Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azerbejdżan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azerbejdżan. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 marca 2026

Tydzień wojny z Iranem - krety w reżimie, dekapitacje, irański odwet i strategia wyjścia

 


"To nie jest i nigdy nie miała być uczciwa walka. Uderzamy w nich, gdy leżą" - Peter "Homelander" Hegseth, sekretarz wojny USA.

Najwyższy Przywódca ajatollah Ali Chamenei został wysłany do Piekła. To już pewne i od dawna oficjalnie potwierdzone. Jego zgon wywołał wybuch radości zarówno wśród zwykłych Irańczyków jak i wśród Syryjczyków oraz jojczenie wśród szyickich sekciarzy, lewarów i gaśniczaków. Zgromadzenie Ekspertów - jedyne ciało mogące wybrać jego następcę - zostało zbombardowane. Nie wiadomo ilu z tych mułów zginęło w tym ataku. Irański reżim twierdzi, że nikt, bo głosowanie nad wyborem nowego przywódcy odbyło się online. Początkowo pojawiły się doniesienia, że Zgromadzenie wybrało na nowego Najwyższego Przywódcę Modżtabę Chameneia, syna dotychczasowego przywódcy. To koleś, który wcześniej zajmował się zarówno finansami ojca jak i bezpieką. (W ramach powiększania majątku rodziny Chameneich masowo wywłaszczano zwykłych Irańczyków z ich domów, mieszkań i ziemi. Sam majątek Chamenich był szacowany na 100 mld - 200 mld USD.) Równolegle pojawiły się też przecieki, że Modżtaba zginął. Zdementowano też to, że już został wybrany na Najwyższego Przywódcę. Pojawiła się nawet narracja, że nie jest on zainteresowany tym stanowiskiem, bo "chce się oddać nauce i kulturze"! Wyniki głosowania Zgromadzenia Ekspertów miały być ogłoszone po pogrzebie Alego Chameneia, ale pogrzeb przesunięto "na świętego nigdy"... Nie wiadomo więc, co się dzieje z Modżtabą. Zapewne krajem rządzi Ali Laridżani, a tymczasowe władze - w tym prezydent Pezeszkian to jedynie figuranci. 

Śmierć Najwyższego Przywódcy Alego Chameniego była skutkiem tego, że uwierzył on w propagandę amerykańskich demokratów mówiącą, że "Trump zawsze się wycofuje". Po wielu tygodniach spekulacji dotyczących zamiarów amerykańskiego prezydenta, Chamenei poczuł się na tyle bezpiecznie, by zebrać 50 swoich najbliższych współpracowników na śniadaniu w swojej oficjalnej rezydencji w Teheranie. Według oficjalnej wersji, Mosadowi udał się go namierzyć, bo kilka lat wcześniej zhakował rosyjski system monitoringu video zainstalowany w Teheranie. Inne doniesienia mówiły jednak, że Izraelczycy dokonali nalotu, po wskazówce przekazanej przez CIA. W grę wchodziły więc informacje pozyskane przez Amerykanów od osobowego źródła informacji.


W kręgu podejrzanych znalazł się generał Esmail Qaani, dowódca sił al-Quds (którymi dowodzi od 2020 r., czyli od likwidacji gen. Soleimaniego). Dziwnym trafem przeżył on w 2024 r. uderzenie lotnicze na bunkier Hasana Nasrallaha w Bejrucie. Przeżył też w 2025 r. falę izraelskich uderzeń dekapitacyjnych. Nie został też zabity w ataku na siedzibę Chameneia. W arabskich mediach pojawiły się wczoraj doniesienia, że generał Qaani został zabity przez irański reżim za zdradę. Izraelskie źródła donosiły natomiast, że został ewakuowany do Izraela.

Może było tak jak w poniższym filmie:






Dziwne rzeczy działy się też wokół byłego prezydenta Mahmuda Ahmadinedżada. Jego dom został zbombardowany pierwszego dnia wojny. Wydawało mi się to dziwne, gdyż Ahmadinedżad stanowił w ostatnich latach wewnętrzną opozycję wobec reżimu. Otwarcie mówił choćby o dużym zinfiltrowaniu irańskich tajnych służb przez Mosad. Donoszono w ostatnich dniach o jego śmierci. Nagle okazało się jednak, że koleś nadal żyje i ma się dobrze. Irańska opozycja spekulowała, że zawarł on układ z Mosadem. W 2009 r. "The Telegraph" donosił, że rodzina Ahmadinedżada nosiła wcześniej nazwisko Sabourdżian, co oznacza tkacza szali modlitewnych i jest uznawane w Iranie za żydowskie. Ciekawie brzmi w tym kontekście fragment Sunny mówiący że Dajjal (islamski "antychryst") będzie miał wśród zwolenników 70-tych Żydów z Isfahanu noszących... perskie szale.

Być może mamy do czynienia z przypadkami bardzo podobnymi jak w "Czerwonej Jaskółce".

O silnym zinfiltrowaniu irańskiego reżimu świadczy choćby to, że izraelskie służby bardzo dokładnie znały rozkład bunkra Chameneiego i wiedziały nawet, jakie plakaty wiszą tam na ścianach. Bunkier ten został wczoraj zbombardowany przez 50 izraelskich myśliwców. Ataku dokonano, bo pojawił się tam "wysokiej rangi cel". Oficjalnie chodzi o szefa biura Chameneia, ale coś mi się wydaje, że to za mało, by rozpocząć takie akcje.

Izraelczycy oraz Amerykanie kontynuują uderzenia dekapitacyjne, likwidując kolejnych reżimowych oficjeli. Równają z ziemią kolejne bazy wojska, Korpusu Strażników Rewolucji, siedziby bezpieki, policji i milicji basiji, lotniska, składy amunicji, radary oraz wyrzutnie rakiet. Irańska obrona przeciwlotnicza - oparta na rosyjskiej i chińskiej technologii - po raz kolejny okazała się całkowicie bezbronna. (Choć trzeba przyznać, że omal nie zestrzeliła własnego Miga.) Większe straty Amerykanom zdołał pomyłkowo wyrządzić jeden kuwejcki pilot myśliwca, który zestrzelił 3 F-15. Irańskie lotnictwo jest głównie niszczone na ziemi, choć zdarzyło się jedno zestrzelenie w powietrzu - izraelski F-35 trafił irańskiego, szkoleniowego Jaka-130. Było to pierwsze w historii zestrzelenie samolotu załogowego dokonane przez F-35.



Jak dotąd Amerykanie koncentrowali się na bombardowaniu celów znajdujących się na irańskim wybrzeżu, a Izraelczycy atakowali Teheran i kilka innych miast. Amerykańskie B1 i B2 uderzały w cele ukryte pod ziemią. Amerykańskie bombardowania będą się zapewne przesuwały głębiej w stronę wnętrza kraju.

Systematycznie niszczona jest irańska marynarka wojenna. Choć niektórzy rozkwiniali wcześniej, na podstawie filmu "I pet goat 2", że Irańczycy w okolicach 2 marca zatopią Amerykanom lotniskowiec USS Abraham Lincoln, to jak na razie jedynym zatopionym "lotniskowcem" jest irański "dronowiec" Shahid Bagheri. W pobliżu Sri Lanki, amerykański okręt podwodny, storpedował irańską fregatę Dana - wywołując tym straszny ból dupy o młodych modelarzy udających "ekspertów" od wojny. No bo jak to, tak torpedować wrogie okręty bez ostrzeżenia? Zupełnie jakby ich wiedza o historii wojskowości zatrzymała się na roku 1913... Zatopienie Dany podziałało odstraszająco, więc załogi kolejnych dwóch fregat wybrały internowanie - jedna na Sri Lance, druga w Indiach. 

Zbombardowano port Jask będący siedzibą flotylli Korpusu Strażników Rewolucji, w skład której wchodziły głównie małe jednostki. Mimo to, Irańczykom udało się trafić kuwejcki tankowiec podmorskim dronem. 

