Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 września 2026

Xi zachorował?

 


12 września, chiński przywódca Xi Jinping niespodziewanie nie pojawił się na uroczystej kolacji podczas szczytu BRICS w Indiach. Zastąpił go wicepremier Wang Yi, a nieobecność Xi została wytłumaczona "zmęczeniem podróżą". Następnego dnia, Xi uczestniczył w obradach szczytu. Wieczorem niepewnym krokiem wchodził po schodach do samolotu.  Szybko pojawiły się plotki mówiące, że niedyspozycja Xi była poważniejsza. Miał on doznać jakiegoś "udaru" i trafić do wojskowego szpitala nr. 301 w Pekinie. Chciano za wszelką cenę uniknąć udziału w tej sprawie indyjskich lekarzy. Po niedyspozycji z dnia 12 września podano więc Xi leki, pozwalające mu chwilowo stanąć na nogi, a terapię kontynuowano w szpitalu nr. 301. Nie było więc ceremonii powitalnej na lotnisku w Pekinie.  Rzekomo zdiagnozowano u niego "transient ischemic attack", czyli "mini-udar". Ponoć postawiono wojsko w stan gotowości, a funkcjonariuszy wywiadu nagle zaczęto ściągać z zagranicy.  Pojawiły się nawet fantastyczne plotki o wypuszczeniu z więzienia Bo Xilaia i byłego szefa MSW Zhou Yongkanga  - dwóch największych wrogów Xi. To oczywiście niepotwierdzone spekulacje - typowe dla krajów o takim modelu władzy. Mogą one być wrzutkami wrogiej frakcji w chińskich służbach specjalnych. Samo jednak pojawienie się takiej frakcji byłoby sprawą bardzo poważną, świadczącą o słabnięciu pozycji przywódcy. Pewne poszlaki wskazują, że 73-letni Xi Jinping rzeczywiście mógł odczuwać podczas szczytu BRICS jakieś dolegliwości zdrowotne.  Źródła wskazują, że rzeczywiście doszło na szczycie BRICS do krótkiego epizodu "paniki medycznej" a służby były gotowe do ewakuacji Xi do Pekinu, ale skończyło się jedynie na strachu.

W jakiej kondycji jest Xi przekonamy się w czwartek, podczas jego wizyty w Waszyngtonie.

Co ciekawe, podczas szczytu BRICS, poważnie zachorował prezydent RPA Cyril Ramaphosa. Tak poważnie, że odwołano na wiele dni wszelkie jego wystąpienia publiczne. Nie ujawniono jednak, na co on zachorował, a pojawiły się plotki o "mini-udarze". 

Dwóch prezydentów krajów BRICS na jednym szczycie nagle zapada na dziwną chorobę? To jakiś nowy "syndrom hawański", czy co? A może - jak zasugerowało PsyopAnime - zaszkodziło im indyjskie jedzenie?




 


 ***

Nieco wcześniej doszło do niezłego zwrotu akcji w Jemenie. W czasie gdy trwała ofensywa armii rządowej na jemeńską stolicę, Huti przeprowadzili własną ofensywę ku wybrzeżu. Okazało się, że jemeńscy sojusznicy Saudyjczyków napompowali wcześniej swoje bataliony, fikcyjnie wciągając na żołd krewnych i znajomych. Gdy doszło do walki, porzucali sprzęt. Saudyjczycy bombardowali ich na pół gwizdka. Amerykanie odmówili bombardowań i zaczęli negocjacje z Hutimi, którzy zapewnili, że nie będą już atakować statków cywilnych. Jednocześnie CENTCOM zapewnił arabskie monarchie, że się nie wycofuje z regionu, a Saudyjczycy poprosili Chiny, by utemperowały zachowanie Hutich, a jednocześnie sondowali Izrael, czy sam by nie uderzył w tych narkomanów. Nikt nie wpadł na to, by im spalić lub skazić pola katu.

***

Na urlopie byłem przez tydzień na Teneryfie. Polecam tam szczególnie: muzeum Thora Hayerdhala i "piramidy" w Guimar (moim zdaniem początkowo będące tworem Guanczów, a po kilkuset latach degradacji, odnowione w XIX w. do celów rolniczych) - daje dużo do myślenia w kwestii starożytnych cywilizacji, zniszczonych przez kataklizmy. (Guanczowie ten kataklizm przetrwali dlatego, że Teneryfa jest terenem górzystym, z wulkanem Teide mającym 3715 m. n.p.m.) Ponadto warto zobaczyć mumie Guanczów w muzeum w Santa Cruz de Tenerife oraz miejscowe muzeum wojskowe (dużo ciekawego sprzętu), a także miasteczko La Laguna. Miłośnicy nieziemskich widoczków mogą się się wybrać do parku narodowego Teide. 



















***

A Niklot zorganizował spotkanie z Waszym Ulubionym Autorem:




A później także z polskim ochotnikiem walczącym na Ukrainie przeciwko Rassiji:




sobota, 1 sierpnia 2026

Czy Wolę dało się uratować w 1944 roku?

 


Powstanie Warszawskie miało jak najbardziej szansę na zwycięstwo. Warszawa jednak została zburzona dlatego, że kompletny kretyn Mikołajczyk wypaplał Mołotowowi w Moskwie, że w Warszawie AK szykuje zryw. Stalin już 1 sierpnia nad ranem kazał więc zatrzymać natarcie na najważniejszym odcinku frontu wschodniego. Oczywiście później, sowiecka propaganda - a za nią różni moskalofile - wskazywała, że Armia Czerwona "nie była w stanie dojść do Warszawy" ( choć była już w Międzeszynie) bo przegrała "ogromną bitwę pancerną" pod Radzyminem, gdzie straciła kilkanaście czołgów. Moskalofile całkowicie pomijają to, że jeszcze przed wybuchem Powstania przeprawiła się przez Wisłę, na przyczółek warecko-magnuszewski 8 Armia Gwardyjska gen. Czujkowa. Mogła łatwo przeciąć linie komunikacyjne Niemców pod Warszawą - okrążając stolicę od południa i zachodu, tak jak w styczniu 1945 r.  Niemcy zorientowali się o tym niebezpieczeństwie dopiero po kilku dniach i dopiero wtedy zaczęli w panice przerzucać siły pancerne - okrężną drogą spod Radzymina przez Modlin - pod Magnuszew. Jeśli mi nie wierzycie, to zajrzyjcie do klasycznej pracy "Powstanie Warszawskie" Jerzego Kirchmayera. 



Ów przedwrześniowy oficer, wchodzący w skład Oddziału III KG AK, generał brygady LWP represjonowany w czasach stalinowskich, zamieścił te fakty niszczące oficjalną narrację w swojej książce w sposób bardzo inteligentny - w przypisach! Przyznał w nich m.in,, że wywiad AK szybko - szybciej niż Niemcy - zorientował się w tym, że Sowieci utworzyli przyczółek. Kilka dni wcześniej, decydenci z KG AK jednogłośnie uznali, że warunkiem militarnym wybuchu powstania będzie ruszenie sowieckiej ofensywy z tego spodziewanego przyczółku. Ofensywa miała ruszyć. Rokossowski chciał zdobyć Warszawę w pierwszych dniach sierpnia. Tylko Stalin mu zakazał.

Odsyłam choćby do artykułu Waszego Ulubionego Autora. (Przypominam też jego artykuł o szansach na dużo większe lotnicze wsparcie dla Powstania.) 

Problemem było nie to, że planowano wywołać powstanie w Warszawie, ale to, że wywołano je PRZEDWCZEŚNIE.



Odpowiedzialnymi za PRZEDWCZESNE rozpoczęcie Bitwy o Warszawę byli: Chruściel z Rzepeckim, którzy wspólnie spiskowali i dezinformowali Bora-Komorowskiego w kwestii postępów sił sowieckich. Robili to, bo chcieli skoordynować wybuch Powstania z wizytą Mikołajczyka w Moskwie. Obaj byli zwolennikami Mikołajczyka, darzącymi niechęcią sanację.

Względy polityczne przesądziły też o zmianie miejsca stacjonowania KG AK w pierwszych dniach Powstania. Początkowo planowano, że będzie ono na Mokotowie, w jednej z tamtejszych willi. Na miejscu były przygotowane cztery radiostacje. Sprawdzono ich działanie. Bronić dowództwa miał pułk "Baszta" wraz z oddziałami Kedywu. Na kilka dni przed Powstaniem zdecydowano się przenieść jednak kwaterę główną do Fabryki Kammlera na Woli. Trzeba było tam szybko dostarczyć środki łączności. Już na miejscu okazało się, że radiostacja źle działa w tym fabrycznym otoczeniu - zakłócenia były zbyt duże. 1 sierpnia, jeszcze przed godziną "W" doszło do przypadkowego starcia z Niemcami pod tą fabryką. Dowództwo AK było bezpośrednio zagrożone, ale na odsiecz szli mu żołnierze batalionu "Miotła". Miejsce zbiórki sił Kedywu przesunięto z Mokotowa na Wolę, co bardzo mocno wpłynęło później na przebieg Powstania.

