie przekraczało 20 proc. (jedno z badań dla biura prezydenta Pezeszkiana pokazało tylko 8 proc. poparcia). Negocjacje rozejmowe ujawniły rozłam wśród zwolenników reżimu. Na jakie poparcie mogą więc liczyć Ghalibaf a na jakie frakcja apokaliptycznych szyitów? Część funkcjonariuszy reżimu chce ratować życie i majątki, a część liczy na powrót Mahdiego i 72 dziewice w raju... 

W momencie, w którym w Iranie zostanie odblokowany internet, zrobi się tam naprawdę ciekawie. Pahlavi - według "ekspertów" nie mający absolutnie żadnych wpływów w Iranie - wzywał "Nieśmiertelnych" do rozpoczęcia uderzeń w funkcjonariuszy reżimu. Jak na razie mamy jeden przypadek takiego udanego ataku, potwierdzony filmem wrzuconym do internetu. Może w ten sposób bawi się jakaś frakcja w irańskiej bezpiece. W Teheranie słychać było jednak w piątek wybuchy, mimo że na niebie nie było samolotów i dronów.

Co by mogła więc zrobić administracja Trumpa, by wzmocnić frakcję Ghalibafa-Pezeszkiana? (Poza dalszymi likwidacjami apokaliptycznych szyitów) Dać jej, coś, co mogłaby ona przedstawiać jako irańskie zwycięstwo.

Świat żyje kryzysem naftowo-nawozowym wywołanym przez przyblokowanie Cieśniny Ormuz. Dlaczego jednak Amerykanie, dysponując dominacją w powietrzu nie podjęli ŻADNEJ próby jej odblokowania? Rozumiem, że kraje NATO nie wysyłają tam okrętów - nie chcą, by ciapactwo wspólnie z propalestyńskim lewarstwem paliło im centra miast. (Okazuje się jednak, że pomimo publicznego sporu między Trumpem, a rządami państw Europy Zachodniej, rządy te PO CICHU wspierają USA w ich wysiłku wojennym. Robią tak m.in. Wielka Brytania, Francja, Włochy i Niemcy  - tylko czerwona Hiszpania się buntuje.)  Dlaczego podobnych prób NIE PODJĘŁY marynarki wojenne krajów regionu? Dlaczego przed wybuchem wojny Amerykanie wysłali dwa duże trałowce z Bahrajnu do Malezji? Dlaczego wszyscy udają, że wierzą w to, że Irańczycy zaminowali część Cieśniny Ormuz, mimo, że zniszczono im 95 proc. zapasów min morskich i okręty będące w stanie stawiać zapory minowe? Dlaczego przystań szybkich łodzi Korpusu Strażników Rewolucji na wyspie Larak została zbombardowana dopiero w tygodniu przed Wielkanocą? Dlaczego "punkty poboru myta" na wsypach Keszm i Larak nie zostały wypalone napalmem, białym fosforem i bombami termobarycznymi? Można by obie obrócić w dymiące skały, można obie zająć desantami powietrznymi lub morskimi. Amerykanie z jakiegoś powodu się jednak przed tym powstrzymali. Co więcej, zarówno Trump jak i przedstawiciele jego administracji sami zaczęli snuć wizję wspólnego pobierania myta w Cieśninie Ormuz wspólnie przez Iran, Oman oraz USA.

"Jesteś odklejonym od rzeczywistości MAGA-tardem i hasbarowcem!!! Jak możesz sugerować, że Amerykanie celowo pozwolili Irańczykom na blokadę Cieśniny Ormuz!?" - odezwie się część komentatorów.





Przypomnę więc ustawioną wojnę Yom Kippur z 1973 r. Izrael - działając w ramach planu ustalonego przez Henry'ego Kissingera - udawał, że nie widzi egipsko-syryjskich przygotowań do uderzenia. Pozwolono armii egipskiej zwyciężyć w pierwszej fazie wojny. Plan przewidywał, że Egipt zajmie kawał Synaju, a Syria Wzgórza Golan - Arabowie odzyskają swoją dumę i będą mogli zawrzeć trwały pokój z Izraelem. 