Irański odwet jak dotąd wyrządził znikome straty Izraelowi. (Amerykanom zniszczył kilka drogich radarów i zabił sześciu żołnierzy w bazie w Kuwejcie.) Skupił się on bowiem na państwach arabskich. Iran w kilka dni zbombardował ich więcej, niż Izrael w całej swojej historii. Uderzono nie tylko w saudyjskie rafinerie, katarskie instalacje naftowe, dubajskie międzynarodowe lotnisko pasażerskie i drogie hotele, czy w bloki mieszkalne w Bahrajnie. Rakiety i drony spadały też na Oman (kraj, który pośredniczył wcześniej w negocjacjach!), Kuwejt, Irak, Syrię, Jordanię, Cypr i Azerbejdżan. (Irańczycy twierdzą co prawda, że uderzenie dronowe w lotnisko w azerskim Nachiczewaniu było izraelskim "false flag", ale azerskie służby rozbiły też siatkę dywersyjną Korpusu Strażników Rewolucji szykującą się do serii zamachów bombowych w Azerbejdżanie.) Strategia Iranu jest jasna - siać chaos w krajach arabskich, sparaliżować żeglugę w Zatoce Perskiej i międzynarodowy ruch lotniczy, doprowadzić do jak największego skoku cen ropy naftowej, tak by bogate arabskie monarchie i amerykańska opinia publiczna zmusiła Trumpa do przerwania wojny. Ta strategia już częściowo się sprawdza - ceny ropy wzrosły w tydzień o 35 proc., przebijając 90 USD za baryłkę. Drożeje też gaz i ceny nawozów.


Irańska strategia ma jednak swoje ograniczenia. Pierwszym z nich są zdolności do kontynuowania ostrzału rakietowego i dronowego. Izraelczycy przygotowywali się na 200 rakiet dziennie, a poleciało w ich kierunku 200 w ciągu tygodnia. Dane wyraźnie wskazują, że z każdym dniem spada liczba wystrzeliwanych przez Iran rakiet i dronów. Trzy czwarte ich wyrzutni rakietowych zostało przecież zniszczonych. Niektóre są porzucane przez załogi po strzale - bo są niszczone z powietrza nawet w ciągu czterech minut od odpalenia rakiety. Bombardowane są też składy rakiet i dronów. Wielu irańskich dowódców nie żyje, a dezercje ponoć przybierają na sile. Irański żołnierz na tym filmie mówi, że w jego jednostce zostały tylko dwie osoby - oficerowie nie żyją albo uciekli, a koszary są zniszczone. To ta słynna "zdecentralizowana obrona".

Irański reżim, swoimi działaniami odwetowymi zjednoczył też region w przekonaniu, że jest rakiem, który trzeba wyciąć. Arabia Saudyjska ponoć chce deeskalować konflikt, obawiając się ataków na swoje pola naftowe. Odwetowo uderzyła ponoć jednak w irańskie rurociągi. Nawet Katar - dotychczas dosyć przychylny irańskiemu reżimowi - stał się jego wrogiem. Irańczycy mają szczęście, że zestrzelono ich rakietę lecącą nad Turcją. Gdyby uderzyła w coś cennego, Erdogan zacząłby inwazję lądową i po kilku dniach tureckie wojska byłyby w Teheranie.

Irański prezydent Pezeszkian dzisiaj przeprosił państwa regionu, za bombardowania i obiecał, że ataki ustaną, dopóki te kraje same nie będą podejmować wrogich działań. Niedługo po jego przemówieniu, dron uderzył w lotnisko pasażerskie w Dubaju...

Paradoksalnie strategia Iranu uderza też w Chiny, które przecież większość swojej ropy importują z regionu Zatoki Perskiej. Ponadto naraża ona również statki z irańskiej i rosyjskiej floty cienia. 

Paradoksalnie najbezpieczniejszym krajem regionu stała się (nie licząc Turcji)... Syria. Syryjczycy pamiętają irańskiemu reżimowi masakry i bombardowania z czasów wojny domowej. Po likwidacji Chameneia, z syryjskich meczetów płynęło więc przesłanie, że zdechł tyran i trafił do Piekła. Syryjczycy śmieją się z reakcji szyickich fanatyków. Izraelczycy z Amerykanami rozwalili im najwyższego przywódcę, a na tym filmie irański dziadzio- silniczek krzyczy: przeklęci Ummajadzi! :)

Wspominałem wcześniej, że Iran jest obecnie krajem islamskim najwyżej w 30 proc. Poparcie dla reżimy jest jeszcze niższe (najwyżej 20 proc.) i skupia się głównie wokół resortowych rodzin i starych zidiociałych silniczków, będących tymi samymi debilami, którzy obalali szacha. Poza tym reżim sprowadził sobie imigrantów z Afganistanu i Pakistanu oraz bandytów z szyickich milicji z Iraku.

Cóż z tego jednak, że co najmniej 80 proc. narodu irańskiego jest przeciwko reżimowi, skoro rządząca krajem mniejszościowa sekta jest uzbrojona a zwykli Irańczycy nie? W styczniu terrorystyczna sekta pokazała, że nie ma żadnych skrupułów, by urządzić Irańczykom rzeź na ulicach. Oni traktują Iran jak kraj okupowany i nie oddadzą władzy dobrowolnie. Bombardowania niszczą im koszary i posterunki, ale to sprawia, że przenoszą się oni do szkół i szpitali. Liczą na to, że uczniowie, pacjenci i członkowie personelu medycznego będą ich żywymi tarczami. Jak na razie, w nalotach zginęło około 3 tys. funkcjonariuszy irańskiego aparatu "bezpieczeństwa". To oznacza, że dziesiątki tysięcy nadal terroryzują Irańczyków. Strzelają do ludzi, za to, że się śmieją na ulicach.

Zapewne za jakiś czas na irańskim niebie pojawią się drony. Będą one uderzały w skupiska basijich i strażników rewolucji na ulicach. Może do akcji włączą się śmigłowce - osłaniające z powietrza irańskich demonstrantów. 

Irańską wojnę można zakończyć na cztery sposoby:

1) Dostarczenie broni irańskiej opozycji, by sama dokończyła robotę. Broń jest niezbędna do przeprowadzenia rewolucji. Amerykanie mogą się jednak obawiać, że trafi ona w niewłaściwe ręce.

2) Inwazja dokonana przez stronę trzecią - na przykład irackich Kurdów. CIA i Mosad ponoć namawiają do tego ugrupowania kurdyjskie. Problem jednak w tym, że Barzani - przywódca irackich Kurdów chce się trzymać z dala od wojny. Porozumiał się w tej sprawie z Turcją. Mogą się ruszyć kurdyjscy komuniści z PJAK, ale mają najwyżej 5 tys. ludzi. Najwyżej zajmą część górskiego pogranicza i tyle. Wspieranie Kurdów jest ogólnie głupim pomysłem, bo uderzy w irańską opozycję (przeciwną separatyzmom) a reżimowi da do ręki "patriotyczne" argumenty.

Głupim pomysłem byłoby również wsparcie Mudżahedinów Ludowych (MEK), czyli marksistowsko-szyickich sekciarzy mających silne lobby wśród amerykańskich republikanów. Sekciarze z MEK byli przepędzani z opozycyjnych demonstracji. Protestujący studenci skandowali, że nie chcą szyickich mułłów, komunistów i MEK-owców. Irańczycy pamiętają, że Mudżahedini Ludowi brali udział w przejęciu kraju przez szyicką sektę w 1979 r. i że w czasie wojny z Irakiem stali po stronie Saddama.



3) Wysłanie ograniczonego kontyngentu lądowego do Iranu. Taką opcję ponoć rozważa Trump. Chodzi mu o oddziały specjalne, które zajęłyby kilka kluczowych obiektów i wsparły opozycję. Ciekawym scenariuszem byłoby również zajęcie Wyspy Kharg - dałoby kontrolę nad irańskim eksportem naftowym i zmusiło reżim do negocjacji.