Dlaczego zdecydowano się na taką przeprowadzkę Komendy Głównej? Dlatego, że spodziewano się, że po wejściu Sowietów do Warszawy i braku porozumienia politycznego z nimi, KG AK będzie się przed nimi broniła w zabudowaniach Fabryki Kammlera. Willa na Mokotowie słabo się zaś nadawała na miejsce takiego "Alamo".

KG AK zdołała wysłać do Londynu i sił w kraju meldunki o wybuchu Powstania dopiero następnego dnia. 1 sierpnia wieczorem "Monter" Chruściel obserwując z dachu dymy, łuny pożarów i nasłuchując odgłosów strzelaniny w Warszawie był zadowolony. Widział też bowiem polskie flagi wywieszane w różnych punktach miasta. W tej chwili nie miał technicznych możliwości dowodzenia walką. Nie obchodziło go, czy punkty X, Y i budynek Z zostały zdobyte przez powstańców. W obliczu rychłego wejścia Sowietów do miasta, to nie miało znaczenie. Ważne, że w mieście doszło do rewolucji, w trakcie której Polacy sami wyzwolili jego część i ustanowili swoje władze. Ważne, że doszło do chaosu. 

Czemu sądzę, że to właśnie on myślał? Bo taką teorię postawił inny historyk Powstania Antoni Przygoński. Był on komunistą: dyplomatą i partyjnym historykiem. W 1980 r. wyszła jego dwutomowa monografia "Powstanie Warszawskie w sierpniu 1944 roku". Z jakiegoś powodu została ona przetrzymana przez 10 lat przez cenzurę. Mimo, że Przygoński wyraźnie obsadzał dowództwo AK oraz jego politycznych zwierzchników w roli tych złych, "nieodpowiedzialnych". Jeśli jednak z jego dzieła przefiltruje się komunistyczną narrację, to otrzyma się bardzo solidną monografię. Przygoński zwrócił bowiem uwagę na szczegóły pomijane przez innych historyków.

Z książki Przygońskiego można się więc dowiedzieć, że "Monter" nie chciał, by budowano barykady na głównych trasach przelotowych miasta - w Alejach Jerozolimskich i na ulicy Wolskiej. Uważał bowiem, że te drogi należy zostawić wolne, tak by Niemcy mogli się szybko wycofać w chwili sowieckiego natarcia. To oczywiście miałoby sens, gdyby Sowieci kontynuowali ofensywę, zgodnie z wcześniejszymi planami Rokosowskiego. Niemcy w ciągu kilku dni ściągnęli jednak siły do pacyfikacji miasta, a te  arterie stanowiły dla nich niemal otwarte drzwi. Niemal, bo zaczęto je spontanicznie grodzić barykadami. W Alejach Jerozolimskich spełniły one swoją rolę - wraz z opanowanym Dworcem Pocztowym - niemal blokując tę trasę. (Wcześniej natarcie idące Grójecką w Aleje przyblokowały dwie powstańcze reduty na Ochocie - Barska i Wawelska.) Na Woli, barykady na głównych arteriach były obsadzone słabiej - broniły ich lokalne siły AK (słabo uzbrojone, o niepełnych stanach i skrwawione po pierwszym boju), wspólnie z OW PPS (podporządkowanymi AK) oraz lokalnym oddziałem AL (którego część stanowili akowcy, którzy tam wcześniej przeszli w dziwnych okolicznościach). 



W pobliżu stało jednak duże, elitarne zgrupowanie Kedywu. Bataliony "Zośka", "Parasol", "Miotła", "Pięść", "Czata" - Zgrupowanie "Radosław". Stało ono jednak na północ od głównej linii niemieckiego ataku, w rejonie cmentarzy protestanckich i blisko KG AK. To były siły stanowczo zbyt duże jak na ochronę dowództwa. Wsławiły się one w następnych dniach w walkach na Woli - m.in. zdobywając dwie Pantery i wyzwalając Gęsiówkę (KL-Warschau). Nie blokowały one jednak wroga wzdłuż głównej osi natarcia. Dlaczego je więc tam ustawiono?

Przygoński wyraźnie wskazywał, że chodziło o możliwość stawienia przez te siły oporu Sowietom lub realizację scenariusza przewidującego uratowanie przez Sowietami najlepszych sił warszawskiej AK poprzez wyprowadzenie ich do Kampinosu. Wariant z wyjściem Zgrupowania Radosław do Kampinosu był wielokrotnie omawiany podczas walk na Woli i Muranowie, a wracano do niego przed ewakuacją Starówki. Wówczas ustawienie sił Kedywu w tym miejscu, bliżej Powązek, miało jak najbardziej sens. Za Powązkami zaczynały się już tereny podmiejskie, przez które polskie oddziały mogły w ciągu sierpnia dosyć swobodnie przemieszczać się w nocy.

Główne uderzenie niemieckie poszło jednak ulicą Chłodną. Prowadziły je osławione oddziały Dirlewangera, a przeciwko sobie miały - oprócz wspomnianych wyżej lokalnych sił wolskich - oddziały Gustawa Bilewicza "Sosny" (również dosyć słabe). Natarcie szło w stronę Pałacu Saskiego, gdzie była niemiecka komendatura Warszawy (odcięta od reszty miasta). W większości książek owo natarcie jest źle datowane. Przygoński szczegółowo je jednak odtworzył, pisząc o ciężkich walkach, w których nasze siły próbowały je powstrzymać. Choć dużą rolę odegrał w nich oddział AL z Woli - nie specjalnie je upamiętniano w PRL i niemal zupełnie nie pamięta się o nich obecnie. Nasze siły zostały zepchnięte na Starówkę, którą uderzenie Dirlewangera odcięło od Śródmieścia Północnego. Dalsze niemieckie natarcia zostały jednak zablokowane przez Batalion "Nałęcz"  z Korpusu Bezpieczeństwa, broniący m.in. Reduty Kanoniczek, Pałacu Jabłonowskich i Pałacu Radziwiłów. Gdyby jednak na drodze niemieckiego natarcia stanęło 5 i 6 sierpnia Zgrupowanie "Radosław", Niemcom nie udałoby się wówczas przebić do Placu Saskiego. Ich postępy opóźniłyby się być może o tydzień - jeśli nie dłużej. Wolskie oddziały kapitana "Hala", zepchnięte do Śródmiejskiej Dzielnicy Przemysłowej (obecnie stanowiącej część dzielnicy Wola) broniły się przecież twardo na tym terenie aż do kapitulacji Powstania. Niemiecka komendantura miasta mogła po tygodniu skapitulować z głodu lub próbować desperacko się przebić...



Czy dało się jednak zapobiec rzezi Woli? Byłoby to niezwykle trudne, nawet przy ustawieniu Zgrupowania "Radosław" na głównej osi niemieckiego natarcia. Dużą część tego ludobójstwa przeprowadzono bowiem na terenach, które nie były objęte zasięgiem Powstania - na obszarach na zachód o linii kolejowej. Niemcy metodycznie mordowali, zaczynając od pierwszych domów przy rogatkach miejskich. Mordów dokonywała głównie nie tyle SS, co niemiecka policja - zarówno volksdeutsche z Wielkopolski (często uczestnicy masowych mordów na Polakach w 1939 r.) i "podludzie" z formacji wschodnich. W czasie gdy esesmani-skazańcy od Dirlewangera byli zajęci walką (ale też "przy okazji" popełniali zbrodnie), największą część masowych rozstrzeliwań i gwałtów wzięły na siebie jednostki policyjne. 



Powyżej: Mapa ze strony Stowarzyszenia Pamięci Powstania Warszawskiego. Czerwone kropki to miejsca masowych mordów. Zwróćcie uwagę na ich dużą liczbę przy Zajezdni Tramwajowej "Wola". To ulica Młynarska. Tam były pierwsze barykady.

Szans na obronienie ludności zachodniej części Woli nie było. Postawienie Zgrupowania "Radosław" na osiach Chłodnej i Wolskiej pozwoliłoby jednak na uchronienie dużej części ludności wschodniej części Woli. "Twardy front" mógł się na wiele tygodni ustalić na linii ulicy Młynarskiej. Oczywiście, gdyby Sowieci nie zatrzymali ofensywy, rzezi Woli by nie było - bo Niemcy uciekaliby w panice z miasta, by się wyrwać z okrążenia, a jeśliby Himmler skierował policyjną odsiecz, to zostałaby ona rozbita pewnie gdzieś w okolicach Błonia czy Ożarowa. 

