Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syria. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 lipca 2026

Sendecki ma rację w sprawie Watykanu :)

 


Powyżej: abp Marcel Lefebvre ze swoim przyjacielem, prezydentem Irlandii Eamonem de Valerą. Obaj byli ekskomunikowani. De Valera w 1922 r., za... sprzeciw wobec traktatu irlandzko-brytyjskiego.

Stolica Apostolska ogłosił w tym tygodniu, że można wyświęcać biskupów bez zgody papieża - pod warunkiem, że jesteście Xi Jinpingiem lub jednym z jego podwładnych z Komunistycznej Partii Chin. Wówczas, ani Was, ani wyświęconych biskupów nie spotkają żadne konsekwencje. Co więcej, Watykan będzie z Wami utrzymywał "dialog" i podpisywał porozumienia. Co innego, jeśli jesteście tradsowską grupą w stylu Bractwa Św. Piusa X - wówczas jesteście straszliwymi schizmatykami.

Sami piusowcy raczej mało się tym przejmują - wszak na dokumencie ekskomuniki nie ma podpisu papieża  (który powiedział jedynie, że jest mu "przykro") tylko podpis turbogejowskiego kardynała Fernandeza, który dokonał wyraźnego nadużycia nakładając ekskomunikę na wiernych FSSPX (do tego nie wyjaśniając, kogo zalicza do wiernych). Gdy w 1054 r. doszło do wielkiej schizmy wschodniej, papież nałożył ekskomunikę tylko na patriarchę Konstantynopola i podległych mu biskupów, a nie na wiernych obrządku bizantyńskiego... Tym większym nadużyciem jest twierdzenie Fernandeza, że sakramenty udzielane przez "schizmatyków" są nieważne - przecież Kościół uznaje choćby śluby prawosławne. Z powodu tych uchybień proceduralnych ta ekskomunika może być za pontyfikatu kolejnego papieża łatwo uznana za "niebyłą". Gdyby zwierzchnicy FSSPX byli złośliwcami, to mogliby wynająć dobrego żydowskiego prawnika i pozwać kardynała Fernandeza. Wyobraźcie sobie w tej roli Roya Cohna: wycofujesz ekskomunikę, albo filmy o twoich zachowaniach seksualnych będą na Netflixie!

Ironią losu jest to, że gdyby lefebvryści przeszli en masse na prawosławie, czy anglikanizm, to by nie byli oficjalnie nazywani schizmatykami, tylko "braćmi odłączonymi", z którymi trzeba prowadzić dialog ekumeniczny. Skoro już jednak FSSPX została uznana za grupę schizmatycką, to zgodnie z posoborową logiką należałoby zalecać interkomunię z lefebvrystami, uznawać sprawowane przez nich sakramenty, zapraszać ich na konferencje ekumeniczne i raz w roku obchodzić w Kościele "Dzień Lefebvryzmu", podczas którego hierarchowie będą namawiać wiernych do odwiedzania "lefebvrystycznych" świątyń.

Generalnie z ekskomuniki cieszą się dwie grupy: 1) Katolickie libki, które zwykle przekonują, że Kościół powinien być inkluzywny, zdecentralizowany i otwarty na ludzi o różnych wrażliwościach, a poza tym ekskomunika to jakiś relikt mrocznego średniowiecza, bo przecież wszyscy ludzie są równi, a różne drogi prowadzą do Boga, więc nie można nikogo wykluczać i stygmatyzować. (Zabawne, że używają argumentu o "automatycznej ekskomunice" wobec FSSPX, a jednocześnie dostają ostrego bólu dupy, gdy mowa "automatycznej ekskomunice" wobec komunistów i proaborcyjnych polityków.) 2) Katoliccy koncesjonowani tradsi, którzy na co dzień narzekają, że Kościół upada, biskupi to moderniści, a jednocześnie cieszą się z tego, że ci sami moderniści niszczą konkurencyjną grupę tradsowską. 

Obie te grupy mocno mnie odpychają kulturowo. To przez nich katolicka nauka społeczna leży i kwiczy, a przekaz głoszony przez Kościół jest coraz mniej atrakcyjny. Młodzi mężczyźni chodzący do kościoła, słyszą tam, że mają za dużo seksu (podczas gdy często nie mają go wcale). Słyszą różne pierdoły sprzed 100 lat o "godności kobiety" - pisane przed pięcioma ostatnimi falami feminizmu - i są pouczani, że powinni wszystko poświęcić dzieciom. Do standardów homiletyki należą też opowiastki o jakiś brutalnych patusach z IQ szympansa, którzy się nawrócili w więzieniu i pójdą do Nieba, choć powinni być zutylizowani na Ziemi. Później młodzi ludzie widzą relację z wizyty papieża na Lampeduzie i jojczenie nad losem żywej broni biologicznej, która płynie do Europy na pontonach, by srać na ulicach, żyć z zasiłków, kraść, gwałcić i zabijać białych. Dodajmy do tego wątki ekologiczne i rytualne potępienie zbrojeń oraz kary śmierci. I "dworcową", patodeweloperską architekturę współczesnych kościołów. To coraz mocniej przesłania ludziom liczący 2 tysiące lat dorobek cywilizacyjny Kościoła.

To ja już wolę usłyszeć takie kazanie jak poniżej! Mówcie co chcecie, ale jest lepsze od tego nudziarstwa, co zwykle płynie z ambon. :) 

Nie miałbym też nic przeciwko przeciwko proboszczom takim jak ks. Henryk Jankowski czy biskupom takim jak Sławoj Leszek Głódź. Od dawna powtarzam: abp Głódź na papieża!


Zauważyłem, że dla współczesnego Kościoła godne pochwały jest prowadzenie "dialogu" z niemal wszystkimi: z prawosławnymi, protestantami, Żydami, muzułmanami, hinduistami, buddystami, szamanistami, libkami, komunistami, feministkami, gejami, transami, furrasami czy satanistami. Z "dialogu" są wykluczone tylko dwie grupy: lefebvryści i ezoterycy. Zajmujesz się badaniem zjawisk paranormalnych? Usłyszysz od katolickich publicystów i sporej części księży, że jesteś satanistą. Co więcej Tekieli napisze, że ćwicząc karate czy nawet tai-chi zyskasz od demonów supermoce jak z "Dragon Ball" :) Dlaczego więc taki nacisk jest kładziony na wykluczenie obu grup z Kościoła? Bo obie dotknęły pewnych części prawdy - tyle, że z innych perspektyw. Obie grupy wierzą w świat nadprzyrodzony, teocentryczny i "duchocentryczny". Tymczasem liberalny, posoborowy Kościół ma być antropocentryczny. "Katolickie" feministki chciałby Kościoła waginocentrycznego, a lobby gejowskie dupocentrycznego. No i przez te środowiska Kościół znalazł się w wiadomym miejscu...

Czy kryje się za tym jakiś plan geopolityczny? Peter Thiel ostatnio oskarżył papieża Leona XIV o bycie nie tyle agentem, co "pożytecznym rezonatorem" komunistycznych Chin. Jego zdaniem, nauczanie papieża wymierzone w sztuczną inteligencję ma prowadzić do tego, by Zachód przegrał wyścig technologiczny z Chinami. Jest to zbieżne choćby z tym, że powiązane z Pekinem NGO-sy organizowały protesty w USA przeciwko budowie centrów przetwarzania danych, doprowadzając do anulowania projektów wartych dziesiątki miliardów dolarów. Papieskie przesłanie, by "rozbroić AI" nie będzie miało żadnego wpływu na chińskich wojskowych, ale może utrudnić USA budowanie broni opartych na sztucznej inteligencji.

Ktoś sobie zażartował, że Trump powinien wykorzystać aferę z FSSPX, by ogłosić Leona XIV antypapieżem, przeprowadzić w Watykanie specjalną operację wojskową i zainstalować tam swojego papieża. 

A ja przypominam, że ks. Natanek nie został ekskomunikowany :)

***



Tymczasem w Iranie zaczął się państwowy pogrzeb ajatollaha Chameneiego. Jego trumna była ultralekka i mała. Przywieziono ją samochodem-chłodnią. Na pogrzebie nie pojawił się Modżtaba - nawet w formie kartonowej. Wcześniej nie było go na pogrzebie żony. Ghalibaf zasiadł przy krześle, na którym postawiono portret szyickiej trójcy - Chomeiniego, Chameneia i Modżtaby. A przed portretem białe róże, sugerujące pokój. "Spoczywajcie w pokoju". Modżtaba pewnie nie żyje, lub nie jest w stanie się pokazać publicznie lub jest w areszcie domowym. Ghalibaf zabawnie odgrywał scenę płaczu nad trumną Najwyższego Przywódcy - aż Araghczi spojrzał się na niego w wiele mówiący sposób. Nie było za to Ahmadinedżada...