4) Zamach stanu w Teheranie. Trump wielokrotnie dawał do zrozumienia, że to jego preferowany scenariusz - objęcie władzy przez kogoś z reżimu, kto zwróciłby się przeciwko rządom ajatollahów. Problem jednak w tym, że to musiałby być ktoś, częściowo akceptowalny dla islamskiej opozycji. Zmiotłaby ona wszelkich Pezeszkianów, Ruhanich i innych lipnych "reformistów". Ahamdinedżad? 

Libkowskie media przekonują, że obecna wojna to jakiś niezrozumiały kaprys Trumpa. Jak zwykle dostosowują one swój przekaz do niskiego poziomu umysłowego swoich odbiorców. Każdy, kto się interesuje geopolityką może bowiem dostrzec, że atak na Iran to część dłuższego procesu - eliminowania elementów moskiewsko-teherańskiej osi. Przed Iranem mieliśmy akcję w Wenezueli, potem zapewne będziemy mieć działanie przeciwko kubańskim komunistom. Zaczęło się to już jednak wcześniej. W czerwcu 2025 r. mieliśmy izraelsko-amerykańskie uderzenie na Iran. W grudniu 2024 r. Turcja i HTS obaliły reżim Assada. Wcześniej Izrael zdziesiątkował, osłabił i ośmieszył Hezbollah oraz w jednym ataku lotniczym rozwalił cały rząd Hutich. Nie byłoby tego, gdyby 7 października 2023 r.  Hamas - podpuszczony przez Rosję - nie zaatakował Izraela. Rosja oczywiście zrobiła to, by odciągnąć uwagę USA od wojny na Ukrainie, którą zaczęła po tym jak administracja Bidena spieprzyła odwrót z Afganistanu, wynegocjowany przez administrację Trumpa. Administracja Trumpa zaczęła natomiast osłabianie Iranu od likwidacji gen. Sulejmaniego w styczniu 2020 r. Likwidacja ta pozwoliła awansować generałowi Qaaniemu.

Pamiętajmy jednak, że to Iran zaczął tę wojnę - w 1979 r. Zamiast całować Cartera i Brzezińskiego po rękach, za to że pomogli mu obalić szacha - szyiccy bolszewicy wzięli na zakładników pracowników ambasady USA. Po Carterze przyszedł Reagan, który też był spolegliwy wobec Iranu. Sprzedawał mu broń w ramach afery Iran-Contra. Irański reżim odwdzięczał się porywając Amerykanów, wysadzając koszary marines, amerykańskie ambasady i samoloty pasażerskie. Bushowie pomogli Iranowi obalając Saddama. Iran się odwdzięczył dostarczając wraz z Assadem IED, za pomocą których zabito i raniono 80 proc. amerykańskich żołnierzy w Iraku.  Amerykanie przez ponad 40 lat byli niezwykli spolegliwi i cierpliwi wobec irańskiego reżimu. Skończyło się to w 2020 r., wraz z likwidacją gen. Sulejmaniego - odpowiedzialnego za ataki na amerykańskich żołnierzy w całym regionie.

Mimo zawirowań związanych ze skokiem cen ropy, wojna przeciwko Iranowi jest dużym ciosem dla Rosji i Chin. Tracą kolejnego sojusznika i zainwestowane tam miliardy. Tracą możliwość podpalania Bliskiego Wschodu. Cały świat widzi ile warte są ich zapewnienia o pomocy (choć zarówno Chiny jak i Rosja wsparły Iran m.in. zdjęciami satelitarnymi amerykańskich baz). Z "potężnej osi oporu" od Caracas po Pyongyang został sojusz komunistycznych cucków.

Na strasznego cucka wyszedł też brytyjski premier Keir Starmer. Irański dron trafił w Akrotiri - zamorskie terytorium Wielkiej Brytanii - a on ogłosił: "nie przyłączamy się do ataków na Iran, wyślemy na Cypr okręt, który wypłynie w trasę za tydzień". Postawa hiszpańskiego premiera Sancheza mnie natomiast nie dziwi - irański i wenezuelski reżim finansowały przecież hiszpańską lewicę. Chodzą plotki, że Sanchez był gejowską prostytutką. Marokańskie służby mu zhakowały telefon, a po tym zaczął on prowadzić politykę niezwykle spolegliwą wobec Maroka....

Ogólnie postawa zachodniej lewicy mocno kontrastuje z nastrojami wśród samych Irańczyków - zarówno tych przebywających w Iranie jak i na emigracji. Ci z Iranu oglądają bombardowania z dachów swoich domów przy piwie i grillu. Ci z diaspory organizują radosne demonstracje poparcia dla obalenia reżimu. (W Manchasterze miejscowe lewarstwo zorganizowało "ciche zgromadzenie" ku pamięci Chameneia, przy którym irańska emigracja zorganizowała imprezę :) Iranki całkiem nieźle tańczą, co wkurza zachodnie feministki.



U nas natomiast kwik i żałoba wśród dupoprawicowców. Lisicki, odłożył na chwilę "chłodny realizm polityczny oparty na sile" i emocjonalnie jojczy, że "jak mogli zabić irańskiego przywódcę!?". Pewnie nie ma świadomości tego, że ludzie Chameneia zabili wcześniej m.in. libańskiego prezydenta Rene Moawada. 

Hegseth stwierdził, że zlikwidowany został dowódca jednostki irańskiego wywiadu odpowiedzialnej za przygotowanie zamachu na Trumpa. Ponoć tego irańskiego resorciaka zastrzelono na ulicy w Teheranie. Toczy się obecnie proces Pakistańczyka, którego Iran wynajął w 2024 r. do zabójstwa Trumpa. Oskarżony twierdzi, że to Iran odpowiadał za zamach na Trumpa w Pennsylwanii w czerwcu 2024 r.
Nie wiem ile w tym prawdy, ale przeprowadzanie zamachów na przywódców innych państw to narzędzie stosowane w polityce międzynarodowej od czasów starożytnych. Nasi dupoprawicowcy (często z góry wykluczający to, że Rosja zabiła prezydentów Kaczyńskiego i Kaczorowskiego w Smoleńsku) nie powinni więc jojczyć, tylko się douczyć.




Wychodzi na to, że Trump jest pierwszym bliskowschodnim prezydentem USA. Nie tylko dlatego, że dwie swoje córki wydał za przedstawicieli bliskowschodnich narodów (jedną za Żyda, drugą za Libańczyka). Doskonale posługuje się językiem powszechnie rozumianym na Bliskim Wschodnie - językiem politycznym. Poza tym lubi złoto i słowiańskie blondynki...

Wyobraźmy sobie taką sytuację: w 1986 r. Amerykanie rozwalają gejnerała Jarucwelskiego, Kiszczaka, Milewskiego, Ciastonia, Płatka, Urbana i szereg innych komuchów. W Warszawie, zwykli Polacy okazują radość po atakach. W Paryżu, Londynie, Nowym Jorku, Chicago odbywają się radosne demonstracje polskiej diaspory. Miejscowe lewary i dupoprawicowcy są oburzeni "zabiciem przywódcy państwa" i twierdzą, że komunistyczny reżim cieszy się masowym poparciem w Polsce, a emigranci to tylko "banda reakcjonistów". Wyciągnięci z dupy "eksperci" tłumaczą w libkowskich mediach, że prezydent Kaczorowski wraz z nie żyjącym od 15 lat generałem Andersem chcą przywrócić w Polsce "feudalizm", "rządy kapitału", "Brześć, Berezę i getto ławkowe" i że Polacy z tego powodu staną murem za komuszym reżimem okupacyjnym. Jakaś kretynka w stylu Agnieszki Piwar publikuje zdjęcia polskich, antykomunistycznych emigrantów i pisze, by "zapamiętać twarze tych zdrajców". Absurdalne? Nie. To właśnie dzieje się na naszych oczach.

sobota, 5 lipca 2025

Klęska Rosji na Zakaukaziu, zmiany w Chinach i ognie w Warszawie

 


Do ciekawych zmian dochodzi na Zakaukaziu. Podczas niedawnej wizyty ormiańskiego premiera Nikola Paszyniana w Ankarze, Armenia, Azerbejdżan i Turcja porozumiały się w sprawie korytarza transportowego Zangezur, łączącego azerską enklawę Nachiczewań z resztą terytorium Azerbejdżanu. Umowa przewiduje, że Rosja straci kontrolę nad tym korytarzem, a tranzytem towarów być może zarządzać będzie tam amerykańska firma.  Armenia i Azerbejdżan są więc bliższe osiągnięcia porozumienia pokojowego, co oczywiście wywołuje wściekłość Moskwy.