***

Kilka dni temu stanęliśmy w obliczu eskalacji wojny ukraińsko-irańskiej. Po tym jak Ukraińcy uderzyli na Morzu Kaspijskim w statki za rosyjskim wsparciem dla Iranu, teherański reżim rozważał odwetowe uderzenie rakietowe w Odessę.  No cóż, irański reżim chciałby mieć więcej wrogów, więc uderzył (dronem wysłanym przez Hezbollah) ostatnio też w statek z LNG w egipskim porcie Damietta, a także groził wojną Wielkiej Brytanii oraz... Bułgarii.  Tolerancja USA i społeczności międzynarodowej wobec tego reżimu jest wręcz anielska - kampania bombardowań dekapitacyjnych powinna zostać już dawno wznowiona. Na razie jest ona prowadzona na mniejszą skalę w Iraku, gdzie giną wysocy rangą oficerowie Korpusu Strażników Rewolucji oraz lokalni gówno-szyiccy metroseksualni terroryści z dziwnymi fryzurami.


W pełni się zgadzam z sunnitami, że szyizm nie jest prawdziwym islamem i rozumiem dlaczego zachodni ruch LGBT w sporej większości popiera Iran oraz Palestynę.

Tymczasem doszło do marokańskiej inwazji na Hiszpanię. Do (od wieków) hiszpańskiej Ceuty wdarło się w ciągu jednego dnia 49 tys. młodych nachodźców. Wśród nich było wielu przestępców wypuszczonych z więzień przez króla Maroka, których zwożono na miejsce wywrotkami (marokańskie władze same uznały tych osobników za śmieci). Byli wśród nich też marokańscy żołnierze. 



Oczywiście do tej inwazji by nie doszło, gdyby Hiszpanią rządziła choćby glamm-faszystka Isabel Peralta, a nie gównolewak Pedro "Jijo de Puta" Sanchez. Jeden dobrze ustawiony karabin maszynowy mógłby zmienić plażę w Ceucie w plażę "Omaha". Nikt go jednak nie ustawi, a hiszpańska policja nawet nie próbowała zatrzymywać tej fali ludzkiej. Zajęła się za to pacyfikowaniem mieszkańców Ceuty skrzykujących się, by bronić się przed najeźdźcami. Sędziowska kasta orzekła, że pushbacki są nielegalne,  Pedro "dirty" Sanchez wziął się za legalizację już chyba z 3 mln nielegalnych imigrantów. Przypominam, że Hiszpania to kraj, w którym do niedawna (bo chyba wreszcie zaostrzono prawo) nachodźcy i inne żule mogli legalnie się wam włamać do chaty, gdy wyjechaliście na wakacjach, zamieszkać tam, sprzedać lub zniszczyć wasze rzeczy, korzystać z mediów na wasz rachunek i cieszyć się ochroną policji. 

Słysząc o takim zjebaniu, można tylko westchnąć: generał Franco był zbyt łagodny! Przywódcą Hiszpanii powinien - zamiast niego - zostać generał Gonzalo Queipo de Llano. Po hiszpańskich komunistach nie byłoby wówczas czego zbierać...

Wspomniałem jednak, że inwazję na Ceutę zorganizował król Maroka. Tak się akurat składa, że jest on bliskim sojusznikiem Izraela oraz USA (ostatnio nazwał autostradę imieniem Trumpa). Pedro "Jijo de Puta" Sanchez ostro bruździł zaś zarówno Izraelowi jak i Stanom Zjednoczonym. Bruździł, bo jego skorumpowana partyjka, przyjmowała finansowanie zarówno z Wenezueli jak i z Iranu.  (Przypominam też, że Sanchez prowadził zadziwiająco spolegliwą politykę wobec Maroka, po tym jak marokańskie tajne służby zhakowały mu smartfona Pegasusem. Ciekawe, co tam znalazły?) Jaka płynie z tego nauka? Taka, że wpieprzanie się przez lewicę i upośledzoną umysłowo część prawicy w trzecioświatowe konflikty takie jak izraelsko-palestyński, skutkuje importem trzecioświatowych problemów.

***

Net zaczęły zalewać filmiki, na których Ukry przedstawiają wybrane przez siebie momenty sprzeczek z Polakami, zazwyczaj pokazujące jak jakiś żul ich wyzywa lub przechodzi do rękoczynów. Oczywiście nigdy nie pokazują, jak doszło do takiej eskalacji. Chcą pokazać w ten sposób jacy to z Polaków straszni ludzie, przy których orki z Buczy to łagodne baranki. 

Skoro jednak w Polsce panuje taki antyimgrancki terror, to czemu przedstawiciele innych grup narodowościowych nie robią takich filmików? Czemu nie wrzucają ich Białorusini, rosyjskojęzyczni , Gruzini, Ormianie, Czeczeni, Wietnamczycy, Hindusi, Murzyni? Czemu nie robią tego Żydzi - w tym izraelscy turyści? Mówcie sobie co chcecie o Czeczenach i Gruzinach. To jednak narody na swój sposób honorowe. Sprzeczki rozwiązują we własnym zakresie, a nie transmitują je na cały świat bóldupiąc jak to "straszliwie, rasistowsko zostali obrażeni". "Zawodowi Ukraińcy" chcą natomiast ze swojego narodu zrobić Palestyńczyków Europy.

***

Przypominam oczywiście o książce Waszego Ulubionego Autora.




sobota, 25 lipca 2026

Waszyngton przestawił w Polsce wajchę w sprawie Ukrainy?

 


Ruskie narzekają, że w Anchorage Trump zrobił ich w katechona. Rozmowy o pokoju zostały wykorzystane na zbrojenie Ukrainy. Ukry zaczęły natomiast wprowadzać nowy rodzaj sankcji przeciwko Rassiji. najpierw uderzając w rosyjski sektor paliwowy, a później w sieć logistyczną Wildberries, czyli tamtejszego Allegro. Ponadto doszło ostatnio do zestrzelenia rosyjskiego SU-35S przez ukraiński F-16.

Oczywiście Ukry nie mogłyby przeprowadzać takich spektakularnych uderzeń, gdyby nie mieli amerykańskiego wsparcia wywiadowczego i w postaci nowoczesnych technologii, które Amerykanie testują na tej wojnie. Otwarcie przyznał to Alex Karp, prezes Palantira: gdyby Ukraińcy nie dostali systemów AI, Rosja wygrałaby tę wojnę. No i właśnie dlatego antycywilizacyjna lewica i upośledzona umysłowo prawica jest zalewana rosyjską propagandą wymierzoną w Palantira...

We wdrażaniu tych systemów AI na Ukrainie brał udział Mychajło Fedorow - do niedawna minister obrony. Gdy Zełenski wyrzucił go ze stanowiska, Karp zaproponował Fedorowowi pracę w Palantirze. Wyrzucenie Fedorowa z rządu sprowokowało falę protestów społecznych - podobnie jak wcześniejsze próby zniszczenia przez Zełenskiego stworzonej przez Amerykanów agencji antykorupcyjnej NABU. "Little fucker" Zełenski się przestraszył i zwolnił ze stanowiska gen. Syrskiego, zastępując go popularnym generałem Drapatym. Spanikowany kokainowy karzełek Zełenski oferował też Fedorowowi stanowisko wicepremiera, na co on się nie zgodził. Tymczasem Amerykanie zaczęli zachęcać Fedorowa do założenia partii antykorupcyjnej. 

Równolegle doszło w Polsce do ciekawej operacji psychologicznej. Najpierw media nagłośniły to, że jakiś ukraiński jełop wjechał swoją drogą bryką pod same Morskie Oko. Później zaczęły nagłaśniać wyczyny innych ukraińskich jełopów. Wyszła świetna książka Parafianowicza "Kłopot z Zełenskim". Potem wybuchła awantura o upamiętnienia UPA przez Ukraińców. Przyjaciel Trumpa, prezydent Nawrocki odebrał "little fuckerowi" Order Orła Białego, na co kokainowy karzełek dostał krwawej sraczki i zachował się jak buc. Uaktywniły się w necie tabuny ukraińskich jełopów (zazwyczaj siedzących na Zachodzie) wypisujących takie antypolskie kretynizmy, że robili z ukrainofili "wołyniarzy". Polacy dawali im ostro odpór w necie, a kwestia ludobójstwa wołyńskiego przetoczyła się przez media całego świata. Gdy Trump spotkał się z Zełenskim, mocno chwalił polskiego prezydenta i wyzłośliwiał się pytaniami w stylu: "Macie dużo rodaków w Polsce. I pewnie chcielibyście, by wrócili?". Zełenski spuścił z tonu.