Na pogrzebie pojawili się przywódcy Kurdów, którzy ukradli wcześniej broń i Starlinki przekazane irańskiej opozycji. Vahidi wypełzł z bunkra na pogrzeb. Najwyższy sędzia Ejai ma stracić stanowisko. Wewnątrz reżimowej ekipy dochodzi do sporów - w rządowej telewizji przerywane są wypowiedzi na żywo. Jeden z generałów IGRC zginął w wypadku samochodowym. Babak nazywa Ghalibafa najwyższym rangą człowiekiem Trumpa w Iranie i zasugerował, że to on przyczynił się do likwidacji Chameneia. Amerykanie mieli natomiast uratować Ghalibafa przed izraelskim spiskiem mającym prowadzić do zestrzelenia jego samolotu. (Niedawno jego samolot dokonał nieplanowanego lądowania w Meszchedzie.) Irańscy komentatorzy piszą o trwającej transformacji ustrojowej, w której Korpus Strażników Rewolucji jest obciążeniem dla kraju. Chodzą plotki, że mają pozwolić nosić bikini dziewczynom na wyspie Kisz...

Tymczasem w Iraku, nowy premier (chwalony przez Trumpa) wziął się za szyickie milicje. Doszło w zeszłym tygodniu do wojskowego rajdu na Zieloną Strefę w Bagdadzie i aresztowania 47 skorumpowanych szyickich polityków. Internet obiegły zdjęcia piramidek banknotów i sztabek złota zgromadzonych pod portretami ajatollachów. Jedna szyicka deputowana miała  biustonosz i majtki ze złota. Sunnici powiedzą, że to nie jest prawdziwy islam...

A tymczasem w Syrii - pomijając jeden niedawny zamach przeprowadzony przez ISIS oraz starcia ze wspieranymi przez Izrael narkotykowymi dilerami od Hidżriego -  miejscowe dziewczyny  bawią się bez hidżabów przy muzyce Charli XCX. Tarczyński z rozpaczy potnie sobie kabanosy...



I nie tylko...


***


"Tajne pieniądze nazistów", czyli najnowsza książka Waszego Ulubionego Autora, zbiera już pierwsze recenzje, choćby tą - napisaną przez Pawła Skuteckiego. "Dobra, wartościowa książka, której brakowało na rynku. Efekt długich i żmudnych poszukiwań, prac analitycznych i redakcyjnych Huberta Kozieła zasługuje na dyskusję. I miejsce na półce."  Witold Gadowski, w końcówce swojej pogadanki, również gorąco polecił tę książkę.

sobota, 7 marca 2026

Tydzień wojny z Iranem - krety w reżimie, dekapitacje, irański odwet i strategia wyjścia

 


"To nie jest i nigdy nie miała być uczciwa walka. Uderzamy w nich, gdy leżą" - Peter "Homelander" Hegseth, sekretarz wojny USA.

Najwyższy Przywódca ajatollah Ali Chamenei został wysłany do Piekła. To już pewne i od dawna oficjalnie potwierdzone. Jego zgon wywołał wybuch radości zarówno wśród zwykłych Irańczyków jak i wśród Syryjczyków oraz jojczenie wśród szyickich sekciarzy, lewarów i gaśniczaków. Zgromadzenie Ekspertów - jedyne ciało mogące wybrać jego następcę - zostało zbombardowane. Nie wiadomo ilu z tych mułów zginęło w tym ataku. Irański reżim twierdzi, że nikt, bo głosowanie nad wyborem nowego przywódcy odbyło się online. Początkowo pojawiły się doniesienia, że Zgromadzenie wybrało na nowego Najwyższego Przywódcę Modżtabę Chameneia, syna dotychczasowego przywódcy. To koleś, który wcześniej zajmował się zarówno finansami ojca jak i bezpieką. (W ramach powiększania majątku rodziny Chameneich masowo wywłaszczano zwykłych Irańczyków z ich domów, mieszkań i ziemi. Sam majątek Chamenich był szacowany na 100 mld - 200 mld USD.) Równolegle pojawiły się też przecieki, że Modżtaba zginął. Zdementowano też to, że już został wybrany na Najwyższego Przywódcę. Pojawiła się nawet narracja, że nie jest on zainteresowany tym stanowiskiem, bo "chce się oddać nauce i kulturze"! Wyniki głosowania Zgromadzenia Ekspertów miały być ogłoszone po pogrzebie Alego Chameneia, ale pogrzeb przesunięto "na świętego nigdy"... Nie wiadomo więc, co się dzieje z Modżtabą. Zapewne krajem rządzi Ali Laridżani, a tymczasowe władze - w tym prezydent Pezeszkian to jedynie figuranci. 

Śmierć Najwyższego Przywódcy Alego Chameniego była skutkiem tego, że uwierzył on w propagandę amerykańskich demokratów mówiącą, że "Trump zawsze się wycofuje". Po wielu tygodniach spekulacji dotyczących zamiarów amerykańskiego prezydenta, Chamenei poczuł się na tyle bezpiecznie, by zebrać 50 swoich najbliższych współpracowników na śniadaniu w swojej oficjalnej rezydencji w Teheranie. Według oficjalnej wersji, Mosadowi udał się go namierzyć, bo kilka lat wcześniej zhakował rosyjski system monitoringu video zainstalowany w Teheranie. Inne doniesienia mówiły jednak, że Izraelczycy dokonali nalotu, po wskazówce przekazanej przez CIA. W grę wchodziły więc informacje pozyskane przez Amerykanów od osobowego źródła informacji.


W kręgu podejrzanych znalazł się generał Esmail Qaani, dowódca sił al-Quds (którymi dowodzi od 2020 r., czyli od likwidacji gen. Soleimaniego). Dziwnym trafem przeżył on w 2024 r. uderzenie lotnicze na bunkier Hasana Nasrallaha w Bejrucie. Przeżył też w 2025 r. falę izraelskich uderzeń dekapitacyjnych. Nie został też zabity w ataku na siedzibę Chameneia. W arabskich mediach pojawiły się wczoraj doniesienia, że generał Qaani został zabity przez irański reżim za zdradę. Izraelskie źródła donosiły natomiast, że został ewakuowany do Izraela.

Może było tak jak w poniższym filmie:






Dziwne rzeczy działy się też wokół byłego prezydenta Mahmuda Ahmadinedżada. Jego dom został zbombardowany pierwszego dnia wojny. Wydawało mi się to dziwne, gdyż Ahmadinedżad stanowił w ostatnich latach wewnętrzną opozycję wobec reżimu. Otwarcie mówił choćby o dużym zinfiltrowaniu irańskich tajnych służb przez Mosad. Donoszono w ostatnich dniach o jego śmierci. Nagle okazało się jednak, że koleś nadal żyje i ma się dobrze. Irańska opozycja spekulowała, że zawarł on układ z Mosadem. W 2009 r. "The Telegraph" donosił, że rodzina Ahmadinedżada nosiła wcześniej nazwisko Sabourdżian, co oznacza tkacza szali modlitewnych i jest uznawane w Iranie za żydowskie. Ciekawie brzmi w tym kontekście fragment Sunny mówiący że Dajjal (islamski "antychryst") będzie miał wśród zwolenników 70-tych Żydów z Isfahanu noszących... perskie szale.

Być może mamy do czynienia z przypadkami bardzo podobnymi jak w "Czerwonej Jaskółce".

O silnym zinfiltrowaniu irańskiego reżimu świadczy choćby to, że izraelskie służby bardzo dokładnie znały rozkład bunkra Chameneiego i wiedziały nawet, jakie plakaty wiszą tam na ścianach. Bunkier ten został wczoraj zbombardowany przez 50 izraelskich myśliwców. Ataku dokonano, bo pojawił się tam "wysokiej rangi cel". Oficjalnie chodzi o szefa biura Chameneia, ale coś mi się wydaje, że to za mało, by rozpocząć takie akcje.

Izraelczycy oraz Amerykanie kontynuują uderzenia dekapitacyjne, likwidując kolejnych reżimowych oficjeli. Równają z ziemią kolejne bazy wojska, Korpusu Strażników Rewolucji, siedziby bezpieki, policji i milicji basiji, lotniska, składy amunicji, radary oraz wyrzutnie rakiet. Irańska obrona przeciwlotnicza - oparta na rosyjskiej i chińskiej technologii - po raz kolejny okazała się całkowicie bezbronna. (Choć trzeba przyznać, że omal nie zestrzeliła własnego Miga.) Większe straty Amerykanom zdołał pomyłkowo wyrządzić jeden kuwejcki pilot myśliwca, który zestrzelił 3 F-15. Irańskie lotnictwo jest głównie niszczone na ziemi, choć zdarzyło się jedno zestrzelenie w powietrzu - izraelski F-35 trafił irańskiego, szkoleniowego Jaka-130. Było to pierwsze w historii zestrzelenie samolotu załogowego dokonane przez F-35.