Niedawno doszło w Armenii do próby prorosyjskiego puczu - rozbitej przez służby Paszyniana. Okazało się, że zamach stanu organizowano pod patronatem Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego, a na czele spisku stał arcybiskup. Katolikos - czyli zwierzchnik ormiańskiego kościoła narodowego - Karekin II jest znanym przeciwnikiem Paszyniana. Po rozbiciu próby puczu oskarżył więc ormiańskiego premiera, że jest obrzezany. Paszynian odpowiedział, że może katolikosowi pokazać fiuta i udowodnić, że nie jest. Dodał, że Karekin II złamał celibat i ma nieślubne dziecko. Maregerita Simonian, ormiańska szefowa telewizji Russia Today, stwierdziła, że Paszynian to "odbyt Antychrysta".

(Ja pamiętam, że w ormiańskim klasztorze Geghard jest ciekawa płaskorzeźba. Przy normalnym oświetleniu przedstawia ona Baranka - ale jak się poświeci wyżej, to widać, że Baranem jest trzymany na łańcuchu przez Kozła, reprezentującego Szatana. W cerkwii w Eczmiadzynie - "ormiańskim Watykanie" - jest natomiast obraz przedstawiający mnicha kłaniający się Szatanowi na pustyni. Dodajmy do tego dużą inflitrację ormiańskiej cerkwii przez KGB...)

Ciekawie dzieje się też na linii Rosja-Azerbejdżan. Rosyjskie służby dokonały ostatnio dużych obław na azerskich imigrantów w dużych miastach. Akcja była brutalna, a w jej wyniku zginęło dwóch Azerów. Władze Azerbejdżanu odpowiedziały aresztowaniem ekipy Sputnika za szpiegostwo. Rosyjska bezpieka aresztowała więc dwóch prominentnych azerskich potentatów biznesowych. Azerbejdżan odpowiedział masowymi aresztowaniami Rosjan, którzy dostają ostry wpierdol w aresztach. Azerowie zamykają rosyjskojęzyczne szkoły i grożą, że zaproszą wojsko tureckie na swoje terytorium. Tymczasem Armenia chce znacjonalizować rosyjskie przedsiębiorstwa i zablokować rosyjskie media na swoim terytorium.



Rassija ponosi konsekwencje swojej kretyńskiej dyplomacji, w ramach której groziła niemal wszystkim państwom byłego ZSRR "losem Ukrainy". Dyplomacja pijanego żula...

Sukces Moskwa odniosła jedynie w Gruzji - gdzie ponad dekadę temu zainstalowała (przy poklasku Zachodu i różnych wyciągniętych z dupy "ekspertów") swoją agenturę. Obecnie ta agentura odebrała immunitety i finansowanie dla całej opozycji w parlamencie.  No u nas też był w grze podobny scenariusz, ale agentura na szczęście okazała się mniej kompetentna..

A w Moskwie - w eksplozji bomby ukrytej w hulajnodze - zginął Aleksiej Komkow, dyrektor 5 Służby FSB.

***

Niewiele mówi się o źródłach izraelskiego zwycięstwa nad Iranem. Jednym z nich był outsourcing IT. Irańczycy zlecali wiele krytycznych usług informatycznych dla swoich służb, wojska i rządu różnym indyjskim gównofiremkom. Później okazało się, że wszystkie te Pajitexy pracowały dla Mossadu. Irańskie systemy informatyczne były więc całkiem przezroczyste dla Izraelczyków.

Ale Izrael nie tylko odnosił sukcesy na tej wojnie.

Okazało się, że irańskie rakiety podczas wojny 12-dniowej trafiły w co najmniej pięć izraelskich baz wojskowych. Nie wiadomo, jakie poniesiono tam straty - Izrael stosuje cenzurę,  ale izraelski Kanał 13 mówił o "znacznych stratach, które zatuszowano".. Tuszowano też choćby uderzenie w budynek izraelskiego Ministerstwa Obrony. I wbrew temu, co Odkrywca ostatnio pisał w komentarzach - budynek giełdy papierów wartościowych w Tel Awiwie też został trafiony - o czym pisały izraelskie media i świadczą liczne filmy.

Tymczasem nad Syrią operowały izraelskie, amerykańskie, brytyjskie, francuskie i niemieckie myśliwce, strącające irańskie rakiety i drony.

Wyszło też na jaw, że Arabia Saudyjska pomagała Izraelowi zestrzeliwać irańskie rakiety. I w sumie cała ta wojna poszła tak jakby według saudyjskiego scenariusza. Nie zapominajmy, że to Arabia Saudyjska, ZEA i Katar obsypały kilka tygodni temu Trumpa setkami miliardów dolarów...

Cieszą się też w Syrii - w Damaszku świętowano fajerwerkami to, że Trump zniósł sankcje nałożone na ten kraj. 

***

Ciekawe rzeczy dzieją się też w Chinach. Jak podała Hanna Shen:

"Już kilka miesięcy temu kilku komentatorów na Tajwanie sygnalizowało, że podczas sesji plenarnej KPCh w sierpniu wydarzy się coś ważnego...i może to być oficjalne odsunięcie Xi Jinpinga od władzy....oficjalne bo to nieoficjalne już się zaczyna. Powołano właśnie nową strukturę w ramach KPCh, która ma podejmować decyzje w najważniejszych dla państwa sprawach (powrót do kolektywnego przywództwa) -już nie Xi decyduje ale ta grupa. Władze nad wojskiem ma mieć Zhang Youxia (generał i wiceszef Centralnej Komisji Wojskowej....szefem Komisji jest Xi). Zhang pomógł Xi zdobyć władze na 3cią kadencję po czym Xi próbował podkopać pozycję Zhanga w Centralnej Komisji Wojskowej sprawującej pieczę nad armią. Teraz Zhang i starszyzna KPCh, w tym b. prezydent Hu Jintao, którego w 2022 r. podczas zjazdu KPCh Xi upokorzył, planują kto zajmie miejsce po Xi.......Xi narobił sobie dużo wrogów w KPCh i teraz oni uderzają.
Inne dowody cytowane przez media a wskazujące na chwijącą się pozycję Xi:
- Niedawna zmiana nazwy „Sali Pamięci Xi Zhongxuna (ojca Xi Jinpinga)” w Pufeng w prowincji Shanxi na „Salę Pamięci Rewolucji Guangzhong” . Xi Jinping stworzył je by upamiętnić swego ojca.
- Całkowita nieobecność Xi w wystąpieniach publicznych przez okres dwóch tygodni, począwszy od końca maja. Państwowe media, w tym „Dziennik Ludowy”, prawie nie informowały o prezydencie Xi w tym okresie.
Co będzie z tej walki w KPCh zobaczymy w sierpniu na sesji plenarnej .....gdyby doszło do zmiany władzy to raczej nie będzie to dobra wiadomość dla Putina."

Rzeczywiście, nagle zaczęli się tam bawić w KC w powrót do struktur kolektywnych.

Generał SWR pisał natomiast kilka tygodni temu, że według rosyjskich służb, Xi Jinping miał zawał serca. 