Wygląda więc na to, że to Amerykanie przestawili w Polsce "wajchę" w sprawie Ukrainy. Bo choć lubią na Ukrainie i w Rosji testować swoje zabawki, to jednak chcą wymienić "little fuckera" Zełenskiego na swojego człowieka. 

Dużo daje do myślenia postawa Tusska. Niechętnie, ale jednak bronił ukraińskich władz - razem z ojkofobicznymi zjebami. Robił to choć musiał dysponować badania pokazującymi stosunek polskiej opinii publicznej do Ukraińców. Badaniami pokazującymi, że jego libkowsko-silniczkowy elektorat nienawidzi Ukrów czasem mocniej niż Brauniarze. Bronił "little fuckera" pomimo tego, że ten karzełek publicznie go upokorzył. Robił to choć sam nie lubi Ukraińców i prywatnie twierdzi, że w Kijowie rządzą "Ruscy i złodzieje". No cóż... Merz mu kazał, to on wykonał rozkaz. Fur Deutschland.

Antyukraińskość była w ostatnich tygodniach czymś, czym można było ostro bić w Tusska i ojkofobiczną część libków. Niestety jednak Jarosław Kaczyński postanowił pomóc Tusskowi rozwalając własną partię. Upośledzone umysłowo silniczki, które się z nim co miesiąc przepychają na placu Piłsudskiego, powinny mu postawić pomnik ze złota (również za to, że oddał w 2007 r. władzę Tusskowi, a po 2015 r. zaakceptował tuszowanie zamachu smoleńskiego i rosyjskiej infiltracji rządu, wojska i służb za pierwszego Tusska). Ale są za głupie, by to zrozumieć - mają IQ klocka wysranego na ulicę przez Subsaharyjczyka. (Dopuszczam jednak możliwość, że cały ten rozłam to golicynowska ustawka, "teatrzyk" i próba powtórzenia podobnej ustawki z podziałem Konfy na braunowskich świrów i autystycznych libków/narodowych kryptogejów.) 

***

Tymczasem, Iran nadal ostro sobie pogrywa - systematycznie i precyzyjnie uderzając w amerykańskie bazy oraz uaktywniając szmatogłowych Hutich, by atakowali tankowce na Morzu Czerwonym. Huti oczywiście igrają z ogniem. Wcześniej chroniła ich administracja Bidena, odcinając Saudyjczykom dane wywiadowcze potrzebne do ich bombardowań. Teraz nie będzie takich głupich, "humanitarnych" skrupułów. Gdyby zniszczono port w Hodejdzie, to na terenach Hutich zacznie się głód - i wszyscy będą mieli ich w d... (poza paroma trzecioświatowymi cuckami). No bo to banda narkomanów, uzależnionych od katu (roślinnej, słabszej wersji amfetaminy), którzy nic nie są w stanie zbudować, a jedynym sensem ich istnienia jest atakowanie bogatszego sąsiada i prowokowanie Izraela. 

Amerykańskie bombardowania Iranu z ostatnich dwóch tygodni częściowo były desperackim polowaniem na cele (bombardowano m.in. pojemniki po rakietach i inny wojskowy złom), częściowo uderzeniami w "miasta rakietowe", a częściowo operacją psychologiczną mającą przekonać Irańczyków, że zajmą im część terytorium. Irański reżim zaczął grozić, że w takim przypadku zacznie uderzać rakietami w... Iran.  Jest jasnym, że reżimu nie obchodzą straty w infrastrukturze kraju. Jedyną opcją jest więc powrót do kampanii uderzeń dekapitacyjnych. Nad Teheranem latały ostatnio amerykańskie bombowce - Irańczycy próbowali odpowiadać konwencjonalnymi działami przeciwlotniczymi - z zerowym efektem. Gdy Aragczi stwierdził, że polityką Iranu będzie "oko za oko", Rubio odpowiedział, że polityką Trumpa jest "głowa za oko". Oby!



***


Oczywiście przypominam o najnowszej książce Waszego Ulubionego Autora. Kanye West poleca!


 

sobota, 11 lipca 2026

Jełopy, które zgubiły Ukrainę

 


Powyżej: Obrazek z sowieckiej Ukrainy z 1932 r. Wygłodzony koń...

Nikt w ostatnich tygodniach nie zaszkodził Ukrainie tak jak ukraińscy "durnaliści" oraz internetowi komentatorzy (w wielu przypadkach piszący swoje wysrywy tysiące kilometrów od granic Ukrainy) przekonujący, że Polska to największy wróg Ukrainy, a Marszałek Piłsudski był dla Ukraińców zbrodniarzem niemal równym Stalinowi. Zdaniem tych nędznych kreatur, Piłsudski "zdradził Ukraińców, dokonując rozbioru Ukrainy wspólnie z bolszewikami", za co później OUN "słusznie" się mściła na "polskich okupantach". 

No cóż, banderowskie durnie - podobnie jak polscy endecy - nie są świadomi istnienia czegoś takiego jak chronologia. Chyba są istotami międzywymiarowymi, bo dla nich dzieje się "wszystko, wszędzie, na raz", a łańcuch wydarzeń historycznych się im dziwacznie plącze.

Tak się akurat złożyło, że Marszałek Piłsudski był JEDYNYM europejskim przywódcą, który pomógł Ukraińcom w REALNEJ walce o niepodległość. Zawarł oficjalny sojusz z Ukraińską Republiką Ludową Petlury i wysłał polskie wojska na Kijów. Z wielu przyczyn, nie udało się wówczas wywalczyć dla Ukrainy niepodległości militarnie. Główną z tych przyczyn było to, że ukraińskie chłopstwo nie chciało służyć w armii Ukraińskiej Republiki Ludowej i bić się o niepodległą Ukrainę. Kilkakrotnie więcej Ukraińców służyło u bolszewików, niż w armii URL (nie zapominajmy też o ukraińskich chłopach u anarchisty Nestora Machno). Po tym jak w 1917 r. palili ziemiańskie dwory, uznali, że pod rządami bolszewików będą gospodarować na swoim - niepodległość Ukrainy ich nie obchodziła. Bolszewicy podziękowali im później za tą postawę - kolektywizacją, Hołodomorem i masowymi represjami...

Problemem nie było więc to, że Piłsudski i Polska "zdradzili" Ukraińców, tylko to, że URL miała zbyt słabe siły, by wywalczyć wolną Ukrainą. Piłsudski i Polska starały się im w tym pomagać - nawet po traktacie ryskim pozwalając wojskom URL na dokonanie hybrydowej inwazji na sowiecką Ukrainę, a później patronując ruchowi prometejskiemu i szkoląc ukraińskich oficerów kontraktowych (takich jak Pawło Szandruk) w WP.

"Ale dokonaliście rozbioru Ukrainy wspólnie z Sowietami!" - jęczą banderowskie jełopy. Jakiego rozbioru? Granicę Polski na Zbruczu ustalono w układzie pomiędzy Polską a URL zawartym 21 kwietnia 1920 r.  To Ukraińska Republika Ludowa zrzekła się Lwowa, Małopolski Wschodniej i Wołynia na rzecz Polski. W podobny sposób jak Piemont w XIX w. zrzekł się Sabaudii oraz Korsyki na rzecz Francji  - w zamian za francuską pomoc w zjednoczeniu Włoch. W traktacie ryskim, sowiecka Ukraina po prostu uznała tę samą granicę. 

"Po traktacie ryskim, w odpowiedzi na zdradę Piłsudskiego, Ukraińcy rozpoczęli swoją walkę wyzwoleńczą przeciwko polskim okupantom" - twierdzą banderowscy debile. Pokazują, że znów nie znają własnej historii. Traktat ryski został podpisany 18 marca 1921 r. Tymczasem Ukraińska Organizacja Wojskowa (UWO), z której wyewoluowała później OUN, została założona w Pradze czeskiej 31 sierpnia 1920 r. To akurat był dzień bitwy pod Komarowem. Wojna polsko-bolszewicka nie była jeszcze do końca rozstrzygnięta. Wojska URL nadal walczyły po stronie Polski o wolną Ukrainę, m.in. broniąc Zamościa przed Armią Konną Budionnego. Co w tym czasie robiły jełopy z Ukraińskiej Organizacji Wojskowej - spiskowały jak to wbić Polsce i Ukrainie nóż w plecy. 

Nieprzypadkowo kongres założycielski UWO odbył się w Pradze czeskiej, stolicy państwa mocno sympatyzującego wówczas z bolszewikami. Sama UWO była finansowana przez Abwehrę, czyli niemiecki wywiad wojskowy, którego funkcjonariusze marzyli o wspólnej granicy Niemiec z bolszewicką Rosją. W marzeniach sponsorów UWO nie było miejsca na niepodległą Ukrainę! Miała być tylko Ukraina moskiewsko-sowiecka!

