Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 października 2026

Czekając na listopad

 


Irańscy decydenci wykazali się nieznajomością amerykańskiego systemu politycznego i za bardzo zaufali waszyngtońskiej wersji "silniczków" wierzących w to, że listopadowe wybory "połówkowe" do Kongresu będą wiekopomnym wydarzeniem, od którego zacznie się liczyć nowa era w dziejach Wszechświata, a nawet Multiwersum. Zwrócili im ostatnio na to uwagę Bessent, Rubio i sam Donald Trump. Sekretarz skarbu i sekretarz stanu stwierdzili, że Irańczycy źle zinterpretowali system polityczny USA. Trump przypomniał natomiast, że nigdzie nie kandyduje w tych wyborach. On już został wybrany. W listopadzie obsadzona zostanie część miejsc w Izbie Reprezentantów, Senacie i we władzach stanowych. Owszem, demokraci mają bardzo duże szanse na zdobycie większości w Izbie Reprezentantów i spore na przejęcie Senatu. (Choć trzeba brać poprawkę na to, że sondaże są mocno zrypane - te w stanach tradycyjnie republikańskich mówią o zwycięstwach demokratów, a w stanach tradycyjnie demokratycznych o zwycięstwach republikanów.) Zmiana władzy w Kongresie nie oznacza jednak, że zmieni się rząd. Władza wykonawcza w USA należy w pełni do administracji prezydenckiej. Izba Reprezentantów ma przede wszystkim władzę budżetową - może utrudniać życie administracji, ale trudno sobie wyobrazić, by na przykład znacząco cięła wydatki wojskowe. Senat zatwierdza nominacje i traktaty międzynarodowe. Prezydent może natomiast zaczynać i prowadzić wojny bez zgody Kongresu, zlecać tajne operacje i sprawować władzę za pomocą rozporządzeń. W kwestiach międzynarodowych ma ogromną swobodę. Amerykańskie silniczki oraz eurocucki jarają się tym, że po zwycięstwie demokratów zostanie wszczęta procedura impeachmentu wobec prezydenta. Nie wiedzą, że impeachment to coś równie skutecznego jak Trybunał Stanu w III RP. W pierwszej kadencji poddano Trumpa tej procedurze dwukrotnie. I co? I g... Odwołanie prezydenta wymaga większości kwalifikowanej w Senacie. Nawet jeśli uda się odwołać Trumpa, to wówczas prezydentem zostanie J.D. Vance. Jeśli później odwołają Vance'a, to prezydentem zostanie koleś, którego on wcześniej wybierze na swojego wiceprezydenta. 

Irański reżim myślał, że podsycając kryzys naftowy doprowadzi do przegrania przez republikanów wyborów "połówkowych". Nie zastanowił się jednak, co te wybory rzeczywiście mogą zmienić. A mogli po prostu zawrzeć w kwietniu lub maju jakieś lipne porozumienie z USA, zyskać poluzowanie sankcji i po prostu poczekać do wyborów prezydenckich w 2028 r. A tak stracił swój największy atut - kontrolę nad Cieśniną Ormuz. Eksport ropy z rejonu Zatoki Perskiej sięgnął we wrześniu 16,5 mln baryłek dziennie.  Czyli wrócił niemal do poziomu sprzed wojny. Niemal, bo Iran jest jedynym krajem regionu, który ropy nie eksportuje - z powodu amerykańskiej blokady morskiej. 20 jego tankowców dryfuje sobie po azjatyckich wodach. Oczywiście, tranzyt naftowy przez Cieśninę Ormuz nie powrócił jeszcze do normalności. To niebezpieczna robota.  Choć Amerykanie zapewniają ochronę dla konwojów naftowych, to 1 na 20 statków może zostać zaatakowanych i trafionych. Przez Cieśninę Ormuz przepływają jednak już nawet gazowce z ładunkami LNG. Siły Kosmiczne USA ponoć zapewniły lasery, które zestrzeliwują irańskie drony. Zastosowano też systemy wykrywania ciepła, które lokalizują miejsca wystrzeliwania rakiet.

Gospodarka Iranu cierpi z powodu sankcji. Sprawiły one m.in., że w ciągu tygodnia ruch na międzynarodowym lotnisku w Teheranie spadł o 42 proc. Do sankcji przyłączają się nawet Turcja i Pakistan. (Ten drugi wysłał do Arabii Saudyjskiej 30 tys. - 40 tys. żołnierzy.)  Nawet radykalni przedstawiciele reżimu przyznają, że dotychczasowa "strategia oporu" zawiodła i są pesymistyczni, co do przyszłości republiki islamskiej.



Trump ponoć powiedział doradcom, że spodziewa się wznowienia bombardowań Iranu w listopadzie, po wyborach "połówkowych".  Ku Bliskiemu Wschodowi płynie lotniskowiec USS Theodore Roosevelt i dodatkowa grupa ekspedycyjna marines licząca 9 tys. - 10 tys. żołnierzy. Dopłyną tam w połowie listopada. Wówczas, na Morzu Arabskim mogą jednocześnie się znajdować trzy amerykańskie lotniskowce.  By uspokoić Saudyjczyków, Amerykanie wysłali im dwie baterie rakiet Patriot. To zapewne nie wystarczy, ale wygląda na to, że kroi się jakaś skoordynowana akcja wojskowa z udziałem państw regionu. Na początku września, w amerykańskiej bazie w Niemczech, dowódca CENTCOMu konferował z dowódcami sił zbrojnych: Izraela, Arabii Saudyjskiej, ZEA, Bahrajnu, Kataru, Kuwejtu, Jordanii oraz Egiptu. Ponoć planowana jest m.in. duża ofensywa przeciwko Hutim. W międzyczasie Netanjahu wraz z szefem Mossadu odwiedził przywódcę ZEA w Dubaju.

Później grupa jakiś czarno-brązowych jełopów próbowała dokonać zamachu na bazę bombowców strategicznych Fairford w Wielkiej Brytanii. Jakiś lokalny, wiejski rasista zauważył ich jednak jak kręcili się po krzakach i zadzwonił na policję. Terrorystycznych brownoidów-jełopów wolny brytyjski sąd wypuścił następnie za kaucją.

Później omański pilot próbował porwać i rozbić samolot linii FlyDubai lecący z Dubaju do Tel Avivu. Dzięki bohaterstwu innego pilota oraz kilku pasażerów, udało się uniknąć tragedii. Ponoć Mosad zaniedbał wcześniejsze sprawdzenie omańskiego pilota... Omańskie linie lotnicze wcześniej odmówiły zatrudnienia tego pilota, ze względu na jego jawnie ekstremistyczne poglądy.

Tymczasem trwa nacisk na komunistyczną Kubę. Wyciekły dokumenty pokazujące, że SOUTHCOM szuka rezerwistów do służby policyjnej, medycznej i innych ról pomocniczych na tej wyspie w nadchodzących czterech miesiącach. Zobaczymy też wkrótce, jak potoczą się wybory w Brazylii. Bez pieniędzy z USAID i z kartelami narkotykowymi pod presją, lewicowym kandydatom w Ameryce Łacińskiej coś kiepsko szło w ostatnich kilkunastu miesiącach... Niektórzy nawet żartują, że bez pieniędzy z USAID ustały huragany w Zatoce Ameryki/Meksykańskiej.

Z sukcesem dla USA zakończyła się też niedawno sprawa Grenlandii - zawarciem bezterminowego porozumienia USA, Danii oraz lokalnego rządu grenlandzkiego, które zadowala wszystkie strony, a wyłącza Chiny oraz Rosję z inwestycji na tym terytorium. A różne Micki i Kamizele chcieli tam wysyłać polskich żołnierzy do obrony przed wrażą, rasistowską Ameryką... Odnosi się do nich powiedzenie Karola Zbyszewskiego: "I jak pan teraz wygląda? Jak ch... wielbłąda!".

Po drodze mieliśmy wizytę Xi Jinpinga w Waszyngtonie, podczas której przedłużono rozejm supermocarstw. Ponoć Xi - obserwując wojny na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie - uznał, że Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza nie jest gotowa do przeprowadzenia inwazji na Tajwan. Chce więc poczekać na wynik tajwańskich wyborów w 2028 r. Przy okazji wyszło na jaw, że Xi miał jakieś problemy ze zdrowiem - na co wskazywały żądania Chińczyków dotyczące organizacji szczytu. Miał mu zostać udostępniony specjalny pokój do odpoczynku między spotkaniami.

Ukry ostatnio pokazały - w ramach operacji "Vivaldi", że manewr czołgowy wciąż jest możliwy do przeprowadzenia. W ramach tej operacji zrzucili też za linią frontu uzbrojone roboty, które zabiły mnóstwo Ruskich. Rosyjskie sołdaty uciekając porzuciły w błocie relikwie księcia Dymitra Dońskiego, czyli kolesia, który wsławił się biorąc udział w mongolskiej wojnie domowej i dostał od chana podziękowania za pokonanie buntownika w bitwie na Kulikowym Polu. Ruskie miały nieszczęście walczyć przeciwko Azowowi, który wziął sporo jeńców. Sołdaty w atakowanych odcinkach były już i tak zdemoralizowane z powodu fatalnych warunków okopowych i niewielkich dostaw żywności. Rosyjskie siły rakietowo-dronowe natomiast chyba trochę lepiej się przygotowały na jesienno-zimową kampanię bombardowań Ukrainy.  Każda godzina alarmu lotniczego kosztuje gospodarkę ukraińską 45 mln USD.  Tymczasem, rosyjski Tu-95, który wystrzelił rakietę, która niedawno spadła na Lubelszczyźnie (a miała dolecieć do zakładów Mesko w Kraśniku) rozbił się na rosyjskim Dalekim Wschodzie...

To chyba jednak cud, że państwo ukraińskie nadal istnieje, bo ekipa Zełenskiego wraz z walczącymi ze sobą frakcjami w służbach specjalnych mocno ciągnie je w dół - o czym barwnie pisze Maciek w Zapiskach Czynionych po Drodze. Ostatnio ukrakowa "dyplomacja" wkurwiła Koreańczyków. Ukry ujawniły bowiem tajną operacją prowadzoną wspólnie z seulskimi służbami polegającą na przekazywaniu Koreańczykom z Południa północnokoreańskich jeńców. Lewicowy południowokoreański prezydent Lee Myung-bak opowiada się akurat za próbami normalizacji relacji z Pyongyangiem, więc te ukrackie rewelacje zaszkodziły jego polityce. Zażądał od "little fuckera" Zełenskiego oficjalnych przeprosin. Ukraki przeprosiły w swoim stylu, czyli uruchamiając armię internetowych idiotów, zarzucającym Koreańczykom m.in.... masakrę nankińską. Zaczęli też nazywać Koreę Południową "Polską Azji", co Koreańczykom bardzo się spodobało i sprowokowało wysyp memów poświęconych przyjaźni polsko-koreańskiej. Co mnie oczywiście cieszy jako orędownika rozwijania relacji Polski z Dalekim Wschodem. Teraz Koreańczycy się śmieją, że Ukraki nie dostaną ich nowoczesnych systemów antydronowych...




Europa żyje groźbą w postaci działań rosyjskich sabotażystów. Problem jednak w tym, że Europa - m.in. w wyniku polityki Angeli "Stasi" Merkel - nawpuszczała do siebie i wyhodowała w kolejnych pokoleniach miliony sabotażystów, którzy niszczą jej cywilizację od środka. Dowody na to mamy choćby we Francji, gdzie "młodzi ludzie protestują, domagając się lepszej edukacji". Protesty te polegają na paleniu szkół i samochodów strażackich, a także na ogólnym polowaniu na białych ludzi. Wszystko to oczywiście pod algierskimi i palestyńskimi flagami. (Można przyjąć, że palestyńska flaga jest na Zachodzie symbolem zjebanych, agresywnych lewackich i brązowych ekstremistów.)  Do zamieszek przyłączył się nawet czarnoskóry, skrajnie lewicowy burmistrz jednej z podparyskich miejscowości. Gdybym był Francuzem, głosowałbym na tego, kto obieca ich deportacje do Strefy Gazy - w zamkniętych kontenerach, rozgrzanych od śródziemnomorskiego Słońca, z kilkoma przestrzelinami, by się tam wszyscy nie podusili. A jak już dotrą na miejsce, niech się nimi zajmą Izraelczycy... Baj de łej: gdyby ta dzicz robiła coś podobnego w większości krajów muzułmańskich, to tamtejsza policja, by po prostu do nich strzelała ostrą amunicją, a tych, którzy by przeżyli masakrę wpakowano by do naprawdę ciężkich więzień, gdzie czekałyby ich tortury, głód i żywot cwela. Dlatego w Dubaju mogą mieć ładne rzeczy, a w Paryżu nie.

Drobna dygresja: Po obaleniu reżimu Assada ustał napływ uchodźców z Syrii. Kryzysu imigracyjnego z 2014 r. dałoby się więc uniknąć, gdyby zachodnie mocarstwa zbombardowały w 2012 r. assadowskie wojska. Niestety przeciwko tym bombardowaniom działało wówczas potężne lobby. Upadku Assada nie chciał przede wszystkim Izrael - który dogadywał się w tej sprawie z Rosją - oraz administracja Obamy. Polecam zapoznać się z wypowiedziami izraelskich, amerykańskich i brytyjskich oficjeli na ten temat, zebranych przez konto x-owe Xumas.  Przy okazji ów OSINT-owiec zebrał sporo wypowiedzi irańskich reżimowych decydentów wyraźnie przyznających, że Iran pomógł USA w obaleniu rządów Talibów w Afganistanie oraz w zniszczeniu saddamowskiego Iraku. Po raz kolejny okazuje się więc, że proassadowskie, niebinarne płciowo aktywiszcza z Fucklangi, to szebes goje...

W Stanach Zjednoczonych też są niestety oznaki zjebania społecznego. Przykładem na to sprawa egzekucji Christy Pike. 31 lat temu porwała ona, torturowała (wraz z jakimiś Murzynami) koleżankę z klasy. Wycięła jej na ciele satanistyczny symbol, rozstrzaskała czaszkę i wzięła sobie kawałek tej czaszki na pamiątkę. Była sadystyczną morderczynią bez szans na resocjalizację, co udowodniła próbując zabić w więzieniu inną więźniarkę. Pike poprosiła, by jej egzekucję przeprowadziła w całości kobieca ekipa od śmiertelnych zastrzyków. Ta ekipa DEI ową egzekucję spieprzyła. Głupia satanistyczna sucz trafiła więc pod respirator w stanie krytycznym. Nie rozumiem, czemu udzielono jej pomocy medycznej, zamiast wstrzyknąć jej jeszcze mocniejszą dawkę trucizny lub pęcherzyk powietrza. Głupie libki się jednak nad nią litują. 

Równolegle wybuchła w USA gównoburza wokół rzekomego gwałtu w domu jednego z bractw na Uniwersytecie Cornella. Dziewczyna miała tam zostać odurzona i zgwałcona przez siedmiu kolesi - których tożsamość ujawniono. Problem jednak w tym, że po rzekomym gwałcie zeznała ona policji, że seks był w pełni dobrowolny i całkowicie dobrowolnie również ćpała. Dwa lata później zmieniła zdanie i uznała, że to był jednak gwałt, bo zrobiło się jej przykro, że nie została zaproszona na przyjęcie haloweenowe, bo koleżanki uznają ją za dziwkę. Teraz jest ona tłumaczona, że wzięła udział w gangangu, bo podobał jej się jeden z jego uczestników, a wyraziła zgodę na kolejną rundkę seksu zbiorowego, bo "po gwałcie zapadła na hiperseksualność". Jeden z internetowych rasistów zauważył, że jedyną różnicą między tą dziewczyną z Cornella a Bonnie Blue, jest to, że ta pierwsza nie zmonetyzowała swojego gangbangu.

Przy okazji wyszło na to, że Candance Owens miała cztery konta na lesbijskich portalach randkowych i zdradzała swojego męża z kobietami. Ktoś zażartował, że twierdząc, że żona Macrona ma penisa, ona po prostu liczyła, że wyłudzi jej nagie zdjęcia... Mówiąc jednak poważnie: to i jej powiązania biznesowe to kolejne poszlaki wskazujące, że to prowokatorka służb, która w pewnym momencie została przez nie kupiona.

Ciekawą obserwację miała natomiast Klaudia Krynicka:


"Brauniary - w większości to skrajne feministki, do tego najbardziej zawistne, maniakalne, agresywne, histeryczne, teatralnie pruderyjne, przerażająco wścibskie, nienawidzące mężczyzn kreatury. Często będąc blisko lub po 30-stce są nadal bezdzietnie, pogubione i sfrustrowane. Nie znoszą moich treści, bo nie znoszą czytać prawdy o sobie. Według nich o kobietach należy mówić albo dobrze, albo wcale. Najwięcej wyzwisk i bluzgów dostaję od nich, nie od lewaczek. To kobiety, które w imię własnego egoizmu robią z męża pantofla, a kiedy przyjdzie rozwód i podział majątku, bez większych skrupułów rozjeżdżają go w sądzie - wszystko oczywiście pod płaszczykiem miłości do „tradycyjnej rodziny, wartości, ojczyzny i Boga”. Brauniary liczą na to, że wystarczy nie popierać aborcji i pojawiać się w niedzielę w kościele, żeby automatycznie uznawać je za ultrakonserwatywne i z definicji antyfeministyczne. Nic bardziej mylnego, nie dajcie się nabrać. Dlatego też nie jestem w stanie przełknąć projektu Korwin - Braun. Skala utajonych feministek popierających Brauna jest po prostu zbyt odpychająca. "

***

A za tydzień może odcinek serii Sny. Obrazek poniżej odnosi się do jego fabuły.