Sprawa się wówczas rypnęła, bo armia Assada nie mogła przełamać heroicznego oporu izraelskich czołgistów na Golanie. Assad wpadł w panikę i wezwał na pomóc Sowietów oraz błagał Saddata, by rozszerzył ofensywę na Synaju. Skończyło się tym, że gen. Ariel Szaron przekroczył Kanał Sueski i otoczył armię egipską na pustyni. Amerykanie doprowadzili wówczas do rozejmu, który w ciągu kilku lat przekształcił się porozumienie pokojowe, w wyniku którego Egipt odzyskał Synaj. Sowieciarz Assad się do niego nie przyłączył - i wiemy, jak to się później skończyło. 

Cała operacja polegała na daniu Arabom zwycięstwa nad Izraelem. Czyżby teraz też chodziło o daniu Iranowi pozorów strategicznego zwycięstwa, by doprowadzić do trwałego pokoju i przeorientowania geopolitycznego Iranu? 

Zauważmy, że frakcja Ghalibafa zaczęła ostro uderzać w nacjonalistyczne tony - nawet odwołujące się do czasów szacha! Trzecioświatowi prawicowcy z uwagą czytają złośliwości wypisywane na koncie twitterowym Ghalibafa. Tyle, że Ghalibaf słabo zna angielski. Prawdopodobnie prowadzi mu te konto jakiś amerykański prawicowy podcaster- groyper. (Stąd też liczne aluzje do Epsteina - dziwne, bo Ghalibaf ożenił się z 14-latką. Baj de łej: na resortowej demonstracji wymierzonej w Ghalibafa pojawił się najbardziej znany irański homoseksualny pedofil - Saeed Tousi, recytator Koranu, który był nauczycielem młodego Modżtaby, posądzanego o gejostwo. Dodajmy, że wciąż nie pochowany ajatollah Ali Chamenei jako chłopiec pracował w łaźni.) 

Skutkiem wojny z 1973 r. był szok naftowy - do którego doszło, po tym jak amerykańscy sojusznicy: szach oraz król Arabii Saudyjskiej podnieśli ceny ropy. Skutkiem ówczesnego szoku było niezwykłe wzbogacenie monarchii znad Zatoki Perskiej, którzy sporą część pieniędzy zainwestowali w USA, co przełożyło się na rzekę tanich kredytów, która zalała III świat i państwa komunistyczne. Po drugim szoku naftowym z 1979-1980 r. doszło do szokowej podwyżki stóp procentowych przez Fed i serii kryzysów zadłużeniowych w drugim i trzecim świecie. 


Dziwnie brzmią więc wygląda wpis Trumpa o nadchodzącym "najpotężniejszym resecie na świecie". Osintpolowcy biorą to za takie tam gadanie "zdemenciałego, pomarańczowego orangutana". Ja radziłbym nie lekceważyć takich zakodowanych sygnałów... Być może mamy do czynienia z procesem zastąpienia liberalnej globalizacji przez zmilitaryzowaną technokrację.

"Co się stało Trumpowi?" - zastanawia się na łamach "Do Rzeczy" Michał "Dupa" Krupa. Ksywka zobowiązuje, więc gostek  dziwi się, że Trump nie jest libertariańskim izolacjonistą zaprowadzającym pokój z Rosją, Pekinem i ich sojusznikami, a wojny ograniczającym jedynie do zniszczenia Izraela. Koleś chyba przegapił pierwszą kadencję Trumpa i pierwszy rok drugiej kadencji - dopiero teraz się "geniusz" ocknął. Ja od lat przekonywałem, że Trump to człowiek kompleksu wojenno-przemysłowego-technologicznego. Jego plany budżetu obronnego opiewającego na 1,5 bln USD (2,5 bln USD, gdy doliczymy bezpieczeństwo wewnętrzne) to potwierdzają. Trump to imperialny militarny keynsista w stylu Roosevelta, mający też sporo wspólnego z Nixonem. Gadki o jego "demencji" też są wzięte z dupy. RKF Jr. opowiadał, jak Trump z pamięci narysował flamastrem "idealną mapę" Bliskiego Wschodu i przy każdym państwie bezbłędnie napisał liczebność jego armii...