Największym wrogiem narodu ukraińskiego był w XX w. bez wątpienia reżim sowiecki. Zabił miliony Ukraińców choćby w trakcie Hołodomoru. Sojusznikiem ZSRR była wówczas Republika Weimarska. Otrzymywała ona z dużą zniżką zboże konfiskowane przez Sowietów Ukraińcom. Pieniądze, które dzięki temu oszczędzała wydawała m.in. na finansowanie UWO, która organizowała zamachy m.in. na Marszałka Piłsudskiego, prezydenta Wojciechowskiego, czy na umiarkowanych Ukraińców, chcących pokojowo organizować życie swojej społeczności w niepodległej Polsce. 

Kadry UWO tworzone były przez jełopów i przegrywów z Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Oni wcześniej przegrali wojnę z Polską o Lwów i Małopolskę Wschodnią, a później musieli połączyć swoje quasipaństewko z URL. Gdy jednak URL zaczęła współpracować z Polską, to się przeciwko temu zbuntowali. Najpierw poparli PRZECIWKO UKRAINIE Wielkorusów od gen. Denikina, a później bolszewików. Jełopy z Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej wyobrażali sobie Ukrainę bez Kijowa czy Odessy, ale nie mogli sobie jej wyobrazić bez Hrubieszowa i Sanoka...

Baj de łej: Jednym z oficerów Ukraińskiej Armii Halickiej, podległej ZURL był Ostap Steca. Zaczynał on w strzelcach siczowych, później walczył przeciwko Polakom w szeregach bolszewików, służył w Armii Czerwonej, by później stać się generałem LWP. To on w 1946 r. gorąco rekomendował masowe wysiedlenia Ukraińców z terenu Bieszczad, czyli późniejszą Akcję "Wisła". Sam był Łemkiem, a banderowcy zamordowali mu siostrę w Komańczy. 

Inny oficer UAH, porucznik Iwan Babij, został w II RP dyrektorem ukraińskiego gimnazjum akademickiego we Lwowie. Jełopy z OUN zarzucali mu z tego powodu "kolaborację z polskimi okupantami" i zabiły w 1934 r. Morderstwo to ostro potępił abp Szeptycki, będący przyjacielem Babija. Obecnie to gimnazjum we Lwowie nosi imię Bandery - zleceniodawcy zabójstwa Babija. Ot paradoksy ukraińskiej historii...

II RP nie była idealna, ale pozwalała Ukraińcom zachować kulturę, język, życie i majątek.  Działające przeciwko niej jełopy takie jak Kon(i)owalec i Bandera de facto działały na rzecz Związku Sowieckiego. Nawet epizod z Rusią Zakarpacką nie uświadomił im, że próba stworzenia państwa ukraińskiego w oparciu o III Rzeszę - szukającą sojuszu ze Stalinem - jest mrzonką. Takie państewko nie mogło powstać w realiach paktu Hitler-Stalin. A mimo to, jełopy z OUN stanęli w 1939 r. de facto w sojuszy ze Stalinem przeciwko narodowi ukraińskiemu... Obecnie neobanderowcy wypominają wołyńskiej AK taktyczne sojusze z Sowietami. Sami jednak de facto byli w takim sojuszu w 1939 r., czego przejawem była choćby zbrodnia w Mokranach - gdzie sowieccy sołdaci przekazali polskich jeńcom z Flotylli Pińskiej bandzie OUN, która ich wymordowała. Wypominanie przez przez banderowskich jełopów Polakom służby w batalionach niemieckiej policji pomocniczej na Wołyniu ma natomiast posmak komediowy - tego typu bataliony były bowiem o wiele liczniej zasilane przez Ukraińców i bardzo mocno były one zaangażowane zarówno w Holokaust jak i palenie polskich czy białoruskich wiosek. Kadry UPA stanowili w dużej mierze dezerterzy z tych splamionych krwią batalionów - z Szuchewyczem na czele. 

Rzeźnicy z UPA niczego strategicznie podczas wojny nie osiągnęły. Abstrahując od kwestii moralnych - dokonane przez nich ludobójstwo na Polakach nie miało większego sensu, gdyż Polaków z Wołynia i tak by wysiedlił Stalin. UPA - w odróżnieniu od AK - nie była w stanie opanować Lwowa. Potrafiła jedynie palić słabiej bronione polskie wioski. Ponadto, jełopy z UPA zabiły kilkakrotnie więcej ukraińskich cywilów - w tym nacjonalistów od Melnyka i Borowća! - niż sowieckich żołnierzy i funkcjonariuszy. Ich wkład w odrodzenie w przyszłości państwowości ukraińskiej był zerowy.

Sięganie po takich patronów w czasach współczesnych jest szkodliwe dla samej Ukrainy. Można je porównać do sytuacji, w której rząd Tusska robiłby kampanię promującą działaczy, którzy dymali psy w Kłodzku. Traktowanie banderyzmu jako ideologii jednoczącej państwo nie tylko skłóca Ukrainę z Polską, ale też naraża ją na konflikt z lobbym żydowskim oraz daje Rosji argument, że w Kijowie rządzą "naziści". W sumie Zełenski powinien za tą akcję dostać nie tylko order z Kremla, ale też od polskich środowisk wołyńskich. Nikt bowiem w ostatnich latach tyle nie zrobił dla rozpowszechnienia na świecie wiedzy o ludobójstwie wołyńskim, co Zełenski i Budanow. Oni przerobili nawet przedstawicieli mocno proukraińskich środowisk na "wołyniarzy"!

Przy okazji akcji ze zwracaniem orderów, przypomniał o swoim istnieniu były ukraiński prezydent Kuczma. Nikt chyba bardziej niż on nie symbolizuje tego, jak Ukraina przesrała swoje szanse na rozwój. W 1991 r. startowała z wyższym PKB per capita niż Polska, a obecnie ma ten wskaźnika na poziomie Mołdowy i Kosowa... Kuczma dostał niedawno w ukraińskim parlamencie medal imienia parlamentarzysty, któremu w latach 90-tych załatwił "wypadek samochodowy".

Narzekamy na naszą klasę polityczną, ale przykład Ukrainy pokazuje, że inni mają gorzej. Owszem, zbliżaliśmy się do standardów Janukowycza (niszczenie armii, rosyjska infiltracja tajnych służb itp.) w czasach pierwszego Tusska i jego resetu. Odeszliśmy jednak od tego za pomocą demokratycznych wyborów. Ukraińcy potrzebowali Majdanu. I właściwie Putin mocno skrewił, bo gdyby grał subtelniej, opanowałby Ukrainę metodami pokojowymi. Majdan był więc dla nas błogosławieństwem, za który powinniśmy być wdzięczni Ukraińcom. A dlaczego do niego doszło? Profesor Michał Klimecki twierdzi, że wśród Ukraińców mocno wzrosły europejskie aspiracje po mistrzostwach Euro 2012, które sprowadziły do ich kraju dużo kibiców i turystów z Zachodu. Zobaczyli, że można żyć inaczej. A kto załatwił Euro 2012 dla Polski i Ukrainy? Lech Kaczyński. No, ale banderowskie jełopy, w ramach zmieniania historii napiszą pewnie, że zrobiła to Angela Merkel wzruszona historią Szuchewycza... :)

***

Na blogu z recenzjami rocznicowo "Mord na Wołyniu" Marka Koprowskiego i krótki przegląd jego książek poświęconych tematyce konfliktu polsko-ukraińsko-sowieckiego.

Przypominam również o książce Waszego Ulubionego Autora.


sobota, 27 czerwca 2026

Keir "Wanker" Starmer na wylocie - niestety Europa Zachodnia też i również karzełek Zełenski

 


Szybko poszło. W kilkanaście miesięcy po wyborach parlamentarnych dających przytłaczającą większość w parlamencie dla Partii Pracy, Keir Starmer łamiącym się głosem ogłosił swoją rezygnację ze stanowiska premiera.  Trudno się temu dziwić, gdyż jego stronnictwo mocno rozczarowało swoją polityką gospodarczą - obiecywało przyspieszenie wzrostu PKB poprzez inwestycje, a skończyło się na podwyżkach podatków i brnięciu w net-zero. 



