sobota, 16 maja 2026

Macron miał irańską agentkę jako kochankę?

 


Kilka spraw, o których pisałem na tym blogu w minionych tygodniach, zostało potwierdzonych. Okazało się  m.in., że lotnictwo wojskowe ZEA rzeczywiście dokonywało odwetowych bombardowań Iranu. (Wyszło też na jaw, że Netanjahu złożył w czasie wojny tajną wizytę w ZEA, u miejscowego władcy.) Co więcej, wyszło na jaw, że siły powietrzne Arabii Saudyjskiej również potajemnie włączyły się w wojnę, bombardując m.in. irackie szyickie milicje. Doszło też do starcia pomiędzy siłami zbrojnymi Kuwejtu a irańskim Korpusem Strażników Rewolucji, który próbował zająć kuwejcką wyspę, na której Chińczycy budują port. Wychodzi więc na to, że choć część państw arabskich publicznie wzywa do deeskalacji konfliktu, to realnie się w niego angażuje...

Wojenne interludium trwa, ale oczywiście podwójna blokada (Ormuzu oraz irańskich portów jest kontynuowana). Strategia blokady już zaczyna przynosić efekty. Irańczycy od wielu dni nie ładowali ropy z terminali na wyspie Chark. Nie zaobserwowano takiej aktywności od 6 maja. Przez miesiąc Iranowi nie udało się też wysłać poza Zatokę Perską ani jednego tankowca z ropą. (Niektóre tankowce z produktami naftowymi się prześlizgnęły przez blokadę, bo te produkty nie są objęte sankcjami.) Oczywiście, analitycy spierają się o to, jak długo Iran może wytrzymać blokadę. CIA przekonuje, że może on się opierać przez wiele miesięcy. Są jednak już dowody pośrednie, że blokada uderza w morale funkcjonariuszy reżimu. Oficer Korpusu Strażników Rewolucji - a więc formacji, która jest traktowana priorytetowo pod względem zaopatrzenia - narzeka, że dają im do jedzenia ziemniaki z piklami oraz nie wypłacają żołdu, który i tak już mocno stracił na wartości. 

Iran gra jednak na czas. Chce przeciągać ewentualne negocjacje do mundialu, później będzie lato, a jak się lato skończy, będzie kampania przed wyborami połówkowymi, a później świąteczny sezon zakupowy... Amerykanie przypominają im jednak cały czas, że dysponują opcją wznowienia bombardowań. Operacja "Epic Fury" ma zostać tylko przemianowana na operację "Sledgehammer".

Tymczasem do ciekawego odkrycia doszło we Francji. Florian Tardif, dziennikarz "Paris Match" napisał w swojej książce "(Prawie) perfekcyjna para", że Brigitte Macron przywaliła swojemu mężowi Emmanuelowi w oko w samolocie podczas wizyty w Wietnamie, dlatego, że dorwała się do jego telefonu i przeczytała jego korespondencję z francusko-irańską aktorką Golshifteh Farahani. Macrona z tą artystką miał jakoby rzekomo łączyć "platoniczny związek".

Tymczasem Farahani znała się wcześniej z generałem Kasemem Sulejmanim. Dzwoniła do niego niedługo, przed tym jak go zlikwidowali Amerykanie. Kilka lat temu Farahani była związana z francusko-żydowskim filozofem Bernardem Henrim-Levym. To zapewne, za jej sprawą Levy zaczął twierdzić, że Persja zmieniła nazwę na Iran, bo ówczesny szach był złowrogim nazistą. Levy był też wielkim zwolennikiem kurdyjskich komunistów. Ojciec Farahani jest komunistycznym dramatopisarzem, tolerowanym przez reżim. Sama aktorka została w 2012 r. zbanowana w Iranie za wzięcie udziału w nagiej sesji zdjęciowej.  Nie jest z niej jednak żadna Sidney Sweeney...

W przypadku Iranu i jego tajnych służb, zwykle "ekspertom" umyka jedna ważna kwestia: handel narkotykami i jego rola dla gospodarki irańskiej. Mehdi Nasiri, były reżimowy insider, twierdzi, że ten proceder był organizowany przez generała Sulejmaniego i Ghalibafa, za zgodą Chameneja (który wciąż nie został pochowany). Narkotyki szły z Afganistanu do Europy. Operacje te przynosiły 32 mld USD rocznie, z czego 16 mld USD szło do Najwyższego Przywódcy, a druga połowa do Sił Quds.

***

Tymczasem na Kubie zabrakło paliw. Doszlo do blackoutów i zamieszek. Dyrektor CIA poleciał do Hawany i spotkał się z szefem tamtejszego MSW. Jednocześnie szykowane są zarzuty kryminalne dla Raula Castro.

***



Tymczasem wizyta Trumpa i całej plejady prezesów z Wall Street w Pekinie okazała się bardzo koncyliacyjna... Chińczycy zmienili swoją pisownię nazwiska Rubio, by ominąć nałożone na niego własne sankcje.

Xi Jinping mówił o pułapce Tukidydesa, o konieczności współpracy obu krajów i o otwartych drzwiach dla biznesów w Chinach. Ale też groził konfliktem zbrojnym w kwestii Tajwańskiej. Oba kraje zgodziły się, że Iran nie może mieć broni jądrowej i że żaden kraj nie powinien pobierać myta za tranzyt przez Cieśninę Ormuz. Ponoć Pekin naciskał na Teheran w kwestii zakończenia wojny. Zobaczymy, co z tego będzie... Dziwne byłoby gdyby Amerykanie ściągnęli tak dużą delegację biznesową do Pekinu, gdyby nie chodziło o zawarcie jakiegoś większego dealu.

***

Nowy Obywatel zbanował mnie na X-ie, po tym jak ściąłem się z adminem (adminką? adminiszczem?) ich profilu o kwestię roli społecznej prostytucji i nierealności zakazywania tego procederu. Użyto przeciwko mnie typowego zestawu lewarsko-feministycznych wyzwisk (które są tak nudne i przewidywalne, że trudno się nimi przejmować), ale jeden z zarzutów mnie rozbawił. Zarzucono mi, że na swoim profilu na X-ie "nie zajmuję się kwestiami pracowniczymi". :)))))

No cóż, swoje wpisy na tej platformie staram się układać tematycznie. Od góry do dołu - fajne lasencje (rozebrane lub nie), krytyka feminizmu, UFO/starożytne tajemnice, historyczne i religijne ciekawostki/impresje, polityczno-kulturowe memy i filmiki (często rasistowskie), krytyka europejskiego zjebania, krytyka polskiego zjebania, wojna na Ukrainie/sprawy postsowieckie, czasem sprawy chińsko-azjatyckie, wojny na Bliskim Wschodzie, geopolityka reszty świata. Przyznaje się - zwykle nie ma tam spraw pracowniczych (chyba, że w sekcji krytyki polskiego zjebania). W sumie jednak mało kto wrzuca na swojego walla newsy dotyczące strajków w miasteczkach powiatowych lub wyzysku robotników w Gwatemali. Większość ludzi daje śmieszne memy i filmiki z kotkami. Przypomniał mi się artykuł w "Nowym Obywatelu", w którym autor przekonywał, że to źle, że ludzie piją piwsko na dzień św. Patryka, bo powinni wówczas pamiętać o krzywdzie irlandzkich dokerów w XIX w. :) I dlatego odrzuca mnie klasyczny socjalizm - rozjebuje on każdą rozrywkę dla zwykłych ludzi. 

Dlaczego nie robią już w Hollywood takich zajebistych filmów jak w latach 80-tych? No, bo wszystko musi być politycznie poprawne i promować "właściwe" ideologie. Trzeba obsadzić aktorów i aktorki według określonych kwot itp. Wychodzi z tego stalinowska poligramota. To samo zrobili z grami. 

Być może Christopher Nolan - obsadzając transmężczyznę Eliota Page'a jako Achillesa, wychudzoną i łysą Lupitę Nyongo jako Helenę (!), a Zendayę jako boginię Atenę (!!!)  w "Odysei" - dokonał sabotażu tego kretyńskiego systemu, pokazując wszystkim jak bardzo jest on kretyński. No chyba, że miał zamiar dokonać podobnego przekrętu jak w "Producentach" Mela Brooksa... Popełnił jednak drobny błąd. W roli Homera nie powinien obsadzić Travisa Scotta, tylko innego czarnego rapera - geja Lil x Nasa. Byłoby zabawnie jak u braci Wayansów :)

Wkurzają mnie więc pytania: "jakie wartości prezentuje to dzieło"? A musi jakieś? Może przede wszystkim służyć dobrej rozrywce. Czy takie arcydzieła kinematografii jak "Krwiożercze pomidory atakują Francję" służyły jakimś wartościom? Nie, a ogląda się je lepiej niż "Dekalog" Kieślowskiego. Ponadto każde dzieło może być interpretowane na różne sposoby.  Na przykład, fajnie było się wybrać z dziewczyną na "Pomoc domową" - dla niej babska fabuła, a ty cieszysz się widokiem Sidney Sweeney w scenach rozbieranych :)

"Jakie wartości przekazuje twoja seria Sny?" - skomentuje jakiś lewar lub prawicowy skopiec. "Żadne, każdy jej odcinek napisałem dla zgrywy". 

***

A 23 czerwca premiera nowej książki Waszego Ulubionego Autora.


Spis treści.  Wstęp i fragment pierwszego rozdziału.

W pisaniu jest kolejna książka zamówiona przez Wydawnictwo Replika.

sobota, 9 maja 2026

Czy przewrót majowy "zgubił Polskę"?

 


Za kilka dni minie setna rocznica przewrotu majowego - krótkiej wojny domowej na ulicach Warszawy, która zakończyła okres chaotycznej sejmokracji w II RP. Przy okazji pewnie usłyszymy wiele rytualnego jojczenia o tym, że "zły socjalista" Piłsudski "zniszczył w Polsce demokrację". Jojczyć będą wraz z libkami oraz komuchami oczywiście endecy - czyli prawicowcy słabo znający historię. Gdyby lepiej przykładali się do zgłębiania dziejów naszego narodu, wiedzieliby że demokracja załatwiła się u nas sama. Nawet gdyby nie było Piłsudskiego i tak by padła. Jej upadek był bowiem zaprogramowany w potworku legislacyjnym jakim była Konstytucja Marcowa - najbardziej kretyńskim akcie konstytucyjnym w naszych dziejach (stworzonym oczywiście przy współudziale endeków). Owa "konstytuta-prostytuta" dawała absolutną władzę Sejmowi, czyli organowi władzy w którym siły były tak podzielone, że nie dało się tej władzy efektywnie i stabilnie sprawować. 

Profesor Żaryn wraz z innymi endekami narzeka na to, że w ówczesnym Sejmie zbyt dużo miejsca zajmował blok mniejszości narodowych, a jednocześnie broni endeckiej konstytuty, która do takiej chorej sytuacji doprowadziła. No cóż, sami endecy później próbowali wyjść z tego klinczu, najpierw mordując pierwszego prezydenta wybranego na mocy ich konstytucji, a później snując w 1926 r. swoje własne plany zamachu stanu. Byli jednak zbyt wielkimi fujarami, by je wprowadzić w życie.

 Krytycznie na przedmajowe stosunki polityczne patrzył również inny ich kreator - premier Wincenty Witos. Sam dążył do "demokratury", w której działacze jego stronnictwa obsiedliby wszelkie możliwe stanowiska. (Pamiętajmy, że posłowie z jego partii kradli nawet sztućce w restauracji sejmowej.) Antykonstytucyjne i antydemokratyczne postulaty w dziedzinie gospodarczej (wymierzone w kapitalizm) miała również PPS, która - wraz z KPP - gorąco poparła zamach stanu Piłsudskiego. Rozczarowała się jednak do pomajowych rządów, bo nie wdrażały one jej antykapitalistycznych pomysłów. PPS była wśród partii, które przed majem głosowały za cięciami funduszów dla wojska - za odiberaniem ich na cele socjalne. Poszczególne gabinety z lat 1921-1926 ogólnie traktowały wojsko jak coś niepotrzebnego. Oficerowie byli więc opłacani podle - za co się panom (p)osłom odwdzięczyli po maju 1926 r., a zwłaszcza w Brześciu w 1930 r. Na to nakładała się chaotyczna, zagubiona we mgle polityka zagraniczna, której przejawami było kompletne zignorowanie niebezpieczeństw związanych z Rapallo i Locarno. 

Do przewrotu majowego musiało więc dojść i dobrze, że doszło. Oczywiście, można się kłócić o to, czy szanse na naprawę państwa, które dał ten przewrót zostały wykorzystane właściwie.

"Oczywiście, że nie! To sanacja doprowadziła do klęski wrześniowej!" - odpowiedzą endecy oraz inni liberalni, mieszczańscy miłośnicy dupokracji. Do klęski wrześniowej doprowadziła przede wszystkim: wielka różnica potencjałów wojskowych między Polską a Trzecią Rzeszą i ZSRR. Różnicy tej nie dało się nadrobić w 13 lat, nawet przy najgenialniejszej polityce gospodarczej i boomie demograficznym. Nawet gdyby kadra dowódcza WP byłaby w 1939 r. zupełnie inna, nawet gdybyśmy nie popełnili żadnych błędów wojskowych i przeprowadzili wymarzoną przez płka Porwita wielką, walną bitwę z Niemcami na zachód od Wisły, to i tak Polska zostałaby zmiażdżona sowieckim ciosem w plecy. "To polityka Becka doprowadziła do tej klęski!" - odezwą się dupokraci. A co chcielibyście w miejsce polityki Becka? Alternatywą było albo porozumienie się z Niemcami, albo z Sowietami. Nie będę snuł tutaj scenariuszy strategicznych dla obu wariantów, bo po prostu oba były niemożliwe w 1939 r. Każdy rząd, który postawiłby w 1939 r. na wejście do obozu niemieckiego, skończyłby jak władze Jugosławii, obalone w zamachu stanu z 1941 r. Sojusz z Niemcami nie miał wówczas poparcia, a ówczesna opizdycja z gen. Sikorskim na czele zarzucała Beckowi, że jest "niemieckim agentem". Każdy rząd, który poszedłby na wejście w orbitę sowiecką, skończyłby jak rządy państw bałtyckich w 1940 r. - czyli w więzieniu na Syberii. 

Oczywiście można się było do wojny totalnej lepiej przygotować. Obecnie jest moda na pisanie o sanacyjnej Polsce jako "krainie socjalistycznych absurdów". Autorzy tego typu publicystyki zwykle pomijają to, że znaczną większość owych absurdów gospodarczych wdrożyły rządy przedmajowe - w tym te z udziałem "wolnorynkowej" endecji. Prawdziwym błędem sanacji nie było sięgnięcie po interwencjonizm państwowy, tylko sięgnięcie po niego za późno - dopiero w 1935 r. Niestety do kształtowania polityki gospodarczej dopuszczono ludzi takich jak płk Matuszewski, którzy realizowali politykę deflacyjną, opartą na klasycznych - czyli mocno przestarzałych - teoriach ekonomicznych. Matuszewski niestety wygrał rywalizację z wiceministrem skarbu Stefanem Starzyńskim i jego "Pierwszą Brygadą Gospodarczą". Gdyby wówczas zwyciężył Starzyński, to Polska przeszłaby przez Wielki Kryzys dużo łagodniej. Może byśmy mieli swoje własne MMT i dużo szybszą modernizację sił zbrojnych.

Baj de łej: niedawno dokonano ciekawego odkrycia - wyliczono na nowo dane o PKB dla II RP i zakwestionowano przedstawiane przez Tomaszewskiego i Landaua "dane" mówiące, że poziom PKB Polski był w 1938 r. niższy niż w 1913 r. dla tych samych ziem. Okazało się, że był wyższy, a II RP rozwijała się dużo dynamiczniej niż PRL, niż ziemie polskie w XIX w. i niż reszta regionu. Co ciekawe, bardzo szybko rozwijały się Kresy. Pod koniec lat 30-tych wydajność tamtejszego rolnictwa stanowiła już 70 proc. wydajności rolnictwa wielkopolskiego.

Współcześni "rozwolnościowcy" przekonują jednak, że polityka gospodarcza wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego była "straszliwym socjalizmem" - mimo, że sama budowa COP przyniosła 1,5 mln nowych miejsc pracy i powiększyła PKB o 20 proc. Andrzej Krajewski w "Dzienniku" kilka lat temu pisał nawet, że budowa tych fabryk w ramach COP była szkodliwa, "bo skorzystali na nich później Niemcy" i że lepiej było wydać te pieniądze na zakupy sprzętu za granicą. Jakoś nie wyjaśnia od kogo ten sprzęt miałby być wówczas kupowany. Może chodziło mu o zakupy wojskowego złomu dokonywane przez 1926 r. przez generałów Zagórskiego i Żymierskiego?



Sanacja jest też powszechnie krytykowana za Brześć i Berezę. Ja też ją za to krytykuję. Po maju 1926 r. było zdecydowanie za mało Brześcia i Berezy. Bereza powinna być w każdym powiecie, a niektóre kategorie więźniów (komuniści i ounowcy) powinny być w niej traktowane dużo ostrzej. Państwo polskie okazało się zbyt łaskawe choćby dla Bandery - redukując mu karę do dożywocia w sanatoryjnych warunkach Świętego Krzyża, zamiast wykonać karę śmierci. Karą główną powinno być zagrożone już samo członkostwo we wrogich Polsce totalitarnych organizacjach takich jak KPP, OUN czy Partia Młodoniemiecka. I do tego - brytyjskim (przejętym przez Izraelczyków) sposobem - burzenie domów rodzin terrorystów.  Solidarnie płakaliby i srali z oburzenia feminista Chuj-Żeleński, lesbijka Maria Dąbrowska, duporealista Ksawery Pruszyński i antynacjonalistyczny pięknoduch Józef Mackiewicz. Każdy z tych dupokratycznych nudziarzy też powinien zostać zamknięty w Berezie. Mam pretensję do sanacji, że tego nie zrobiła.

"Nie można tak robić! Zabijanie komunistów i ukraińskich nacjonalistów dałoby im status męczenników i sprawiłoby tylko, że pojawiliby się nowi radykałowie!" - będą jojczyć dupokraci. Może i tak. Lenin jednak mawiał, że kadry decydują o wszystkim. Rozwalając kadry wroga, niszcząc jego zdolne kadry, osłabia się go - nie wzmacnia. W czasie wojny zdrajcy z mniejszości narodowych odpłacili nam za nasz liberalizm - a mogliśmy ich prewencyjnie likwidować ich wcześniej. Do Berezy powinni też trafiać prawosławni i grekokatoliccy duchowni przekonujący swoje trzódki, że "rezanie Lachów" to nie grzech, "bo święta księżna Olga też mordowała". 


Błędem na pewno nie było też pozbycie się generała Zagórskiego. Jeden Zagórski to za mało! Biorąc pod uwagę ogromne szkody jakie zrobiła Polsce po wrześniu 1939 r. ekipa Sikorskiego-Mikołajczyka, można dojść do wniosku, że zamach na Sikorskiego został przeprowadzony o 10 lat za późno. Warszawa nie zostałyby też pewnie zniszczona w 1944 r., gdyby wcześniej sanacyjni "nieznani sprawcy" wrzucili Mikołajczyka z workiem na głowę do jakiejś glinianki. Likwidacja takich szkodników jak Kott, Stroński, Modelski czy Kazimierz Banach, wyszłaby też Polsce wyraźnie na dobre. 



Sanacja okazała się jednak zbyt miękka na wdrożenie tak ostrego kursu. Bo w sumie sam Piłsudski nie chciał zamachu stanu i własnej dyktatury. Przemarsz kilku batalionów z poligonu w Rembertowie (z ćwiczeń, do których kierowania zaproszono Piłsudskiego jeszcze na długo przed upadkiem rządu Skrzyńskiego i powstaniem rządu Witosa!) miał być tylko demonstracją - odpowiedzią na głupie i prowokacyjne słowa Witosa, by Piłsudski sam wziął sobie władzę. Zdobywanie Warszawy tak małymi siłami nie miało prawa się udać. Przewrót wojskowy nie był w planach Piłsudskiego. Gdy doszło do eskalacji, Marszałek wręcz załamał się psychicznie i unikał podejmowania decyzji. To, że jego wojska rozpoczęły ofensywę było skutkiem energicznych działań jego podwładnych takich jak generał Gustaw Orlicz-Dreszer. Decyzyjnym dowódcą okazał się wówczas również gen. Edward Śmigły-Rydz, który szybko przesłał wsparcie z Wilna. A także dowódcy niższej rangi, tacy jak Zygmunt Berling. Mocno to kontrastowało choćby z postawą gen. Kazimierza Sosnkowskiego, który targany dylematami moralnymi, strzelił sobie w serce (chybiając). Sosnkowskiego podobny paraliż decyzyjny dotknie latem 1944 roku...




Pamiętajmy, że owa mini-wojna domowa została rozpoczęta przez siły wierne rządowi. I to rozpoczęta w zupełnie kretyńskim stylu - od całkowicie niesprowokowanego ostrzału z samochodu pancernego wojsk stojących po praskiej stronie Wisły, po drugiej stronie mostu Kierbedzia. Do eskalacji doszło w wyniku rozkazów ówczesnego ministra obrony gen. Juliusza Tarnawy-Malczewskiego, który najpierw nakazał (omijając łańcuch dowodzenia)  przerwać manewry w Rembertowie, a później dążył do zbrojnej konfrontacji z "buntownikami". Malczewski był wówczas niezwykle pobudzony - tak jakby dzień i noc wciągał do nosa kokainę - co tłumaczył później przed sądem dolegliwościami psychicznymi. Do eskalacji dążył też aferalny generał Zagórski, wspólnie ze swoim kumplem z austriackich służb Rozwadowskim. Ostatecznie jednak przegrali - wyraźnie nie radząc sobie w walce miejskiej. (Zagórski "wsławił się" bombardowaniem Warszawy. Przystosował do tego zadania nawet cywilne samoloty LOTu.)  Zostali później zgniecieni przez sanacyjną lekką dyktaturę - choć ów reżim będzie później obsypywał awansami i zaszczytami innych generałów dowodzących siłami wiernymi rządowi: m.in. Andersa i Paszkiewicza.

Mimo, że do zamachu majowego doszło 100 lat temu, to wciąż on kształtuje naszą scenę polityczną. Neoendecja ustawia się w roli grupy rekonstrukcji historycznej anty-sanacji - wzorując się na najgorszych tradycjach masońsko-liberalnego Frontu Morges i prosowieckiego szura Jędrzeja "Kretyna" Giertycha, ciężko przeżywając takie "zbrodnie socjalistycznej sanacji" jak budowa COP czy jędrzejewiczowska reforma edukacji :)  PiS, choć jest obwiniana przez tych doktrynerów o bycie "grupą rekonstrukcyjną sanacji", czerpie w dużym stopniu z dziedzictwa parlamentarnej endecji - czyli totalnych fujar mających na koncie Traktat Ryski i Konstytutę Marcową - a częściowo z dziedzictwa tej łagodniejszej, niedecyzyjnej części piłsudczyków, wstydzących się Brześcia, Berezy i zajęcia Zaolzia. Na piedestał postawiło więc strawnego dla pomajowej opizdycji gen. Sosnkowskiego (a przy okazji doceniło Dmowskiego nazywając jego imieniem warszawski Dworzec Wschodni i dając profesorowi Żarynowi dużą kasę do przepalenia w jego instytucie). Kto jest grupą rekonstrukcyjną KPP i niemieckiej V-tej kolumny nie będę wskazywał - sami dobrze to wiecie.

***

Dziwne rzeczy działy się ostatnio w okolicach Zatoki Perskiej. Najpierw, na początku tygodnia, Amerykanie przepłynęli tam dwoma niszczycielami. Irańczycy ich atakowali, co skutkowało pójściem na dno sześciu ich szybkich łodzi. Niszczyciele później eskortowały bez incydentów dwa amerykańskie kontenerowce. Trump ogłosił Projekt Wolność, czyli otwarcie Cieśniny Ormuz. Nagle, po kilkunastu godzinach go zawiesił (!), oficjalnie "na prośbę Pakistanu". Pojawił się przeciek, że to Arabia Saudyjska, Kuwejt, Katar i Oman oficjalnie sprzeciwiły się zbrojnemu otwarciu Cieśniny Ormuz i zabroniły Amerykanom korzystania ze swoich lotnisk. Wyraźnie chciały uderzyć w ZEA, które prowadziły wówczas wymianę ciosów z Iranem. W ciągu jednego dnia, znów jednak pozwoliły korzystać Amerykanom ze swoich lotnisk. W nocy z czwartku na piątek do Cieśniny Ormuz wpłynęły trzy amerykańskie niszczyciele. Irańczycy je wściekle atakowali - z zerowym skutkiem. Amerykanie odpowiedzieli ciężkimi bombardowaniami wyspy Qeshm i portu w Bandar Abbas. Doszło też prawdopodobnie do uderzeń w Teheranie. Jednocześnie toczyła się gra dyplomatyczna. 

Jeden z brytyjskich admirałów stwierdził, że Amerykanie są w stanie szybko, zbrojnie odblokować Cieśninę Ormuz. Opowieści o minach są prawdopodobnie kłamstwem - Iran najwyżej położył kilkanaście min w całym akwenie. 

Ja twierdzę od tygodni, że Amerykanie są w stanie zbrojnie zapewnić wolność żeglugi w Cieśninie Ormuz i Zatoce Perskiej. Wystarczy kilka niszczycieli i trałowców oraz osłona powietrzna. Czemu więc tego nie robią? Sugerowałem, że chcą dać symboliczne zwycięstwo tej irańskiej frakcji, z którą negocjują. Czemu jednak również Arabia Saudyjska, Kuwejt, Katar i Oman przestraszyły się zbrojnego otwarcia Ormuzu? Bo nie chcą, by irański reżim został zastąpiony przez proizraelską monarchię. Wolą pewnie reżim mocno osłabiony, ale wciąż mogący absorbować uwagę Izraela.

W ten sposób należy czytać raport CIA mówiący, że Iran może przetrwać kilka miesięcy blokady. Podważają go zdjęcia satelitarne pokazujące duże plamy ropy w okolicach wyspy Chark. To nie są skutki amerykańskich ataków. To skutek tego, że Irańczycy zaczęli ładować ropę na stare, przeciekające tankowce. W ten sposób radzą sobie z przepełnieniem zbiorników naftowych. Wkrótce będą gromadzić  ropę w dołach wykopanych w ziemi lub po prostu wlewać ją do morza... Amerykanie zablokowali im bowiem  70 tankowców mogących transportować łącznie 166 mln baryłek surowca. 

Amerykanie, wraz z Izraelczykami oraz lotnictwem ZEA, mogliby bez większego problemu zniszczyć z powietrza cały przemysł naftowy Iranu, jego elektrownie oraz infrastrukturę transportową. Nie robią tego jednak, bo rzeczywiście stawiają na negocjacje i są gotowi dać jednej z irańskich frakcji "symboliczne" zwycięstwo. Część decydentów z Teheranu nie rozumie jednak tej łaskawości.

Zwróćcie też uwagę na zapowiedzi Trumpa dotyczące uzbrajania irańskiej opozycji.

Baj de łej: opowiastki o tym, że USA "krytycznie wyczerpały swoje arsenały antyrakiet" są śmieszne, bo właśnie dostarczają arabskim monarchiom za grube miliardy amunicji z tych "krytycznie wyczerpanych" arsenałów. Słychać to jojczenie od tygodni. I co już się wyczerpały? Oczywiście, że każdy wojskowy logistyk zawsze będzie twierdził, że ma za mało broni i amunicji. I że jego departament dostaje za mało pieniędzy z budżetu. I że budżet wojskowy jest za mały - te 1,5 bln USD, to naprawdę nic. Osintpolowcy będą liczyli ile lat zajmie odbudowanie arsenałów antyrakiet. Przy założeniu, że ich produkcja będzie stała. Tymczasem dotychczasowo produkcja wynikała z zamówień. Prywatne zakłady produkowały, ile zamówiono. Zamówi się więcej, będzie się produkować więcej. Będzie problem z mocami produkcyjnymi, to się zbuduje nową fabrykę. Energia jest w USA wciąż dużo tańsza niż w Europie. Co więcej, "odbudowa arsenałów" po wojnie z Iranem może być impulsem wzrostowym dla gospodarki.

Coś nagle też ucichło jojczenie o midtermsy. Demokraci są bowiem w panice po tym, jak Sąd Najwyższy wydał orzeczenie pozwalające likwidować okręgi wyborcze tworzone wcześniej w ramach rasowej akcji afirmatywnej - czyli te preferujące Czarnych. Republikańskie stany zmieniają więc mapy wyborcze, wycinając jedyne okręgi, w których mieli przewagę demokraci. Skala tego jest tak duża, że pojawiła się perspektywa remisu w Izbie Reprezentantów. Ciekawe jak się role odwróciły. To bowiem demokraci byli aż do czasów Lyndona Johnsona partią "białych ludzi" na Południu. Później ten elektorat przejął w sprytny sposób Richard Nixon.

***

Administracja Trumpa zaczęła też powoli odtajniać kolejną partię dokumentów dotyczącą UFO. W nich m.in. zeznanie niemieckiego oficera o tym, że nazistom udało się zbudować w czasie wojny "latający spodek", ale ówczesna technologia uniemożliwiała wyposażenie go w amunicję. Były też zdjęcia przedstawiające dziwne obiekty nad Księżycem podczas misji Apollo, transkrypcje rozmów astronautów z misji Apollo 11 dotyczące niezidentyfikowanych obiektów, film z UFO w kształcie "piłki futbolowej" czy też zapis filmowy pokazujący UFO w kształcie gwiazdy - czy raczej koła Ezechiela, Dharmachakry lub "biblijnie poprawnego anioła".


Kongreswoman Anna Paulina Luna opublikowała następujący obrazek:



Zgodnie z zapowiedziami członków Kongresu, pierwsze dokumenty na temat UFO miały być takie sobie, a ciekawsze rzeczy mają zostać opublikowane w kolejnych dniach. 

sobota, 2 maja 2026

Niemcy są jak kurvinoxy: sprytni, ale głupi

 Jest majówka i dobra pogoda, dzik Henio smaży się na grillu, a nie chce mi się pisać, więc zaprezentuje tylko krótki przegląd wydarzeń...



O ile dotychczas wykorzystywano różnych białych, liberalnych cucków do zamachów na Trumpa, to tym razem użyto czarnego nerda, który pomimo 160 IQ okazał się idiotą. Naoglądał się za dużo "Naruto", uzbroił się w noże kunai, niczym ninja z Wioski Ukrytej w Liściach przebiegł przez bramkę do wykrywania metali i został szybko zneutralizowany. Doszło do chwilowego zamieszania na sali balowej. Wolf Blitzer z CNN przestraszony zgubił buta, a towarzysz Szewko się głęboko zasmucił...

Sojowe libki i upośledzona umysłowo prawica zaczęły zgodnie twierdzi, że ten zamach był inscenizacją. Tak sobie jednak pomyślałem, że gdyby Kamala została prezydentem i coś takiego się jej przydarzyło, to by od razu próbowała skasować kilka poprawek do konstytucji. Trump natomiast chce tylko jakiejś sali balowej nad bunkrem dowodzenia.

Nieco wcześniej mieliśmy wywiad kłodzkiego kundla dla "FT", w którym podważał on artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Polska prawica słusznie uznała, że kundel został podpuszczony przez swojego pana, kanclerza Merza. Ma to być element perfidnego niemieckiego planu, by skłócić Polskę z USA. Merz w ciągu 11 miesięcy kanclerzowania trzykrotnie odwiedził Trumpa i mu się podlizywał na różne sposoby. Osiągnął to, że Eldridge Colby pochwalił niemieckie plany zbrojeniowe. (Ch... z tym, że Niemcy rozpisali je na 10 lat, a na razie nie potrafią nawet zebrać jednej brygady na Litwę.)


Kilka dni później potwierdziło się jednak to, że Niemcy to naród niesłychanie emocjonalny. Nie mogą się powstrzymać przed wyrażaniem radości z problemów Amerykanów. Merz palnął, że Iran "upokarza USA". Trump go kilkakrotnie publicznie za to zjebał. Niemcy próbowali odkręcić sprawę, ale Amerykanie zadeklarowali, że chcą zmniejszyć swoją obecność wojskową w RFN. Rząd Merza się chwieje, a w sondażach prowadzi AfD...

(Baj de łej: czy eurocucki zauważyły, że Merz powiedział, że Ukraina "może potrzebować" zrzeczenia się części swoich terytoriów, by wejść do UE?)

W międzyczasie Amerykanie wynegocjowali dla nas uwolnienie Poczobuta i o. Grzegorza Gawła od Baćkoszenki. (No i przekonamy się teraz, jak ten koleś będzie się zachowywał...) Zadeklarowali przy tym, że ważną rolę w tej sprawie odegrał prezydent Nawrocki - zwracając uwagę Trumpowi na istnienie tego więźnia politycznego. Potem USA poparły nasz hub gazowy na Szczycie Trójmorza, a "Homelander" Hegseth wymienił nas wśród modelowych sojuszników - pomijając Niemcy.

Mamy znów więc więcej szczęścia niż rozumu jako naród. Prezydentura Nawrockiego skutecznie neutralizuje starania kłodzkiego kundla i jego niemieckich panów, mające nas skłócać z naszym głównym gwarantem bezpieczeństwa. Gdyby nie debata w Końskich i apel Olszańskiego do brauniarzy, bylibyśmy w wielkiej, strategicznej d...

Brytyjczycy nie mają ostatnio dużo szczęścia i rozumu, ale na posiadają wielki skarb w postaci swojej muzealnej monarchii. By ratować relacje transatlantyckie wysłali więc swego króla do Trumpa, by uświetnił zbliżającą się 250-tą rocznicę buntu kolonii północnoamerykańskich. Król okazał się świetnym stand-uperem. Wizyta wypadła świetnie, a specjalista od czytania z ust, wychwycił ciekawą wymianę zdań między królem a Trumpem, dotyczącą Putina. - On chce wojny. (...) Mam wrażenie, że jeśli on rzeczywiście to powiedział, to on chce wytępić populację - mówił Trump. Bardzo to idzie w poprzek jazgotu libkowskich mediów dla sojowych cucków. Ciekawe, dlaczego większość mediów to pominęła?


(Tymczasem dżihadyści wspierani przez Ukrainę zadali w Mali klęskę rosyjskiemu Korpusowi Afrykańskiemu. Przy okazji wysadzili w powietrze malijskiego ministra obrony, wraz z jego rezydencją i przylegającym do niej meczetem. Rosja grozi podbojem Europy, a dostaje wpierdol od dżihadystów w Sahelu...)

Magister Bartosiusiak (przekręcam jego nazwisko, bo m.in. tak należy zwalczać kolesi uczestniczących w wojnie kognitywnej przeciwko nam) przekonywał, że arabskie monarchie śmiertelnie obrażą się na USA, za to, że USA zapewniły im mniejszą ochronę niż Izraelowi. Tak się jednak składa, że te amerykańskie systemy obrony przeciwlotniczej, które były na miejscu bardzo im pomogły. Co więcej, Izrael dostarczył ZEA elementy swojego systemu Żelaznej Kopuły - kosztem ochrony własnego terytorium! Ostatnio Izraelczycy dostarczyli też tam swoje laserowe cudeńko. Arabskie monarchie szykują się więc wyraźnie na wznowienie wojny - i całkiem dobrze współpracują z Izraelczykami.

Sami mieszkańcy Państwa Żydowskiego przekonują, Izrael pod rządami Netnajahu i jego koalicjantów-świrów, traci natomiast swój europejski charakter i staje się coraz bardziej państwem o dominacji kultury bliskowschodniej, w którym fundamentalistyczna religia odgrywa coraz większą rolę. Likud jest tradycyjnie silnie popierany przez Sefardyjczyków, czyli Żydów z krajów arabskich i basenu Morza Śródziemnego. Są oni bliscy kulturowo i genetycznie Arabom - co jednak oznacza, że potrafią "w sporach w rodzinie" być równie bezwzględni jak Arabowie. 

Paradoksalnie, również w Izraelu jest wdrażana polityka "zastępowania". Dotyczy ona jednak nie tyle zamiany populacji, co zamiany kultury dominującej - z europejsko-aszkenazyjskiej na bliskowschodnio-sefardyjską, z niestety sporą domieszką "kultury" wielkoruskiej. No cóż, europejskie sosny, które Aszkenazyjczycy sadzili na ruinach arabskich wiosek, teraz masowo wymierają...


Poniżej macie mniej znane nagranie przedstawiające Gershoma Brauna (jeszcze bez przepaski na oku) przekonującego, że jeśli Trump chce wspierać Żydów, to powinien zniszczyć państwo Izrael. Ten Żyd reprezentuje pewnie ruch Neturei Karta, który od czasu do czasu współpracuje z irańskimi służbami. Marzy im się państwo mesjańskie, w którym będą mogli bezkarnie trzymać nieletnie niewolnice seksualne w piwnicach...



A tymczasem, czeka nas 11-ta wojna światowa!


sobota, 25 kwietnia 2026

Technofaszyzm kontra Państwo-Przedszkole

 


Nie będę mocno się rozpisywał na temat wojny irańskiej - bo mamy w niej interludium. Do jej wznowienia dojdzie pewnie na początku przyszłego tygodnia. Głównym celem będzie kadra dowódcza Korpusu Strażników Rewolucji - czyli frakcja sprzeciwiająca się rozejmowi - oraz siły Korpusu bawiące się w piractwo w Cieśninie Ormuz. Na początku tygodnia mieliśmy amerykański pokaz siły w postaci ostrzelania zajęcia płynącego z Chin kontenerowca z chemikaliami do produkcji paliwa rakietowego. Irańczycy nie mogli temu przeciwdziałać, choć do przechwycenia statku doszło bardzo blisko ich wybrzeża. Później doszło jednak do pokazu amerykańskiej bezsiły - Irańczycy bowiem bezkarnie zajęli dwa kontenerowce w Cieśninie Ormuz, a ostrzeliwali również statki w Zatoce Omańskiej. Co prawda rzekomy pokaz irańskiej siły w postaci 30 "szybkich łodzi" zapewne się nie odbył - wzięto za niego zdjęcia satelitarne pokazujące aktywność irańskich kutrów rybackich, ale dziwię się, że Amerykanie powstrzymują się od rozwalania z powietrza wszelkich podejrzanych, małych jednostek w Cieśninie Ormuz. Może zaczną to robić za kilka dni. W każdym bądź razie niezidentyfikowane wrogie myśliwce cały czas latają nad irańskimi miastami, testując ich obronę przeciwlotniczą. Żołnierze Korpusu Strażników Rewolucji skarżą się, że natomiast, że nie dostają wypłat...

W tle tego konfliktu dzieją się też jednak rzeczy o bardzo doniosłym znaczeniu. Oto bowiem Alex Karp, prezes firmy Palantir i Nicholas Zamiska, dyrektor tej spółki ds. korporacyjnych, napisali wspólnie książkę pt. "Republika technologiczna". Skopiec Dugin już się z jej powodu zesrał - wraz z innymi gówno-bricsowcami - i stwierdził, że to "manifest technofaszyzmu".

Palantir w swoich mediach społecznościowych streścił główne tezy tej książki. Oto one (tłumaczenie Grok, podkreślenia moje):

Dolina Krzemowa ma moralny dług wobec kraju, który umożliwił jej rozwój. Elita inżynierska Doliny Krzemowej ma pozytywny obowiązek uczestniczenia w obronie narodu.

Musimy zbuntować się przeciwko tyranii aplikacji. Czy iPhone jest naszym największym osiągnięciem twórczym, jeśli nie koronnym osiągnięciem naszej cywilizacji? Ten przedmiot zmienił nasze życie, ale może też teraz ograniczać i zawężać nasze poczucie tego, co możliwe.

Darmowa poczta elektroniczna nie wystarczy. Dekadencja kultury lub cywilizacji, a także jej klasy rządzącej, zostanie wybaczona tylko wtedy, gdy ta kultura jest w stanie zapewnić wzrost gospodarczy i bezpieczeństwo społeczeństwu.

Granice miękkiej siły i samej tylko wzniosłej retoryki zostały obnażone. Zdolność wolnych i demokratycznych społeczeństw do zwycięstwa wymaga czegoś więcej niż moralnego apelowania. Wymaga twardej siły, a twarda siła w tym stuleciu będzie budowana na oprogramowaniu.

Pytanie nie brzmi, czy broń oparta na sztucznej inteligencji zostanie zbudowana; pytanie brzmi, kto ją zbuduje i w jakim celu. Nasi przeciwnicy nie będą zwlekać, oddając się teatralnym debatom na temat zalet rozwijania technologii o kluczowym znaczeniu militarnym i dla bezpieczeństwa narodowego. Oni będą działać.

Służba narodowa powinna być powszechnym obowiązkiem. Jako społeczeństwo powinniśmy poważnie rozważyć odejście od w pełni ochotniczej armii i angażować się w następną wojnę tylko wtedy, gdy wszyscy podzielają ryzyko i koszty.

Jeśli amerykański Marines prosi o lepszy karabin, powinniśmy go zbudować; to samo dotyczy oprogramowania. Jako kraj powinniśmy być w stanie kontynuować debatę na temat stosowności działań militarnych za granicą, jednocześnie pozostając nieugiętymi w naszym zobowiązaniu wobec tych, których poprosiliśmy, by stanęli w obliczu niebezpieczeństwa.

Urzędnicy publiczni nie muszą być naszymi kapłanami. Każda firma, która wynagradzałaby swoich pracowników w taki sposób, w jaki rząd federalny wynagradza urzędników publicznych, miałaby trudności z przetrwaniem.

Powinniśmy okazywać znacznie więcej łaski tym, którzy poddali się życiu publicznemu. Likwidacja jakiejkolwiek przestrzeni na przebaczenie – porzucenie jakiejkolwiek tolerancji dla złożoności i sprzeczności ludzkiej psychiki – może pozostawić nas z obsadą postaci na mostku kapitańskim, której będziemy żałować.

Psychologizacja współczesnej polityki prowadzi nas na manowce. Ci, którzy szukają w arenie politycznej pożywienia dla swojej duszy i poczucia własnej tożsamości, którzy zbyt mocno polegają na tym, że ich życie wewnętrzne znajdzie wyraz w ludziach, których być może nigdy nie spotkają, zostaną rozczarowani.

Nasze społeczeństwo stało się zbyt chętne do przyspieszania, a często wręcz cieszy się ze śmierci swoich wrogów. Pokonanie przeciwnika to moment na chwilę refleksji, a nie na radość.
Era atomowa dobiega końca. Jedna era odstraszania – era atomowa – kończy się, a nowa era odstraszania zbudowana na sztucznej inteligencji właśnie się zaczyna.

Żaden inny kraj w historii świata nie przyczynił się bardziej do rozwoju wartości postępowych niż ten. Stany Zjednoczone są dalekie od doskonałości. Ale łatwo zapomnieć, jak dużo więcej możliwości istnieje w tym kraju dla tych, którzy nie są dziedzicznymi elitami, niż w jakimkolwiek innym narodzie na planecie.

Amerykańska potęga umożliwiła niezwykle długi pokój. Zbyt wielu zapomniało lub być może traktuje jako coś oczywistego fakt, że prawie stulecie pewnej wersji pokoju panowało na świecie bez konfliktu militarnego między wielkimi mocarstwami. Co najmniej trzy pokolenia – miliardy ludzi oraz ich dzieci i teraz wnuki – nigdy nie poznały świata wojny światowej.

Powojenne rozbrojenie Niemiec i Japonii musi zostać odwrócone. Rozbrojenie Niemiec było nadmierną korektą, za którą Europa płaci teraz wysoką cenę. Podobne i wysoce teatralne przywiązanie do japońskiego pacyfizmu, jeśli zostanie utrzymane, również zagrozi przesunięciem równowagi sił w Azji.

Powinniśmy oklaskiwać tych, którzy próbują budować tam, gdzie rynek nie zadziałał. Kultura niemal kpi z zainteresowania Muska wielką narracją, jakby miliarderzy powinni po prostu trzymać się swojego pasa wzbogacania się… Każda ciekawość czy autentyczne zainteresowanie wartością tego, co stworzył, jest zasadniczo odrzucana lub może czai się pod cienko zawoalowaną pogardą.

Dolina Krzemowa musi odegrać rolę w walce z przestępczością z użyciem przemocy. Wielu polityków w całych Stanach Zjednoczonych praktycznie wzrusza ramionami w obliczu przestępczości z użyciem przemocy, porzucając jakiekolwiek poważne wysiłki na rzecz rozwiązania problemu lub podjęcia jakiegokolwiek ryzyka wobec swoich wyborców czy darczyńców w poszukiwaniu rozwiązań i eksperymentów – co powinno być desperacką próbą ratowania ludzkiego życia.

Bezpardonowe ujawnianie prywatnego życia postaci publicznych odstrasza zbyt wiele talentów od służby publicznej. Arena publiczna – oraz płytkie i małostkowe ataki na tych, którzy ośmielają się robić coś innego niż wzbogacanie się – stała się tak bezlitosna, że republika pozostaje z pokaźną listą nieskutecznych, pustych skorup, których ambicję można by wybaczyć, gdyby kryła się w nich jakakolwiek autentyczna struktura przekonań.

Ostrożność w życiu publicznym, którą nieświadomie zachęcamy, jest destrukcyjna. Ci, którzy nie mówią niczego złego, często nie mówią niczego istotnego.

Powszechna nietolerancja wobec wiary religijnej w niektórych kręgach musi spotkać się z oporem. Nietolerancja elit wobec wiary religijnej jest być może jednym z najbardziej wymownych sygnałów, że ich projekt polityczny stanowi mniej otwarty ruch intelektualny, niż wielu z nich twierdzi.

Niektóre kultury wytworzyły istotne osiągnięcia; inne pozostają dysfunkcyjne i regresywne. Wszystkie kultury są teraz równe. Krytyka i oceny wartościujące są zakazane. Jednak ta nowa dogma pomija fakt, że pewne kultury, a nawet subkultury… wytworzyły cuda. Inne okazały się przeciętne, a co gorsza – regresywne i szkodliwe.

Musimy oprzeć się płytkiej pokusie pustego i wydrążonego pluralizmu. My, w Ameryce i szerzej na Zachodzie, od pół wieku opieraliśmy się definiowaniu kultur narodowych w imię inkluzywności. Ale inkluzywność wobec czego?

(koniec cytatu)

To wszystko brzmi bardzo w stylu "New Dealu". Cyfrowego New Dealu. Sojusz silnego państwa (kultywującego kulturę narodową i przyjaznego wobec religii) z innowacyjnym biznesem. Skupienie się na budowaniu potęgi militarnej i bezpieczeństwa publicznego prowadzące do stymulacji rozwoju technologicznego, który przyniesie korzyści całej ludzkości. Do tego odrzucenie bajeczek o równości kultur i bardzo niejasne sformułowania dotyczące roli funkcjonariuszy publicznych (wyraźne sugestie, że społeczeństwo nie powinno się interesować ich życiem prywatnym).

Ta wizja została już nazwana przez libków "technofaszyzmem". Nie dziwię się libkom, że się jej boją, bo uderza ona w obecnie dominującą na Zachodzie wizję "państwa-przedszkola".

Niedawno przeczytałem książkę Paolo Lionniego "Szkoła lipska i systematyczna destrukcja edukacji". Opisał on w niej, jak do amerykańskiego systemu edukacyjnego przeszczepiono idee niemieckiego psychologa Wilhelma Wundta, twórcy owej szkoły lipskiej. Wundt uważał, że człowiek nie posiada duszy, a jego osobowość kształtuje jedynie suma wpływających na niego bodźców zewnętrznych. By ukształtować człowieka w pożądany sposób, trzeba więc na niego wpływać za pomocą odpowiednich impulsów. Główną funkcją szkoły jest więc nie tyle dostarczenie młodym ludziom odpowiedniej i w miarę wszechstronnej wiedzy, tylko sprawienie, by dziecko dostosowało się do społeczeństwa. W praktyce oznacza to dostosowanie się do debili i podludzi, którzy stanowią większość w każdym społeczeństwie. Poziom nauki jest więc stale i stopniowo zaniżany, no bo przecież - według teorii Wundta - nie każdy ma być wybitnym naukowcem, artystą czy mężem stanu. Społeczeństwo potrzebuje przede wszystkim ludzi przeciętnych, którzy dobrze wykonywaliby proste polecenia. Więc uczy się ich przeciętności, ze stopniowym zaniżaniem jej poziomu. 

Teorie szkoły lipskiej zostały entuzjastycznie przyjęte przez amerykańskich progresywistów z początków XX w. Dzięki grantom od Rockefellerów i innych potentatów, propagowali je i wdrażali do amerykańskiego systemu edukacji. Przyniosło to opłakane skutki nawet ich sponsorom. Whinthrop i Nelson Rockefellerowie chodzili do eksperymentalnych szkół, w których wdrażano te teorie. Obaj, już jako dojrzali ludzie, skarżyli się, że mają problemy z czytaniem długich tekstów!

Szkoła lipska zakłada, że do procesu nauki potrzebne są pozytywne impulsy. Musi być ona atrakcyjna dla ucznia. Zgoda. Ale jak przekonać gnoja z ADHD, że nauka algebry jest dla niego bardziej atrakcyjna niż darcie mordy w klasie i dźganie ołówkiem innych dzieciaków? W dawnych czasach nauczyciel, by mu po prostu przypierdolił przy całej klasie. A później rodzice spuściliby mu lanie. Takich metod jednak zakazano, więc poziom kształcenia "szkoły lipskiej" też musiał się obniżyć.

W przypadku USA punktem przełomowym był moment, w którym Eisenhower wysłał wojsko na Południe, by wymusić desegregację rasową w szkołach. Prawie 70 lat później, biali i Azjaci jeszcze mocniej górują nad Czarnymi w wynikach testów szkolnych i testów IQ. W przypadku białych, wyniki szkolne są bliskie światowej czołówki. To Afroamerykanie straszliwie zaniżają wyniki testów. Nie wiem, jaka jest tego przyczyna, ale według szkoły lipskiej, to dzieci z wyższym IQ powinny dostosować się do tych z niższym. Efektem tego jest straszliwy syf w amerykańskim systemie szkolnictwa publicznego.

Być może, w podstawówce byliście świadkami lub doświadczaliście przemocy "rówieśniczej". Ona także wpisuje się w teorie szkoły lipskiej. Szkoła jest bowiem po to, by dzieciak dostosował się do społeczeństwa współtworzonego przez debili i podludzi. Jeśli więc jakoś odstaje od tej szarej masy, to są duże szanse na to, że masa będzie go gnębić. To jest wpisane w system. Gdy zacznie się bronić - to sam zostanie ukarany, a sfrustrowana raszpla będąca nauczycielką powie mu, że jak go biją, to powinien się skulić w kącie i być cicho, aż się napastnikom znudzi. I podobne zasady obowiązują również w społeczeństwie. Zrobisz krzywdę włamywaczowi - to ty będziesz musiał się z tego tłumaczyć w sądzie. Odstrzelisz jakiegoś niebezpiecznego patusa jak ten koleś z Bystrzycy - trafisz do aresztu, a w "Wyborcza" cię obsmaruje, choć powinieneś dostać medal za utylizację bezwartościowego śmiecia.

O ile Platon pisał o państwie rządzonym przez filozofów, to obecnie na Zachodzie (i w Polsce) dominuje model państwa-przedszkola. Na czym polega chodzenie do przedszkola? Na śpiewaniu głupich piosenek , braniu udziału w innych "grach i zabawach", integracji z dziećmi debili, jedzeniu jakiegoś shitu oraz przymusowych drzemkach w wyznaczonych godzinach. Państwo-przedszkole opiera się na przekonaniu, że masz być szczęśliwy w tym co każemy ci robić, a państwo dopilnuje, byś nie robił niczego, co może być dla ciebie "złe" lub "niezdrowe". 




Nie dziwmy się więc, że Obama z Mamdanim oraz inni lewicowo-liberalni politycy, tak często robią sobie sesje zdjęciowe w przedszkolach, podczas których śpiewają z dzieciakami głupie piosenki.

Na to nakłada się feminizacja społeczeństwa. Kobiety chętniej głosują nad rozwiązaniami przewidującymi model państwa-przedszkola. Ta idea wpływa też silnie na ich podejście do kwestii matrymonialnych. O ile straszy się społeczeństwo "zdradykalizowanymi chłopcami", to okazuje się, że to młode dziewczęta są o wiele bardziej zradykalizowane - tylko chyba 36 proc. z nich ma pozytywny obraz mężczyzn, podczas gdy 76 proc. młodych kolesi ma pozytywny obraz kobiet. 

Model państwa-przedszkola rozbija się jednak o masową, trzecioświatową imigrację. W takich krajach jak Somalia dzieciaki biegają z kałachami i zabijają ludzi. Jak więc zachodnioeuropejskie dzieciaki mają się do nich dostosować? Jakie pozytywne bodźce może im zapewnić młoda feministyczna nauczycielka? No chyba tylko seksualne, gdy będą ją zbiorowo gwałcić...

Model państwa-przedszkola trzeba więc zakończyć i zastąpić czymś, co nie będzie prowadziło do dalszej degradacji kultury. I być może ów model zostanie zastąpiony przez technofaszyzm w amerykańskim stylu. 

Tymczasem, śledztwo Departament Sprawiedliwości, wykazało, że "antyrasistowska" organizacja Southern Poverty Law Centre wypłaciła miliony dolarów swoim prowokatorom w organizacjach neonazistowskich i białosuprematystycznych. Płacono im za tworzenie neonazistowskiego zagrożenia. Podczas osławionych zamieszek w Chancellorville mieliśmy do czynienia z takimi opłaconymi aktorami. Są też ponoć związki SPLC z zamachem w Oklahoma City. Co ciekawe, gdy wybuchła afera SPLC, wielu amerykańskich, prawicowych podcasterów - w tym Candance Owens - zrobiło sobie wakacje. 

***


Nie wiem, czy też macie wrażenie, że wypadek, w którym zginął poseł Litewka był w takim białoruskim stylu (Paweł Maszerow, Marek Karp...). Koleś zajmował się psami, wypowiadał się ostro o aferze peofilsko-zoofilskiej w Kłodzku, może do jego biura poselskiego trafił ktoś z ciekawymi informacjami...

sobota, 18 kwietnia 2026

Kanye odblokował Ormuz, a węgierska ubecja wymieniła Orbanów

 


Powyższa wersja jest, moim zdaniem, znacznie lepsza od mema wklejonego przez Trumpa.

Hossana! Trump dokonał cudu! Sprawił, że libki, lewary i ateiści zaczęli bronić papieża. Do obrony pontifexa Leona XIV przyłączyli się też tradsi - dotychczas jojczący, że nowy papież to kontynuator niecnych działań Bergoglia, libek i kryptolewar. Papież powinien (jeśli tego jeszcze nie zrobił) swoimi tajnymi kanałami przesłać Trumpowi podziękowania wraz z jakimś fajnym prezentem, za to, że "szalony amerykański imperator" pomógł mu w zbożnym dziele ewangelizacji libków. Podobnie powinna mu podziękować Meloni (mająca w swoim kraju masę agresywnego, propalestyńskiego lewactwa). 

Tucker (CIA) zasugerował, że Trump jest Antychrystem. Czekam na to, aż libki zanurzą się w interpretacjach Apokalipsy św. Jana...

Abstrahując jednak od wypowiedzi i wpisów Trumpa triggerujących różne środowiska, doszło w ostatnim tygodniu do ciekawego zwrotu akcji w wojnie z Iranem: amerykańskiej blokady morskiej irańskich portów.

Blokada nie jest całkowita - przez Ormuz przepływały statki zaakceptowane przez Amerykanów i te, które wyłączały transpondery. Część była jednak zawracana. Osintpolowcy podniecali się chińskim tankowcem, który przepłynął przez Ormuz. Nie zauważyli jednak tego, że później zawrócił do Zatoki Perskiej. Amerykańskie okręty wojenne nie stoją bowiem burta przy burcie w cieśninie. One zostały ustawione dalej - w Zatoce Omańskiej, poza zasięgiem Irańczyków.

Blokada uderzyła przede wszystkim w Iran i w zinfiltrowany przez irańską agenturę Irak. Saudyjczycy tłoczą 7 mln baryłek ropy dziennie do terminalu nad Morzem Czerwonym. ZEA omijają Ormuz rurociągiem prowadzącym do Fudżajry, przesyłając tam 1,85 mln baryłek dziennie. Problem ma Iran - w ciągu dwóch tygodni jego magazyny naftowe się zapełnią, a szyby wydobywcze trzeba będzie zamykać. Już wstrzymał eksport produktów petrochemicznych.  Chiny zaczęły naciskać na Irańczyków, by się porozumieli w sprawie zakończenia wojny. Obiecały też Amerykanom, że nie będą dostarczały broni Iranowi.

Iran ugiął się i zaproponował USA, że pozwoli bezpiecznie przepływać statkom po omańskiej stronie Cieśniny Ormuz. W piątek irańskie MSZ oficjalnie zadeklarowało, że wszystkie statki będą mogły bezpiecznie przepływać przez tę Cieśninę - przynajmniej w czasie rozejmu między Izraelem a Libanem. Amerykanie nie zdjęli za to swojej blokady. Ropa staniała w okolice 84 USD za baryłkę. Zapewne sprawy jeszcze parę razy się zmienią, bo w sobotę Iran ogłosił, że Cieśnina jest znów zamknięta - trend jest jednak wyraźny.

Pojawiła się również sensacyjna informacja o tym, że Ghalibaf zaoferował Amerykanom BAZĘ pod Isfahanem, do której mogliby oni sprowadzić ciężki sprzęt potrzebny do odkopania uranu pogrzebanego w pobliskim kompleksie podziemnym. Nie wiemy, czy to wypali - wewnątrz władz irańskich jest wyraźny rozłam. Vahidi oskarża Ghalibafa o to, że negocjuje z "mordercami" Chameneia, w czasie, gdy najwyższy przywódca nie został jeszcze (!) pochowany. 

Gdy pisałem o tym, że Amerykanom zależało na tym, by doszło do blokady Ormuzu - spotkałem się z masowym jojczeniem w komentarzach. Zwróćmy jednak uwagę na konsekwentną strategię administracji Trumpa. Najpierw przejęcie kontroli nad Kanałem Panamskim. Teraz nad Cieśniną Ormuz. Jednocześnie podpisanie porozumienia wojskowego z Indonezją - krajem też kontrolującym ważne cieśniny. Zgadzam się z Wosiem - Trump znowu wygrał.



A niektórzy twierdzą, że Iran wygrał. Tymczasem Iran oficjalnie wycenił straty swojej gospodarki na 270 mld USD. Bank centralny radzi prezydentowi Pezeszkianowi szybko zawrzeć pokój z USA. Bez zniesienia sankcji - egzekwowanych teraz znacznie ostrzej przez arabskie monarchie - gospodarkę Iranu czeka załamanie. David Barnea, były szef Mossadu, mówi o trzeciej fazie operacji - wsparcia dla obalenia reżimu. Pisalem, że szach dał sygnał "Nieśmiertelnym", by zaczęli ataki przeciwko funkcjonariuszom reżimu. Mieliśmy już serię wybuchów bomb przy posterunkach basijich i policji w Teheranie oraz zasztyletowanie jednego z funkcjonariuszy basijich. 

Doszło też do dużego przeorientowania w globalnym handlu ropą i gazem. Ponad 100 pustych tankowców płynie do USA. Stany Zjednoczone przejęły od Kataru pierwsze miejsce w eksporcie LNG.  Tajwan zaczął zamawiać hel w USA, zamiast w Katarze. Owszem, problem z dostępnością paliw mają kraje takie jak Bangladesz, Mozambik czy nawet Australia. Problem ma Europa - posiadająca zapasy paliwa lotniczego na jedynie 6 tygodni. Ceny paliw stały się też problemem politycznym w USA. Wiecie jak tam drogo? 4,24 zł za 1 litr benzyny (dane za 13 kwietnia) . W Japonii - kraju nie posiadającym własnych złóż ropy - 3,81 zł. 

Nie mylcie krótkoterminowej spekulacji na rynkach z dłuższymi trendami. W USA, indeksy odrobiły wojenne straty i znów biją rekordy. Wieści o śmierci petrodolara znów okazały się przesadzone. Ekscytują się nimi kolesie oglądający na YouTube filmiki w stylu "Dolar jest skończony! Umowa handlowa między Namibią a Tuvalu!". 

"Ale przecież republikanie przerżną midtermsy!" Też mi nowina! Zwykle przegrywa je partia posiadająca prezydenta. "Ale tym razem demokraci dokonają impeachmentu Trumpa!". I co z tego? Procedura impeachmentu jest równie skuteczna, co w Polsce stawianie przed Trybunałem Stanu. Sondaże nadal wskazują, że republikanie utrzymają Senat. Pokazują też, że wyborcy demokratów fatalnie oceniają swoją partię. Wystarczy im pozwolić trochę się pokompromitować - tak jak obecnej gubernator Virginii Abigail Sapnberger. Odchodzi od demokratów młode, propalestyńskie lewactwo. Śmieje się ono, że prędzej wojna z Iranem się skończy, niż demokraci wypracują wobec niej stanowisko. Senator Chuck Schumer dodatkowo podkurwia tych lewaków mówiąc, że Trump zbyt słabo uderzył w Iran. Hillary deklaruje poparcie dla Izraela. Kamala chce startować na prezydenta w 2028 r., a sondaże pokazują, że wygrałaby prawybory. Jeśli republikanie wystawią Rubio - wygrają. Szczególnie jeśli obalą komunizm na Kubie. Wówczas na ulicach Miami będzie przez tydzień impreza.

***

U nas zarówno libki jak i prawaki ekscytowały się wyborami na Węgrzech. Największą sensacją z nimi związaną było spektakularne przerżnięcie prognoz przez Marcina Palade :)

Cudem byłoby, gdyby wygrał Orban. Koleś rządził przecież nieprzerwanie przez 16 lat - dłużej niż Thatcher czy Blair, a mniej więcej tyle, co Merkel. Ewidentnie spieprzył swoją czwartą kadencję. Wówczas gospodarka dostała zadyszki - bo jest mocno powiązana z przechodzącymi kryzys Węgrami, a w odróżnieniu od Polski nie może liczyć na duży rynek wewnętrzny. Orban spieprzył sprawę, bo część jego polityki gospodarczej była podobna do postulatów Konfy - więc pod względem wysokości płac i PKB per capita Węgry zostały prześcignięte przez Rumunię. Węgrom zaskoczyła też ta słynna "polityka wielowektorowa". Nic nie miały z otwarcia się na Chiny, a związki z Rosją okazały się dla nich obciążeniem. Dodam, że Węgry robiły również za lobbystę Izraela, jednocześnie proponując Iranowi współpracę wywiadowczą tuż po tym jak Mossad za pomocą węgierskiej firmy-krzak sprzedał Hezbollahowi zaminowane pagery. Mimo jednak całego konfliktu z Brukselą, Węgry robiły "czarną robotę" za Niemców wobec Ukrainy - szczególnie za Merkel i Scholza (bo za Merza sprawy się zmieniły). W przypadku negocjacji dotyczących KPO i głosowania za Tusskiem na przewodniczącego RE, Węgry nam wbiły nóż w plecy, działając na rzecz Niemiec. Nie jest mi więc żal Orbana - sam sobie zaszkodził, zwłaszcza wprowadzając chuJOWą ordynację. 

O ile jednak Orban miał wiele wad, to głupotą było nazywanie go "autorytarnym przywódcą". Koleś przecież oddaje władzę po przegranych wyborach. Jaki więc z niego autokrata? Czy kogoś zabił? Wsadził jakiegoś opozycjonistę do więzienia - choćby za korupcję? Czy wsadzano tam ludzi do aresztów za komentarze w necie jak w Wielkiej Brytanii lub zamykano opozycyjne telewizje jak we Francji? A może chciano zabronić kupowania domów ludziom o nieprawomyślnych poglądach, jak w Niemczech? Nic takiego się nie działo. 

Węgrzy wymienili Orbana na kolesia, który deklaruje, że nadal będzie korzystał z rosyjskiej ropy i gazu oraz, że nie będzie dostarczał broni Ukrainie ani nie będzie się składał na pomoc finansową dla niej oraz, że chce szybkiego zniesienia sankcji na Rosję po wojnie. Jak na razie jest też przeciwko unijnemu paktowi migracyjnemu i zaprasza Netanjahu do Budapesztu. Mamy więc wersję Orbana przyjazną dla Brukseli, która deklaruje, że wprowadzi euro i dociśnie Węgrów neoliberalną polityką gospodarczą. Zobaczymy na ile się on wywiąże z obietnic - czy naprawdę dociśnie orbanowców, czy też może odstawi teatrzyk polityczny, nie robiąc im większej krzywdy.

Pojawiły się teorie spiskowe, że Magyar - wieloletni członek Fideszu - to kreacja orbanowskich służb, która ma pozwolić ludziom Orbana na miękkie lądowanie. Przypominam, że za rządów Orbana nie podjęto żadnego kroku w kierunku lustracji byłych TW bezpieki, a archiwa pozostawały zamknięte. Jeden z oligarchów (były stronnik Orbana, który się z nim pokłócił) twierdził, że Orban to dawny współpracownik węgierskiej, komunistycznej wojskowej bezpieki. Współczuje więc Węgrom, że mieli wybór pomiędzy Orbanem a równie śliskim i podejrzanym kolesiem przypominającym trochę Kołodziejczaka. Takie to gry i zabawy węgierskiej bezpieki... Zauważcie, że owa bezpieka wykorzystuje do swoich operacji psychologicznych symbolikę węgierskiej (kontr)rewolucji z 1956 r. 

Od dawna twierdziłem, że Orban nie powinien być przedstawiany jako sojusznik ideologiczny czy też wzór dla polskiej prawicy. Już dużo lepszymi przykładami byliby: Erdogan, Rodrigo Duterte czy Nayib Bukele. 

A tymczasem Brauniarze fapują do Pedro "Hijo de la Puta" Sancheza - nie przeszkadza im, że zmienia Hiszpanię w trzecioświatowy shithole i jest kryptokomunistą wrogim tradycji narodowej i religii - ważne dla nich, że nie lubi Żydów i bił hołdy przed jakimś Chińczykiem.

Ktoś (służbowo?) napisał mi w komentarzach: "Ale mieliśmy szczęście. Wygrana Orbana zachęciłaby ruskich do wpompowania ekstra miliardów $ w propagandę żeby manipulować wyborami u nas w 2027." - ale komu mieliby pompować te miliardy? Giertychowi i jego trollowni? TVP w upadku? Gejnerałowi Pytongowi? Piątkowi i towarzyszce Suchanow? Pińskiemu? Kreml ma tu już wystarczająco silne aktywa w postaci wielopokoleniowych, sowieciarskich rodzin. Wystarczy rozejrzeć się po kadrach różnych instytucji.

***

Poniższe zdjęcie to nie AI. To scena z koncertu Ye (Kanye Westa). Kanye chodził podczas koncertu po wielkim globie ziemskim. Niektórzy żartowali, że to on - tak łażąc po globie - otworzy Cieśninę Ormuz.



Do takiego koncertu miało też dojść w Chorzowie. Niestety, koncert został odwołany - w wyniku pohukiwań ciemniaków z Ministerstwa WspaKultury i MSZ.  Nie usłyszymy więc ikonicznego kawałka Nigga HH

A może - razem z Katy Perry i Justinem Trudeau - wykonałby kawałek E.T.?

A może Runaway? Diamonds from Sierra Leone? A może Jesus Walks?

No cóż, mamy "dyktaturę" ciemniaków. 



Nie powinno to nikogo dziwić, bo przecież jednym z filarów tego reżimu jest koleś, któremu powszechnie stawia się przy nazwisku hashtag #Debil - nie tylko z racji tego, że kiedyś wyrzucał Gombrowicza i Herlinga-Grudzińskiego z listy lektur.

Pamiętam jak w 1996 r. Polsat doniósł, że rząd Ciposzewicza dofinansował stocznię w wietnamskim Hajfongu, zamiast wspomóc Stocznię Gdańską. W odwecie, KRRiTV nałożyła na Polsat wysoką karę za nadanie filmu "Ostry poker w małym Tokio". Zapewne ta kara zniechęciła go do zakupu praw do emisji serialu "Dragon Ball" (a puszczał wtedy "Sailor Moon"). W postkomunistycznej TVP puszczano wypowiedzi starych psycho-loszek o tym, jak straszliwe jest anime. Jedna z nich stwierdziła, że gdzieś jakieś dzieciaki rozjechały kotka walcem drogowym, bo się naoglądały tych strasznych "bajek"...

Oczywiście, o wiele wcześniej, odcinanie nas od światowej popkultury zaczęła ekipa gejnerała Jarucwelskiego  - 13 grudnia 1981 r. przerywając emisję serialu Załoga G. Dziwię się więc, że Adam Wielkodupski - rocznik 1972 r. - zawsze fapował do kolesia, który spaprał życie tylu polskim dzieciom i nastolatkom. No cóż, może Wielkodupski nie oglądał wówczas Załogi G., tylko "Bocu no Pico" i "Czterech pancernych i psa". (Baj de łej: ostatni odcinek "Czterech pancernych i psa" był kręcony w Kłodzku. Biedny Szarik!)

I pomyśleć, że jakby nie obalono Gierka, to prezes Szczepański puszczałby w TV Kinnikumana oraz te wszystkie anime, które doszły do nas z opóźnieniem w latach 90-tych...