Można się domyślić, że powody do zdenerowania Xi Jinpingowi dawała w ostatnich miesiącach polityka Trumpa.

A co tam w USA? Wbrew "ekspertom" gospodarka, ani giełda nie załamały się . Trump przed 4 lipca podpisał "Wielką, Piękną Ustawę" budżetową. "Eksperci" skupiają się na tym ilu ludzi może stracić w jej wyniku w ciągu 10 lat (!) ubezpieczenie zdrowotne i jojczą z powodu wzrostu długu, ale ta ustawa oznacza, że gospodarka USA będzie rozwijała się podobnie dynamicznie jak za pierwszej kadencji Trumpa i jak za rządów Bidena. Oznacza ona również duże fundusze dla kompleksu militarno-przemysłowego oraz na rozwój sztucznej inteligencji.  ICE dostanie 175 mld USD budżetu, by deportować więcej imigrantów. A dotychczasowe deportacje okazały się mieć znakomite skutki dla gospodarki - rośnie zatrudnienie wśród osób urodzonych w USA, spada wśród imigrantów. 


***

A w Polsce?

Coś ostatnio za dużo dziwnych zbiegów okoliczności w Warszawie i okolicach...

W nocy z 30 czerwca na 1 lipca doszło do pożaru podstacji energetycznej przy stacji metra Racławicka. Akurat ta podstacja była kluczowa w systemie, więc pożar sparaliżował na jeden dzień linię metra M1. Tuż obok miejsca pożaru znajduje się komenda główna Straży Granicznej.

2 lipca wieczorem doszło do pożaru stacji transformatorowej przy ul. Zamienieckiej, na Grochowie.  Dziwnym trafem, tego samego dnia, o 18.30 doszło do pożaru stacji transformatorowej w Legionowie.

3 lipca wieczorem spłonęły zaś dwa bloki mieszkalne w Ząbkach przy ulicy Powstańców. (Mój kolega z liceum akurat mieszka przy tej samej ulicy, w tak samo wyglądającym bloku - położonym jednak kilka przecznic dalej.) Emerytowany generał Straży Pożarnej Ryszard Grosset dziwił się, że pożar pojawił się na całej długości dachu.

Przypominam, że mieliśmy jakiś czas temu w Warszawie i kilku innych miastach do czynienia z podpaleniami, m.in. hali targowej przy Marywilskiej i marketu budowlanego Obi przy Radzymińskiej, dokonywanymi przez ukraińskich oraz białoruskich imigrantów - jełopów zwerbowanych przez rosyjskie tajne służby. Podobny był modus operandi rosyjskich służb w kilku innych krajach, m.in. w Estonii  i na Litwie.  Można odnieść wrażenie, że tym razem Ruscy wysłali przeciwko nam lepiej wyszkolonych dywersantów.



Co robi rząd? Pomstuje na to, że Ruch Obrony Granic przeszkadza niemieckiej Polizei we wpychaniu na teren Polski subsaharyjskich imigrantów z fałszywymi papierami. Politycy KO przekonują nas, że owi nachodźcy to tylko członkowie zespołów tanecznych z Senegalu. A skąd to wiedzą? A co jeśli wśród nich są też dywersanci zwerbowani przez rosyjskie służby? Przecież Subsaharyjczycy walczą też w szeregach wojsk rosyjskich na Ukrainie. Co za problem ściągnąć pod Moskwę lub na Białoruś jakiegoś Murzyna zwerbowanego w kraju, gdzie operuje rosyjski Korpus Afrykański, wyszkolić go na dywersanta i przerzucić do Europy - nawet i okrężną drogą. 1 na 5 nielegalnych imigrantów trafiających do Niemiec, dostaje się tam normalnymi rejsowymi samolotami. 

Czemu libkom tak trudno zrozumieć, że nie wolno wpuszczać przez granicę kolesi z jakiś shitholi, którzy nie wiadomo kim są i dla kogo pracują? A... zapomniałem. Libki miały poważny problem z tym, która z dwóch kratek na karcie wyborczej była "na Rafaua". 


Niezależnie od argumentów - gówno zrozumieją. Nawet jeśli będą ofiarami przestępców-imigrantów, to może do nich nie dotrzeć. Będą głosy, że "należy wybaczać", by "nie dawać paliwa rasistom". 24-latka, której w Toruniu Wenezuelczyk wydłubał oczy śrubokrętem raczej miała liberalne poglądy, a jakoś żadna feministka nie protestuje przeciwko przemocy jaka ją dotknęła. No cóż, libki na całym świecie zwykle współczują bardziej przestępcom niż ich ofiarom. No chyba, że chodzi o mowę nienawiści lub heteroseksualne molestowanie seksualne...

***

Jak zwykle zachęcam do kupowania i czytania najnowszej książki Waszego Ulubionego Autora czyli "Demonów nazistów".


Fragment recenzji napisanej przez Pawła Skuteckiego (byłego posła) na portalu Historia Naprawdę:


"Książkę Kozieła przeczytałem w kilka dni, dawkując, żeby na dłużej starczyła. To naprawdę świetny przykład pisania o sprawach, które niosą ze sobą ogromne ryzyko dla autora. Bardzo łatwo można się ześlizgnąć albo na pozycję cynicznego ironisty, albo – co gorsza – dostać etykietę wyznawcy teorii spiskowych, która nie traci ważności nawet wówczas, gdy część z tych teorii z czasem okazuje się prawdą. Hubert Kozieł zachowuje się jak rasowy reportażysta: opowiada, relacjonuje, pokazuje i stoi twardo na gruncie logiki. Także wtedy, kiedy pisze o tym, że dzisiejsza nauka nie może rościć sobie praw do przyszłości.

„Demony nazistów” to zdecydowanie jedna z ciekawszych książek, jakie przeczytałem w tym roku, a konkurencja jest ogromna. Kozieł pisze sprawnie, ciekawie, z niesamowitą lekkością, co w kontekście nazizmu i morza cierpień, jakie przynieśli światu, jest wystarczającą rekomendacją. Polecam gorąco."

Fragment recenzji z portalu Lubimyczytać napisanej przez użytkowniczkę podpisaną nickiem mommy_and_books:

"Książka Huberta Kozieła pod tytułem "Demony nazistów. Nawiedzone miejsca i okultyzm III Rzeszy" wywołała we mnie mnóstwo emocji. Poznałam wiele faktów, o których nie miałam pojęcia. Po jej przeczytaniu jestem jednocześnie przerażona i wstrząśnięta.(...) Wierzę w istnienie duchów i sił nadprzyrodzonych. Na własne oczy widziałam opętaną kobietę. Od tego wydarzenia minęło prawie 13 lat, a ja nadal słyszę jej bluzgi. Dlatego na serio odbieram tę książkę i wierzę, że dusze zamordowanych lub po samobójczej śmierci mogą znajdować się w miejscu, w którym dokonali żywota. Dzięki autorowi poznacie miejsca, w których dochodziło do nadprzyrodzonych zjawisk. Jestem zadowolona z tej książki. Okładka jest przerażająca. Wzbudza we mnie dziwne emocje. W środku tekst napisany jest większą czcionką, co znacznie ułatwia czytanie. Znalazłam też świetne ilustracje, które nadają tej książce dodatkowego charakteru. Moim zdaniem warto przeczytać "Demony nazistów. Nawiedzone miejsca i okultyzm III Rzeszy". Fabuła jest tak wciągająca, że tę książkę można pochłonąć w ciągu jednego dnia. Po tej historii z chęcią sięgnę po inne dzieła tego autora."

W piątek 11 lipca możecie spotkać Waszego Ulubionego Autora na prelekcji dla Stowarzyszenia Niklot "Szaleństwo w szaleństwie" poświęconej nazistowskiemu okultyzmowi. Adres: Warszawa, ul. Ożarowska 61, "Pracownia na Kole", lokal usługowy U10. Wstęp wolny i bezpłatny. Będzie oczywiście możliwość zdobycia autografu na książce.

Polecam również książkę zaprzyjaźnionego autora z Repliki: "Baśka Murmańska. Niezwykła niedźwiedzica Wojska Polskiego". Pewnie za tydzień ją zrecenzuję - a także "Aferę teozofów".


piątek, 17 maja 2024

Chiny przejmują Rosję + Zamach na Słowacji

 


Nie wiem, czy zwróciliście na to uwagę, ale wraz z "Putinem" do Pekinu udał się cały rosyjski rząd. Wszyscy ministrowie. Tak jakby to Xi Jinping ich zaprzysięgał. Lub wręczał jarłyk zarządzającym prowincją.

Ten rząd jest staro-nowy. "Stary" w tym sensie, że jego premierem pozostał Michaił Miszustin. To człowiek Chin - koleś, który wprowadzał w Rosji kody PR i chińskie systemy inwigilacji w trakcie pandemii. Pekinowi bardzo więc zależało, by nadal pełnił swoją misję. 

Duży awans spotkał Denisa Manturowa, który został pierwszym wicepremierem odpowiedzielanym za przemysł. To również technokrata będący człowiekiem Chin. Ma charakterystyczny "żulerski" głos ("Panie kierowniku...").

Awans na stanowisko wicepremiera dostał Dmitrij Patruszew, dotychczasowy minister rolnictwa, syn Nikołaja Patruszewa, byłego szefa FSB. Sam Nikołaj Patruszew przestał być szefem Rady Bezpieczeństwa Pederacji Rosyjskiej, a został "doradcą" Putina. Generał SWR twierdzi, że Patruszew zgodził się na to, by utorować swojemu synowi drogę do sukcesji po "Putinie" i że obecnie toczy się walka między ludźmi Patruszewa i Siergieja Czemiezowa, szefa korporacji zbrojeniowej Rostec.

Kop w górę spotkał Szojgu, który stracił stanowisko ministra obrony i został szefem Rady Bezpieczeństwa w miejsce Patruszewa. Jednocześnie w jego dawnym resorcie trwa czystka, w ramach której aresztowani są generałowie. Generał Konaszenkow - rzecznik rosyjskich sił zbrojnych - złożył dymisję. Nowym ministrem został Andriej Biełousow, czyli "księgowy", który ma doprowadzić ten burdel do porządku. 

Tego typu zmiany zostały, moim zdaniem, wymuszone na Moskwie przez Pekin. Wskazują one, że Rosja dostała od Chińczyków polecenie dalszego prowadzenia wojny. Tyle, że ma ona być prowadzona bardziej efektywnie. To również wskazuje na to, że Chińczycy sami się przygotowują do konfrontacji, a działania Rassiji odgrywają rolę "lodołamacza" mającego prowadzić do zmęczenia Zachodu.

Sprawa ma też jednak drugie dno...

Generał SWR donosi, że na początku 2025 r. mają zostać podpisane umowy przekazujące Chinom w dzierżawę duże obszary Syberii. Przekazany szmat ziemi ma być większy od obszarów okupowanych przez Rosję na Ukrainie. Z punktu widzenia Chin to odzyskanie ziem, które utracono w wyniku "nierównoprawnych traktatów" podpisywanych w XIX w. z rządem carskim. Na poniższej mapce macie zaznaczone na czerwono tereny zdobyte przez Rosję od czasu Traktatu Pekińskiego z 1860 r., a na brązowo od czasu Traktatu Ajguńskiego z 1858 r. 


Różni duporealiści, którzy używają argumentu o tym, że "Rosja może zacieśnić relacje z Chinami przeciwko USA" są więc mocno spóźnieni z tą retoryką. Moskwa i Pekin robią to już bowiem od 1989 r., a obecnie widzimy tylko ostatnie stadia tego procesu. Tylko różne Kuźniary, Sykulskie i Bartosiaki tego nie dostrzegają.

***

Tymczasem w centrum uwagi świata znalazły się wydarzenia na Słowacji - chyba po raz pierwszy od czasów ks. Tisy.

71-letni były ochroniarz i zarazem bajkopisarz Franz Bonaparta Juraj Cintula postrzelił postkomunistyczno-nacjonalistyczno-populistycznego premiera Roberta Ficę. Zamachowiec kilka lat temu zakładał "ruch przeciwko przemocy" i ogólnie sprawiał wrażenie typowego ześwirowanego libka, w rodzaju naszych DebilnychRazem.  Wcześniej jednak był związany z nacjonalistyczną, prorosyjską organizacją Slovensci Branci,  mającą związki z rosyjskimi Nocnymi Wilkami, a której szef był kiedyś szkolony przez żołnierzy Specnazu. Jeśli w kraju postkomunistycznym jakiś boomerski dziaders posiada pozwolenie na broń, to zwykle wywodzi się z kręgów milicyjno-bezpieczniackich. W przypadku Cintuli pojawiły się w necie informacje, że był funkcjonariuszem StB. Okazuje się, że chyba był tylko jej TW.  Cholera wie, dla kogo pracował. 

Wbrew onucowskiej propagandzie USA miały raczej mały interes w zamachu. Słowacja ich specjalnie nie interesuje. Co miała przekazać Ukrainie, to już przekazała. Berlinowi również nie wadzi prorosyjskie stanowisko tamtejszego rządu, ale może mu się nie podobać jego sprzeciw wobec dążeń do centralizacji Unii. Rosja teoretycznie powinna być zadowolona z rządów Fico, ale zdarzało się jej w przeszłości obalać swoich kolaborantów - na przykład Amina i Janukowycza. Albo to więc jakieś fikuśne,a przy tym totalnie kretyńskie szachy 4D (przypominające zabicie afgańskiego prezydenta w grudniu 1979 r.), albo po prostu odwaliło jakiemuś libkowsko-esbeckiemu zjebowi. 

***

Do ciekawej sytuacji doszło również na Nowej Kaledonii. Wybuchły tam ostre zamieszki - tubylcy zbuntowali się przeciwko nowemu prawu wyborczemu, które próbuje im narzucić Paryż. Francja oskarżyła po tym o wspieranie tubylczych separatystów... Azerbejdżan. Rzeczywiście bowiem do Baku przyjeżdżali bowiem przedstawiciele miejscowych niepodległościowców, a podczas protestów pojawiały się w tłumie flagi Azerbejdżanu. Alijew miał w ten sposób odpłacić Macronowi za wspieranie przez niego Armenii w konflikcie o Karabach. Repetowicz on a life support...


sobota, 23 września 2023

Wojna jednodniowa

 



Ilustracja muzyczna: System of a Down - Aerials

Chyba nikt nie spodziewał się, że pokonanie samozwańczej Republiki Arcachu zajmie tak krótko. Zajęło jeden dzień. Główny front obrony separatystów załamał się po ośmiu godzinach. Oczywiście bardzo mocno pracowało azerskie lotnictwo dronowe. Władze Arcachu najwyraźniej uznały, że nie mają żadnych szans i zdecydowały się na rozmowy kapitulacyjne. Ich armia złożyła broń - no może z wyjątkiem oddziału generała Karena Dżawaljana, który przeszedł do partyzantki. Delegacja Azerbejdżanu już wręczyła władzom Arcachu listę osób do wydania: byłych przywódców samozwańczego państewka oraz sprawców czystek etnicznych na ludności azerskiej w czasie pierwszej wojny karabaskiej. 

Niektórzy twierdzą, że cała ta wojna to spisek karzełka Putina z azerskim prezydentem Alijewem mający na celu obalenie rządów ormiańskiego premiera Paszyniana. Ja skłaniam się natomiast do teorii, że to był spisek Alijewa z... Paszynianem.