Do tego doszło wprowadzenie cenzury netu i zakazu korzystania przez młodzież z mediów społecznościowych. Zakaz oczywiście był uzasadniony troską o zdrowie psychiczne młodych ludzi, ale dziwnym trafem nie zablokowano im dostępu do platformy BlueSky, na której roi się od pe*ofilów. Partia Pracy i ogólnie brytyjskie państwo jakoś nie okazywało troski o młodzież, gdy po Wielkiej Brytanii hulały sobie gangi pe*ofilskie. Z oficjalnego raportu poświęconego tej kwestii wynika, że mogły one mieć nawet 250 tys. ofiar. Pierwsze doniesienia o tych gangach pochodzą z 1955 r., ale najwięcej przypadków udokumentowano w czasach nam bliższych. Wiele z nich jest bardzo drastycznych. Opisano m.in., że policja odwiozła gw*łc*ną 13-latkę do pakistańskich sprawców, życząc im "dobrej zabawy". WTF?!  Były też przypadki, gdy sami policjanci brali udział tych ohydnych czynach. Warto więc zadać sobie pytanie: dlaczego aparat państwa brytyjskiego chronił tego typu przestępców? Zrozumiałbym, że policja tuszowałaby niecne postępki lorda Rothschilda, księcia Andrzeja lub przynajmniej jakiegoś parlamentarzysty z tylnych ławek Izby Gmin. Ale czemu chroniła jakiś pakolskich prymitywów? No cóż, system traktuje "skrajnie prawicowe" memy jako większe zagrożenie niż gangi zwyroli. 



Podobny mechanizm działań policji widać również w innych krajach. Policja francuska może spacyfikować miejscowych katolickich bereciarzy, czy tłuc się z żółtymi kamizelkami, ale znika z ulic, gdy afrykańscy imigranci palą samochody w centrum Paryża.  Policja niemiecka jest bezsilna wobec Syryjczyków, którzy ją ostrzeliwują fajerwerkami, ale brutalna wobec taszczących krzyż emerytów od Bąkiewicza. 

(Baj de łej: wyciekło, że Merz wydał 8 tys. USD za sesję na Only Fans z transem. Bawili się w odgrywanie ról. Merz nalegał, by trans mówił z niemieckim akcentem i udawał pilota samolotu pasażerskiego. Kanclerz Niemiec był jednak niezadowolony z obsługi i chciał zwrotu pieniędzy.)




Trudno się więc dziwić, że w tej sytuacji furrorę w necie zrobił film Uwe Bolla "Citizen Vigilante" - o Amerykaninie, który w Europie rozwala imigranckich, trzecioświatowych bandziorów, a także liberalnych sędziów. Boll udostępnił go za darmo na X-ie na 48 h i obejrzałem to dziełko. Nie jest wybitne kino - Boll to reżyser klasy zaledwie Andrzeja Wajdy (dużo lepszy jednak od Smarzowskiego) i miał ograniczony budżet. Nie jest to jednak szmira. Akcja trochę zbyt wolno się rozwija, brakuje też dobrej muzyki (aż się prosiło do wykorzystania "Ody do radości".) Jest jednak w tym filmie kilka wybitnych scen, które już weszły do legendy kina. Choćby scena, w której główny bohater  - świetnie grany przez Armiego Hammera - załatwia całą rodzinę ciapersów (rodzina wcześniej usprawiedliwiała to, że nastoletni syn zorganizował zbiorowy gw*łt na 14-latce) i członków gangu. Nic dziwnego więc, że dystrybucję filmu zablokowano w Niemczech.

(W drugiej części "Citizen Vigilante" Uwe Boll powinien zatrudnić Jacka Murańskiego, który zagrał epizodzik w "Ślepnąc od świateł" :)

 Zwykli ludzie, chcieliby takiego Citizen Vigilante nie tylko w filmie. Zapewne wielu zachodnich Europejczyków marzy o przywódcy takim jak Nayib Bukele czy Rodrigo Duterte. Ja bym na kogoś takiego głosował obiema rękami.

Na razie jednak Europa walczy z klimatyzatorami, bo są niezgodne z polityką neutralności klimatycznej. W Niemczech wyliczono, że mogą one do 2050 r. podnieść temperaturę na Ziemi o całe 0,05 stopnia C! Nic dziwnego, że Amerykanie postrzegają Europę jako Trzeci Świat...


Tymczasem całe lata antyamerykańskiej propagandy poszły w piach. Europejczycy przyjeżdżający do USA na mundial są bardzo pozytywnie zaskoczeni. Są zszokowani dużymi porcjami i darmowymi dolewkami napojów w restauracjach. Zadziwia ich szeroki asortyment w Wal-Marcie czy na zwykłych stacjach benzynowych. Odkrywają też, że w wielu amerykańskich miastach jest bezpieczniej niż w Europie Zachodniej (oczywiście, jeśli trzymasz się z dala od czarnych dzielnic). Eurocucki mogą argumentować: "Ale my mamy darmową opiekę zdrowotną". Jak ta opieka zdrowotna funkcjonuje widzimy na przykładzie afery w Szpitalu Południowym. Płacisz po kilkaset złotych miesięcznie składki zdrowotnej, by raz na parę lat skorzystać z usług służby zdrowia - a jak już korzystasz, to i tak musisz robić to prywatnie lub po znajomości, bo kolejki są zbyt długie. 

Wschód też się sypie, ale to już inny rozdział. Zełenski wciągał do nosa, ale się nie zaciągał...

Na blogu z recenzjami dałem notkę o najnowszej książce Zbigniewa Parafianowicza "Kłopot z Zełenskim". To bardzo mocna pozycja pokazująca, jakim obciążeniem jest Zełenski dla Ukrainy. Poważnie wkurzył on nie tylko ekipę i elektorat PiS, ale również polityków PO. Insiderzy z obu obozów politycznych solidarnie jadą tam ukraińskim władzom. Zirytowani postawą Kijowa są też Bałtowie (choćby z tego powodu, że Ukraina - bez pytania - wykorzystuje ich przestrzeń powietrzną do ataków dronowych na Rosję). Ekipa Zełenskiego wielokrotnie też irytowała Amerykanów. Bidena nie szanowali, a Trumpa się boją. Niedawno wyszło na jaw, że Scott Bessent, sekretarz skarbu USA, nazywa Zełenskiego "little fucker", "Mr. Bean on crack" i "the problem child of the Europeans". To skutek uprawiania przez ukraińskich polityków dyplomacji w stylu sowieckim, czyli "a udowodnijcie, że to ja wam nasrałem na środek dywanu!". Od Sowietów przejęli oni mentalność polegającą na publicznym upokarzaniu sojuszników i potencjalnych partnerów. Stąd też zupełnie niepotrzebne upokorzenie Tusska w postaci posadzenia go w "wagonie trzeciej klasy" pociągu do Kijowa. Ukraińscy "dyplomaci" podsrywali nawet Pawła Kowala, bo uznawali go za "za mało proukriańskiego". Zełenski jest typowym sowietliberałem, czyli kolesiem, który gardzi konserwatywną prawicą i macha tęczową chorągiewką, ale jednocześnie wyzywa innych od "piderów". "Piderem" nazywał m.in. Tusska, Macrona, Trumpa itp. (Co ciekawe Trump nie był aż tak antyukraiński jak pokazują cucki z mainstreamu. W tym roku mówił Zełenskiemu, by śmielej uderzał w Rosję.) 

Jeśli łudzicie się, że Polska zgarnie jakieś kontrakty na odbudowę Ukrainy, to śnijcie dalej. Parafianowicz wskazuje, że sporą ich część najprawdopodobniej dostanie Białoruś, a być może nawet Rosja. Zełenski bóldupił, że orbanowskie Węgry sprowadzają ropę z Rosji, ale jednocześnie Ukraina kupowała i kupuje od węgierskiego koncernu MOL paliwo dieslowskie z tej samej rosyjskiej ropy przerabianej w rafinerii na Słowacji.



Parafianowicz tego akurat nie opisywał, ale Zełenski i jego patron Jermak konsultowali wiele decyzji politycznych i strategicznych z wróżkami i tarocistkami. Co za problem dla rosyjskich służb podstawić im wróżkę mówiącą im podobne głupoty co łysy "jasnowidz", który co tydzień straszy wojnami, kryzysami i kataklizmami? Zełenski i Jermak wysyłali swoich ludzi na cmentarze, by tam palili fotografie ich wrogów. Gdy budowali swoje rezydencje, dbali natomiast, by użyto podczas budowy ziemi z cmentarzy. Nie tylko więc karzełek Putin wierzy w czarną magię... Oczywiście każdy, kto się bawi w taki magiczne hocki-klocki bez odpowiednich zabezpieczeń ryzykuje, że ściągnie na siebie jakieś tałatajstwo z tamtego świata... Himmler ściągnął, Putin ściągnął, Hillary ściągnęła...


Tymczasem ukraińska dziewczyna z Odessy mówi o kryzysie demograficznym i że jej kraj potrzebuje sprowadzić więcej Hindusów i Murzynów, by mu zaradzić...

Tymczasem szyicki islam w Teheranie na religijno-państwowych uroczystościach upamiętniających męczeństwo Alego... Obok tych nieudanych "Kardashianek" jawnie gejowscy proreżimowi influencerzy... 