Nie śmiałbym się też z saudyjskich planów budowy futurystycznych miast takich jak Neom i The Line. To przykrywka do budowy w twardych, bazaltowych skałach Półwyspu Arabskiego, bunkrów dla elit na wypadek wydarzenia geofizycznego w stylu potopów sprzed 6 tys. i 12 tys. lat... 

No, ale to przecież złe teorie spiskowe. Nie to, co dobre teorie spiskowe różnych Repetowiczów, Szewków, generałów-admirałów Micków i magistrów Bartosiusiaków...

sobota, 4 kwietnia 2026

Tajemnica Ciemności

 




"Owego dnia - wyrocznia Pana Boga - zajdzie słońce w południe i w dzień świetlany zaciemnię ziemię." Am, 8,9

"Od godziny szóstej mrok ogarnął całą ziemię, aż do godziny dziewiątej." Mt, 27,45

"A gdy nadeszła godzina szósta, mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej." Mk, 15,33


"Było już około godziny szóstej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek." Łk 23,44-45

Według opisów z Ewangelii, śmierci Jezusa towarzyszyło niezwykłe zjawisko - ciemność, która zapadła nad Ziemią na trzy godziny. Tłumaczono je później zaćmieniem Słońca, do którego miało dojść akurat w marcu 33 r., a które poprzedzał tzw. Krwawy Księżyc. Problem jednak w tym, że żadne zaćmienie nie trwa tak długo. Prawa astronomii zaś wykluczą to, by doszło do zaćmienia w okolicach żydowskiego święta Paschy. Wszak odbywa się ono w pierwszą pełnię Księżyca po równonocy wiosennej. Do zaćmienia Słońca może tylko dojść wtedy, gdy Księżyc jest w nowiu - czyli pomiędzy Ziemią z Słońcem. Gdy jest on w pełni - to jest pod drugiej stronie globu ziemskiego niż Słońce i nie może zasłonić jego tarczy. Czyżby więc relacje ewangeliczne były tylko literacką, bliskowschodnią przesadą?

Okazuje się jednak, że o ciemności spowijającej przez kilka godzin Ziemię pisali też autorzy z innych kręgów kulturowych. Około 20 lat później wspominał o tym niewyjaśnionym zjawisku rzymski history Thallus. Grek, Flegon z Tralles, pisał o kilkugodzinnej ciemności, której towarzyszyło potężne trzęsienie ziemi w roku 202 rachuby olimpijskiej, czyli w roku 33 n.e. Zanotował on, że ten kataklizm wydarzył się o godzinie 6 ówczesnej rachuby, czyli w południe. Chrześcijański autor Tertulian pisał w 197 r., że w rzymskich archiwach są relacje mówiące o kilkugodzinnej ciemności w ciągu dnia i że każdy może po nie sięgnąć. Nikt mu wówczas nie zarzucił kłamstwa w tej materii. Dionizy Aeropagita, Grek nawrócony na chrześcijaństwa, pisał natomiast o obserwacjach kilkugodzinnej ciemności w ciągu dnia w egipskim Heliopolis. Wskazywał, że to zjawisko niewytłumaczalne.



Zjawisko to obserwowano również w bardzo odległych krajach. Kroniki chińskiej dynastii Han, za rządów cesarza Gaungwu, w roku odpowiadającym naszemu 33 r. n.e., w miesiącu kwietniu, na kilka godzin zapadła ciemność nad Chinami. Astronomowie nie potrafili wytłumaczyć tego zjawiska. Cesarz Gaungwu skomentowało to, że Stwórca Wszechświata musiał się czymś bardzo zdenerwować.