Jak dotąd Amerykanie koncentrowali się na bombardowaniu celów znajdujących się na irańskim wybrzeżu, a Izraelczycy atakowali Teheran i kilka innych miast. Amerykańskie B1 i B2 uderzały w cele ukryte pod ziemią. Amerykańskie bombardowania będą się zapewne przesuwały głębiej w stronę wnętrza kraju.

Systematycznie niszczona jest irańska marynarka wojenna. Choć niektórzy rozkwiniali wcześniej, na podstawie filmu "I pet goat 2", że Irańczycy w okolicach 2 marca zatopią Amerykanom lotniskowiec USS Abraham Lincoln, to jak na razie jedynym zatopionym "lotniskowcem" jest irański "dronowiec" Shahid Bagheri. W pobliżu Sri Lanki, amerykański okręt podwodny, storpedował irańską fregatę Dana - wywołując tym straszny ból dupy o młodych modelarzy udających "ekspertów" od wojny. No bo jak to, tak torpedować wrogie okręty bez ostrzeżenia? Zupełnie jakby ich wiedza o historii wojskowości zatrzymała się na roku 1913... Zatopienie Dany podziałało odstraszająco, więc załogi kolejnych dwóch fregat wybrały internowanie - jedna na Sri Lance, druga w Indiach. 

Zbombardowano port Jask będący siedzibą flotylli Korpusu Strażników Rewolucji, w skład której wchodziły głównie małe jednostki. Mimo to, Irańczykom udało się trafić kuwejcki tankowiec podmorskim dronem. 

Irański odwet jak dotąd wyrządził znikome straty Izraelowi. (Amerykanom zniszczył kilka drogich radarów i zabił sześciu żołnierzy w bazie w Kuwejcie.) Skupił się on bowiem na państwach arabskich. Iran w kilka dni zbombardował ich więcej, niż Izrael w całej swojej historii. Uderzono nie tylko w saudyjskie rafinerie, katarskie instalacje naftowe, dubajskie międzynarodowe lotnisko pasażerskie i drogie hotele, czy w bloki mieszkalne w Bahrajnie. Rakiety i drony spadały też na Oman (kraj, który pośredniczył wcześniej w negocjacjach!), Kuwejt, Irak, Syrię, Jordanię, Cypr i Azerbejdżan. (Irańczycy twierdzą co prawda, że uderzenie dronowe w lotnisko w azerskim Nachiczewaniu było izraelskim "false flag", ale azerskie służby rozbiły też siatkę dywersyjną Korpusu Strażników Rewolucji szykującą się do serii zamachów bombowych w Azerbejdżanie.) Strategia Iranu jest jasna - siać chaos w krajach arabskich, sparaliżować żeglugę w Zatoce Perskiej i międzynarodowy ruch lotniczy, doprowadzić do jak największego skoku cen ropy naftowej, tak by bogate arabskie monarchie i amerykańska opinia publiczna zmusiła Trumpa do przerwania wojny. Ta strategia już częściowo się sprawdza - ceny ropy wzrosły w tydzień o 35 proc., przebijając 90 USD za baryłkę. Drożeje też gaz i ceny nawozów.


Irańska strategia ma jednak swoje ograniczenia. Pierwszym z nich są zdolności do kontynuowania ostrzału rakietowego i dronowego. Izraelczycy przygotowywali się na 200 rakiet dziennie, a poleciało w ich kierunku 200 w ciągu tygodnia. Dane wyraźnie wskazują, że z każdym dniem spada liczba wystrzeliwanych przez Iran rakiet i dronów. Trzy czwarte ich wyrzutni rakietowych zostało przecież zniszczonych. Niektóre są porzucane przez załogi po strzale - bo są niszczone z powietrza nawet w ciągu czterech minut od odpalenia rakiety. Bombardowane są też składy rakiet i dronów. Wielu irańskich dowódców nie żyje, a dezercje ponoć przybierają na sile. Irański żołnierz na tym filmie mówi, że w jego jednostce zostały tylko dwie osoby - oficerowie nie żyją albo uciekli, a koszary są zniszczone. To ta słynna "zdecentralizowana obrona".

Irański reżim, swoimi działaniami odwetowymi zjednoczył też region w przekonaniu, że jest rakiem, który trzeba wyciąć. Arabia Saudyjska ponoć chce deeskalować konflikt, obawiając się ataków na swoje pola naftowe. Odwetowo uderzyła ponoć jednak w irańskie rurociągi. Nawet Katar - dotychczas dosyć przychylny irańskiemu reżimowi - stał się jego wrogiem. Irańczycy mają szczęście, że zestrzelono ich rakietę lecącą nad Turcją. Gdyby uderzyła w coś cennego, Erdogan zacząłby inwazję lądową i po kilku dniach tureckie wojska byłyby w Teheranie.

Irański prezydent Pezeszkian dzisiaj przeprosił państwa regionu, za bombardowania i obiecał, że ataki ustaną, dopóki te kraje same nie będą podejmować wrogich działań. Niedługo po jego przemówieniu, dron uderzył w lotnisko pasażerskie w Dubaju...

Paradoksalnie strategia Iranu uderza też w Chiny, które przecież większość swojej ropy importują z regionu Zatoki Perskiej. Ponadto naraża ona również statki z irańskiej i rosyjskiej floty cienia. 

Paradoksalnie najbezpieczniejszym krajem regionu stała się (nie licząc Turcji)... Syria. Syryjczycy pamiętają irańskiemu reżimowi masakry i bombardowania z czasów wojny domowej. Po likwidacji Chameneia, z syryjskich meczetów płynęło więc przesłanie, że zdechł tyran i trafił do Piekła. Syryjczycy śmieją się z reakcji szyickich fanatyków. Izraelczycy z Amerykanami rozwalili im najwyższego przywódcę, a na tym filmie irański dziadzio- silniczek krzyczy: przeklęci Ummajadzi! :)

Wspominałem wcześniej, że Iran jest obecnie krajem islamskim najwyżej w 30 proc. Poparcie dla reżimy jest jeszcze niższe (najwyżej 20 proc.) i skupia się głównie wokół resortowych rodzin i starych zidiociałych silniczków, będących tymi samymi debilami, którzy obalali szacha. Poza tym reżim sprowadził sobie imigrantów z Afganistanu i Pakistanu oraz bandytów z szyickich milicji z Iraku.

Cóż z tego jednak, że co najmniej 80 proc. narodu irańskiego jest przeciwko reżimowi, skoro rządząca krajem mniejszościowa sekta jest uzbrojona a zwykli Irańczycy nie? W styczniu terrorystyczna sekta pokazała, że nie ma żadnych skrupułów, by urządzić Irańczykom rzeź na ulicach. Oni traktują Iran jak kraj okupowany i nie oddadzą władzy dobrowolnie. Bombardowania niszczą im koszary i posterunki, ale to sprawia, że przenoszą się oni do szkół i szpitali. Liczą na to, że uczniowie, pacjenci i członkowie personelu medycznego będą ich żywymi tarczami. Jak na razie, w nalotach zginęło około 3 tys. funkcjonariuszy irańskiego aparatu "bezpieczeństwa". To oznacza, że dziesiątki tysięcy nadal terroryzują Irańczyków. Strzelają do ludzi, za to, że się śmieją na ulicach.

Zapewne za jakiś czas na irańskim niebie pojawią się drony. Będą one uderzały w skupiska basijich i strażników rewolucji na ulicach. Może do akcji włączą się śmigłowce - osłaniające z powietrza irańskich demonstrantów. 

Irańską wojnę można zakończyć na cztery sposoby:

1) Dostarczenie broni irańskiej opozycji, by sama dokończyła robotę. Broń jest niezbędna do przeprowadzenia rewolucji. Amerykanie mogą się jednak obawiać, że trafi ona w niewłaściwe ręce.

2) Inwazja dokonana przez stronę trzecią - na przykład irackich Kurdów. CIA i Mosad ponoć namawiają do tego ugrupowania kurdyjskie. Problem jednak w tym, że Barzani - przywódca irackich Kurdów chce się trzymać z dala od wojny. Porozumiał się w tej sprawie z Turcją. Mogą się ruszyć kurdyjscy komuniści z PJAK, ale mają najwyżej 5 tys. ludzi. Najwyżej zajmą część górskiego pogranicza i tyle. Wspieranie Kurdów jest ogólnie głupim pomysłem, bo uderzy w irańską opozycję (przeciwną separatyzmom) a reżimowi da do ręki "patriotyczne" argumenty.

Głupim pomysłem byłoby również wsparcie Mudżahedinów Ludowych (MEK), czyli marksistowsko-szyickich sekciarzy mających silne lobby wśród amerykańskich republikanów. Sekciarze z MEK byli przepędzani z opozycyjnych demonstracji. Protestujący studenci skandowali, że nie chcą szyickich mułłów, komunistów i MEK-owców. Irańczycy pamiętają, że Mudżahedini Ludowi brali udział w przejęciu kraju przez szyicką sektę w 1979 r. i że w czasie wojny z Irakiem stali po stronie Saddama.