***


Ksiażka Waszego Ulubionego Autora "Tajne pieniądze nazistów" jest już od pewnego czasu dostępna w sprzedaży i zbiera pierwsze recenzje. Ciepłą recenzję napisał choćby Krzysztof Drozdowski - autor popularnych książek historycznych. 


Z okazji 70-tej rocznicy Poznańskiego Czerwca, pozdrawiam Czytelników z Poznania. Czasem mi się zdarza wpadać do Waszego miasta i eksplorować jego historię.



Minęła również 50-ta rocznica Radomskiego Czerwca '76. Pozdrawiam więc Czytelników z Radomia! 


sobota, 20 czerwca 2026

Wrażenia z Tajwanu i dyplomatyczna klęska Trumpa



                               

 Poprzedni tydzień spędziłem na Tajwanie. Odwiedziłem tam m.in. fabrykę dronów, kilka think-tanków oraz gmach MSZ, w którym wziąłem udział w lunchu roboczym z tamtejszym wiceministrem spraw zagranicznych. Podróż była super, odbyta w bardzo komfortowych warunkach i w fajnym, międzynarodowym towarzystwie.





Przede wszystkim rzucało się w oczy to, że sytuację międzynarodową na Tajwanie postrzegają w sposób mniej sensacyjno-panikarski niż choćby w Polsce.

- Chiny ostatnim razem stoczyły dużą bitwę morską w 1895 r. - przypomniał tajwański wiceminister spraw zagranicznych.

W wojskowym think-tanku wyjaśniono, że celem ChRL jest przerwanie "pierwszego łańcucha wysp" i wybicie się na Pacyfik w sposób wystarczająco szybki, tak by USA nie miały czasu na reakcję. Ten scenariusz wyklucza pierwsze uderzenie na Filipiny - one mają (w odróżnieniu od Tajwanu) - pakt wojskowy z USA. Kluczem do utrzymania status quo w Cieśninie Tajwańskiej jest więc odstraszanie - przekonanie decydentów z Pekinu, że inwazja na Tajwan będzie dla nich zbyt kosztowna i że nie da się łatwo podbić tej Wyspy. Jak na razie ChRL nie dysponuje zresztą wystarczającą liczbą okrętów desantowych, by przeprowadzić pełnoskalową inwazję. Musiałaby się posiłkować nieuzbrojonymi statkami cywilnymi. 



Podobał mi się podczas tej wizyty często spotykany antykomunistyczny vibe :) Firma Thunder Tiger, produkująca drony, w swojej broszurce zamieściła grafikę pokazującą ataki dronowe na okręty wojenne z banderą ChRL. Widać, że tamtejsze siły zbrojne mocno stawiają na transformację dronową - co jednak utrudnia parlamentarna obstrukcja w wykonaniu Kuomintangu (blokującego pakiet wydatków zbrojeniowych). Co ważne - Tajwańczycy chwalą się, że ich łańcuch dostaw części do dronów jest "red free".

Niestety na moje pytania dotyczące chińskiej doktryny wojny powietrznej - tego, czy Chiny są zdolne do przeprowadzenia kampanii bombardowań strategicznych skoncentrowanej na kluczowych celach (a nie partactwa w sowiecko-rosyjskim stylu) - pozostały bez odpowiedzi.

A jeśli ChRL zdecydowałaby się na blokadę morską? Tajwan jest zależny od eksportu LNG. W normalnych warunkach zapasy gazu dla elektrowni skończyłyby się po kilkunastu dniach. Jeśli jednak wyłączony zostałby przemysł, Tajwan przetrwałby co najmniej 40 dni blokady. Oczywiście taka blokada oznaczałaby przerwanie pracy fabryk chipów.  Światu - a także Chinom - zagroziłby kryzys gospodarczy. Od jednego z zachodnich cudzoziemców mieszkających od lat na Tajwanie usłyszałem jednak, że poważnym problemem stałby się dostęp do żywności podczas blokady. Tajwan jest przecież mocno uzależniony od jej importu. Ów expat stwierdził również, że co prawda na budynkach pojawiły się oznaczenia schronów, ale ludzie zwykle nie wiedzą, czy dany schron będzie dostępny i co w nim jest. Ludności nie da się natomiast ewakuować w przypadku blokady - Tajwan to wyspa. Szkolenie obrony cywilnej jest ponoć dalece niewystarczające: obejmuje niewiele osób rocznie.

Czy Tajwan jest chroniony przez mur krzemowy? Wątpliwości co do tego wyrażali przedstawiciele środowisk biznesowych, wskazując, że zadaniem branży półprzewodnikowej nie jest obrona kraju. Dywersyfikacja geograficzna produkcji (przenoszenie jej części do USA) jest motywowana kwestiami biznesowymi. Przy okazji mogłem się przyjrzeć kilku miejscowym nowinkom technicznym - plastikowi wytwarzanemu z muszli ostryg, ekranom 3 D, czy też przenośnej maszynie rentgenowskiej (dało się ją przenieść jedną ręką). Wiele tutejszych wynalazków trafi do UE z dużym opóźnieniem - ze względów regulacyjnych.

Mocna zaakcentowano również hipokryzję niektórych instytucji międzynarodowych. - Do siedziby WHO nie wpuszcza się dwóch kategorii ludzi: terrorystów i Tajwańczyków - stwierdził tajwański wiceminister spraw zagranicznych. Obsesja Pekinu w kwestii "zapobiegania" niepodległości Tajwanu wygląda w tym kontekście mocno absurdalnie. Tajwan już od prawie ośmiu dekad posiada bowiem wszelkie atrybuty suwerennego państwa. Ma choćby armię większą od sił zbrojnych większą niż w niemal wszystkich krajach Europy. ChRL nigdy nie kontrolowała terytorium Tajwanu, a Republika Chińska zarządzała Tajwanem ze swojej stolicy w Nankinie jedynie przez cztery lata. Wiceminister spraw zagranicznych zwrócił uwagę, że Pekin i społeczność międzynarodowa za "deklarację niepodległości" Tajwanu uznałyby zmianę nazwy państwa przez parlament, co jest absurdem, bo przecież zdarzało się już wielokrotnie, że różne państwa zmieniały swoje nazwy. (Co symptomatyczne, oficjele z Taipei, często używają nazwy "Tajwan" zamiast "Republika Chińska", a o ChRL mówią "Chiny".)  Celem Taipei jest oczywiście utrzymanie pokoju w Cieśninie Tajwańskiej i wypracowanie dobrosąsiedzkich relacji z Pekinem. Problem jednak w tym, że Pekin zawęża Tajwanowi opcje przyszłości jedynie do "reunifikacji" na warunkach chińskich komunistów.

***

Wkrótce po tym, jak wróciłem do kraju doszło zawarcia memorandum pomiędzy USA a Iranem, zawieszającego wojnę na dalsze 60 dni i otwierającego Cieśninę Ormuz. To memorandum jest oczywiście wielką dyplomatyczną klęską administracji Trumpa, dającą Iranowi strategiczne zwycięstwo w tej wojnie. Trump tym samym zrezygnował z prób obalenia irańskiego reżimu, pozwolił mu zachować program rakietowy i wpływ na żeglugę w Cieśninie Ormuz. To, co uzyskał w zamian jest dalece niepewne. Nie wiemy bowiem kluczowej rzeczy - czy frakcja Ghalibafa, która ostatnio uzyskała wyraźną przewagę w wewnętrznej walce o władze w Teheranie, zdecyduje się o prowadzeniu przez Iran mniej konfrontacyjnej polityki, obejmującej również zbliżenie z USA.

Przypominam: plan obalenia reżimu upadł w styczniu w wyniku zdrady kurdyjskich komunistów, którzy ukradli broń i Stralinki przeznaczone dla irańskiej opozycji. Postawiono wówczas na zmianę reżimu za pomocą przewrotu wewnętrznego. Po drugiej turze uderzeń dekapitacyjnych - po wyeliminowaniu Laridżaniego - udało się Amerykanom porozumieć z mafijną frakcją Ghalibafa. Ona obiecywała Trumpowi oddanie materiałów rozszczepialnych i włączenie Iranu do systemu zachodniego. A może nawet pokój z Izraelem. To dlatego Trump zamroził wojnę w okolicach Wielkanocy.