Armenia podczas tej wojny demonstracyjnie bowiem odcięła się od separatystów z Arcachu. Symboliczny pod tym względem był tweet ormiańskiego Ministerstwa Obrony mówiący o "stabilnej sytuacji na granicy". Paszynian wydał rozkaz, by nie strzelać do wojsk azerskich. Jednocześnie cały czas utrzymywał,  że na terenie Arcachu nie ma żadnych jednostek armii ormiańskiej, a separtyści działają wyłącznie na własną rękę. Już po zakończeniu starć, Paszynian stwierdził, że doniesienia o dużych ofiarach wśród cywilów są nieprawdziwe.  Ostro skrytykował też władze Arcachu za to, że kazały się zgromadzić 10 tys. cywilów na terenie zamkniętego lotniska w rosyjskiej bazie wojskowej, oszukując tych ludzi, że mają zapewniony transport do Armenii, a potem twierdząc, że ormiański rząd odmówił im ewakuacji. Działania rządu Paszyniana pochwalił natomiast prezydent Alijew, który zapewnił, że granice Armenii będą nienaruszalne.  Azerbejdżan dostał, to czego chciał od trzech dekad. Armenia pozbyła się pasożyta w postaci Arcachu, który łączył ją z Ruskim Mirem. Teraz droga do normalizacji stosunków między Erywaniem, Baku i Ankarą jest otwarta. Podobnie jak droga Armenii na Zachód. Paszynian poświęcając Arcach dokonał więc po prostu gambitu. Ciekawe, że na kilka dni przed wojną mówił o szykowanym traktacie pokojowym z Azerbejdżanem...

W całej tej historii strasznie skompromitowała się Rosja. Jej "mirotworcy" po prostu uciekli, a ich baza została zbombardowana przez Azerów. Azerscy żołnierze zabili też w zasadzce rosyjskich oficerów: majora, podpułkownika i dwóch pułkowników, w tym zastępcę dowódcy sił podwodnych Floty Północnej. Wizerunek "wielkiej, opiekuńczej" Rosji załamał się wśród Ormian. Doszło do tego, że demonstracyjnie niszczyli oni swoje rosyjskie paszporty podczas demonstracji w Erywaniu.




Symboliczne jest to, że wojna w Karabachu była jednym z konfliktów, który przyczynił się do rozpadu ZSRR. Wybuchła m.in. dlatego, że Gorbaczow wyrzucił z KC Hejdara Alijewa - długoletniego pierwszego sekretarza Azerskiej SSR, a wcześniej szefa KGB w republice. Alijew zawadzał lobby ormiańskiemu na Kremlu, w tym ekonomistom doradzającym Gorbaczowowi. Spotkałem się na Kaukazie z opinią, że wszystko potoczyłoby się o wiele lepiej, gdyby to Alijew został przywódcą ZSRR w miejsce Gorbaczowa. No ale od czasów Stalina i Berii Wielkorusi nie chcieli by nim rządził ktoś z Kaukazu...

***


Sytuacja z Ukrainą i Zełenskim wydaje się być oczywista. Orientują się na Niemcy i od kilku miesięcy pomagają im w próbach obalenia obecnych polskich władz. (Na ile te próby są mądre, to inna sprawa...). Ukraińcy mają oczywiście zbyt naiwne podejście do UE i żenująco niską wiedzę o mechanizmach jej funkcjonowania. Niemieckie obietnice "złotych gór" w ramach programu odbudowy więc na nich podziałały. Niektórzy twierdzą, że Niemcy byłyby też pomocne przy ewentualnym zamrożeniu konfliktu - ale oczywiście za próby takiego zamrożenia Zełenski zostałby wywieziony na taczkach z Bankowej. Ukraińska orientacja na Niemcy oczywiście nie przyniesie Kijowowi "złotych gór". UE nie będzie miała wystarczających środków, by odbudować gospodarkę ukraińską po wojnie. Nie styka się jej przecież nawet osławiony fundusz Next Generation EU. Ukrainę można odbudować tylko za pomocą skonfiskowanych rosyjskich rezerw - ale to będą pewnie blokować Niemcy i UE, tak jak teraz wyśmiewają ukraińskie pomysły, by wyrzucić Rosję z RB ONZ.  Niemcy nie są też w stanie, ani nie mają zamiaru silniej wesprzeć Ukrainy sprzętem wojskowym. Przed Kijowem maluje się więc czarna przyszłość w niemieckiej strefie, w której Ukraińcom wyznaczono rolę jedynie rezerwuaru taniej siły roboczej i zaplecza surowcowego. Wszak nawet według optymistycznych prognoz dla Ukrainy, ukraiński PKB będzie w 2030 r. cztery lub pięć razy mniejszy od polskiego. Polska będzie miała też pewnie więcej ludności niż Ukraina. Tamtejszy rynek będzie więc mały, biedny i opłacalny jedynie jako miejsce do neoliberalnego, januszowskiego wyzysku, przed którym Ukraińcy będą uciekać do Polski. 




Zełenskiego za ostatnią szarżę w ONZ skrytykował Arestowycz, ironizując, że może jeszcze wypowiedzą wojnę Polskę. Stwierdził, że ukraińskie elity mają w sobie gen samozniszczenia. Zaczynają coś dobrze, by później zawsze to spieprzyć. Nie mylmy też zgniłych "elit" z opinią zwykłych Ukraińców, która jest obecnie mocno propolska.

Wszelkie sondaże wskazują, że gdyby w wyborach startowała partia ukraińskich generałów, to zmiotłaby ona wszelkie inne stronnictwa, łącznie z ruchem Zełenskiego. Zgadzam się więc z komentarzem w Defence24.pl mówiącym, że: 

"Elity wojskowe na Ukrainie cieszą się wysoką autonomią, a relacje na linii politycy-wojskowi bywają szorstkie. Nie jest też tak, że Załużny czy Budanow nie mają w ukraińskiej polityce nic do powiedzenia. Załużny, zwany także, „żelaznym generałem" – jak mówi się nieoficjalnie – nie ma najlepszych relacji z Wołodymyrem Zełenskim i panów łączy tzw. szorstka przyjaźń. Władza na Ukrainie nie jest monolitem i to, że obecnie część elit zaczęła ciążyć ku polityce Niemiec nie oznacza wcale, że polskie sprawy w Kijowie są przegrane. Pytaniem retorycznym pozostaje czy jesteśmy gotowi by jak rasowy poważny kraj lobbować za naszymi interesami?"

(koniec cytatu)

Po zakończeniu czy - nie daj Boże - zamrożeniu konfliktu możemy mieć do czynienia na Ukrainie z podobną sytuacją jak w pierwszej połowie lat 20-tych w Polsce. Wojskowi są tam bez wątpienia najbardziej kompetentną częścią elit. Świadczą o tym choćby przeprowadzane przez nich błyskotliwe uderzenia we wrażliwe cele wroga, takie jak atak na sztab Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu czy na bazę lotniczą Czkałowski pod Moskwą. 

No i przynajmniej już wywalili tego transa z funkcji rzecznika :)

Mimo ostatnich napięć na linii Kijów-Warszawa, nie zmieniam swojego zdania o tym, że nasza pomoc wojskowa dla Ukrainy była w 100 procentach opłacalna dla Polski. Ci którzy na nią jojczą przypominają patafianów, którzy twierdzili, że Wyprawa Kijowska była przyczyną tego, że bolszewicy doszli prawie pod Warszawę. Było wręcz przeciwnie. Bez Wyprawy Kijowskiej Armia Konna Budionnego rozpoczęłaby swoje uderzenie znad Zbrucza a nie znad Dniepru. Nasze uderzenie na Kijów kupiło więc na potrzebny czas i przestrzeń. Tak samo jak przez ostatnie kilkanaście miesięcy opór wojsk ukraińskich przeciwko rosyjskim najeźdźcom. 

Dlatego też totalną moskiewsko-berlińską żenadą jest jojczenie różnych Warzechów i Dzierżawskich, że Ukraina "powinna zakończyć konflikt", bo na froncie "giną tysiące Ukraińców". Ostatnio w "Do Rzeczy" ukazał się propagujący takie idiotyczne tezy wywiad z Jeffreyem Sachsem przeprowadzony przez znanego zjeba Wojciecha "Mielonkę" Golonkę.  W wywiadzie w "Do Rzeczy" twierdzi on też, że jest dumny ze swojej współpracy z Balcerowiczem i efektów swojego planu transformacji gospodarczej. Po tej deklaracji mamy jego jojczenie "ojej, giną tysiące Ukraińców, zakończmy tę wojnę". Podobną truciznę sączono w czasie wojny wietnamskiej w USA oraz we Francji w latach 1939-1940. Każdy świadomy historii Polak powinien być na taką idiotyczną propagandę wyczulony. No ale czego się spodziewać po przebierańcach udających polską prawicę?

***

W 12 odcinku serialu "Reset" dużo miejsca poświęcono dokumentom mówiącym o planach z 2011 r. podpisanych przez Klicha i gen. Cieniucha przewidujących obronę na rubieży Wisły, czyli oddanie wschodniej Polski - w tym warszawskiej Pragi - rosyjskim najeźdźcom. Odcinek oczywiście polecam, zwłaszcza jego drugą połowę.


Na tych klichowsko-cieniuchowskich planach suchej nitki nie zostawili m.in. generałowie: Wroński, Komornicki, Polko i Samol

Jaka jest reakcja ekipy, która była odpowiedzialna za stworzenie tej katastrofalnej koncepcji?

Niektórzy z nich twierdzą, że plany te "zostały sfałszowane". Inni jojczą, że to skandal, że "ujawniono tajne plany NATO". W ich optyce, dużo większym skandalem jest to, że opinia publiczna mogła się zapoznać z okładką i paroma stronami archiwalnego i już totalnie nieaktualnego planu z 2011 r., niż to, że chciano oddać wschodnią Polskę wrogowi i zmienić Warszawę, Sandomierz, Toruń, Bydgoszcz i  Gdańsk w miasta frontowe. 




Wśród tych, którzy jojczyli, że "ujawniono tajne plany" znalazł się również gen. Skrzypczak, czyli specjalista od bezmyślnego mielenia ozorem. Tak się akurat składa, że to sam Skrzypczak w 2014 r., w wywiadzie dla "Faktu" ujawnił jedno z założeń tych planów, czyli to, że wojsko będzie bronić się trzy dni na podejściach do Warszawy. Co więcej mapki hipotetycznej wojny prowadzonej według tych planów były publikowane wówczas w prasie. Oczywiście optymistycznie zakładano kontratak - taki jak obecnie na Zaporożu. 

Generał Koziej - jedna z najbardziej tragikomicznych postaci w ponad tysiącletnich dziejach polskich sił zbrojnych - zwalił winę na prezydenta Lecha Kaczyńskiego. To Kaczyński miał te plany zatwierdzać. W 2011 roku, rok po swojej śmierci w Smoleńsku. Koziej twierdzi, że plany te wynikały z jakiejś dyrektywy BBN z 2007 r. Jakoś nie pokazuje jednak tekstu tej dyrektywy, ani nie wspomina, że owe plany były sprzeczne z dyrektywami choćby z 2009 r. Możemy więc z dużym prawdopodobieństwem założyć, że ów współczesny Izydor Modelski i zarazem resetowy partner Nikołaja Patruszewa, po prostu łże, by zatuszować swoją totalną niekompetencję. 

Siemoniak twierdzi natomiast, że obrona na rubieży Wisły była tylko jednym z wariantów, najbardziej pesymistycznym. Skoro tak, to co on robił - i jego poprzednik Klich - by zapobiec realizacji takiego scenariusza? Czy rozbudowywał armię, kupował nowy sprzęt, tworzył jednostki wojskowe na wschód od Wisły? Nic takiego się nie działo. Wręcz przeciwnie. Armia się zwijała, a jednostki mogące stawiać opór wrogowi na wschodzie likwidowano. Były to też czasy gdy koziejowski BBN współpracował ze swoim rosyjskim odpowiednikiem, SKW kierował gen. Pytel mający zarzuty dotyczące kontaktów z FSB, polskie jednostki były wizytowane przez rosyjskich inspektorów (mimo zawieszenia w 2007 r. przez Rosję udziału w układzie o kontroli konwencjonalnych sił zbrojnych w Europie), a Klich chciał kupować rosyjski sprzęt dla naszego wojska. 

Jak wskazuje Piotr Grochmalski (ekspert, który trafnie przewidział rosyjski atak na Ukrainę):

"Jak wskazał prof. Grochmalski, kiedy w 2011 roku Polska zlikwidowała czwartą dywizję, Rosja stopniowo zwiększała swoje nakłady na armię i zaczęła odbudowywać 1. Gwardyjską Armię Pancerną, która w czasach Związku Sowieckiego, stacjonując na terytorium Niemiec Wschodnich, miała odegrać rolę taranu niszczycielskiego, który rozbije formacje NATO-owskie gdyby ZSRS zaatakował Zachód".

– I ta 1. armia miała uderzyć właśnie na tym kierunku, którego bronić miała zlikwidowana 1 Warszawska Dywizja Zmechanizowana. Pierwszym jej zadaniem miało być jak najszybsze przebicie się walcem przez Polskę – tłumaczył nasz rozmówca. – W związku z tym, przy trzech dywizjach, z których dwie były rozlokowane przy granicy z Niemcami, polska armia nie byłaby w stanie zatrzymać uderzenia rosyjskich armii Zachodniego Okręgu Wojskowego, utworzonego w 2010 roku, nawet na linii Wisły. Rosyjskie zagony pancerne realny opór napotkałyby dopiero pod Poznaniem."

(koniec cytatu)


Ktoś kiedyś napisał w komentarzu pod jednym z wpisów na moim blogu, że miał realistyczny sen, w którym wojska rosyjskie szturmowały Gniezno. Być może to był przebłysk z rzeczywistości alternatywnej. Rzeczywistości, w której Bronek "Bul" Komorowski - polski Peter Griffin - nie wszedł na krzesło w japońskim parlamencie i nie przerżnął przez to wyborów, a Kopacz nadal była premierem po 2015 r.

Pamiętacie jeszcze może jak karykaturalny gejnerał Różański zrezygnował w 2016 r. ze stanowiska, "bohatersko" opierając się naciskom Macierewicza na tworzenie jednostek wojskowych na wschód od Wisły? Ten pajac wciąż chciał kontynuować strategię obrony Polski na Wiśle czy raczej na Odrze. Oni nadal są jej wierni, o czym świadczy ich nieustanne jojczenie na zakupy amerykańskiego i koreańskiego sprzętu i powiększanie wojska. Nie podobają im się Abramsy, nie podobają Himarsy... Co to za generał, który jojczy, że będzie miał więcej żołnierzy i sprzętu? Najwidoczniej jakaś podróbka generała. 

No i teraz wiecie, czemu doszło do zamachu w Smoleńsku - by takie cieniucho- różańsko- i koziejopodobne podróbki generałów znów zaczęły kierować jedną z kluczowych natowskich armii.

W całej tej historii nie mogę jednak zrozumieć jednej rzeczy: dlaczego na podobną destrukcję wojska jak Polska za resetu i Ukraina za Janukowycza realizowały również Niemcy? Poniżej macie ilustrację tej destrukcji. Jedna mapka przedstawia bataliony stacjonujące w RFN i Berlinie Zachodnim w 1990 r., druga w 2022 r. Jedna kropa to batalion. Uwzględnione są też wojska amerykańskie, brytyjskie, francuskie itd. Szare kropki to bataliony niemieckie. Widać, że całej Brandenburgii i Berlina bronią obecnie zaledwie jedynie cztery bataliony, czyli wzmocniony pułk - i to pewnie o obniżonej zdolności bojowej. 




***

Następnym razem - jeśli Allach pozwoli - Sny: Brązowa Granica