3) Wysłanie ograniczonego kontyngentu lądowego do Iranu. Taką opcję ponoć rozważa Trump. Chodzi mu o oddziały specjalne, które zajęłyby kilka kluczowych obiektów i wsparły opozycję. Ciekawym scenariuszem byłoby również zajęcie Wyspy Kharg - dałoby kontrolę nad irańskim eksportem naftowym i zmusiło reżim do negocjacji.

4) Zamach stanu w Teheranie. Trump wielokrotnie dawał do zrozumienia, że to jego preferowany scenariusz - objęcie władzy przez kogoś z reżimu, kto zwróciłby się przeciwko rządom ajatollahów. Problem jednak w tym, że to musiałby być ktoś, częściowo akceptowalny dla islamskiej opozycji. Zmiotłaby ona wszelkich Pezeszkianów, Ruhanich i innych lipnych "reformistów". Ahamdinedżad? 

Libkowskie media przekonują, że obecna wojna to jakiś niezrozumiały kaprys Trumpa. Jak zwykle dostosowują one swój przekaz do niskiego poziomu umysłowego swoich odbiorców. Każdy, kto się interesuje geopolityką może bowiem dostrzec, że atak na Iran to część dłuższego procesu - eliminowania elementów moskiewsko-teherańskiej osi. Przed Iranem mieliśmy akcję w Wenezueli, potem zapewne będziemy mieć działanie przeciwko kubańskim komunistom. Zaczęło się to już jednak wcześniej. W czerwcu 2025 r. mieliśmy izraelsko-amerykańskie uderzenie na Iran. W grudniu 2024 r. Turcja i HTS obaliły reżim Assada. Wcześniej Izrael zdziesiątkował, osłabił i ośmieszył Hezbollah oraz w jednym ataku lotniczym rozwalił cały rząd Hutich. Nie byłoby tego, gdyby 7 października 2023 r.  Hamas - podpuszczony przez Rosję - nie zaatakował Izraela. Rosja oczywiście zrobiła to, by odciągnąć uwagę USA od wojny na Ukrainie, którą zaczęła po tym jak administracja Bidena spieprzyła odwrót z Afganistanu, wynegocjowany przez administrację Trumpa. Administracja Trumpa zaczęła natomiast osłabianie Iranu od likwidacji gen. Sulejmaniego w styczniu 2020 r. Likwidacja ta pozwoliła awansować generałowi Qaaniemu.

Pamiętajmy jednak, że to Iran zaczął tę wojnę - w 1979 r. Zamiast całować Cartera i Brzezińskiego po rękach, za to że pomogli mu obalić szacha - szyiccy bolszewicy wzięli na zakładników pracowników ambasady USA. Po Carterze przyszedł Reagan, który też był spolegliwy wobec Iranu. Sprzedawał mu broń w ramach afery Iran-Contra. Irański reżim odwdzięczał się porywając Amerykanów, wysadzając koszary marines, amerykańskie ambasady i samoloty pasażerskie. Bushowie pomogli Iranowi obalając Saddama. Iran się odwdzięczył dostarczając wraz z Assadem IED, za pomocą których zabito i raniono 80 proc. amerykańskich żołnierzy w Iraku.  Amerykanie przez ponad 40 lat byli niezwykli spolegliwi i cierpliwi wobec irańskiego reżimu. Skończyło się to w 2020 r., wraz z likwidacją gen. Sulejmaniego - odpowiedzialnego za ataki na amerykańskich żołnierzy w całym regionie.

Mimo zawirowań związanych ze skokiem cen ropy, wojna przeciwko Iranowi jest dużym ciosem dla Rosji i Chin. Tracą kolejnego sojusznika i zainwestowane tam miliardy. Tracą możliwość podpalania Bliskiego Wschodu. Cały świat widzi ile warte są ich zapewnienia o pomocy (choć zarówno Chiny jak i Rosja wsparły Iran m.in. zdjęciami satelitarnymi amerykańskich baz). Z "potężnej osi oporu" od Caracas po Pyongyang został sojusz komunistycznych cucków.

Na strasznego cucka wyszedł też brytyjski premier Keir Starmer. Irański dron trafił w Akrotiri - zamorskie terytorium Wielkiej Brytanii - a on ogłosił: "nie przyłączamy się do ataków na Iran, wyślemy na Cypr okręt, który wypłynie w trasę za tydzień". Postawa hiszpańskiego premiera Sancheza mnie natomiast nie dziwi - irański i wenezuelski reżim finansowały przecież hiszpańską lewicę. Chodzą plotki, że Sanchez był gejowską prostytutką. Marokańskie służby mu zhakowały telefon, a po tym zaczął on prowadzić politykę niezwykle spolegliwą wobec Maroka....

Ogólnie postawa zachodniej lewicy mocno kontrastuje z nastrojami wśród samych Irańczyków - zarówno tych przebywających w Iranie jak i na emigracji. Ci z Iranu oglądają bombardowania z dachów swoich domów przy piwie i grillu. Ci z diaspory organizują radosne demonstracje poparcia dla obalenia reżimu. (W Manchasterze miejscowe lewarstwo zorganizowało "ciche zgromadzenie" ku pamięci Chameneia, przy którym irańska emigracja zorganizowała imprezę :) Iranki całkiem nieźle tańczą, co wkurza zachodnie feministki.



U nas natomiast kwik i żałoba wśród dupoprawicowców. Lisicki, odłożył na chwilę "chłodny realizm polityczny oparty na sile" i emocjonalnie jojczy, że "jak mogli zabić irańskiego przywódcę!?". Pewnie nie ma świadomości tego, że ludzie Chameneia zabili wcześniej m.in. libańskiego prezydenta Rene Moawada. 

Hegseth stwierdził, że zlikwidowany został dowódca jednostki irańskiego wywiadu odpowiedzialnej za przygotowanie zamachu na Trumpa. Ponoć tego irańskiego resorciaka zastrzelono na ulicy w Teheranie. Toczy się obecnie proces Pakistańczyka, którego Iran wynajął w 2024 r. do zabójstwa Trumpa. Oskarżony twierdzi, że to Iran odpowiadał za zamach na Trumpa w Pennsylwanii w czerwcu 2024 r.
Nie wiem ile w tym prawdy, ale przeprowadzanie zamachów na przywódców innych państw to narzędzie stosowane w polityce międzynarodowej od czasów starożytnych. Nasi dupoprawicowcy (często z góry wykluczający to, że Rosja zabiła prezydentów Kaczyńskiego i Kaczorowskiego w Smoleńsku) nie powinni więc jojczyć, tylko się douczyć.




Wychodzi na to, że Trump jest pierwszym bliskowschodnim prezydentem USA. Nie tylko dlatego, że dwie swoje córki wydał za przedstawicieli bliskowschodnich narodów (jedną za Żyda, drugą za Libańczyka). Doskonale posługuje się językiem powszechnie rozumianym na Bliskim Wschodnie - językiem politycznym. Poza tym lubi złoto i słowiańskie blondynki...

Wyobraźmy sobie taką sytuację: w 1986 r. Amerykanie rozwalają gejnerała Jarucwelskiego, Kiszczaka, Milewskiego, Ciastonia, Płatka, Urbana i szereg innych komuchów. W Warszawie, zwykli Polacy okazują radość po atakach. W Paryżu, Londynie, Nowym Jorku, Chicago odbywają się radosne demonstracje polskiej diaspory. Miejscowe lewary i dupoprawicowcy są oburzeni "zabiciem przywódcy państwa" i twierdzą, że komunistyczny reżim cieszy się masowym poparciem w Polsce, a emigranci to tylko "banda reakcjonistów". Wyciągnięci z dupy "eksperci" tłumaczą w libkowskich mediach, że prezydent Kaczorowski wraz z nie żyjącym od 15 lat generałem Andersem chcą przywrócić w Polsce "feudalizm", "rządy kapitału", "Brześć, Berezę i getto ławkowe" i że Polacy z tego powodu staną murem za komuszym reżimem okupacyjnym. Jakaś kretynka w stylu Agnieszki Piwar publikuje zdjęcia polskich, antykomunistycznych emigrantów i pisze, by "zapamiętać twarze tych zdrajców". Absurdalne? Nie. To właśnie dzieje się na naszych oczach.

sobota, 24 stycznia 2026

Turecka Republika Północnej Grenlandii

 


Obserwowanie w ostatnich dniach Światowego Forum Ekonomicznego w Davos było "absolutnym kinem". Nie tylko ze względu na nowy look Macrona przywodzący na myśl francuskie gangsterskie filmy z lat 60-tych...

Najwięcej rozrywki dostarczyło mi to, że różnego rodzaju Micki oraz "eksperci" sprowadzający OSINT do sprawdzania tego, co piszą Onet i "Wyborcza", zaliczyły spektakularny incydent kałowy. Nakręcali przez wiele dni histerię, że "już zaraz" zaczną spadać amerykańskie bomby na Grenlandię, a Polska musi wysłać wojska w obronie tej duńskiej kolonii. (Przy okazji Karolina Pajączkowska niestety potwierdziła krzywdzące stereotypy o biuściastych blondynkach.) Ostatecznie okazało się jednak, że cały ten spór o Grenlandię okazał się wrestlingowym teatrzykiem Trumpa, w którym mocno ośmieszyły się państwa Europy Zachodniej - najpierw wysyłając do ochrony tej kolonii przed Trumpem 38 żołnierzy zebranych z paru krajów, z których część (ta niemiecka) bardzo szybko się ewakuowała, później nakręcając histerię o nadchodzącej wojnie USA z UE, by na koniec otworzyć Amerykanom drogę do przejęcia Grenlandii w ramach tzw. mechanizmu cypryjskiego.

W Davos wynegocjowano bowiem, że amerykańskie bazy na Grenlandii  - istniejące i mające powstać w przyszłości - będą miały podobny status jak brytyjskie bazy na Cyprze (Akrotiri i Dhekelia). Będą więc terytoriami zamorskimi USA. Amerykanie, przy okazji budowy Złotej Kopuły, mogą więc przejąć kluczowe tereny na Grenlandii, pozostawiając Danii koszty utrzymywania swojej kolonii. Duński rząd był zaskoczony tym porozumieniem. Wygląda bowiem na to, że pryncypialna odmowa sprzedaży Grenlandii USA była błędem - mogli dostać co najmniej 700 mld USD i pozbyć się nierentownej kolonii, z którą nie bardzo wiedzą, co zrobić. A tak nie dostaną tej kasy, a Grenlandię i tak w dłuższej perspektywie stracą. Przypomina to historię z filmu "Aż poleje się krew".

A skoro już uzgodniono mechanizm cypryjski dla tej wyspy, to ruszyć do akcji powinien również Erdogan i utworzyć tam Turecką Republikę Grenlandii Północnej. Turcja dysponuje przecież własnym lotniskowcem oraz odpowiednio dużą armią i flotą, by przeprowadzić tam współczesny wariant operacji "Atilla". :)



Żarty, żartami, ale Trump po prostu kontynuuje starą jak Stany Zjednoczone politykę pozbawiania europejskich "mocarstw" ich posiadłości kolonialnych. Przejawem tej polityki były choćby groźby prezydenta Trumana, że Holandia zostanie wykluczona z Planu Marshalla, jeśli nie wycofa wojsk z Holenderskich Indii Wschodnich  (obecnej Indonezji). Przykładem tego były również groźby Eisenhowera, by Wielka Brytania i Francja przerwały agresję przeciwko Egiptowi. Nigel Farage porównał kryzys wokół Grenlandii do kryzysu sueskiego, ale oczywiście sytuacja była zupełnie inna. Wówczas Wielka Brytania i Francja były w stanie same przeprowadzić inwazję na odległy kraj w obronie swoich interesów ekonomicznych. Obecnie miałyby problemy ze skompletowaniem kilkutysięcznego kontyngentu ekspedycyjnego. Sześć amerykańskich niszczycieli klasy Arleigh Burke, dysponuje większą ilością wyrzutni rakietowych niż całe marynarki wojenne Niemiec, Francji i Włoch. Cięcia wydatków wojskowych dokonane po zakończeniu Zimnej Wojny przez państwa Europy Zachodniej przejawiały się nie tylko w redukcji liczby żołnierzy i sprzętu, ale też w dewastacji służb pomocniczych, bez których nie może działać prawidłowo choćby lotnictwo. Demonstracyjna europejsko-brytyjska wyprawa na Grenlandię (naruszająca umowę z 1951 r. regulującą obecność wojskową na tej wyspie) obnażyła kiepski stan europejskich sił zbrojnych i powinna wszystkim unaocznić, że narracja o strategicznej niezależności Unii Europejskiej jest propagandową mrzonką.




Baj de łej: W ostatnich tygodniach, Pentagon zatwierdził chyba ze siedem transakcji sprzedaży amerykańskiej broni dla Danii. "Osintowcy" jakoś tego nie zauważyli i snuli swoje wizje nadchodzącej wojny amerykańsko-duńskiej.


Amerykańscy decydenci: Trump, Vance, Rubio, Bessent i Lutnick, mówili w ostatnich dniach europejskim politykom, by w końcu uporządkowali sprawy obronności. Apelowali też do nich, by odeszli od samobójczej dla Europy polityki imigracyjnej oraz energetycznej. Co ciekawe, Amerykanom mocno wtórował Zełenski. Jego przemówienie w Davos było naprawdę roastem Europy Zachodniej. Wypominał jej wojskową słabość i dyplomatyczne niezdecydowanie. W wielu kwestiach przyznawał rację administracji Trumpa. Ten koniunkturalista czuje, skąd wieje wiatr. Ustawia się teraz bardziej pod Amerykanów - zachodnioeuropejskie libki będą miały z tego powodu zagwozdkę.

Obrotowością wykazał się też inny koniunkturalista - Mark Rutte, sekretarz generalny NATO i zarazem były premier Niderlandów. To on doprowadził do porozumienia w sprawie cypryjskiego mechanizmu na Grenlandii. Powiedział również, że można narzekać na Trumpa, ale faktem jest, że bez nacisków amerykańskiego prezydenta, wiele krajów NATO nie doszłoby do poziomu 3 proc. PKB wydatków na obronę. 




Trump prezentując swoją Radę Pokoju podziękował nieobecnemu wówczas na scenie prezydentowi Polski. Stwierdził, że "Karol Now-rocky" to "świetny gość, który wygrał ważne wybory". Spotkał się wcześniej z Nawrockim i potwierdził dalszą obecność wojskową USA w Polsce. Tusska na szczęcie w Davos nie było - pojechał sobie na ferie w Dolomity. Prosiniak-Kamysz spotkał się za to w kraju z szefem CIA i nie wiadomo, o czym rozmawiali. Wcześniej spotkał się z prezesem Palantira. Zwraca uwagę wypowiedź Prosiniaka o tym, że "Polska jest Transatlantykiem" łączącym Europę z USA. Zabrzmiało to trochę gombrowiczowsko :) Prosiniak powinien dodać: "Coś mi oczko tutaj strzela, zabij, ubij, idzie Grzela!" :)

Analizując samobójczą politykę Europy, warto zwrócić uwagę na sygnały, które napływały w ostatnich dniach. Starmer zatwierdził budowę gigantycznej chińskiej ambasady w centrum Londynu. Jedno z podziemnych jej pomieszczeń ma znajdować się kilka metrów od magistrali światłowodowej obsługującej londyńskie City. Macron mówił w Davos, że chce więcej chińskich inwestycji w Europie. Premier Kanady Mark Carney (były prezes Banku Anglii oraz Banku Kanady) wspomniał o Nowym Porządku Świata, w kontekście  podpisania porozumienia handlowego z Chinami. Można odnieść wrażenie, że o ile Kanadyjczycy (słusznie) nie chcą stać się kolejnym stanem USA, to dążą do tego, by swój kraj zmienić w kolejną chińską prowincję. Za rządów Justina Castro swobodnie budowały tam swoje wpływy chińskie triady, prowadzące interesy na wielką skalę z meksykańskimi kartelami i Hezbollahem. Justin Castro mocno też zmienił strukturę ludnościową Kanady, wpuszczając do niej miliony Hindusów z niższych kast, którzy srają na ulicach. Ciekawie, to co dzieje się z Kanadą przedstawiło Psyop Anime:



 

Kanadyjska armia ostatnio przeprowadziła grę sztabową mówiącą, że mogłaby stawiać opór wojskom amerykańskim przez dwa dni. Pamiętam jak w zeszłej dekadzie Marcin Rey oburzał się, że Waszczykowski skrytykował zachodnią politykę imigracyjną. Według Reya, obraził on tym ówczesnego kanadyjskiego ministra obrony, który był sikhijskim imigrantem, więc Kanada może nam nie pomóc w przypadku rosyjskiej inwazji. Mniejsza z tym, że sikhowie niezbyt lubią zarówno muzułmanów jak i hinduistów z niższych kast i przyznaliby rację Waszczykowskiemu. Sednem sprawy jest to, że Kanada i tak nie pomoże nam w wojnie z Rosją, bo jej siły zbrojne są zbyt małe, by mogła wysłać jakikolwiek kontyngent do Europy. To również skutek polityki wdrażanej przez lata przez tamtejszych libków. 

No niestety Trump w zeszłym roku całkowicie niepotrzebnie obrażał uczucia narodowe Kanadyjczyków, topiąc szanse wyborcze tamtejszej prawicy. Podobnie niepotrzebnie dał libkom amunicję w postaci głupiej wypowiedzi o żołnierzach NATO w Afganistanie. To jednak nie zmienia faktu, że w środowiskach lewicowo-liberalnych Europy jest silne lobby dążące do zerwania sojuszu z USA, zastąpienia NATO wspólną armią europejską oraz nowego resetu z Rosją i Chinami. Jak powiedział Bessent: niektórzy zdjęli maski. Trump musi natomiast grać na własny elektorat. Część środowisk republikańskich chciałaby "żadnych nowych wojen", a część chciałaby jeszcze większego zaangażowania militarnego USA w sprawie reszty świata, ale bez drażnienia innych w stylu chińskiej "wilczej" dyplomacji.

Warto również zwrócić uwagę na jeden z sukcesów Trumpa, który został przemilczany przez polskojęzyczne media.  Trump wymusił na Starmerze rezygnację z przekazania Wysp Czagos Mauritiusowi. Na jednej z tych wysp znajduje się wielka baza lotnicza Diego Garcia, bardzo pomocna choćby w razie potrzeby bombardowania Iranu. Mauritius to kraj mocno infiltrowany gospodarczo przez Chińczyków. Interwencję Trumpa w obronie bazy Diego Garcia pochwalił Nigel Farage.

Amerykanie gromadzą siły morsko-lotnicze, które mogą zostać wykorzystane w ataku na Iran. Jednym z hubów jest Jordania. W Szirazie padł kluczowy radar. Irańskie władze - tak jak przewidywałem - zaczęły pajacować. Ich parlament ogłosił oficjalny wyrok śmierci na Trumpa, na co amerykański prezydent oczywiście zwrócił uwagę. Izraelscy wojskowi zadeklarowali Amerykanom, że ich kraj gotów byłby przyjąć na siebie nawet salwę 700 irańskich rakiet, jeśli reżim w Teheranie upadłby.

Sam reżim jest obecnie w fazie pacyfikacji po protestach. 12 tys. zabitych okazało się bardzo ostrożnym szacunkiem. Władze przyznają się do 5 tys., a niezależne organizacje humanitarne szacują na co najmniej 14 tys. Zwykli Irańczycy mówią, że zabito co najmniej 30 tys.  Z rejestrów cywilnych w Iranie nagle wykreślono 45 tys. osób. Po ulicach irańskich miast grasują naćpani terroryści z szyickich milicji z Iraku i Pakistanu. Z Iranu wyciekają budzące grozę filmy z pacyfikacji protestów i z przepełnionych kostnic. Są też jednak filmy pokazujące, że irańscy powstańcy potrafili się ostro odgryźć resortowcom. Niektóre z tych filmów są drastyczne - choćby ten pokazujący bitego strażnika rewolucji rozebranego od pasa w dół. (Sądząc po mikro-katechoniku, to chyba dorwali jednego z silniczkowych zjebów rozlewających swój kał w komentarzach na tym blogu.) Nie słyszałem o tym, by Polacy w latach 80-tych podobnie potraktowali jakiegoś esbeka, milicjanta czy ormowca... Ostatnim momentem, gdy linczowano w Polsce ubeków, był czerwiec 1956 r. - wówczas dwóch z nich dosłownie wdeptano w peron poznańskiego dworca. Świadczy to o tym, że naród irański mimo wszystko jest bardziej żywotny od naszego - bo potrafi karać zdrajców i okupantów.

Lewarstwo nadal udaje, że w Iranie nie doszło do powstania ludowego przeciwko opresyjnemu reżimowi. Zgodnie ze stalinowską tradycją, w każdym zabitym demonstrancie widzi agenta CIA i Mossadu. Ma też straszny ból d... z tego powodu, że Irańczycy domagają się powrotu szacha. Przypominają więc absurdalną komunistyczno-islamską propagandę z lat 70-tych o strasznym Savaku używającym niedźwiedzi oraz gigantycznych wentylatorów do torturowania niewinnych komunistów i szyickich fanatyków. Zwykli Irańczycy pewnie myślą, że Savak był zbyt miękki. Wszak szef tej służby namówił szacha do ułaskawienia Chomeiniego, za co Chomeini odwdzięczył się skazaniem na śmierć owego szefa Savaku. Jakoś też nie widać, by feministki urządzały obecnie demonstracje w obronie irańskich dziewcząt katowanych, gwałconych i zabijanych przez funkcjonariuszów szyicko-bolszewickiego reżimu. (Stary pedryl Chomeini wręcz zalecał, by dziewice były gwałcone w więzieniach, bo w ten sposób będą miały zamkniętą drogę do raju. Wielu radykalnie lewicowych zjebów widzi w nim wciąż "wielkiego intelektualistę" i "bohatera, który się przeciwstawił amerykańskiemu imperializmowi".). Akademiccy "eksperci" nadal zaprzeczają też, że irańskie powstanie ma charakter monarchistyczny. "Bo szach nie ma w Iranie struktur partyjnych". Szkoda, że nie mam teraz linku do ciekawego wywiadu jakiego udzielił kilka lat temu Pahlavi... Alexowi Jonesowi, opowiadając jak jego propaganda dociera do Iranu i zdobywa tam poparcie. Pamiętam natomiast, jak w 2018 r., podczas swojej pierwszej wizyty w Gruzji, zauważyłem w Gori, przy muzeum Stalina, że jakiś gruziński dziadzio sprzedaje turystom magnesy przedstawiające m.in. Stalina z młodym szachem Rezą Pahlavim. Powiedział mi, że takie magnesy są bardzo chętnie kupowane przez Irańczyków. Widać więc było wówczas w Iranie nostalgię za dawnymi, przedrewolucyjnymi czasami. I akurat wówczas hasła powrotu szacha już zaczęły się pojawiać na antyreżimowych demonstracjach, co "eksperci" oczywiście pomijali, bo nie pasowało im to do treści podręczników sprzed 40 lat.

Specjalnego zainteresowania lewicy nie wzbudził też upadek Rodżawy, czyli quasi-państewka kurdyjskich komunistów z Syrii. Bydło na ulicach zachodnioeuropejskich miast robią za to kurdyjscy zadymiarze. SDF/YPG w sumie sama zainicjowała swoją klęskę. Amerykański ambasador Tom Barrack mówił im: porozumiejcie się z nowymi władzami Syrii. Ich guru Ocalan mówił im: porozumiejcie się z Turcją i nowymi władzami Syrii. Co zrobili ci komunistyczni debile? Sami zaczęli wojnę przeciwko centralnemu rządowi Syrii. Wojna ta była prowadzona na raty - za każdym razem, gdy SDF ponosiła klęski na froncie, zawierała porozumienie z władzami w Damaszku, które po kilku godzinach łamała, by znów dostać łomot na froncie. W wyniku tej genialnej strategii, SDF straciła w 48 godzin 80 proc. swojego terytorium. SDF się rozpadły, bo odszedł z nich komponent arabski, buntując się przeciwko politycznej tyranii kurdyjskich komunistów. Teraz przeciwko YPG buntują się asyryjscy chrześcijanie, którzy mają dość tego, że kurdyjscy komuniści profanują ich kościoły zamieniając je w stanowiska obronne. Przy okazji YPG straciła resztki poparcia w Pentagonie, bo jej dzielni bojownicy uciekając przed armią syryjską powypuszczali z więzień setki kolesi z ISIS. Rodżawa okazała się nieudanym projektem administracji Obamy. Padł mit o wielkiej wartości bojowej kurdyjskich komunistów. Ich wcześniejsze zwycięstwa nad ISIS były głównie skutkiem wsparcia zachodniego lotnictwa i sił specjalnych. Bez nich, YPG okazała się zbieraniną zindoktrynowanych nastolatków i nawet małych dzieci. Jakoś te słynne "feministyczne" oddziały nie uratowały Rodżawy, a dowódcy budowali sobie luksusowe bunkry za pieniądze z zachodniej pomocy...

Kurdyjscy komuniści liczyli na to, że uratuje ich Izrael - budując tzw. korytarz Dawida. W ich planie, Izrael miałby okupować pas ziemi szeroki na kilka-kilkanaście kilometrów idący od Wzgórz Golan, wzdłuż granicy jordańsko-syryjskiej i syryjsko-irackiej aż do Rodżawy. Problem w tym, że Izrael nie miał ochoty na realizację tego nierealnego planu. Asz-Szara zdołał na drodze dyplomatycznej uzyskać od Izraela zapewnienie, że nie będzie on interweniował w obronie kurdyjskich komunistów. Udana ofensywa na Rodżawę sprawiła, że wśród izraelskich polityków pojawiły się opinie, że czas zakończyć próby fragmentacji Syrii i dogadać się z nowymi, syryjskimi władzami. Ogólnie w regionie można usłyszeć opinię, że arabskim monarchiom podobało się to, że Izrael zmiażdżył Hamas i Hezbollah, osłabił Hutich i uderzył w zeszłym roku na Iran. Zarówno dla nich jak i dla Amerykanów, czerwoną linią był jednak zeszłoroczny atak Izraela na Damaszek. Tego Izrael nie powinien robić. 

Mieliśmy w Davos prezentację planu Jareda Kushnera dla Strefy Gazy. Co ciekawe, zaangażowały się w niego ZEA, które chcą zbudować w Gazie "smart city", w którym Palestyńczycy byliby poddani stałej inwigilacji. Na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej doszło do ciekawego ukształtowania się rywalizujących ze sobą bloków. Po jednej stronie ZEA, współpracujące z Izraelem oraz Indiami. Po drugiej Arabia Saudyjska, która zawarła nuklearny sojusz z Pakistanem i z Turcją. W obu blokach są kraje będące bliskimi sojusznikami USA.

Ciekawe, czy do podobnego podziału na rywalizujące bloki dojdzie również w Europie? Kluczowe mogą być ewentualne zmiany władzy w Polsce, we Francji i w Hiszpanii.

Tymczasem, Amerykanie oficjalnie przyznają, że mają "Direct Energy Weapons" , zapowiadają sprzedaż humanoidalnych robotów w tym roku i pokazują samolot wyglądający jak trójkątne UFO, Chińczycy znajdują na Księżycu nanorurki węglowe, a w Europie... feministyczna autorka twierdzi, że Szekspir był czarną kobietą. Różne drogi postępu...

I na koniec akcent historyczny - konfederacka prasa o Powstaniu Styczniowym (za profilem Dos Siestes).





sobota, 17 stycznia 2026

Dlaczego bomby (jeszcze) nie spadły na Iran

 


Ponoć  Trump był bliski wydania rozkazu uderzenia w szereg irańskich celów, ale w ostatniej chwili się wycofał. Oficjalnie argumentował to tym, że irański reżim wstrzymał masową, publiczną egzekucję 800 uczestników protestów. Zapewne Irańczycy rzeczywiście, za pomocą tajnych kanałów dyplomatycznych, złożyli amerykańskiemu prezydentowi zapewnienia, że ograniczą rzeź. Tyle, że trudno będzie ich z tego rozliczyć. Według doniesień irańskiej opozycji, ponad 50 demonstrantów zostało już straconych w reżimowych więzieniach, z dala od kamer. Kwestia rezygnacji przez reżim ajatollahów z publicznych egzekucji jest więc tylko wymówką. Prawdziwe powody wstrzymania ataku były inne.

Za rezygnacją z uderzenia na Iran silnie lobbowały Arabia Saudyjska, ZEA, Oman i Turcja. Wskazywały, że obawiają się większego konfliktu w regionie, który zagroziłby też dostawom ropy. (Złośliwi wskazują, że obawiają się tego, że szmatogłowy szyicki reżim zostanie zastąpiony silną irańską monarchią.) Arabia Saudyjska zadeklarowała nawet, że nie pozwoli Amerykanom na wykorzystanie swojej przestrzeni powietrznej w uderzeniu na Iran.  O wstrzymanie ataku prosił też Trumpa Netanjahu, wskazując, że Izrael nie jest na niego przygotowany. Przy okazji wyszło na jaw, że pod koniec zeszłego roku Izrael oraz Iran dogadały się za pośrednictwem Rosji, że nie będą się prewencyjnie bombardować. To się akurat rozmija z nastrojami społecznymi w Izraelu. Sefardyjczycy demonstrują domagając się wsparcia dla irańskiej (kontr)rewolucji i deklarują, że są gotowi na rakietowy odwet irańskiego reżimu.  "We will accept missiles and PTSD, if our persian brothers will be free".

Trump zadeklarował wcześniej, że "pomoc nadchodzi". Jeśli złamie tę obietnicę, to wyjdzie na takiego słabiaka jak Obama, który deklarował kolejne "czerwone linie" wobec reżimu Assada, a ostatecznie nie zdecydował się na interwencję w Syrii. Słuchał amerykańskich odpowiedników Szewki i Repetowicza, co skutkowało przedłużeniem syryjskiej wojny domowej o 10 lat, powstaniem Państwa Islamskiego i setkami tysięcy zabitych. Wszystko po to, by chronić reżim rosyjskiego sojusznika... Chyba Trump nie chciałby takiej plamy na swojej reputacji? Chyba powinno mu zależeć na szybkim wyeliminowaniu jednego z kluczowych elementów Osi Zła i ograniczeniu dostaw ropy do Chin przed ich inwazją na Tajwan?

To, że do amerykańskiego uderzenia na Iran nie doszło w ostatnich dniach, nie oznacza jednak, że zostało ono już całkowicie wykluczone w przyszłości. Wojskowi pokazali Trumpowi listę 50 celów, sugerującą, że uderzenie będzie miało charakter dekapitacyjny i skupiony na celach związanych z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej. Trump przedstawił warunek, że uderzenie musi być szybkie, decydujące i takie, które nie wciągnęłoby USA w większy konflikt. W zeszłym tygodniu Amerykanie po prostu nie mieli wystarczająco dużego komponentu lotniczo-rakietowego w regionie, by przeprowadzić taką operację. Zwłaszcza przy sprzeciwie Saudyjczyków. Do regionu kierowane są jednak samoloty z Europy. Z Morza Południowochińskiego został przekierowany lotniskowiec USS Abraham Lincoln. Dopłynięcie na Morze Arabskie zajmie mu jakieś 10 dni. Z Norfolk płynie drugi lotniskowiec. Najwcześniejszy możliwy moment ataku wypadnie więc za jakieś dwa tygodnie. Wojskowi mają trochę czasu na doprecyzowanie planu. 

Pozostaje też otwarte okienko dla działań dyplomatycznych. Witkoff podyktował już irańskiemu reżimowi warunki porozumienia: rezygnację z programu nuklearnego, ograniczenie liczby rakiet i odcięcie wsparcia dla Hutich, Hezbollahu oraz irackich milicji. Iran zapewne te warunki odrzuci. To, że nie doszło w ostatnich dniach do amerykańskiego ataku, wprawiło bowiem reżim w fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Zaczynają się już przechwalać, że "Trump przestraszył się irańskiej potęgi". Dobrze, niech pajacują jak Maduro...



Irański reżim poczuł się mocny również dlatego, że udało mu się powstrzymać pierwszą falę demonstracji. Mniej więcej od połowy tygodnia przestały napływać z Iranu filmy pokazujące zamieszki. Teraz pojawiają się głównie nagrania pokazujące "szyickie ISIS" patrolujące ulice miast na pick-upach z zamontowanymi karabinami maszynowymi i grożące, że będą strzelać, do każdego, kto wyjdzie z domu. Internet był tam odcięty od wielu dni. Dzięki chińskiemu wsparciu zakłócano też sygnał ze Starlinków, ale całkowicie go nie odcięto. Bezpieka polowała za to na posiadaczy Starlinków i anten satelitarnych. 

Pod osłoną internetowego blackoutu doszło w Iranie do rzezi (choćby takich jak w mieście Rasht). Na niektórych filmach słychać duże natężenie strzelanin w irańskich miastach. Do tłumienia (kontr)rewolucji wykorzystano nie tylko jednostki Korpusu Strażników, ale też szyickie milicje z Iraku, które wyróżniały się okrucieństwem. Reżim przyznał się do tego, że zabił 3 tys. ludzi. Opozycja mówi o co najmniej 12 tys. - myślę, że reżimowe kanały również rozpowszechniały taką narrację, by zastraszyć zwykłych Irańczyków. Izraelskie służby oceniły liczbę zabitych demonstrantów na 5 tys. Jakby nie liczyć, mamy do czynienia z największą masakrą w dziejach najnowszych Iranu. Dla porównania: za rządów szacha, w latach 1953-1979 zabito 4,5 tys. osób, z czego znaczną większość stanowili islamscy oraz komunistyczni terroryści, którzy w 100 proc. zasłużyli sobie na utylizację. W największej ulicznej masakrze, za jego rządów - w 1978 r. - zginęło 60 osób. Szach wówczas szedł na ustępstwa wobec opozycji, a  w 1979 r. zrezygnował z władzy, bo nie chciał utopienia protestów we krwi. W 1980 r. - rok po rewolucji komuszo-gówno-islamskiej Iran miał dwa razy wyższe PKB per capita niż Korea Południowa. Obecnie ma ponad trzykrotnie niższy. Irański reżim sprawił, że Iran coraz mocniej zamienia się w Koreę Północną  - biedny, zacofany, coraz bardziej odcięty od świata kraj, rządzony przez agresywną mniejszość: totalitarną sektę łączącą elementy apokaliptyczne z materialistycznym hedonizmem.

Uczestnicy irańskiej (kontr)rewolucji nie byli jednak bezbronni. Internet odcięto w kraju, by im utrudnić przeprowadzenie akcji likwidacyjnych funkcjonariuszy reżimu. W necie pojawiały się bowiem domowe adresy ludzi z bezpieki, Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej i milicji basiji. Grupa o nazwie "Nieśmiertelni" przyznała się do likwidacji kilkudziesięciu funkcjonariuszy reżimu i podała ich nazwiska. Reżim przyznał się do tego, że w zamieszkach zginęło 100 jego funkcjonariuszy.  Jeden z nich został dźgnięty 40-krotnie. Izraelskie służby szacują liczbę zabitych reżimowych funkcjonariuszy na 500.  Spłonęło też wiele reżimowych biznesów. Władze mówią też o 350 podpalonych meczetach.

Wielu komentatorów - choćby Repetowicz - przestrzega przed uderzeniem na Iran, bo "wzmocni ono irański reżim". W jaki niby sposób? Tak na prostą, chłopską logikę: czy uderzenie, w wyniku którego zginąłby szereg czołowych osobistości reżimu, a bezpieka i armia poniosłyby poważne straty, wzmocniłoby reżim czy go osłabiło? Zawodowi iraniści twierdzą, że "społeczeństwo patriotycznie skonsolidowałoby się wokół reżimu". Jakie społeczeństwo? Resortowe rodziny i miejscowe silniczki w wieku 65+? Cała reszta, by się śmiała z rakietowego usmażenia Chamenejego i jego gejnerałów oraz odczuwała satysfakcję, że Trump przyszedł w końcu z pomocą i wysłał do Piekła kilu skurwysynów winnych nędzy narodu i śmierci ich bliskich. Rozjebanie w drobny mak mauzoleum starego pedryla Chomeiniego dodatkowo wzmocniłoby to uczucie satysfakcji.

Akademiccy debile robiący za ekspertów od Iranu jakoś nie przewidzieli tego, że ten kraj znajdzie się na krawędzi wojny domowej. Przekonywali też nas od lat, że dynastia Pahlavich ma w Iranie "marginalne poparcie". Okazało się jednak, że ogromne tłumy Irańczyków domagają się powrotu szacha i wychodzą na ulice na jego wezwanie. Gdy w Iranie odcięto internet, wejścia na witryny i profile społecznościowe związane z szachem spadł o 90 proc. Poparcie dla przywrócenia monarchii jest więc w Iranie autentycznie wysokie.



Wyciągnięci z d... eksperci przekonują nas też, że Iran jest "w ponad 90 proc." krajem islamskim. Tymczasem sondaż przeprowadzony w 2020 r. wskazywał, że szyicki islam wyznaje w Iranie ledwie około 30 proc. mieszkańców. Sondaż pewnie nie był do końca miarodajny - część tych, którzy wskazali, że są niereligijni mogło przejść na zoroastryzm lub chrześcijaństwo, ale dla bezpieczeństwa udzielało wymijającej odpowiedzi. Ci, którzy mówią o tradycyjnym, islamskim Iranie powtarzają po prostu treści z podręczników sprzed 40 lat. Niestety nie miałem jeszcze okazji odwiedzić tego kraju (chętnie to zrobię po upadku reżimu), ale wiele osób, którzy tam byli twierdzi, że w czasie Ramadanu widać, że ludzie w Teheranie normalnie jedzą, piją i palą, a rzadko która dziewczyna nosi chustę. 


 

Zakładając, że wyznawcy szyickiego islamu to obecnie około 30 proc. mieszkańców Iranu i że część z nich może popierać opozycję (choćby protestujący kupcy z bazarów), to poparcie dla reżimu sięga obecnie nie więcej niż 15 proc. Na te 15 proc. składają się resortowo-wojskowo-urzędnicze rodziny oraz silniczki 65+, którym wyprano mózgi propagandą. Przedstawiciele reżimu sami też raczej nie wierzą w oficjalną państwową ideologię. Widać to choćby na filmach pokazujących jak bawią się ich dzieci. Na tym video jest m.in. córką Alego Larijaniego i córka byłego prezydenta Chatamiego. Widać wielką hipokryzję: swoim córkom pozwalają chlać wódę w bikini w męskim towarzystwie, a zwykłym irańskim dziewczynom każą nosić na głowach szmaty. Trochę to mi się kojarzy z opisywanym przez Orwella w "Roku 1984" represjonowaniem seksualności mas przez Partię i z będącym obecnie plagą na Zachodzie feministycznym purytanizmem. ( Akurat pisząc ten wpis, słuchałem lecącego w tle dokumentu o Korpusie Strażników Rewolucji. Był tam fragment relacji telewizyjnej z 1979 r. Na teherańskiej ulicy, ubrana w burkę brzydka kobieta mówiła, że rewolucja islamska ma służyć "równym prawom kobiet i mężczyzn".)

Nic dziwnego więc, że zwykli Irańczycy wypatrują szacha jak Mesjasza.


Oczywiście libkowscy "eksperci" przekonują od dawna, że dynastia Pahlavich to straszliwi tyrani, od których Irańczyków "wyzwolił" Chomeini. "Eksperci" też przekonywali w czasie II wojny światowej, że AK jest "faszystowska" i "antysemicka", później, że Batista to straszliwy dyktator, a Castro to "reformator społeczny", że sandiniści są dobrzy, że Hamasowi "trzeba dać szansę" i że dobry jest Putin. Później, w obliczu przytłaczających faktów musieli przyznać, że Putin jest jednak zły i zaczęli go łączyć z każdym ruchem politycznym, który im się nie podoba. Teraz mają straszliwy ból dupy o porwanie Maduro, obawiają się upadku irańskiego reżimu i robią niesamowitą, tragikomiczną histerię wokół sporu o Grenlandię. Ponieważ kanclerz Merz zdeklarował już, że Rosja jest największym sąsiadem Niemiec i że kiedyś Niemcy znów się będą przyjaźnić, to możemy się spodziewać, że różne Micki, Szewki, Wolskie i Bartosiusiaki będą mogły zadeklarować, że Rassija jest dobra, a każdy kto kremlowi bruździ idzie na pasku amerykańskich imperialistów...

"Eksperci" od dawna też przekonują, że Zachód powinien udzielać bezwarunkowego i pełnego wsparcia kurdyjskiej komunistycznej organizacji SDF w Syrii. Dostawali ostatnio kurwicy, po tym jak SDF została wyparta z Aleppo przez syryjskie siły rządowe - wyparto ich z dzielnicy większej od Rakki i innych miast kontrolowanych przez SDF. Nie wspominali, że SDF sama to starcie sprowokowała m.in. ostrzeliwując chrześcijańską dzielnicę w okresie Bożego Narodzenia i polując dronami FPV na ambulanse. Przy okazji okazało się, że dzielni kurdyjscy komuniści zbudowali sieć tuneli pod blokami mieszkalnymi, udzielali schronienia assadowskim snajperom i wykorzystywali swoich ludzi do ataków samobójczych. Zapowiadało się na większe starcie, w którym armia syryjska, wspólnie z turecką zgniotłyby SDF, ale za pośrednictwem Amerykanów doszło do rozejmu, w ramach którego SDF wycofała swoje siły. Prezydent asz-Szara podpisał dekret dający kurdyjskiemu status jednego z języków narodowych, uznający Nawruz za święto państwowe i dający równouprawnienie Kurdom (którego nie dawał im reżim Assada, wspierany przez SDF). Zwykli Kurdowie świętują, kurdyjscy komuniści mają żałobę. 






Przy okazji SDF zaliczyła propagandową wtopę, przyznając się do tego, że porywa z domów 12-letnie dziewczynki i wciela je do swojej armii. Niektóre z nich kończą jako zamachowczynie-samobójczynie. Osoby zamachowczo-samobójcze. I to jest prawdziwy feminizm chwalony przez libkowskich "ekspertów".

***

Przypominam, że polska wyprawa naukowa na Grenlandię naniosła tam 23 nazwy geograficzne, takie jak: Góry Mościckiego, Góry Śmigłego-Rydza i Góra Wawel.

***


W wieku 90 lat zmarł Erich von Daniken. Kiedyś jego książki uznawałem za głupie i bluźniercze, z czasem jednak gdy ich więcej przeczytałem, poznałem ich wartość. Za najlepszą niezmiennie uważam "Oczy Sfinksa". Miałem okazję zamienić parę słów z Danikenem w Warszawie blisko ćwierć wieku temu. Miał fajny wykład i sprawiał wrażenie bardzo sympatycznego człowieka. Po licznych podróżach był opalony na twarzy jak Lepper :) Zapamiętamy go jako człowieka, który miał odwagę zadawać pytania, na jakie naukowcy nie lubią udzielać odpowiedzi. Nieoficjalnie wielu mainstreamowych badaczy - choćby dr Zahi Hawas - czytało i lubiło jego książki.