Na początku maja mieliśmy ogłoszenie Projektu "Wolność", czyli eksortowania przez US Navy cywilnych statków przez Cieśninę Ormuz. Operację tę oficjalnie zawieszono już po jednym dniu. Potajemnie ją jednak kontynuowano. Tankowce płynęły pod eskortą do Zatoki Omańskiej, gdzie ropę przeładowywano na inne jednostki. Puste tankowce wracały następnie do Zatoki Perskiej, a serwisy monitorujące ruch statków pokazywały, że nie ruszały się one z okolic Dubaju. Ta operacja prowadzona była z sukcesem, tuż pod nosem Irańczyków. Dopiero 9 czerwca Irańczycy zdołali zestrzelić amerykański śmigłowiec biorący udział w tej operacji. Odpowiedzią były amerykańskie bombardowania celów na irańskim wybrzeżu, w porcie Bandar Abbas i w Teheranie. Ponoć wówczas zlikwidowano dowódcę Marynarki Wojennej Korpusu Strażników Rewolucji. Nieco wcześniej mieliśmy krótką wymianę ciosów między Iranem a Izraelem. Pojawiły się doniesienia, że w bombardowaniach został wyeliminowany Vahidi i że stracono kontakt z Modżtabą. Tuż po tej eskalacji nastąpił nagle przełom dyplomatyczny - osławione porozumienie. 

Od dawna przekonuje, że USA miały wszelkie możliwości, by zbrojnie odblokować Cieśninę Ormuz. Przebieg Projektu Wolność to potwierdza. Przez miesiąc prowadzenia operacji eskortowych stracili tylko jeden śmigłowiec. Na kadłubach samolotów A-10 pojawiły się natomiast oznaczenia wskazujące, że brały one udział w dużej liczbie ataków na cele w Zatoce. 

Powodem dla którego USA nie otworzyły Cieśniny Ormuz zbrojnie jest to, że już w kwietniu (jeśli nie dużo wcześniej) dogadały się z frakcją Ghalibafa. I postanowiły dać jej wygraną na tacy. 

W tym kontekście należy również widzieć kwestię "oburzającego" funduszu odbudowy dla Iranu wartego 300 mld USD. Powszechnie jest on postrzegany jako haracz wypłacony Iranowi. W praktyce będzie on jednak czymś w rodzaju unijnego KPO - funduszu warunkowego, mającego dać kontrolę nad gospodarką irańską. Może się okazać, że Iran nie zobaczy ani centa z tego funduszu.

Jeśli więc frakcja Ghalibafa rzeczywiście chce porozumieć się z USA, to tego rodzaju fundusz jest logicznym elementem takiego dealu. Jeśli Ghalibaf będzie zwodził Trumpa, to ewentualna blokada środków z funduszu stanie się powodem kolejnej blokady Cieśniny Ormuz i kolejnej wojny z Iranem.

Porozumienie zawiera też wiele innych, spornych elementów - choćby kwestię wycofania wojsk amerykańskich "z sąsiedztwa" Iranu. Można to zinterpretować zarówno jako zmniejszenie obecności wojsk USA w regionie do przedwojennego poziomu jak i całkowity odwrót z Bliskiego Wschodu - co jest jednak totalnie nierealistyczne.

Jak się sprawy ułożą - tego nie da się obecnie powiedzieć. Nie wiemy jakie intencje ma Ghalibaf, jak silna okaże się jego frakcja i z jaką presją społeczną reżim spotka się po skończonej wojnie.

Na razie jednak porozumienie jest katastrofą dla irańskiej opozycji i wstrząsem dla Izraela. Przy okazji doszło do ostrej werbalnej szarży wymierzonej w Tel Aviv przez J.D. Vance'a. Zwycięzcami są za to Oman, Katar i Turcja - którym nie zależało na tym, by Izrael zbytnio urósł w siłę. Ciekawie zabrzmiała również oferta Trumpa wobec Syrii, by zrobiła ona porządek z Hezbollahem w Libanie.

Może się okazać, że ze złej umowy rozejmowej Trumpa wyciągnie Izrael, dokonując samodzielnego uderzenia na Iran. Śmiałbym się gdyby izraelskie lotnictwo zbombardowało pogrzeb Chameniego - wykańczając kolejną grupę irańskich oficjeli oraz tysiące resortowych fanatyków zgromadzonych na tej gej-paradzie. Przy okazji - ciekawe czy się na tym pogrzebie pokaże kartonowy Modżtaba. Czy też może gostek jest w areszcie domowym...

Problemem jest jednak to, że Iran oraz wiele innych państw może wyciągnąć złe wnioski z wojny irańskiej, czyli uznać, że USA zostały pokonane militarnie. Tymczasem to USA przy stosunkowo małym koszcie wojskowym zdołały zadać ogromne straty Iranowi oraz jego gospodarce. USA nie przegrały tej wojny militarnie, tylko w wyniku DECYZJI POLITYCZNEJ, czyli tego, że postanowiły wstrzymać bombardowania i zasiąść do stołu rokowań, okazując nadmierną hojność przeciwnikowi.

Ta decyzja polityczna została jednak powszechnie uzna za amerykańską klęskę i osłabiła zdolność USA do odstraszania wrogów. Dlatego, Stany Zjednoczone powinny szybko rozprawić się militarnie z Kubą, by pokazać, że wciąż są zdolne do odnoszenia zwycięstw. 

Generalnie można odnieść wrażenie, że Trumpowi świetnie idzie, jeśli podejmuje decyzję o akcjach militarnych. Wszystko zaczyna się psuć, gdy zaczyna negocjować. Dlatego uważam, że dużo lepiej w prowadzeniu wojny sprawdzałby się prezydent w stylu Johna Boltona. W 2028 r. trzymajmy kciuki za Marco Rubio.

***

Spektakularny ukraiński atak dronowy na Moskwę sprowokował do powstania wielu memów w necie - dotyczących wielkiej pokrywy zbiornika z gazem, która wystrzeliła w powietrze niczym nazistowskie UFO. To uderzenie oraz poprzednie - dotykające rosyjskiej floty - utwierdzają mnie w przekonaniu, że Ukraina radzi sobie bardzo dobrze na tej wojnie. A skoro radzi sobie bardzo dobrze, to czy nie nadszedł czas ograniczenia jej pomocy? Czy też może utrzymywania jej w odpowiednich proporcjach, by wojna trwała tam jeszcze wiele lat, a oba kraje niszczyły swoje zasoby? Zawsze mnie śmieszą jojczenia "duporealistów" takich jak Warzecha, Michał "Dupa" Krupa, Wojciech "Mielonka" Golonka czy Dzierżawski, że wojnę powinno się zakończyć, bo giną tam Ukraińcy. Jednocześnie ci sami autorzy przekonują, że owi Ukraińcy to straszne ch.... Skoro tak, to czy nie powinniśmy jednak dbać o to, by wojna tam trwała jak najdłużej, a Ukraińcy nadal ponosili straty ludzkie i materialne? Warzecha jednocześnie narzeka na ukraińskich imigrantów w Polsce i oburza się na myśl o tym, że mielibyśmy ich deportować na Ukrainę, w ręce tamtejszych komisji mobilizacyjnych. Gdyby rzeczywiście Ukraińców nie lubił to, by gorąco się domagał takiej deportacji i cieszył się z tego, że będą oni przerobieni na mielonkę w okopach pod Donieckiem. No, ale Warzecha tego nie zrobi, bo boi się, że jego ukochana Rassija też poniesie straty na froncie.

Po stronie ukraińskiej też niestety nie brakuje pretensjonalnych debili. Dmytro Jełop czy tam Jarosz z Prawego Sektora dostał ostatnio ogromnego bólu dupy i dowodził, że jeśli nie uznamy, że UPA słusznie wymordowała "polskich okupantów" na Wołyniu, to "zaprzepaścimy wielki sojusz". Robiąc historyczne nawiązanie, przytoczył wierszyk Szewczenki mówiący o tym jak źli jezuici wprowadzili niezgodę między Lachów i Kozaków. Potwierdził tym samym, że ukraińscy prawicowcy zazwyczaj gówno wiedzą o historii swojego kraju. Tak się bowiem składa, że główną siłą podsycającą u Kozaków nienawiść do Lachów (a przy okazji też do Żydów) była cerkiew prawosławna - posiadająca "centra dowodzenia" w Moskwie oraz Istambule, czyli w stolicach krajów wrogich w XVII w. Rzeczypospolitej. Powstanie Chmielnickiego - które wtłoczyło Ukrainę w dupę Moskala - było eksplozją prawosławnego fanatyzmu. Ów prawosławny fanatyzm był naturalnym sojusznikiem wszelkich antyzachodnich prądów umysłowych w Rosji i na Ukrainie - również w wydaniu postsowieckim.

Gdy więc rosyjski dron zapalił Ławrę Peczerską w Kijowie - złośliwie się uśmiechnąłem. Wiem, że nie powinienem, bo to zabytek z listy UNESCO. Zrobiłem to jednak, bo Rassija znów strzeliła sobie piękną samobójczą bramkę. Uderzyła w gniazdo antyzachodniego prawosławia, które do niedawno było też jednym z centrów aktywności FSB na Ukrainie. 

***


Najnowsza książka Waszego Ulubionego Autora jest już dostępna w sprzedaży.  Enjoy!