Pamiętajcie też o blogu z recenzjami i książce Waszego Ulubionego Autora.




sobota, 19 września 2026

Xi zachorował?

 


12 września, chiński przywódca Xi Jinping niespodziewanie nie pojawił się na uroczystej kolacji podczas szczytu BRICS w Indiach. Zastąpił go wicepremier Wang Yi, a nieobecność Xi została wytłumaczona "zmęczeniem podróżą". Następnego dnia, Xi uczestniczył w obradach szczytu. Wieczorem niepewnym krokiem wchodził po schodach do samolotu.  Szybko pojawiły się plotki mówiące, że niedyspozycja Xi była poważniejsza. Miał on doznać jakiegoś "udaru" i trafić do wojskowego szpitala nr. 301 w Pekinie. Chciano za wszelką cenę uniknąć udziału w tej sprawie indyjskich lekarzy. Po niedyspozycji z dnia 12 września podano więc Xi leki, pozwalające mu chwilowo stanąć na nogi, a terapię kontynuowano w szpitalu nr. 301. Nie było więc ceremonii powitalnej na lotnisku w Pekinie.  Rzekomo zdiagnozowano u niego "transient ischemic attack", czyli "mini-udar". Ponoć postawiono wojsko w stan gotowości, a funkcjonariuszy wywiadu nagle zaczęto ściągać z zagranicy.  Pojawiły się nawet fantastyczne plotki o wypuszczeniu z więzienia Bo Xilaia i byłego szefa MSW Zhou Yongkanga  - dwóch największych wrogów Xi. To oczywiście niepotwierdzone spekulacje - typowe dla krajów o takim modelu władzy. Mogą one być wrzutkami wrogiej frakcji w chińskich służbach specjalnych. Samo jednak pojawienie się takiej frakcji byłoby sprawą bardzo poważną, świadczącą o słabnięciu pozycji przywódcy. Pewne poszlaki wskazują, że 73-letni Xi Jinping rzeczywiście mógł odczuwać podczas szczytu BRICS jakieś dolegliwości zdrowotne.  Źródła wskazują, że rzeczywiście doszło na szczycie BRICS do krótkiego epizodu "paniki medycznej" a służby były gotowe do ewakuacji Xi do Pekinu, ale skończyło się jedynie na strachu.

W jakiej kondycji jest Xi przekonamy się w czwartek, podczas jego wizyty w Waszyngtonie.

Co ciekawe, podczas szczytu BRICS, poważnie zachorował prezydent RPA Cyril Ramaphosa. Tak poważnie, że odwołano na wiele dni wszelkie jego wystąpienia publiczne. Nie ujawniono jednak, na co on zachorował, a pojawiły się plotki o "mini-udarze". 

Dwóch prezydentów krajów BRICS na jednym szczycie nagle zapada na dziwną chorobę? To jakiś nowy "syndrom hawański", czy co? A może - jak zasugerowało PsyopAnime - zaszkodziło im indyjskie jedzenie?




 


 ***

Nieco wcześniej doszło do niezłego zwrotu akcji w Jemenie. W czasie gdy trwała ofensywa armii rządowej na jemeńską stolicę, Huti przeprowadzili własną ofensywę ku wybrzeżu. Okazało się, że jemeńscy sojusznicy Saudyjczyków napompowali wcześniej swoje bataliony, fikcyjnie wciągając na żołd krewnych i znajomych. Gdy doszło do walki, porzucali sprzęt. Saudyjczycy bombardowali ich na pół gwizdka. Amerykanie odmówili bombardowań i zaczęli negocjacje z Hutimi, którzy zapewnili, że nie będą już atakować statków cywilnych. Jednocześnie CENTCOM zapewnił arabskie monarchie, że się nie wycofuje z regionu, a Saudyjczycy poprosili Chiny, by utemperowały zachowanie Hutich, a jednocześnie sondowali Izrael, czy sam by nie uderzył w tych narkomanów. Nikt nie wpadł na to, by im spalić lub skazić pola katu.

***

Na urlopie byłem przez tydzień na Teneryfie. Polecam tam szczególnie: muzeum Thora Hayerdhala i "piramidy" w Guimar (moim zdaniem początkowo będące tworem Guanczów, a po kilkuset latach degradacji, odnowione w XIX w. do celów rolniczych) - daje dużo do myślenia w kwestii starożytnych cywilizacji, zniszczonych przez kataklizmy. (Guanczowie ten kataklizm przetrwali dlatego, że Teneryfa jest terenem górzystym, z wulkanem Teide mającym 3715 m. n.p.m.) Ponadto warto zobaczyć mumie Guanczów w muzeum w Santa Cruz de Tenerife oraz miejscowe muzeum wojskowe (dużo ciekawego sprzętu), a także miasteczko La Laguna. Miłośnicy nieziemskich widoczków mogą się się wybrać do parku narodowego Teide. 



















***

A Niklot zorganizował spotkanie z Waszym Ulubionym Autorem:




A później także z polskim ochotnikiem walczącym na Ukrainie przeciwko Rassiji:




sobota, 1 sierpnia 2026

Czy Wolę dało się uratować w 1944 roku?

 


Powstanie Warszawskie miało jak najbardziej szansę na zwycięstwo. Warszawa jednak została zburzona dlatego, że kompletny kretyn Mikołajczyk wypaplał Mołotowowi w Moskwie, że w Warszawie AK szykuje zryw. Stalin już 1 sierpnia nad ranem kazał więc zatrzymać natarcie na najważniejszym odcinku frontu wschodniego. Oczywiście później, sowiecka propaganda - a za nią różni moskalofile - wskazywała, że Armia Czerwona "nie była w stanie dojść do Warszawy" ( choć była już w Międzeszynie) bo przegrała "ogromną bitwę pancerną" pod Radzyminem, gdzie straciła kilkanaście czołgów. Moskalofile całkowicie pomijają to, że jeszcze przed wybuchem Powstania przeprawiła się przez Wisłę, na przyczółek warecko-magnuszewski 8 Armia Gwardyjska gen. Czujkowa. Mogła łatwo przeciąć linie komunikacyjne Niemców pod Warszawą - okrążając stolicę od południa i zachodu, tak jak w styczniu 1945 r.  Niemcy zorientowali się o tym niebezpieczeństwie dopiero po kilku dniach i dopiero wtedy zaczęli w panice przerzucać siły pancerne - okrężną drogą spod Radzymina przez Modlin - pod Magnuszew. Jeśli mi nie wierzycie, to zajrzyjcie do klasycznej pracy "Powstanie Warszawskie" Jerzego Kirchmayera. 



Ów przedwrześniowy oficer, wchodzący w skład Oddziału III KG AK, generał brygady LWP represjonowany w czasach stalinowskich, zamieścił te fakty niszczące oficjalną narrację w swojej książce w sposób bardzo inteligentny - w przypisach! Przyznał w nich m.in,, że wywiad AK szybko - szybciej niż Niemcy - zorientował się w tym, że Sowieci utworzyli przyczółek. Kilka dni wcześniej, decydenci z KG AK jednogłośnie uznali, że warunkiem militarnym wybuchu powstania będzie ruszenie sowieckiej ofensywy z tego spodziewanego przyczółku. Ofensywa miała ruszyć. Rokossowski chciał zdobyć Warszawę w pierwszych dniach sierpnia. Tylko Stalin mu zakazał.

Odsyłam choćby do artykułu Waszego Ulubionego Autora. (Przypominam też jego artykuł o szansach na dużo większe lotnicze wsparcie dla Powstania.) 

Problemem było nie to, że planowano wywołać powstanie w Warszawie, ale to, że wywołano je PRZEDWCZEŚNIE.



Odpowiedzialnymi za PRZEDWCZESNE rozpoczęcie Bitwy o Warszawę byli: Chruściel z Rzepeckim, którzy wspólnie spiskowali i dezinformowali Bora-Komorowskiego w kwestii postępów sił sowieckich. Robili to, bo chcieli skoordynować wybuch Powstania z wizytą Mikołajczyka w Moskwie. Obaj byli zwolennikami Mikołajczyka, darzącymi niechęcią sanację.

Względy polityczne przesądziły też o zmianie miejsca stacjonowania KG AK w pierwszych dniach Powstania. Początkowo planowano, że będzie ono na Mokotowie, w jednej z tamtejszych willi. Na miejscu były przygotowane cztery radiostacje. Sprawdzono ich działanie. Bronić dowództwa miał pułk "Baszta" wraz z oddziałami Kedywu. Na kilka dni przed Powstaniem zdecydowano się przenieść jednak kwaterę główną do Fabryki Kammlera na Woli. Trzeba było tam szybko dostarczyć środki łączności. Już na miejscu okazało się, że radiostacja źle działa w tym fabrycznym otoczeniu - zakłócenia były zbyt duże. 1 sierpnia, jeszcze przed godziną "W" doszło do przypadkowego starcia z Niemcami pod tą fabryką. Dowództwo AK było bezpośrednio zagrożone, ale na odsiecz szli mu żołnierze batalionu "Miotła". Miejsce zbiórki sił Kedywu przesunięto z Mokotowa na Wolę, co bardzo mocno wpłynęło później na przebieg Powstania.

Dlaczego zdecydowano się na taką przeprowadzkę Komendy Głównej? Dlatego, że spodziewano się, że po wejściu Sowietów do Warszawy i braku porozumienia politycznego z nimi, KG AK będzie się przed nimi broniła w zabudowaniach Fabryki Kammlera. Willa na Mokotowie słabo się zaś nadawała na miejsce takiego "Alamo".

KG AK zdołała wysłać do Londynu i sił w kraju meldunki o wybuchu Powstania dopiero następnego dnia. 1 sierpnia wieczorem "Monter" Chruściel obserwując z dachu dymy, łuny pożarów i nasłuchując odgłosów strzelaniny w Warszawie był zadowolony. Widział też bowiem polskie flagi wywieszane w różnych punktach miasta. W tej chwili nie miał technicznych możliwości dowodzenia walką. Nie obchodziło go, czy punkty X, Y i budynek Z zostały zdobyte przez powstańców. W obliczu rychłego wejścia Sowietów do miasta, to nie miało znaczenie. Ważne, że w mieście doszło do rewolucji, w trakcie której Polacy sami wyzwolili jego część i ustanowili swoje władze. Ważne, że doszło do chaosu. 

Czemu sądzę, że to właśnie on myślał? Bo taką teorię postawił inny historyk Powstania Antoni Przygoński. Był on komunistą: dyplomatą i partyjnym historykiem. W 1980 r. wyszła jego dwutomowa monografia "Powstanie Warszawskie w sierpniu 1944 roku". Z jakiegoś powodu została ona przetrzymana przez 10 lat przez cenzurę. Mimo, że Przygoński wyraźnie obsadzał dowództwo AK oraz jego politycznych zwierzchników w roli tych złych, "nieodpowiedzialnych". Jeśli jednak z jego dzieła przefiltruje się komunistyczną narrację, to otrzyma się bardzo solidną monografię. Przygoński zwrócił bowiem uwagę na szczegóły pomijane przez innych historyków.

Z książki Przygońskiego można się więc dowiedzieć, że "Monter" nie chciał, by budowano barykady na głównych trasach przelotowych miasta - w Alejach Jerozolimskich i na ulicy Wolskiej. Uważał bowiem, że te drogi należy zostawić wolne, tak by Niemcy mogli się szybko wycofać w chwili sowieckiego natarcia. To oczywiście miałoby sens, gdyby Sowieci kontynuowali ofensywę, zgodnie z wcześniejszymi planami Rokosowskiego. Niemcy w ciągu kilku dni ściągnęli jednak siły do pacyfikacji miasta, a te  arterie stanowiły dla nich niemal otwarte drzwi. Niemal, bo zaczęto je spontanicznie grodzić barykadami. W Alejach Jerozolimskich spełniły one swoją rolę - wraz z opanowanym Dworcem Pocztowym - niemal blokując tę trasę. (Wcześniej natarcie idące Grójecką w Aleje przyblokowały dwie powstańcze reduty na Ochocie - Barska i Wawelska.) Na Woli, barykady na głównych arteriach były obsadzone słabiej - broniły ich lokalne siły AK (słabo uzbrojone, o niepełnych stanach i skrwawione po pierwszym boju), wspólnie z OW PPS (podporządkowanymi AK) oraz lokalnym oddziałem AL (którego część stanowili akowcy, którzy tam wcześniej przeszli w dziwnych okolicznościach). 



W pobliżu stało jednak duże, elitarne zgrupowanie Kedywu. Bataliony "Zośka", "Parasol", "Miotła", "Pięść", "Czata" - Zgrupowanie "Radosław". Stało ono jednak na północ od głównej linii niemieckiego ataku, w rejonie cmentarzy protestanckich i blisko KG AK. To były siły stanowczo zbyt duże jak na ochronę dowództwa. Wsławiły się one w następnych dniach w walkach na Woli - m.in. zdobywając dwie Pantery i wyzwalając Gęsiówkę (KL-Warschau). Nie blokowały one jednak wroga wzdłuż głównej osi natarcia. Dlaczego je więc tam ustawiono?

Przygoński wyraźnie wskazywał, że chodziło o możliwość stawienia przez te siły oporu Sowietom lub realizację scenariusza przewidującego uratowanie przez Sowietami najlepszych sił warszawskiej AK poprzez wyprowadzenie ich do Kampinosu. Wariant z wyjściem Zgrupowania Radosław do Kampinosu był wielokrotnie omawiany podczas walk na Woli i Muranowie, a wracano do niego przed ewakuacją Starówki. Wówczas ustawienie sił Kedywu w tym miejscu, bliżej Powązek, miało jak najbardziej sens. Za Powązkami zaczynały się już tereny podmiejskie, przez które polskie oddziały mogły w ciągu sierpnia dosyć swobodnie przemieszczać się w nocy.

Główne uderzenie niemieckie poszło jednak ulicą Chłodną. Prowadziły je osławione oddziały Dirlewangera, a przeciwko sobie miały - oprócz wspomnianych wyżej lokalnych sił wolskich - oddziały Gustawa Bilewicza "Sosny" (również dosyć słabe). Natarcie szło w stronę Pałacu Saskiego, gdzie była niemiecka komendatura Warszawy (odcięta od reszty miasta). W większości książek owo natarcie jest źle datowane. Przygoński szczegółowo je jednak odtworzył, pisząc o ciężkich walkach, w których nasze siły próbowały je powstrzymać. Choć dużą rolę odegrał w nich oddział AL z Woli - nie specjalnie je upamiętniano w PRL i niemal zupełnie nie pamięta się o nich obecnie. Nasze siły zostały zepchnięte na Starówkę, którą uderzenie Dirlewangera odcięło od Śródmieścia Północnego. Dalsze niemieckie natarcia zostały jednak zablokowane przez Batalion "Nałęcz"  z Korpusu Bezpieczeństwa, broniący m.in. Reduty Kanoniczek, Pałacu Jabłonowskich i Pałacu Radziwiłów. Gdyby jednak na drodze niemieckiego natarcia stanęło 5 i 6 sierpnia Zgrupowanie "Radosław", Niemcom nie udałoby się wówczas przebić do Placu Saskiego. Ich postępy opóźniłyby się być może o tydzień - jeśli nie dłużej. Wolskie oddziały kapitana "Hala", zepchnięte do Śródmiejskiej Dzielnicy Przemysłowej (obecnie stanowiącej część dzielnicy Wola) broniły się przecież twardo na tym terenie aż do kapitulacji Powstania. Niemiecka komendantura miasta mogła po tygodniu skapitulować z głodu lub próbować desperacko się przebić...



Czy dało się jednak zapobiec rzezi Woli? Byłoby to niezwykle trudne, nawet przy ustawieniu Zgrupowania "Radosław" na głównej osi niemieckiego natarcia. Dużą część tego ludobójstwa przeprowadzono bowiem na terenach, które nie były objęte zasięgiem Powstania - na obszarach na zachód o linii kolejowej. Niemcy metodycznie mordowali, zaczynając od pierwszych domów przy rogatkach miejskich. Mordów dokonywała głównie nie tyle SS, co niemiecka policja - zarówno volksdeutsche z Wielkopolski (często uczestnicy masowych mordów na Polakach w 1939 r.) i "podludzie" z formacji wschodnich. W czasie gdy esesmani-skazańcy od Dirlewangera byli zajęci walką (ale też "przy okazji" popełniali zbrodnie), największą część masowych rozstrzeliwań i gwałtów wzięły na siebie jednostki policyjne. 



Powyżej: Mapa ze strony Stowarzyszenia Pamięci Powstania Warszawskiego. Czerwone kropki to miejsca masowych mordów. Zwróćcie uwagę na ich dużą liczbę przy Zajezdni Tramwajowej "Wola". To ulica Młynarska. Tam były pierwsze barykady.

Szans na obronienie ludności zachodniej części Woli nie było. Postawienie Zgrupowania "Radosław" na osiach Chłodnej i Wolskiej pozwoliłoby jednak na uchronienie dużej części ludności wschodniej części Woli. "Twardy front" mógł się na wiele tygodni ustalić na linii ulicy Młynarskiej. Oczywiście, gdyby Sowieci nie zatrzymali ofensywy, rzezi Woli by nie było - bo Niemcy uciekaliby w panice z miasta, by się wyrwać z okrążenia, a jeśliby Himmler skierował policyjną odsiecz, to zostałaby ona rozbita pewnie gdzieś w okolicach Błonia czy Ożarowa. 

***

Kilka dni temu stanęliśmy w obliczu eskalacji wojny ukraińsko-irańskiej. Po tym jak Ukraińcy uderzyli na Morzu Kaspijskim w statki za rosyjskim wsparciem dla Iranu, teherański reżim rozważał odwetowe uderzenie rakietowe w Odessę.  No cóż, irański reżim chciałby mieć więcej wrogów, więc uderzył (dronem wysłanym przez Hezbollah) ostatnio też w statek z LNG w egipskim porcie Damietta, a także groził wojną Wielkiej Brytanii oraz... Bułgarii.  Tolerancja USA i społeczności międzynarodowej wobec tego reżimu jest wręcz anielska - kampania bombardowań dekapitacyjnych powinna zostać już dawno wznowiona. Na razie jest ona prowadzona na mniejszą skalę w Iraku, gdzie giną wysocy rangą oficerowie Korpusu Strażników Rewolucji oraz lokalni gówno-szyiccy metroseksualni terroryści z dziwnymi fryzurami.


W pełni się zgadzam z sunnitami, że szyizm nie jest prawdziwym islamem i rozumiem dlaczego zachodni ruch LGBT w sporej większości popiera Iran oraz Palestynę.

Tymczasem doszło do marokańskiej inwazji na Hiszpanię. Do (od wieków) hiszpańskiej Ceuty wdarło się w ciągu jednego dnia 49 tys. młodych nachodźców. Wśród nich było wielu przestępców wypuszczonych z więzień przez króla Maroka, których zwożono na miejsce wywrotkami (marokańskie władze same uznały tych osobników za śmieci). Byli wśród nich też marokańscy żołnierze. 



Oczywiście do tej inwazji by nie doszło, gdyby Hiszpanią rządziła choćby glamm-faszystka Isabel Peralta, a nie gównolewak Pedro "Jijo de Puta" Sanchez. Jeden dobrze ustawiony karabin maszynowy mógłby zmienić plażę w Ceucie w plażę "Omaha". Nikt go jednak nie ustawi, a hiszpańska policja nawet nie próbowała zatrzymywać tej fali ludzkiej. Zajęła się za to pacyfikowaniem mieszkańców Ceuty skrzykujących się, by bronić się przed najeźdźcami. Sędziowska kasta orzekła, że pushbacki są nielegalne,  Pedro "dirty" Sanchez wziął się za legalizację już chyba z 3 mln nielegalnych imigrantów. Przypominam, że Hiszpania to kraj, w którym do niedawna (bo chyba wreszcie zaostrzono prawo) nachodźcy i inne żule mogli legalnie się wam włamać do chaty, gdy wyjechaliście na wakacjach, zamieszkać tam, sprzedać lub zniszczyć wasze rzeczy, korzystać z mediów na wasz rachunek i cieszyć się ochroną policji. 

Słysząc o takim zjebaniu, można tylko westchnąć: generał Franco był zbyt łagodny! Przywódcą Hiszpanii powinien - zamiast niego - zostać generał Gonzalo Queipo de Llano. Po hiszpańskich komunistach nie byłoby wówczas czego zbierać...

Wspomniałem jednak, że inwazję na Ceutę zorganizował król Maroka. Tak się akurat składa, że jest on bliskim sojusznikiem Izraela oraz USA (ostatnio nazwał autostradę imieniem Trumpa). Pedro "Jijo de Puta" Sanchez ostro bruździł zaś zarówno Izraelowi jak i Stanom Zjednoczonym. Bruździł, bo jego skorumpowana partyjka, przyjmowała finansowanie zarówno z Wenezueli jak i z Iranu.  (Przypominam też, że Sanchez prowadził zadziwiająco spolegliwą politykę wobec Maroka, po tym jak marokańskie tajne służby zhakowały mu smartfona Pegasusem. Ciekawe, co tam znalazły?) Jaka płynie z tego nauka? Taka, że wpieprzanie się przez lewicę i upośledzoną umysłowo część prawicy w trzecioświatowe konflikty takie jak izraelsko-palestyński, skutkuje importem trzecioświatowych problemów.

***

Net zaczęły zalewać filmiki, na których Ukry przedstawiają wybrane przez siebie momenty sprzeczek z Polakami, zazwyczaj pokazujące jak jakiś żul ich wyzywa lub przechodzi do rękoczynów. Oczywiście nigdy nie pokazują, jak doszło do takiej eskalacji. Chcą pokazać w ten sposób jacy to z Polaków straszni ludzie, przy których orki z Buczy to łagodne baranki. 

Skoro jednak w Polsce panuje taki antyimgrancki terror, to czemu przedstawiciele innych grup narodowościowych nie robią takich filmików? Czemu nie wrzucają ich Białorusini, rosyjskojęzyczni , Gruzini, Ormianie, Czeczeni, Wietnamczycy, Hindusi, Murzyni? Czemu nie robią tego Żydzi - w tym izraelscy turyści? Mówcie sobie co chcecie o Czeczenach i Gruzinach. To jednak narody na swój sposób honorowe. Sprzeczki rozwiązują we własnym zakresie, a nie transmitują je na cały świat bóldupiąc jak to "straszliwie, rasistowsko zostali obrażeni". "Zawodowi Ukraińcy" chcą natomiast ze swojego narodu zrobić Palestyńczyków Europy.

***

Przypominam oczywiście o książce Waszego Ulubionego Autora.




sobota, 25 lipca 2026

Waszyngton przestawił w Polsce wajchę w sprawie Ukrainy?

 


Ruskie narzekają, że w Anchorage Trump zrobił ich w katechona. Rozmowy o pokoju zostały wykorzystane na zbrojenie Ukrainy. Ukry zaczęły natomiast wprowadzać nowy rodzaj sankcji przeciwko Rassiji. najpierw uderzając w rosyjski sektor paliwowy, a później w sieć logistyczną Wildberries, czyli tamtejszego Allegro. Ponadto doszło ostatnio do zestrzelenia rosyjskiego SU-35S przez ukraiński F-16.

Oczywiście Ukry nie mogłyby przeprowadzać takich spektakularnych uderzeń, gdyby nie mieli amerykańskiego wsparcia wywiadowczego i w postaci nowoczesnych technologii, które Amerykanie testują na tej wojnie. Otwarcie przyznał to Alex Karp, prezes Palantira: gdyby Ukraińcy nie dostali systemów AI, Rosja wygrałaby tę wojnę. No i właśnie dlatego antycywilizacyjna lewica i upośledzona umysłowo prawica jest zalewana rosyjską propagandą wymierzoną w Palantira...

We wdrażaniu tych systemów AI na Ukrainie brał udział Mychajło Fedorow - do niedawna minister obrony. Gdy Zełenski wyrzucił go ze stanowiska, Karp zaproponował Fedorowowi pracę w Palantirze. Wyrzucenie Fedorowa z rządu sprowokowało falę protestów społecznych - podobnie jak wcześniejsze próby zniszczenia przez Zełenskiego stworzonej przez Amerykanów agencji antykorupcyjnej NABU. "Little fucker" Zełenski się przestraszył i zwolnił ze stanowiska gen. Syrskiego, zastępując go popularnym generałem Drapatym. Spanikowany kokainowy karzełek Zełenski oferował też Fedorowowi stanowisko wicepremiera, na co on się nie zgodził. Tymczasem Amerykanie zaczęli zachęcać Fedorowa do założenia partii antykorupcyjnej. 

Równolegle doszło w Polsce do ciekawej operacji psychologicznej. Najpierw media nagłośniły to, że jakiś ukraiński jełop wjechał swoją drogą bryką pod same Morskie Oko. Później zaczęły nagłaśniać wyczyny innych ukraińskich jełopów. Wyszła świetna książka Parafianowicza "Kłopot z Zełenskim". Potem wybuchła awantura o upamiętnienia UPA przez Ukraińców. Przyjaciel Trumpa, prezydent Nawrocki odebrał "little fuckerowi" Order Orła Białego, na co kokainowy karzełek dostał krwawej sraczki i zachował się jak buc. Uaktywniły się w necie tabuny ukraińskich jełopów (zazwyczaj siedzących na Zachodzie) wypisujących takie antypolskie kretynizmy, że robili z ukrainofili "wołyniarzy". Polacy dawali im ostro odpór w necie, a kwestia ludobójstwa wołyńskiego przetoczyła się przez media całego świata. Gdy Trump spotkał się z Zełenskim, mocno chwalił polskiego prezydenta i wyzłośliwiał się pytaniami w stylu: "Macie dużo rodaków w Polsce. I pewnie chcielibyście, by wrócili?". Zełenski spuścił z tonu.

Wygląda więc na to, że to Amerykanie przestawili w Polsce "wajchę" w sprawie Ukrainy. Bo choć lubią na Ukrainie i w Rosji testować swoje zabawki, to jednak chcą wymienić "little fuckera" Zełenskiego na swojego człowieka. 

Dużo daje do myślenia postawa Tusska. Niechętnie, ale jednak bronił ukraińskich władz - razem z ojkofobicznymi zjebami. Robił to choć musiał dysponować badania pokazującymi stosunek polskiej opinii publicznej do Ukraińców. Badaniami pokazującymi, że jego libkowsko-silniczkowy elektorat nienawidzi Ukrów czasem mocniej niż Brauniarze. Bronił "little fuckera" pomimo tego, że ten karzełek publicznie go upokorzył. Robił to choć sam nie lubi Ukraińców i prywatnie twierdzi, że w Kijowie rządzą "Ruscy i złodzieje". No cóż... Merz mu kazał, to on wykonał rozkaz. Fur Deutschland.

Antyukraińskość była w ostatnich tygodniach czymś, czym można było ostro bić w Tusska i ojkofobiczną część libków. Niestety jednak Jarosław Kaczyński postanowił pomóc Tusskowi rozwalając własną partię. Upośledzone umysłowo silniczki, które się z nim co miesiąc przepychają na placu Piłsudskiego, powinny mu postawić pomnik ze złota (również za to, że oddał w 2007 r. władzę Tusskowi, a po 2015 r. zaakceptował tuszowanie zamachu smoleńskiego i rosyjskiej infiltracji rządu, wojska i służb za pierwszego Tusska). Ale są za głupie, by to zrozumieć - mają IQ klocka wysranego na ulicę przez Subsaharyjczyka. (Dopuszczam jednak możliwość, że cały ten rozłam to golicynowska ustawka, "teatrzyk" i próba powtórzenia podobnej ustawki z podziałem Konfy na braunowskich świrów i autystycznych libków/narodowych kryptogejów.) 

***

Tymczasem, Iran nadal ostro sobie pogrywa - systematycznie i precyzyjnie uderzając w amerykańskie bazy oraz uaktywniając szmatogłowych Hutich, by atakowali tankowce na Morzu Czerwonym. Huti oczywiście igrają z ogniem. Wcześniej chroniła ich administracja Bidena, odcinając Saudyjczykom dane wywiadowcze potrzebne do ich bombardowań. Teraz nie będzie takich głupich, "humanitarnych" skrupułów. Gdyby zniszczono port w Hodejdzie, to na terenach Hutich zacznie się głód - i wszyscy będą mieli ich w d... (poza paroma trzecioświatowymi cuckami). No bo to banda narkomanów, uzależnionych od katu (roślinnej, słabszej wersji amfetaminy), którzy nic nie są w stanie zbudować, a jedynym sensem ich istnienia jest atakowanie bogatszego sąsiada i prowokowanie Izraela. 

Amerykańskie bombardowania Iranu z ostatnich dwóch tygodni częściowo były desperackim polowaniem na cele (bombardowano m.in. pojemniki po rakietach i inny wojskowy złom), częściowo uderzeniami w "miasta rakietowe", a częściowo operacją psychologiczną mającą przekonać Irańczyków, że zajmą im część terytorium. Irański reżim zaczął grozić, że w takim przypadku zacznie uderzać rakietami w... Iran.  Jest jasnym, że reżimu nie obchodzą straty w infrastrukturze kraju. Jedyną opcją jest więc powrót do kampanii uderzeń dekapitacyjnych. Nad Teheranem latały ostatnio amerykańskie bombowce - Irańczycy próbowali odpowiadać konwencjonalnymi działami przeciwlotniczymi - z zerowym efektem. Gdy Aragczi stwierdził, że polityką Iranu będzie "oko za oko", Rubio odpowiedział, że polityką Trumpa jest "głowa za oko". Oby!



***


Oczywiście przypominam o najnowszej książce Waszego Ulubionego Autora. Kanye West poleca!


 

sobota, 11 lipca 2026

Jełopy, które zgubiły Ukrainę

 


Powyżej: Obrazek z sowieckiej Ukrainy z 1932 r. Wygłodzony koń...

Nikt w ostatnich tygodniach nie zaszkodził Ukrainie tak jak ukraińscy "durnaliści" oraz internetowi komentatorzy (w wielu przypadkach piszący swoje wysrywy tysiące kilometrów od granic Ukrainy) przekonujący, że Polska to największy wróg Ukrainy, a Marszałek Piłsudski był dla Ukraińców zbrodniarzem niemal równym Stalinowi. Zdaniem tych nędznych kreatur, Piłsudski "zdradził Ukraińców, dokonując rozbioru Ukrainy wspólnie z bolszewikami", za co później OUN "słusznie" się mściła na "polskich okupantach". 

No cóż, banderowskie durnie - podobnie jak polscy endecy - nie są świadomi istnienia czegoś takiego jak chronologia. Chyba są istotami międzywymiarowymi, bo dla nich dzieje się "wszystko, wszędzie, na raz", a łańcuch wydarzeń historycznych się im dziwacznie plącze.

Tak się akurat złożyło, że Marszałek Piłsudski był JEDYNYM europejskim przywódcą, który pomógł Ukraińcom w REALNEJ walce o niepodległość. Zawarł oficjalny sojusz z Ukraińską Republiką Ludową Petlury i wysłał polskie wojska na Kijów. Z wielu przyczyn, nie udało się wówczas wywalczyć dla Ukrainy niepodległości militarnie. Główną z tych przyczyn było to, że ukraińskie chłopstwo nie chciało służyć w armii Ukraińskiej Republiki Ludowej i bić się o niepodległą Ukrainę. Kilkakrotnie więcej Ukraińców służyło u bolszewików, niż w armii URL (nie zapominajmy też o ukraińskich chłopach u anarchisty Nestora Machno). Po tym jak w 1917 r. palili ziemiańskie dwory, uznali, że pod rządami bolszewików będą gospodarować na swoim - niepodległość Ukrainy ich nie obchodziła. Bolszewicy podziękowali im później za tą postawę - kolektywizacją, Hołodomorem i masowymi represjami...

Problemem nie było więc to, że Piłsudski i Polska "zdradzili" Ukraińców, tylko to, że URL miała zbyt słabe siły, by wywalczyć wolną Ukrainą. Piłsudski i Polska starały się im w tym pomagać - nawet po traktacie ryskim pozwalając wojskom URL na dokonanie hybrydowej inwazji na sowiecką Ukrainę, a później patronując ruchowi prometejskiemu i szkoląc ukraińskich oficerów kontraktowych (takich jak Pawło Szandruk) w WP.

"Ale dokonaliście rozbioru Ukrainy wspólnie z Sowietami!" - jęczą banderowskie jełopy. Jakiego rozbioru? Granicę Polski na Zbruczu ustalono w układzie pomiędzy Polską a URL zawartym 21 kwietnia 1920 r.  To Ukraińska Republika Ludowa zrzekła się Lwowa, Małopolski Wschodniej i Wołynia na rzecz Polski. W podobny sposób jak Piemont w XIX w. zrzekł się Sabaudii oraz Korsyki na rzecz Francji  - w zamian za francuską pomoc w zjednoczeniu Włoch. W traktacie ryskim, sowiecka Ukraina po prostu uznała tę samą granicę. 

"Po traktacie ryskim, w odpowiedzi na zdradę Piłsudskiego, Ukraińcy rozpoczęli swoją walkę wyzwoleńczą przeciwko polskim okupantom" - twierdzą banderowscy debile. Pokazują, że znów nie znają własnej historii. Traktat ryski został podpisany 18 marca 1921 r. Tymczasem Ukraińska Organizacja Wojskowa (UWO), z której wyewoluowała później OUN, została założona w Pradze czeskiej 31 sierpnia 1920 r. To akurat był dzień bitwy pod Komarowem. Wojna polsko-bolszewicka nie była jeszcze do końca rozstrzygnięta. Wojska URL nadal walczyły po stronie Polski o wolną Ukrainę, m.in. broniąc Zamościa przed Armią Konną Budionnego. Co w tym czasie robiły jełopy z Ukraińskiej Organizacji Wojskowej - spiskowały jak to wbić Polsce i Ukrainie nóż w plecy. 

Nieprzypadkowo kongres założycielski UWO odbył się w Pradze czeskiej, stolicy państwa mocno sympatyzującego wówczas z bolszewikami. Sama UWO była finansowana przez Abwehrę, czyli niemiecki wywiad wojskowy, którego funkcjonariusze marzyli o wspólnej granicy Niemiec z bolszewicką Rosją. W marzeniach sponsorów UWO nie było miejsca na niepodległą Ukrainę! Miała być tylko Ukraina moskiewsko-sowiecka!

Największym wrogiem narodu ukraińskiego był w XX w. bez wątpienia reżim sowiecki. Zabił miliony Ukraińców choćby w trakcie Hołodomoru. Sojusznikiem ZSRR była wówczas Republika Weimarska. Otrzymywała ona z dużą zniżką zboże konfiskowane przez Sowietów Ukraińcom. Pieniądze, które dzięki temu oszczędzała wydawała m.in. na finansowanie UWO, która organizowała zamachy m.in. na Marszałka Piłsudskiego, prezydenta Wojciechowskiego, czy na umiarkowanych Ukraińców, chcących pokojowo organizować życie swojej społeczności w niepodległej Polsce. 

Kadry UWO tworzone były przez jełopów i przegrywów z Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Oni wcześniej przegrali wojnę z Polską o Lwów i Małopolskę Wschodnią, a później musieli połączyć swoje quasipaństewko z URL. Gdy jednak URL zaczęła współpracować z Polską, to się przeciwko temu zbuntowali. Najpierw poparli PRZECIWKO UKRAINIE Wielkorusów od gen. Denikina, a później bolszewików. Jełopy z Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej wyobrażali sobie Ukrainę bez Kijowa czy Odessy, ale nie mogli sobie jej wyobrazić bez Hrubieszowa i Sanoka...

Baj de łej: Jednym z oficerów Ukraińskiej Armii Halickiej, podległej ZURL był Ostap Steca. Zaczynał on w strzelcach siczowych, później walczył przeciwko Polakom w szeregach bolszewików, służył w Armii Czerwonej, by później stać się generałem LWP. To on w 1946 r. gorąco rekomendował masowe wysiedlenia Ukraińców z terenu Bieszczad, czyli późniejszą Akcję "Wisła". Sam był Łemkiem, a banderowcy zamordowali mu siostrę w Komańczy. 

Inny oficer UAH, porucznik Iwan Babij, został w II RP dyrektorem ukraińskiego gimnazjum akademickiego we Lwowie. Jełopy z OUN zarzucali mu z tego powodu "kolaborację z polskimi okupantami" i zabiły w 1934 r. Morderstwo to ostro potępił abp Szeptycki, będący przyjacielem Babija. Obecnie to gimnazjum we Lwowie nosi imię Bandery - zleceniodawcy zabójstwa Babija. Ot paradoksy ukraińskiej historii...

II RP nie była idealna, ale pozwalała Ukraińcom zachować kulturę, język, życie i majątek.  Działające przeciwko niej jełopy takie jak Kon(i)owalec i Bandera de facto działały na rzecz Związku Sowieckiego. Nawet epizod z Rusią Zakarpacką nie uświadomił im, że próba stworzenia państwa ukraińskiego w oparciu o III Rzeszę - szukającą sojuszu ze Stalinem - jest mrzonką. Takie państewko nie mogło powstać w realiach paktu Hitler-Stalin. A mimo to, jełopy z OUN stanęli w 1939 r. de facto w sojuszy ze Stalinem przeciwko narodowi ukraińskiemu... Obecnie neobanderowcy wypominają wołyńskiej AK taktyczne sojusze z Sowietami. Sami jednak de facto byli w takim sojuszu w 1939 r., czego przejawem była choćby zbrodnia w Mokranach - gdzie sowieccy sołdaci przekazali polskich jeńcom z Flotylli Pińskiej bandzie OUN, która ich wymordowała. Wypominanie przez przez banderowskich jełopów Polakom służby w batalionach niemieckiej policji pomocniczej na Wołyniu ma natomiast posmak komediowy - tego typu bataliony były bowiem o wiele liczniej zasilane przez Ukraińców i bardzo mocno były one zaangażowane zarówno w Holokaust jak i palenie polskich czy białoruskich wiosek. Kadry UPA stanowili w dużej mierze dezerterzy z tych splamionych krwią batalionów - z Szuchewyczem na czele. 

Rzeźnicy z UPA niczego strategicznie podczas wojny nie osiągnęły. Abstrahując od kwestii moralnych - dokonane przez nich ludobójstwo na Polakach nie miało większego sensu, gdyż Polaków z Wołynia i tak by wysiedlił Stalin. UPA - w odróżnieniu od AK - nie była w stanie opanować Lwowa. Potrafiła jedynie palić słabiej bronione polskie wioski. Ponadto, jełopy z UPA zabiły kilkakrotnie więcej ukraińskich cywilów - w tym nacjonalistów od Melnyka i Borowća! - niż sowieckich żołnierzy i funkcjonariuszy. Ich wkład w odrodzenie w przyszłości państwowości ukraińskiej był zerowy.

Sięganie po takich patronów w czasach współczesnych jest szkodliwe dla samej Ukrainy. Można je porównać do sytuacji, w której rząd Tusska robiłby kampanię promującą działaczy, którzy dymali psy w Kłodzku. Traktowanie banderyzmu jako ideologii jednoczącej państwo nie tylko skłóca Ukrainę z Polską, ale też naraża ją na konflikt z lobbym żydowskim oraz daje Rosji argument, że w Kijowie rządzą "naziści". W sumie Zełenski powinien za tą akcję dostać nie tylko order z Kremla, ale też od polskich środowisk wołyńskich. Nikt bowiem w ostatnich latach tyle nie zrobił dla rozpowszechnienia na świecie wiedzy o ludobójstwie wołyńskim, co Zełenski i Budanow. Oni przerobili nawet przedstawicieli mocno proukraińskich środowisk na "wołyniarzy"!

Przy okazji akcji ze zwracaniem orderów, przypomniał o swoim istnieniu były ukraiński prezydent Kuczma. Nikt chyba bardziej niż on nie symbolizuje tego, jak Ukraina przesrała swoje szanse na rozwój. W 1991 r. startowała z wyższym PKB per capita niż Polska, a obecnie ma ten wskaźnika na poziomie Mołdowy i Kosowa... Kuczma dostał niedawno w ukraińskim parlamencie medal imienia parlamentarzysty, któremu w latach 90-tych załatwił "wypadek samochodowy".

Narzekamy na naszą klasę polityczną, ale przykład Ukrainy pokazuje, że inni mają gorzej. Owszem, zbliżaliśmy się do standardów Janukowycza (niszczenie armii, rosyjska infiltracja tajnych służb itp.) w czasach pierwszego Tusska i jego resetu. Odeszliśmy jednak od tego za pomocą demokratycznych wyborów. Ukraińcy potrzebowali Majdanu. I właściwie Putin mocno skrewił, bo gdyby grał subtelniej, opanowałby Ukrainę metodami pokojowymi. Majdan był więc dla nas błogosławieństwem, za który powinniśmy być wdzięczni Ukraińcom. A dlaczego do niego doszło? Profesor Michał Klimecki twierdzi, że wśród Ukraińców mocno wzrosły europejskie aspiracje po mistrzostwach Euro 2012, które sprowadziły do ich kraju dużo kibiców i turystów z Zachodu. Zobaczyli, że można żyć inaczej. A kto załatwił Euro 2012 dla Polski i Ukrainy? Lech Kaczyński. No, ale banderowskie jełopy, w ramach zmieniania historii napiszą pewnie, że zrobiła to Angela Merkel wzruszona historią Szuchewycza... :)

***

Na blogu z recenzjami rocznicowo "Mord na Wołyniu" Marka Koprowskiego i krótki przegląd jego książek poświęconych tematyce konfliktu polsko-ukraińsko-sowieckiego.

Przypominam również o książce Waszego Ulubionego Autora.


sobota, 27 czerwca 2026

Keir "Wanker" Starmer na wylocie - niestety Europa Zachodnia też i również karzełek Zełenski

 


Szybko poszło. W kilkanaście miesięcy po wyborach parlamentarnych dających przytłaczającą większość w parlamencie dla Partii Pracy, Keir Starmer łamiącym się głosem ogłosił swoją rezygnację ze stanowiska premiera.  Trudno się temu dziwić, gdyż jego stronnictwo mocno rozczarowało swoją polityką gospodarczą - obiecywało przyspieszenie wzrostu PKB poprzez inwestycje, a skończyło się na podwyżkach podatków i brnięciu w net-zero. 



Do tego doszło wprowadzenie cenzury netu i zakazu korzystania przez młodzież z mediów społecznościowych. Zakaz oczywiście był uzasadniony troską o zdrowie psychiczne młodych ludzi, ale dziwnym trafem nie zablokowano im dostępu do platformy BlueSky, na której roi się od pe*ofilów. Partia Pracy i ogólnie brytyjskie państwo jakoś nie okazywało troski o młodzież, gdy po Wielkiej Brytanii hulały sobie gangi pe*ofilskie. Z oficjalnego raportu poświęconego tej kwestii wynika, że mogły one mieć nawet 250 tys. ofiar. Pierwsze doniesienia o tych gangach pochodzą z 1955 r., ale najwięcej przypadków udokumentowano w czasach nam bliższych. Wiele z nich jest bardzo drastycznych. Opisano m.in., że policja odwiozła gw*łc*ną 13-latkę do pakistańskich sprawców, życząc im "dobrej zabawy". WTF?!  Były też przypadki, gdy sami policjanci brali udział tych ohydnych czynach. Warto więc zadać sobie pytanie: dlaczego aparat państwa brytyjskiego chronił tego typu przestępców? Zrozumiałbym, że policja tuszowałaby niecne postępki lorda Rothschilda, księcia Andrzeja lub przynajmniej jakiegoś parlamentarzysty z tylnych ławek Izby Gmin. Ale czemu chroniła jakiś pakolskich prymitywów? No cóż, system traktuje "skrajnie prawicowe" memy jako większe zagrożenie niż gangi zwyroli. 



Podobny mechanizm działań policji widać również w innych krajach. Policja francuska może spacyfikować miejscowych katolickich bereciarzy, czy tłuc się z żółtymi kamizelkami, ale znika z ulic, gdy afrykańscy imigranci palą samochody w centrum Paryża.  Policja niemiecka jest bezsilna wobec Syryjczyków, którzy ją ostrzeliwują fajerwerkami, ale brutalna wobec taszczących krzyż emerytów od Bąkiewicza. 

(Baj de łej: wyciekło, że Merz wydał 8 tys. USD za sesję na Only Fans z transem. Bawili się w odgrywanie ról. Merz nalegał, by trans mówił z niemieckim akcentem i udawał pilota samolotu pasażerskiego. Kanclerz Niemiec był jednak niezadowolony z obsługi i chciał zwrotu pieniędzy.)




Trudno się więc dziwić, że w tej sytuacji furrorę w necie zrobił film Uwe Bolla "Citizen Vigilante" - o Amerykaninie, który w Europie rozwala imigranckich, trzecioświatowych bandziorów, a także liberalnych sędziów. Boll udostępnił go za darmo na X-ie na 48 h i obejrzałem to dziełko. Nie jest wybitne kino - Boll to reżyser klasy zaledwie Andrzeja Wajdy (dużo lepszy jednak od Smarzowskiego) i miał ograniczony budżet. Nie jest to jednak szmira. Akcja trochę zbyt wolno się rozwija, brakuje też dobrej muzyki (aż się prosiło do wykorzystania "Ody do radości".) Jest jednak w tym filmie kilka wybitnych scen, które już weszły do legendy kina. Choćby scena, w której główny bohater  - świetnie grany przez Armiego Hammera - załatwia całą rodzinę ciapersów (rodzina wcześniej usprawiedliwiała to, że nastoletni syn zorganizował zbiorowy gw*łt na 14-latce) i członków gangu. Nic dziwnego więc, że dystrybucję filmu zablokowano w Niemczech.

(W drugiej części "Citizen Vigilante" Uwe Boll powinien zatrudnić Jacka Murańskiego, który zagrał epizodzik w "Ślepnąc od świateł" :)

 Zwykli ludzie, chcieliby takiego Citizen Vigilante nie tylko w filmie. Zapewne wielu zachodnich Europejczyków marzy o przywódcy takim jak Nayib Bukele czy Rodrigo Duterte. Ja bym na kogoś takiego głosował obiema rękami.

Na razie jednak Europa walczy z klimatyzatorami, bo są niezgodne z polityką neutralności klimatycznej. W Niemczech wyliczono, że mogą one do 2050 r. podnieść temperaturę na Ziemi o całe 0,05 stopnia C! Nic dziwnego, że Amerykanie postrzegają Europę jako Trzeci Świat...


Tymczasem całe lata antyamerykańskiej propagandy poszły w piach. Europejczycy przyjeżdżający do USA na mundial są bardzo pozytywnie zaskoczeni. Są zszokowani dużymi porcjami i darmowymi dolewkami napojów w restauracjach. Zadziwia ich szeroki asortyment w Wal-Marcie czy na zwykłych stacjach benzynowych. Odkrywają też, że w wielu amerykańskich miastach jest bezpieczniej niż w Europie Zachodniej (oczywiście, jeśli trzymasz się z dala od czarnych dzielnic). Eurocucki mogą argumentować: "Ale my mamy darmową opiekę zdrowotną". Jak ta opieka zdrowotna funkcjonuje widzimy na przykładzie afery w Szpitalu Południowym. Płacisz po kilkaset złotych miesięcznie składki zdrowotnej, by raz na parę lat skorzystać z usług służby zdrowia - a jak już korzystasz, to i tak musisz robić to prywatnie lub po znajomości, bo kolejki są zbyt długie. 

Wschód też się sypie, ale to już inny rozdział. Zełenski wciągał do nosa, ale się nie zaciągał...

Na blogu z recenzjami dałem notkę o najnowszej książce Zbigniewa Parafianowicza "Kłopot z Zełenskim". To bardzo mocna pozycja pokazująca, jakim obciążeniem jest Zełenski dla Ukrainy. Poważnie wkurzył on nie tylko ekipę i elektorat PiS, ale również polityków PO. Insiderzy z obu obozów politycznych solidarnie jadą tam ukraińskim władzom. Zirytowani postawą Kijowa są też Bałtowie (choćby z tego powodu, że Ukraina - bez pytania - wykorzystuje ich przestrzeń powietrzną do ataków dronowych na Rosję). Ekipa Zełenskiego wielokrotnie też irytowała Amerykanów. Bidena nie szanowali, a Trumpa się boją. Niedawno wyszło na jaw, że Scott Bessent, sekretarz skarbu USA, nazywa Zełenskiego "little fucker", "Mr. Bean on crack" i "the problem child of the Europeans". To skutek uprawiania przez ukraińskich polityków dyplomacji w stylu sowieckim, czyli "a udowodnijcie, że to ja wam nasrałem na środek dywanu!". Od Sowietów przejęli oni mentalność polegającą na publicznym upokarzaniu sojuszników i potencjalnych partnerów. Stąd też zupełnie niepotrzebne upokorzenie Tusska w postaci posadzenia go w "wagonie trzeciej klasy" pociągu do Kijowa. Ukraińscy "dyplomaci" podsrywali nawet Pawła Kowala, bo uznawali go za "za mało proukriańskiego". Zełenski jest typowym sowietliberałem, czyli kolesiem, który gardzi konserwatywną prawicą i macha tęczową chorągiewką, ale jednocześnie wyzywa innych od "piderów". "Piderem" nazywał m.in. Tusska, Macrona, Trumpa itp. (Co ciekawe Trump nie był aż tak antyukraiński jak pokazują cucki z mainstreamu. W tym roku mówił Zełenskiemu, by śmielej uderzał w Rosję.) 

Jeśli łudzicie się, że Polska zgarnie jakieś kontrakty na odbudowę Ukrainy, to śnijcie dalej. Parafianowicz wskazuje, że sporą ich część najprawdopodobniej dostanie Białoruś, a być może nawet Rosja. Zełenski bóldupił, że orbanowskie Węgry sprowadzają ropę z Rosji, ale jednocześnie Ukraina kupowała i kupuje od węgierskiego koncernu MOL paliwo dieslowskie z tej samej rosyjskiej ropy przerabianej w rafinerii na Słowacji.



Parafianowicz tego akurat nie opisywał, ale Zełenski i jego patron Jermak konsultowali wiele decyzji politycznych i strategicznych z wróżkami i tarocistkami. Co za problem dla rosyjskich służb podstawić im wróżkę mówiącą im podobne głupoty co łysy "jasnowidz", który co tydzień straszy wojnami, kryzysami i kataklizmami? Zełenski i Jermak wysyłali swoich ludzi na cmentarze, by tam palili fotografie ich wrogów. Gdy budowali swoje rezydencje, dbali natomiast, by użyto podczas budowy ziemi z cmentarzy. Nie tylko więc karzełek Putin wierzy w czarną magię... Oczywiście każdy, kto się bawi w taki magiczne hocki-klocki bez odpowiednich zabezpieczeń ryzykuje, że ściągnie na siebie jakieś tałatajstwo z tamtego świata... Himmler ściągnął, Putin ściągnął, Hillary ściągnęła...


Tymczasem ukraińska dziewczyna z Odessy mówi o kryzysie demograficznym i że jej kraj potrzebuje sprowadzić więcej Hindusów i Murzynów, by mu zaradzić...

Tymczasem szyicki islam w Teheranie na religijno-państwowych uroczystościach upamiętniających męczeństwo Alego... Obok tych nieudanych "Kardashianek" jawnie gejowscy proreżimowi influencerzy... 

***


Ksiażka Waszego Ulubionego Autora "Tajne pieniądze nazistów" jest już od pewnego czasu dostępna w sprzedaży i zbiera pierwsze recenzje. Ciepłą recenzję napisał choćby Krzysztof Drozdowski - autor popularnych książek historycznych. 


Z okazji 70-tej rocznicy Poznańskiego Czerwca, pozdrawiam Czytelników z Poznania. Czasem mi się zdarza wpadać do Waszego miasta i eksplorować jego historię.



Minęła również 50-ta rocznica Radomskiego Czerwca '76. Pozdrawiam więc Czytelników z Radomia!