Opisy "dnia bez Słońca" są też bardzo mocno osadzone w mitologii oraz przekazach historycznych prekolumbijskich cywilizacji z Ameryki Środkowej i Południowej. Na podstawie tych przekazów nie da się jednak stwierdzić, dokładnie kiedy doszło do tego zdarzenia. 



Zjawisko wielogodzinnej ciemności w środku dnia zapamiętali również australijscy Aborygeni. (Ich tradycja mówiona opisuje np. wybuchy wulkanów sprzed 7 tys. lat, których ślady odkrywa dopiero teraz współczesna nauka.) Co ciekawe, ich mitologia mówi, że oprócz Najwyższego Ojca Kreatora istniał też jego Syn Mediator.



Historyczność Jezusa jest podważana, choć źródeł pisanych z epoki dotyczących jego życia jest więcej niż biografii niejednego cesarza rzymskiego. Oczywiście Ewangelie i Apokryfy są uznawane przez akademickich historyków za "stronnicze", fragment w pracy Józefa Flawiusza za "fałszerstwo", a wzmianki w pracach rzymskich dziejopisów za mało istotne. Ci sami akademiccy historycy traktują śmiertelnie poważnie "Germanię" Tacyta - zawierającą opowiastki "z mchu i paproci", a znaną jedynie z odpisu średniowiecznego opisu. Potrafią też na podstawie jednego słowa w kronice zbudować całą skomplikowaną teorię... Skoro więc nie ma dowodu na historyczność Jezusa, to czemu w Talmudzie znalazła się opowieść Tolodot Jeszu opisująca Go jako straszliwego maga, który ukradł Imię Boże? Żydzi wymyślili sobie Jezusa? A może wymyślili sobie jeszcze Hitlera?

W Talmudzie Babilońskim (Yoma 39b), jest jeszcze bardzo intrygująca opowieść o tym, że co roku w Paschę, przez Świątynię rozpościerano czerwoną wełnianą nić, która w cudowny sposób stawała się biała, na znak oczyszczenia. Około 40 lat przed zburzeniem Świątyni (do którego doszło w 70 r. n.e.) cud przestał się powtarzać. Ciekawe dlaczego?



Na pewno arcykapłan Kajfasz domyślał się dlaczego. To on przeprowadził proces Jezusa - łamiąc przy tym mnóstwo żydowskich praw dotyczących procedury sądowej. To on w trakcie tego procesu historycznie rozdarł swoje kapłańskie szaty - łamiąc prawo rytualne. To on widział rozdartą zasłonę przybytku, po tym jak trzęsienie ziemi towarzyszące ukrzyżowaniu Chrystusa uszkodziło Świątynię.
W grobie  Kajfasza znaleziono z jakiegoś powodu gwoździe - podobne do tych używanych w trakcie ukrzyżowania. Czyżby kazał się z nimi pochować? Czy zdawał sobie sprawę, że wydał okupantom na śmierć Syna Boga? Czy wiedział, że ściągnął na swój naród klątwę trwającą co najmniej 1900 lat? 


***

O wojnie i geopolityce nie będę pisał w Święta - bo po co? I tak się to wszystko pewnie rozstrzygnie później. Wszystko, co bieżące i ponadczasow tak macie na X-ie. 

Zapraszam za to na blog z recenzjami. A tam dwie mocne pozycje: "W piekle czerwonego imperium" Edwarda Bucy - bardzo mocne i realistyczne wspomnienia człowieka, który był jednym z przywódców buntu w Workucie - oraz "Rasizm przeciw Słowiańszczyźnie" Karola Stojanowskiego - wznowienie książki z 1934 r. mocno niszczącej wiele teorii Zychowicza i Studnickiego. 

***

Wszystkim Czytelnikom życzę: Wesołych i Pogodnych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego!