Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białoruś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białoruś. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 września 2025

Drony, drony, detente z Białorusią i morderstwo Charliego Kirka

 



To, że rosyjskie drony spadły w większej ilości na polskie terytorium, wcale mnie nie dziwi. Takich prowokacji można się było spodziewać od dawna. To typowa moskiewska akcja. Pamiętam jak na moich tegorocznych i zeszłorocznych urodzinach Michał Aleks Orzechowski mówił, że będą nam takie drony i pociski posyłać, by nas postraszyć. Kiedyś prześlą rakietę z jakąś dziwną, kolorystycznie jaskrawą substancją, która na pierwszy rzut oka będzie kojarzyła się z bronią chemiczną, a okaże się ona pastą do zębów.

Nie mieliśmy do czynienia z pomyłkowym wtargnięciem tych dronów w naszą przestrzeń powietrzną, ani z przypadkiem utraty nad nimi kontroli przez Rosjan w wyniku ukraińskiego zakłócania ich systemów naprowadzania. Ruscy szykowali się do tej akcji od miesięcy, umieszczając w dronach polskie i litewskie karty SIM (w feralną noc drony wleciały także na Litwę, co zatuszowano). Tej nocy miały one polskie karty.  Kierowały się one w stronę określonych obiektów, takich jak lotnisko w Rzeszowie, zakłady PGZ czy elektrownia Połaniec.  Nie były to drony z głowicami bojowymi, tylko wabiki Gerbera. Wyposażono je w dodatkowy zbiornik paliwa, by przedłużyć czas ich lotu. Miały też irańskie, w miarę odporne na zakłócenia, czteropasmowe anteny do nawigacji satelitarnej.   Część wleciała do nas znad Białorusi. Początkowo leciało z tamtego kierunku około 50 dronów, ale część zawróciła. 

Czy państwo polskie zdało egzamin? Przypomnijmy kilka rzeczy związanych z dronami.

Niektórzy z Was być może widzieli lata temu odcinek "Beavisa & Buttheada", w którym weszli do bazy wojskowej i zaczęli bawić się dronami latającymi nad Afganistanem, myśląc, że to gra...

Drony nie są zupełną nowością na polu walki. Istniały już w czasie I wojny światowej, ale ich zastosowanie było bardzo ograniczone ze względu na dużą niedoskonałość systemu sterowania. Na dobre zaczęły zadomawiać się w nowocześniejszych armiach w latach 90-tych, ale i wówczas traktowano je jako uzupełnienie dla sprzętu konwencjonalnego. Postzimnowojenne siły zbrojne wciąż stawiały na rozwój uzbrojenia z czasów zimnej wojny - myśliwców kolejnych generacji, nowoczesnych czołgów i pocisków rakietowych. Gdy w czasie wojny w Gruzji, Rosjanie zestrzelili kilka gruzińskich dronów, uznawano to za wielki news w kręgach militarnych nerdów. Sygnałem zmian była wojna o Karabach, podczas której Azerowie umiejętnie wykorzystywali tureckie drony do masakrowania sił ormiańskich, ale i tak drony były wówczas jedynie uzupełnieniem sił konwencjonalnych.

Do przełomu doszło na Ukrainie. Ukraińcy postawili na masowe użycie dronów, bo po prostu brakowało im konwencjonalnego sprzętu. Ruscy postawili na irańskie Szachedy, bo nie chcieli wyprztykać się z Iskanderów i Kindżałów. Dronoza przybrała tam szybko zatrważające rozmiary, uniemożliwiła prowadzenie wojny manewrowej i upodobniła front ukraiński do frontu zachodniego z czasów I wojny światowej. Dron odegrał taką rolę jak ckm, a nawet gorszą - wszak osintowe kanały są pełne filmów pokazujących ataki dronami na pojedynczych żołnierzy. Pojawiły się też odporne na zakłócenia elektroniczne drony FPV sterowane za pomocą światłowodowej szpuli o zasięgu nawet kilkudziesięciu kilometrów. Ukraińskie pola pokryły się światłowodowym "babim latem"...

Pamiętacie historię z pierwszych miesięcy wojny o ukraińskiej babci, która zniszczyła rosyjskiego drona słoikiem ogórków? Musiał to być mały, tani, obserwacyjny Mavic. W przypadku uzbrojonego drona FPV takie działanie byłoby samobójcze. Drony da się jednak niszczyć na wiele sposobów. Problem jednak w tym, że wszystkie armie świata przystosowywały się do niszczenia nie dronów, a "tradycyjnych" rakiet, samolotów i śmigłowców.

Mamy więc jojczenie, że do rosyjskich dronów "ze styropianu" strzelały myśliwce F-35 drogimi rakietami powietrze-powietrze. To miało być "strzelanie z armat do wróbli". Memcen jojczył nawet, że zestrzeliwanie dronów jest "nieekonomiczne". A jakby dron uderzył w zbiorniki z chlorem lub etylenem, albo w elektrownię, to byłoby ekonomiczne czy nie? Tak, tym razem wysłano nam tylko drony-wabiki, ale na radarze nie widać tego, czy mają one głowicę bojową czy nie. No, ale dla Memcena zestrzeliwanie dronów  "się nie opłaca". To po cholerę prowadzi ten swój pub, przynoszący kilkaset tysięcy złotych straty rocznie? Biznesowy Janusz wypowiadający się o opłacalności wojny...

Gdy byłem w czerwcu w Jordanii, obserwowałem nisko lecące myśliwce, które poderwano, do zestrzeliwania irańskich dronów lecących nad Izrael. Tam również strzelano "z armat do wróbli". Amerykanie, ich sojusznicy z NATO i państw arabskich oraz Izraelczycy użyli masę pocisków wystrzeliwanych z baterii rakiet przeciwlotnicznych, samolotów i okrętów, by zestrzelić irańskie drony i rakiety. Nie wszystkie się udało zatrzymać. 

Systemy obrony przeciwlotniczej są wielowarstwowe. U nas niestety działa tylko część z tych warstw. Na rosyjskie samoloty wystarczy, ale na drony nie. Tak samo jest w innych europejskich krajach NATO. I Rosja też okazuje się bezbronna wobec dronów. Wszyscy mają z tym problem. Częściowo przygotowane są do tego tylko Ukraina oraz Izrael. I co? I gdy pojawia się informacja, że nasi żołnierze pojadą na Ukrainę obserwować tamtejsze sposoby walki z dronami, to rozlega się jojczenie, że "wpychają nas w wojnę!". (Niektórzy idioci przekonują nawet, że zestrzeliwanie nad Ukrainą rosyjskich rakiet lecących w naszym kierunku byłoby "aktem agresji" wobec ich ukochanej Rassiji.) A przecież nie powinniśmy zadawać pytania dlaczego nasi żołnierze jadą na Ukrainę z takim zadaniem, tylko pytać: czemu dopiero teraz?!

Jojczenie nigdy nie jest rozwiązaniem. "Dziurę dronową", czyli najniższe piętro obrony przeciwlotniczej, da się obsadzić. Tak mocno krytykowane, zakupione przez Błaszczaka FA-50, mają działka i mogą zestrzeliwać drony. (Tylko przetarg na amunicję opóźniał się za obecnego kierownictwa MON.) Krytykowane AH-64 Apache też mogą posłużyć jako mobilne, powietrzne platformy do zestrzeliwania dronów. Pilnie przydałoby się jednak domknięcie programu Pilica. Nawet stare ZSU-23-4 mogłyby się przydać jako "zapełniacze" broniące obiektów infrastrukturalnych. W przyszłości pewnie pojawią się systemy do niszczenia dronów wykorzystujące lasery oraz impulsy elektromagnetyczne. Drona da się zestrzelić na wiele sposobów (niedawno nawet rosyjskiemu czołgowi udało się trafić drona FPV ze swojej armaty). Dużo większym problemem jest ich wykrywanie. Pomocny okazał się szwedzki SAAB zamówiony przez Błaszczaka, ale amerykańskie aerostaty szybko do nas nie trafią. Rozwiązaniem może być akustyczny system wykrywania dronów, który stosują Ukraińcy - telefony komórkowe na tyczkach, zbierające odgłosy silników Szachedów. I oczywiście gejnerał Goldberg-Różański sabotował zakup systemu SkyCtrl... (Warto też, by Prosiniak-Kamysz odniósł się do pytań doktora Wocha dotyczących systemu antydronowego.)

Słychać również narzekanie na sojuszników, że "kiepsko zareagowali" i że wobec tego pozostaje nam tylko jojczyć, srać i pogodzić się z Rassiją. Tak się akurat składa, że w feralną, dronową noc, naszego nieba broniły niderlandzkie F-35 i to one zestrzeliły większość dronów. (Memcen, Januszu Biznesu, koszty zestrzeliwania w większości pokrył holenderski podatnik, więc nie jojcz, że "to nieekonomiczne".) Wspierał nasz też włoski samolot rozpoznania powietrznego. Francja i Szwecja symbolicznie podesłały nam później parę swoich myśliwców, a Czechy swoje śmigłowce. Niderlandy zadeklarowały, że umieszczą w Polsce w tym roku wielowarstwowy system obrony powietrznej. Silniczki czepiają się wypowiedzi Trumpa o dronach, że "może to była pomyłka" i jednocześnie twierdzą, że zdecydowana reakcja NATO odbyła się "wbrew USA i Trumpowi" - tak jakby cokolwiek w NATO działo się "wbrew USA". No cóż, idiotów u nas nigdy nie brakowało...



Intrygująco brzmi informacja o tym, że białoruski Sztab Generalny ostrzegł nas przed rosyjskimi dronami. Mówił o tym generał Kukuła. Zbiegło się to w czasie z podróżą gen. Kelloga do naszego regionu (którego Zełenski nazwał "najlepszą obroną przeciwlotniczą"). Amerykańscy wysłannicy odwiedzili Baćkoszenkę i przekazali mu miły list od Trumpa. Amerykanie zdjęli też sankcje z białoruskich linii lotniczych Belavia. Baćka wypuścił na prośbę Trumpa 52 więźniów, w tym 3 Polaków. Szkoda że nie Poczobuta i niedawno zatrzymanego zakonnika... Ale i tak można powiedzieć, że mamy oznaki odprężenia. Trump gra na zneutralizowanie Białorusi, a Baćka o to, by Ruscy nie zamienili go na swoją marionetkę. 

Nieco wcześniej doszło do uderzenia izraelskiego lotnictwa w stolicy Kataru. Celem było kierownictwo Hamasu, które przyleciało tam na rozmowy pokojowe. Zamach się nie udał - wszystkie hamasowskie VIPy ocalały, bo zostawiły telefony komórkowe w sali konferencyjnej, zanim poszły do sali modlitewnej. Planowi tego uderzenia sprzeciwiał się Mossad, protestowała część wojskowych. Netanjahu parł jednak do ataku i początkowo myślał nawet o podobnej akcji w Turcji, ale przypomniał sobie o Artykule 5 NATO. Uderzenie w Katar można porównać do uderzenia w Szwajcarię przez Rosję argumentowanego tym, że zaproszona tam na rozmowy pokojowe ukraińska delegacja to "banderowscy naziści". Trump lekko się więc wkurzył na Netanjahu. A Izrael może zapomnieć o odzyskaniu zakładników. Przy okazji warto zwrócić uwagę na kontrast pomiędzy sprawnością izraelskich tajnych służb i lotnictwa, a nieudolnością sił lądowych. Mossad, Aman, IAF: prowadzimy niesamowite operacje wewnątrz wrogich krajów, dekapitujemy irańskie dowództwo i Hezbollah. IDF: eeee, rozwaliśmy wczoraj jeden szpital i meczet, burzymy też bloki mieszkalne w Gazie, by się Hamasowi lepiej broniło w gruzach, walczymy o ten skrawek terenu dłużej niż Amerykanie wyzwalali Filipiny z rąk Japończyków, a niedobitki hamasowców podkładają ładunki wybuchowe w naszych czołgach... A tymczasem w syryjskiej Suwajdzie Izrael oficjalnie wspiera syryjskiego generała, który wcześniej koordynował relację assadowskiej armii z irańskim Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej....

W międzyczasie doszło do rewolucji w Nepalu. Młodzi ludzie pogonili rząd stworzony z maoistowskich komuchów, a zrobili to bo komuchy zamknęły im media społecznościowe a wcześniej w złodziejski sposób zarządzali gospodarką kraju. Spłonął parlament, żona premiera udusiła się w płonącej rezydencji, a ministra finansów rozbrano do naga i włóczono po ulicach. Lewary fascynujące się trzecioświatowymi, komuszymi odpadkami są w szoku, że to "kolorowa rewolucja wywołana przez CIA u wrót Chin'. A ja zapytam: a kiedy coś takiego w Europie Zachodniej?



Wszystko to zostało przykryte jednak przez morderstwo Charliego Kirka. Przyznam się, że dotychczas słabo znałem dorobek tego amerykańskiego, konserwatywnego działacza. Wydawał mi się kolesiem o dosyć umiarkowanych poglądach, takich w stylu 2015 r., który kulturalnie a zarazem błyskotliwie debatował z lewarami na uniwersytetach. Bardziej radykalna prawica śmiała się z jego proizraelskiej postawy. Lewary miały jednak przy nim totalny meltdown, słysząc nawet stosunkowo niewinne jego wypowiedzi w stylu: "Taylor, przestań być feministką". Gdy Kirk został zamordowany, lewarstwo dostało jakiegoś dziwnego, radosno-orgazmicznego spazmu. (Przypominającego reakcje naszych lewackich libków po zamordowaniu prezydenta Kaczyńskiego.) No cóż, to tylko potwierdza, że lewary są nie tyle problemem politycznym, co psychiatrycznym. 



Lewacki cuck, który zabił Kirka okazał się być antyfaszystą - czyli przypadkiem psychiatrycznym. Antyfaszysta to bowiem ktoś, kto uważa, że największym zagrożeniem dla świata jest reżim Mussoliniego i jest gotów bić i zabijać osoby, które postrzega jako faszystów, czyli wszystkich na prawo  globalistycznych "elit" chcących obniżyć poziom życia ludziom na Zachodzie. Antyfaszystów powinno się zwalczać w cywilizowanych państwach tak jak wściekłe psy. (A nie wybierać do Parlamentu Europejskiego jak terrorystkę Ilarię Salis. Węgrzy jakoś jej nie załatwili samobójstwa w więzieniu, ani nie przerobili jej tam na warzywo...)  Libki próbują teraz zrobić z tego cucka "prawicowca", tymczasem ludzie, którzy go znali jednoznacznie wskazują, że był on radykalnym lewicowcem, co kontrastowało z prawicowymi poglądami reszty jego rodziny. Typowy, lewacki, antyfaszystowski incel...




Lewary cieszące się ze śmierci Kirka nie zauważają jednej, ważnej rzeczy. Jego zgon przyczyni się do radykalizacji prawicy. Skoro zabiliście kolesia o nieco staroświeckich, republikańskich poglądach z 2015 r., który kulturalnie z wami debatował, to znaczy, że zamykacie drogę do cywilizowanej debaty i chcecie zabić resztę z nas. 












Lewary nie dostrzegły, że poparcie dla powrotu segregacji rasowej w Stanach mocno wzrosło po tym jak wypuszczony z więzienia czarny psychopata z 14 wyrokami zabił w autobusie śliczną ukraińską uchodźczynię Irynę Zarytską. Amerykanie zdają sobie sprawę z tego, że do mordowania białych przez czarnych dochodzi o wiele, wiele częściej niż czarnych przez białych. Często Czarni popełniają zbrodnie na białych ze szczególnym okrucieństwem. Czarni aktywiści otwarcie też wzywają do eksterminacji białych. Statystyki dotyczące przestępstw popełnianych przez Afroamerykanów są porażające (podobnie jak ich statystyki IQ), a cały rynek nieruchomości w USA opiera się na idei mówiącej, że trzeba znaleźć miejsce do życia "z dala od Czarnuchów, ale nie tak daleko, by jechać 3 godziny do pracy". Amerykanie słyszący Europejczyków jojczących, że w USA jest słabo rozbudowany transport publiczny, pukają się w głowę - "po co nam autobusy, skoro w autobusie można zostać zadźganym przez Czarnucha? Lepiej jeździć samochodem, na co was eurocucków nie stać". Młodzi Amerykanie, widząc jaki syf Czarni robią w szkołach, zaczynają postrzegać jako zbrodnię decyzję prezydenta Eisenhowera, by wymusić za pomocą Gwardii Narodowej desegregację szkół na Południu. Południowcy opowiadający się wówczas za segregacją rasową chcieli bronić swojego stylu życia. Podobnie jak biali mieszkańcy RPA popierający apartheid, robili to, by ich kraj nie stał się kolejnym, zdekolonizowanym, afrykańskim shitholem w stylu Konga. (Lewary często porównują politykę Izraela do apartheidu. Przypominam więc, że apartheid polegał na tym, że biali budowali dla czarnych oddzielne szpitale i szkoły o przyzwoitym standardzie, a Izrael bombarduje tego rodzaju obiekty.) Idee, które jeszcze kilka lat temu byłyby trudne do pomyślenia, zyskują coraz większą popularność. Okno Overtona nie przesunęło się w prawo - ono zostało rozbite w drobny mak przez głupią politykę libkowskich rządów. 



sobota, 11 maja 2024

Jak nie postępować ze zdrajcami

 


"Nie pożyje ani chwili, jak ten sędzia z Avignonu, powieszony za śledzionę bez pardonu..."

Sprawa sędziego Szmydta wydaje się być banalnie prosta. Gostek był od dawna agentem tamtejszych tajnych służb - jeśli nie ich funkcjonariuszem odgrywającym rolę Polaka jako "Matrioszka". Realizując swoje zadania, najpierw przykleił się do ekipy Suwerennej Polski, później zrobił woltę i przeszedł do obozu libków.  Dlatego utrzymał się na kluczowym  stanowisku w sądownictwie (wydawał certyfikaty bezpieczeństwa i robił to jeszcze trzy tygodnie temu) mimo zmiany władzy i różnych seksualnych afer, które się za nim ciągnęły. 

Było to możliwe, gdyż sędziowie - jako nadzwyczajna feudalna kasta - nie są objęci jakąkolwiek kontrolą operacyjną. Taka kontrola jest wręcz zakazana przez prawo. Od czasu do czasu na ich korupcyjną działalność natyka się CBA, czasem ich zatrzymuje policja za jazdę po pijaku, a czasem ochrona sklepowa za kradzieże pospolite. Poza tym różne agentury mogą sobie swobodnie hulać w tym środowisku - zwłaszcza jeśli mają na sędziów haki obyczajowe (pedofila). 

To oczywiście skutek wdrożenia w początkach III RP doktryny starego endeckiego idioty Adama Strzembosza o tym, że "środowisko sędziowskie samo się oczyści" po komunizmie. Oczywiście ta doktryna była przejawem bardziej ogólnego "ducha Magdalenki i Okrągłego Stołu", czyli tego, że w 1989 r. nie doszło w Polsce do żadnej rewolucji, tylko dogadania się solidarnościowego establiszmentu z kremlowskimi namiestnikami w PRL. W wyniku tego kompromisu zaczęto przedstawiać gejnerała Jarucwelskiego i różnych patafianów z jego otoczenia jako ojców naszej demokracji i "patriotów", choć przecież nawet w świetle prawa PRL byli oni zwykłymi zdrajcami i puczystami, którym z automatu przysługiwała kara śmierci.

Ale cóż, okresy, w których właściwie rozliczano się ze zdrajcami w naszej historii były zwykle stosunkowo krótkie. Polaczki lubią sielanki jak w "Panu Tadeuszu", a nie lubią męczących konfliktów. Dlatego upiekło się m.in. Hieronimowi Radziejowskiemu i Bogusławowi Radziwiłłowi, a finansowany przez St. Petersburg i Berlin król Stanisław "Kluchosław" Poniatowski wciąż ma licznych obrońców. 

Zdarzało się jednak, że w polskich Słowianach budziły się mordercze instynkty. W tych momentach "szaleństwa" zdrajców szybko i sprawnie wysyłaliśmy do piachu. Tak było w trakcie drugiej wojny światowej i powojennej walki "Wyklętych". Polskie Podziemie trzaskało różne szumowiny aż miło - od Igo Syma po Stefana Martykę. (Cieszyło mnie więc, że TVP za rządów prezesa Kurskiego zrobiła serial "Ludzie i bogowie" nawiązujący do historii oddziału likwidacyjnego 993/W i bijący na głowę drętwy i grzeczny "Czas honoru".) Można oczywiście narzekać, że odstrzelono ich zbyt mało, no ale wszystkim nie można na raz dogodzić.




Drugim, nieco wcześniejszym, okresem likwidowania zdrajców była Rewolucja 1905 r. , w trakcie której bojowcy PPS wsławili się takimi akcjami jak Krwawa Środa. Wychowani przez Giertychów endecy nawet po 120 latach wciąż bóldupią na podobne akcje, co tylko potwierdza ich wspakulturowość. Rok 1905 był wielką szkołą działania, która uformowała takich ludzi jak późniejszy wojewoda poleski płk Wacław Kostek-Biernacki, który metody twardej ręki sprawnie później wdrażał w II RP. Niestety sanacyjni decydenci z czasem zbyt zmiękli i złagodnieli. Gdy we wrześniu 1939 r. mianowano Kostka-Biernackiego komisarzem cywilnym przy Sztabie Naczelnego Wodza, to już po kilku dniach odsunięto od realnej władzy. Kostek po prostu domagał się bardzo ostrej rozprawy z wszelką piątą kolumną i elementami wywrotowymi. Ciekawe czy zarządziłby utylizację szumowin znajdujących się w więzieniach? Nasza ówczesna, zbyt humanitarna Służba Więzienna, wypuściła wówczas z nich zarówno niebezpiecznych bandytów, jak i komunistów oraz banderowców. Tymczaem parę masakr więziennych w sowieckim stylu skutecznie zlikwidowałoby zarówno kierownictwo późniejszej UPA jak i PPR.  



Bojowcy PPS nawiązywali do tradycji Sztyletników, czyli elitarnej formacji skrytobójczej z Powstania Styczniowego, dowodzonej przez Ignacego Chmieleńskiego zwanego "małym Robespierrem". Zlikwidowali oni ponad tysiąc Rosjan i polskojęzycznych zdrajców. Ich działalność wpłynęła później na rosyjskie, antycarskie organizacje terrorystyczne takie jak Narodna Wola.



Nie zapominajmy również o wieszaniu zdrajców podczas Powstania Kościuszkowskiego. Niedawno obchodziliśmy jego 230-tą rocznicę. (Totalnie przemilczaną przez wszystkie siły polityczne.) Poświęcona temu zdarzeniu jest znakomita książka Jarosława Marka Rymkiewicza "Wieszanie". Autor "Ataku na Tytana" wskazywał w niej m.in., że niedobrze się stało dla samego króla-zdrajcy Stanisława Augusta, że go nie powiesiliśmy. Jest on bowiem w naszej pamięci jakiś taki nijaki, niedookreślony. A gdybyśmy go powiesili, przeszedłby do naszej historii jako władca zdefiniowany w sposób bardzo wyraźnie - jako pierwszy król, którego powiesiliśmy.

O wieszaniu targowiczan pisał w barwny sposób również Karol Zbyszewski w swoim "Niemcewiczu od przodu i tyłu".:



"Ludek warszawski był niepiśmienny, zamiast czytać odezwę Kościuszki o Persach i Tatarach słuchał po ciemnych kątach płomiennego Konopkę - zaufanego Kołłątaja. Słuchał i mruczał:

- Dobrze gada, co pomoże jegrów bić kiedy wśród nas zdrajców tyle; trza na gwałt przewieszkę zrobić...

28-go czerwca wieczorem, przed namiot Kościuszki w Gołkowie, przygalopował Kicki - koniuszy - marszałek dworu - szwagier Stanisława Augusta. Pół żywy ze strachu opowiedział co zaszło rano w Warszawie.

Pospólstwo wtargnęło do więzień; 70-cioletniego księcia biskupa Massalskiego co miał 700.000 rocznego dochodu, a mimo to kradł jeszcze pieniądze Komisji Edukacyjnej i brał pensję od Rosjan, co wyróżnił się gorliwością przy sankcjonowaniu przez sejmy obu rozbiorów, co nie pominął nigdy żadnej okazji szkodzenia Polsce - dla braku sznura pod ręką powiesił skotopas Klonowski na biczu chłopskim przed Bernardynami; wstrętnego księcia Antoniego Czetwertyńskiego, mimo, że płakał, całował oprawców po rękach wwindowano na belkę przed oknami własnego mieszkania, żona i córki gapiły się na to zza firanek, a lud tańczył dokoła wisielca krzycząc: - Vivat Czetwertyński!

Zadyndali Boscamp, Roguski, Grabowski, Piętka - szpiedzy, pieski Igelstromowe poskazywane jeszcze w 91-ym r. za różne łotrostwa na dożywotnie więzienie; zawodowi kaci się pochowali, zastąpili ich amatorzy; w zapale pracy powiesili oni niewinnego Majewskiego - głupiego woźnego, co nie chciał pokazać co niesie w teczce oraz Wulfersa, podejrzanego tylko o kradzież aktów kompromitujących króla z archiwum Igelstroma.

Całe miasto upstrzono szubienicami, stały przed Zamkiem i pałacem prymasowskim, lud mruczący od dawna, że Poniatowski zasłużył na los Capeta teraz śpiewał o tym na głos.

Ale nie doszło do spełniania tych poczciwych zamiarów. Ignacy Potocki, Mokronowski, Orłowski zdzierali gardła zaklinając tłumy do spokoju. Zakrzewski położył się plackiem w pałacu Briihlowskim na wleczonym już pod stryczek Moszyńskim i ryczał: powiesicie go tylko ze mną! Przez miłość do zacnego prezydenta darowano życie przedawczykowi. Odwdzięczył się należycie: gdy w 97-ym r. Zakrzewski wrócił do Warszawy z więzienia petersburskiego - chory, bez grosza, wynędzniały - i przyszedł doń z prośbą o małą pożyczkę, Moszyna nic mu nie dał, lokajom kazał wyrzucić za drzwi swego wybawcę. Biskupa Skarszewskeiego, członka deputacji traktatowej w Grodnie obok Ożarowskiego, Ankwicza, Massalskiego i Kossakowskiego, również tylko bezmyślna energia Zakrzewskiego uratowała od zasłużonego powroza.

O 5-ej po południu rozszalała się straszliwa ulewa. Generał Cichocki, bękart Stanisława Augusta, wyciągnął z arsenału armaty, poobsadzał wyloty ulic wojskiem - strumienie wody i bagnety żołnierzy rozpędziły tłumy.

Nazajutrz przybył do Gołkowa Dembowski z listem od króla. Dotychczas korespondencja Stanisława Augusta z Kościuszką ograniczała się do przypominania o swych zasługach i utyskiwań, że nie ma pieniędzy, że pensji mu nie wypłacają, że z winy powstania Moskale łupią mu ekonomie, że musi, by żyć, stapiać srebra stołowe... Teraz Kluchosław, bardziej przerażony niż Ludwik XVI minutę przed egzekucją, nie plótł nareszcie o swym urojonym patriotyzmie, a po prostu błagał potulnie mości Pana Naczelnika o przysłanie paru pułków do bronienia Zaniku i jego osoby.

Dobrotliwy do nieprzyzwoitości Kościuszko nie czuł wcale nienawiści względem zdrajców. Mówił o powieszonych:

Może dobrze chcieli, może szczerze sądzili, iż przysługę krajowi wyrządzają...

- Jak to? żachnął się Niemcewicz, Massalski chciał dobra Polski?

- Obłąkani, a działający w dobrej wierze są godni litości - nie wzgardy i sznura; można się różnić w opiniach, ale trzeba wzajemnie szanować.

- Co? Więc mamy jeszcze szanować Szczęsnego, Branickiego...

- Dzień wczorajszy to plama naszej rewolucji, to upodobnia ją do ohydy francuskiej, wolałbym dwie bitwy przegrać niż też dzień.

Niemcewicz nie zaoponował, iż rewolucja francuska choć gilotynuje tysiące niewinnych odnosi wspaniałe zwycięstwa, czemużby więc Polska miała paść z powodu powieszenia kilku drabów, co po stokroć na to zasłużyli. "

(koniec cytatu)

Jak widać, nawet wówczas byli ci, którzy bronili zdrajców przed sprawiedliwą karą. Czemu się więc dziwimy, że również obecnie różnym szubrawcom zdrada wychodzi na sucho?



W ten sposób AI wyobraża sobie polską wersję obrazu "Wolność wiodąca lud na barykady", w realiach Powstania Kościuszkowskiego, na ulicach Warszawy. Sztuczna inteligencja wciąż musi się nauczyć tworzyć historycznie akuratne mundury i flagi...



sobota, 6 kwietnia 2024

Syndrom hawański, GRU i białoruska rozgrywka

 


Płk Corso twierdził, że podczas Zimnej Wojny CIA była lojalna wobec KGB, a KGB wobec CIA. Ta prawidłowość częściowo sprawdziła się też przy sprawie syndromu hawańskiego. 

Przypomnijmy: syndrom hawański to tajemnicza dolegliwość neurologiczna, która dotykała w ostatnich latach amerykańskich dyplomatów i funkcjonariuszy służb wywiadowczych, m.in. w Hawanie, Pekinie i Wiedniu. Choć eksperci wskazywali, że te dolegliwości to najprawdopodobniej skutek ataków bronią soniczną czy mikrofalową, to Departament Stanu i CIA oficjalnie orzekły, że są one skutkiem głośnych dźwięków wydawanych przez... cykady. 

Portal The Insider dokładnie opisał jednak nieoficjalne ustalenia służb. Wynika z nich, że za syndromem hawańskim stała jednostka GRU numer 29155 (używam historycznej nazwy "GRU", pomimo, że od ponad dekady ta służba funkcjonuje pod nazwą "GU", która jest jednak słabo znana).  - czyli ta sama banda clownów, która m.in. próbowała otruć płka Skripala, wysadzała składy amunicji w Czechach i próbowała dokonać zamachu stanu w Czarnogórze. Cele były dosyć oczywiste, m.in. oficer, który przesłuchiwał rosyjskiego szpiega złapanego na Florydzie. W momencie, gdy dokonano ataku sonicznego na jedną z amerykańskich dyplomatek w Tbilisi, był na miejscu syn generała dowodzącego jednostką 29155. Ruscy zostawiali więc cały czas oczywiste ślady. Mimo to, agenci CIA będący celami ataków sonicznych musieli walczyć z własną Agencją, która nie chciała przyznać, że trapiące ich dolegliwości są prawdziwe.  CIA tuszowała więc rosyjskie ataki. 

Udział w tej akcji jednostki 29155 jest sam w sobie sprawą niezwykle ciekawą. W ostatnich latach zaliczała ona bowiem gigantyczną wpadkę za gigantyczną wpadką, a jej agenci popisywali się głupotą. Działania tej grupy stały się właściwie transparentne dla amerykańskich tajnych służb. Tak jakby wewnątrz GRU działała jakaś frakcja sabotująca idiotyczne działania tej jednostki specjalnej.

O podejrzenie istnienia tej frakcji oraz cichego układu jaki ma ona z ukraińskim wywiadem wojskowym HUR piszę tutaj już od dawna. Poszlaki dotyczące jej działania pojawiły się też w sprawie zamachu w podmoskiewskiej hali Crocus City Hall.

Świetny wpis dotyczący tego zamachu został opublikowany na zaprzyjaźnionym blogu Zapiski Czynione po Drodze. Wygląda na to, że sama akcja zatrzymania "zamachowców" była inscenizacją i być może sceny ich torturowania też. Celem ataku było podsycenie napięć etnicznych w Rosji, a także uderzenie w autorytet FSB, MSW, Rosgwardii oraz samego Putina. Okazuje się, że przed zamachem szczegółowo ostrzegała FSB nie tylko CIA, ale także irańskie tajne służby.  (Gdy wyszła na jaw sprawa amerykańskich ostrzeżeń, onucowcy zaczęli twierdzić, że "Amerykanie w ten sposób grozili Rosji atakami". Według ich zjebanej logiki Iran powinien zostać uznany za wspólnika USA.) Jak wiadomo FSB i struktury MSW nie radzą sobie z prawdziwym terroryzmem. Przyzwyczaiły się do walki z nastolatkami uzbrojonymi w kubki z kawą. Walkę z prawdziwymi terrorystami uznają za zbyt niebezpieczną. Żołnierze Rosgwardii po usłyszeniu pierwszych strzałów w Crocus City Hall rzucili się do ucieczki. Narodowy Komitet Antyterrorystyczny bardziej zajmuje się dziecięcymi magazynami niż kwestią terroryzmu. 


W hali koncertowej, w momencie zamachu była grupka jednolicie ubranych kolesi, którzy zaczęli nagrywać masakrę zanim się ona zaczęła, a później zamykali drzwi ewakuacyjne. Jeden z nich został zidentyfikowany jako uczestnik późniejszego zatrzymania "terrorystów". 

Pewną anomalią była jednak śmierć w tym zamachu płka Timura Miasnikowa, oficera Specnazu GRU, który przyjechał tam z Ukrainy, a wcześniej walczył m.in. w... Tadżykistanie. Czyżby zlikwidowano tam niewygodnego świadka?

Ciekawym wątkiem tej sprawy jest również oświadczenie Łukaszenki, że to jego służby pomogły złapać "zamachowców", którym uniemożliwiono ucieczkę na... Białoruś. Czyżby owi "terroryści" byli bohaterami filmu "Zielona granica"? "Wpuście tych ludzi, później się ich sprawdzi!" - twierdziła kiedyś pewna (p)oślica.

Na Białorusi dzieje się ostatnio coś dziwnego. Mamy tam aż zbyt ostentacyjne przygotowania do wojny, takie jak wzmacnianie mostów prowadzących w stronę Litwy. Pułkownik Walery Sachaszczyk, były dowódca brygady Specnazu z Brześcia, a obecnie minister obrony w białoruskim rządzie na uchodźctwie twierdzi, że szykowany jest atak armii białoruskiej na Wilno. Jak czytamy:


"Na pewno nie wypowie wojny Litwie czy Polsce i nie wyruszy ze swoimi wojskami. Ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że Białoruś może zostać przyczółkiem, na którym żołnierz rosyjski postawi swój brudny but i wyruszy poprzez Białoruś na Litwę czy do Polski. Jestem w stanie dopuścić do siebie to, że Łukaszenko mówi szczerze, tak jak tuż przed inwazją Rosji na Ukrainę w lutym 2022 r. w rozmowie z ukraińskim dziennikarzem Dmytro Gordonem zapewniał, że nigdy z terytorium Białorusi nie dojdzie do agresji na Ukrainę. Wówczas też mógł mówić prawdę, bo Kreml mógł go nie poinformować o swoich planach. Stracił już podmiotowość. Przecież otwarcie się nie przyzna do tego, że Putin specjalnie się z nim nie liczy.

Kilka dni temu niezależne media białoruskie, powołując się na pana, pisały o możliwym uderzeniu Rosjan na Wilno. Skąd takie przekonanie?

Z moich źródeł wynika, że Rosja zbroi i mocno wyposaża wojska obrony radiacyjnej, chemicznej i biologicznej, które przez wiele lat były zaniedbane i nikt na nie specjalnie nie zwracał uwagi. Dzisiaj dostają nowy sprzęt i trenują pokonanie skażonych terenów. Z kolei na terenie Białorusi obecnie trwa remont mostów na drogach w kierunku Wilna. Chodzi o drogi, które prawie nie są wykorzystywane w celach gospodarczych. Po co to robią? Bo przydadzą się, gdy ruszą po nich kolumny wojsk. Poza tym obecne ćwiczenia sprawdzające gotowość bojową wojsk przeprowadzono tuż przy granicy z Litwą. Wcześniej takie rzeczy robiono na poligonach, tym razem z jakichś powodów musieli wyruszyć w kierunku granicy. Opieram się też na opiniach moich rozmówców z wewnątrz armii białoruskiej. Dla mnie są to niepokojące sygnały. Nie wykluczam więc takiego scenariusza. Nie mówię, że na pewno do tego dojdzie, ale trzeba mieć to na uwadze.

Ale czy rosyjska armia byłaby w stanie przeprowadzić taką operację podczas tak intensywnej wojny z Ukrainą?


Potencjał bojowy armii litewskiej nie jest duży. Putin nie musiałby zbyt mocno odciągać siły, bo w Ukrainie utknął w wojnie pozycyjnej. Ale może np. zdecydować się na użycie taktycznej broni jądrowej, co zszokowałoby mieszkańców Europy. Do tego mógłby ruszyć marszem na Wilno w celu np. zablokowania litewskiej stolicy. Wówczas postawiłby ultimatum i domagałby się m.in. przesunięcia granic NATO do stanu sprzed 1997 r. Jego lobbyści w Europie, którzy dostają od niego duże pieniądze, przekonują go, że Zachód wystraszy się i przyjmie jego warunki. Tak jak niegdyś Wiktor Medwedczuk (przed agresją Rosji lider prorosyjskich sił w Ukrainie – red.) zapewniał go, że rosyjskie wojska w Ukrainie będą witane kwiatami. Przez swoich agentów wpływu w UE jest przekonywany, że Polska, Niemcy i Francja nie będą bronić Litwy.

(koniec cytatu)



Baćkoszenka odstawia natomiast cyrk pojawiając się na naradach z generałami razem ze swoim białym pieskiem.  (Brakuje mu gejowskiego asystenta Murzyna, a byłby jak Mugatu z "Zoolandera".) Podczas tych narad papla przed kamerami o planach zaatakowania Przesmyku Suwalskiego. To podobne zachowanie jak wiosną 2022 r., gdy nagle pokazał się przed mapą pokazującą rosyjskie plany militarne wobec Ukrainy. Ulubiony dyktator Agnieszki Holland nie jest głupi i zdaje sobie sprawę z tego, że włączenie Białorusi do wojny będzie oznaczało koniec jego reżimu. Stara się więc sprawę sabotować. 

Europejskie służby wywiadowcze ostrzegają, że Rosja może przeprowadzić zamach na Białorusi, który miałby na celu włączenie jej do wojny. Tyle, że białoruskie służby są dużo bardziej kompetentne od rosyjskiego FSB. Przeprowadzenie zamachu wymagałoby więc zdrady ich najwyższego kierownictwa.

O tej przeszkodzie przy przeprowadzaniu zamachu pisał również Generał SWR. Według niego, Patruszew ma w planach ataki rakietowe przeciwko Mołdawii, operacje hybrydowe przeciwko Państwom Bałtyckim, zniszczenie Armenii jako państwa, a także zajęcie północnego Kazachstanu i w porozumieniu z Chinami zmianę państw Azji Środkowej w rosyjskie protektoraty. Co może tutaj pójść źle?

***

Jaka jest rola Polski w tej prometejskiej układance związanej z pewną frakcją w GRU?

O GRU i jego rzekomych powiązaniach na polskiej centroprawicy pieprzy jak potłuczony niejaki Tomasz Piątek. Ciekawe w jego pieprzeniu jest akurat to, że uznał on GRU właśnie za "tych złych", a jakoś pomija SWR i FSB.

Niejaki freeyourmind (czy raczej fuckyourmind), swego czasu bloger piszący o zamachu w Smoleńsku, później dokonujący wolty i propagujący wśród swoich upośledzonych umysłowo fanów idiotyczną historyjkę, o tym, że zamiast zamachu była "inscenizacja" (polską delegację zabito na lotnisku na Okęciu, a szczątki Tupolewa rozrzucono pod smoleńskim lotniskiem z samolotu), twierdził, że 10 kwietnia 2010 r. Tussk i Putin zapobiegli III wojnie światowej, którą chcieli za pomocą "inscenizacji zamachu" wywołać GRU wspólnie z... Macierewiczem. Ciekawe, że obsadził on rolę podobnie jak Piątek...

Za pierwszego Tusska, po Smoleńsku, polskojęzyczna SKW podpisywała porozumienia z FSB.   Pomijając kwestię zasadności takich porozumień, warto zwrócić uwagę na pewną anomalię: to, że były one zawierane pomiędzy polskojęzyczną służbą wojskową i rosyjską służbą cywilną, a nie pomiędzy dwiema służbami wojskowymi. FSB jest sukcesorką KGB i w swojej misji ma też pilnowanie "bliskiej zagranicy", za którą wciąż jest uznawana na Łubiance Polska. To, że ówczesne kierownictwo SKW zdecydowało się na współpracę z FSB było więc niejako aktem lokajstwa, wynikającego z wielopokoleniowego przyzwyczajenia do lojalności wobec Moskwy.

Obecnie ci sami ludzie zostali znów wpuszczeni do SKW, na stanowiska kierownicze, przez Prosiniaka. Zyskali oni w ten sposób możliwość "meblowania" kadr dowódczych Wojska Polskiego. Sprawa odwołania generał Gromadzińskiego z dowództwa Eurokorpusu jest pierwszym tego typu krokiem. Mamy zagraniem certyfikatem dostępu do informacji niejawnych połączonym z prymitywną wrzutką, o tym, że generał rzekomo "obrażał sojuszników". To podobnie oczywista wrzutka jak typowo ubecka historyjka o tym, że ks. Michała Olszewskiego aresztowano, gdy był w hotelu z kobietą.

Pytanie zasadnicze: czy doczekamy się kontry ze strony "prometejskiej" frakcji w GRU przeciwko stronnikom FSB nad Wisłą?

***

Szlachetny wolontariusz z Polski udał się na nie naszą wojnę do Strefy Gazy, by z dobroci serca karmić tamtejszych uchodźców. Wraz z sześcioma innymi wolontariuszami został zabity przez wojska izraelskie, które precyzyjnie ostrzelały rakietami konwój humanitarny wiedząc, że jest on celem w 100 procentach cywilnym. Doszło do oczywistej zbrodni wojennej - nie wiadomo tylko, czy była ona skutkiem głupoty na niższym czy na wyższym szczeblu dowodzenia. (Piszę o głupocie, bo ta sprawa w oczywisty sposób zaszkodziła Izraelowi.) Większy szok od tej masakry wywołało jednak zupełnie kretyńskie zachowania putinowskiego Sowieta będącego ambasadorem Izraela w Warszawie (nazywanego już złośliwie "najlepszym ambasadorem Palestyny"). Towarzysz ambasador obalił utrzymujący się w polskiej tradycji mit o sprytnych i mądrych Żydach - pokazał, że Żyd może być totalnym kretynem i że może dostać wysokie stanowisko dzięki innym kretynom zatrudnionym w izraelskim MSZ. Oczywiście nie chcemy, by ambasadorami w Warszawie byli tacy debile. Więc koleś powinien wylecieć na kopach z Polski. Niestety nie wyleciał. Ciekawe, czy na uroczystościach rocznicy powstania w getcie warszawskim jakiś aktywista/aktywistka/aktywiszcze obleje go czerwoną farbą, świńską krwią tudzież gnojowicą? A może odpali mu w twarz gaśnicę proszkową? Bynajmniej nie wzywam do popełniania takich karygodnych naruszeń Konwencji Wiedeńskiej. Ja tylko pytam, czy jakiś krewki aktywista/ka/szcze na coś takiego się odważy? Gershom Braun?



sobota, 29 lipca 2023

Kontrolowana utylizacja wagnerowców na polskiej granicy?

 


Ojejujeju Macieju! Wagnerowcy na nas idą! - rozległ się lament w polskojęzycznym necie. Jego powodem była wypowiedź Baćkoszenki o tym, że przebywającym na Białorusi wagnerowcom spieszno na "wycieczkę" do Warszawy lub Rzeszowa. 

Oczywiście przekroczenie polskiej granicy przez dużą grupę wagnerowców w zwartym oddziale skończyłoby się dla nich podobnie jak bitwa o pole naftowe Conoco w Syrii, czyli totalną masakrą. Amerykanie już wysłali odpowiednie sygnały w tej kwestii, ale  i bez nich moglibyśmy sami zgrillować kogutów od Prigoży*a. Po co więc Baćkoszenka robi ten cały cyrk z groźbami rajdu na Warszawę?

Jedno jest pewne: Baćkoszenka nie planował buntu Grupy Wagnera. On został w niego wmieszany. Koncepcję ich wykorzystania musiał więc wymyśleć ad hoc. 

Środowiska ślepo zakochane w Rusni, a także fani Golicyna-Angletona, widzieli w buncie Prigożyna ustawkę, operację psychologiczną i szachy 4D Putina. Nie tłumaczą po co te szachy 4D, skoro Grupa Wagnera mogła zostać łatwo przerzucona na Białoruś bez tego całego cyrku. Ignorują również to, że Putin nie miał na wypadek buntu przygotowanej narracji propagandowej i wyszedł na totalnego wała i ciotę. W rosyjskim systemie władzy, coś takiego sprawia, że traci się mandat do sprawowania władzy. Po wynegocjowanym zakończeniu puczu, rosyjscy propagandyści zaczęli rozpowszechniać informacje, że "to wszystko były szachy 4D". Do tej narracji przyłączyła się administracja, stosunkowo łagodnie traktując buntowników. Prigożyn mógł więc sobie spokojnie pojechać na szczyt Rosja-Afryka i robić sobie fotki z Afroziomalami. FSB zrobiła mu co prawda wjazd na chatę i opublikowała z niej zdjęcia, ale po kilku dniach zwracała mu skonfiskowane fanty. Cywilna bezpieka ograniczyła się więc do prowadzenia kampanii ośmieszającej Prigożyna, w ramach której opublikowano m.in. fotki z jego przebieranek, m.in. za generała-admirała Aladeena.


Sięgnięto też po przecieki dotyczące jego zwyczajów seksualnych: "Masza opisała także stosunek z przywódcą Grupy Wagnera: - Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Ma bardzo małego penisa, w którym pod skórą tkwiły jakieś kuleczki. Po prostu zostawił pieniądze w stosie na krześle. Było to 100 tys. rubli. Miałam wziąć 40 tys. dla siebie, a 60 tys. było dla alfonski. Po wszystkim Prigożyn poradził Maszy, aby "była milsza" i wyszedł. Dziennikarze dowiedzieli się także, czym były "kulki". Jewgienij Prigożyn miał poddać się operacji, podczas której wszczepiono w jego napletek metalowe kulki, co miało zwiększyć jego sprawność seksualną. To jednak, jak twierdzi "Insider" - w opinii innych kobiet - nie spełniły swojej funkcji. Prigożyn ma - twierdzi "Insider" - upodobanie do dziewczyn, które dopiero osiągnęły pełnoletniość. Namawia je także do rezygnowania zabezpieczeń, wierząc w metafizyczną "wymianę energii"." (koniec cytatu)

Tego typu sytuacja oczywiście nie podobała się Girkinowi i jego Klubowi Pojebanych Patriotów. Girkin jojczył, że Rosja ma teraz dwóch prezydentów: Prigożyna i byłego prezydenta Putina. I za to jojczenie został zamknięty. Reżim niczym wszak nie ryzykował wsadzając go do więzienia. Girkin nie byłby przecież w stanie zorganizować rajdu na Moskwę. 

Niewątpliwie jednak Prigożyn ma wciąż jednak protektorów w GU (dawnego GRU) i jego organizacja wciąż spełnia zadania dla tej służby w Afryce. Można więc uznać, że będzie wypełniać je również na Białorusi. Jakie to będą jednak zadania?

Golicynowco-angletonowcy jojczyli, że zrobi rajd na Wilno podczas szczytu NATO. Do niczego takiego jednak nie doszło. Baćkoszenka dostał bowiem wcześniej sygnały od Amerykanów, że wszelkie prowokacje podczas szczytu będą traktowane śmiertelnie poważnie i mogą się w skrajnym przypadku skończyć uderzeniem rakiet cruise w jego rezydencję. Baćka więc demonstracyjnie wówczas odcinał się od wagnerowców, twierdząc, że Prigożyna nie ma na Białorusi, a jest w Sankt Petersburgu.

Wagnerowców jest na Białorusi obecnie od 3,5 tys. do 5 tys. Uzupełniają braki kadrowe werbując miejscowych. W kontraktach jest klauzula zgody na uczestnictwo w operacjach na terytorium Polski i Litwy.  Rekrutom mówi się o "penetracji Polski", czyli o operacjach dywersyjnych. Czyli atakach małymi grupami, zapewne pod osłoną fali nachodźców. 

Oddajmy więc głos specjaliście od ochrony granic, autorowi bloga Zapiski Czynione po Drodze:

"Primo, od dwóch lat na granicy z Białorusią stacjonują wzmocnione siły Straży Granicznej i Wojska Polskiego, wspomagane przez Policję. Najpierw było więcej, potem mniej, teraz znowu więcej. Nasycenie jest na tyle duże, że nie da się ot tak przejść granicy. Po prostu. 

Druga rzecz to zapora fizyczna, czyli pięciometrowy płot. Nie jest doskonała i ma miliard wad. Ale wybitnie utrudnia przekroczenie granicy, bo na niego trzeba wejść, przeciąć concertinę i zejść z drugiej strony. Nie da się tego zrobić w pełnym oporządzeniu z dużą ilością broni i amunicji, bo się taki delikwent spierniczy i zabije. W dodatku na prawie całej długości płot jest pod obserwacją kamer, więc jak tylko ktoś zacznie przy nim dłubać, będzie widać. 
Co innego przeskoczenie płotu przez jednego, czy nawet dziesięciu lekko wyposażonych młodych ludzi, a co innego zeskok z niego ze szpejem ważącym trzydzieści-czterdzieści kilogramów. 
W dodatku pod płotem są stale patrole i posterunku wojska z długą bronią. 
Gdzie z przyczyn technicznych nie można było postawić płotu są rzeki, jeziora, rozlewiska i bagna. A wszędzie drut żyletkowy. Oraz posterunki i patrole. 
Każda próba naruszenia granicy przez uzbrojonych ludzi skończy się likwidacją takiej grupy.
Podobnie jest na granicy litewsko-białoruskiej. 
Wagnerowcy mogą sobie chcieć. Ale najpierw niech spiszą testamenty. "

(koniec cytatu)

Oczywiście może dojść do incydentów z przejściem granicy przez wagnerowców. Dlatego Straż Graniczna, wojsko i policja powinny bez żadnego wahania skorzystać ze swojego prawa do ustrzelenia intruzów.  Od dawna też postuluje założenie nad granicą zapór minowych. Oczywiście różne Ochujskie i TVN-y będą jojczyć (jojczyć będzie cała plejada libkowskich zdrajców i pożytecznych idiotów, nawet tych w sutannie, takich jak bp Zadarko), ale oni jojczą zawsze i należy ich olać ciepłym moczem.

Czy jednak incydent z wagnerowcami na granicy nie stanie się pretekstem do szerszego rozlania się wojny?

O tym mówił choćby Paweł Łatuszka. "W 2021 r,, jedno źródło, bardzo wysoko postawione, przekazało nam informacje, że ta wojna z migrantami powinna być wykorzystana w ten sposób, że kilka osób wchodzi na terytorium Polski, potem inicjuje strzelaninę w stronę pograniczników białoruskich, idzie odpowiedź, znów strzelanina, z tego ofiary śmiertelne, powstaje konflikt na granicy, Łukaszenka i Putin oskarżają Polskę, to sprawdzian dla NATO. (...) Taki scenariusz jest przygotowany i zatwierdzony, jednak pozostaje pytanie o rozkaz realizacji - powiedział w programie "W punkt" na antenie TV Republika Paweł Łatuszka, wiceprzewodniczący Gabinetu Przejściowego Białorusi". (koniec cytatu)

Zwróćmy uwagę, że wspomniał on o informacji z 2021 r., czyli z pierwszej fali ataku na naszą granicę, gdy Putin i Baćkoszenka przygotowywali się do ataku na Ukrainę i gdy nie byli pewni jak nasze władze poradzą sobie z atakiem hybrydowym. Poradziliśmy sobie w miarę dobrze (oczywiście byłoby dużo lepiej, gdyby "nieznani sprawcy" nękali aktywistów z piątej kolumny i nawet parlamentarzystów-zdrajców pielgrzymujących nad granicę). Od tego czasu mocno zmieniła się też sytuacja geopolityczna. Armia rosyjska utknęła na Ukrainie. W ostatnich miesiącach przerzucała na front ukraiński również swoje oddziały z Białorusi. W okolicy też pojawiło się więcej oddziałów WP i NATO. Tego typu prowokacja miałaby więc dużo poważniejsze konsekwencje.

To przypomina mi teorię Jurija Felsztyńskiego o tym, że Rosja może przekazać broń jądrową Białorusi, by ta zrzuciła jedną lub dwie bomby atomowe na Polskę czy Litwę. W ten sposób Rosja chroniłaby się przed odwetem. Mogłaby powiedzieć: "Ale, to nie my, to Białoruś!". Jeśli taki jest rosyjski plan, to są w nim dwie poważne dziury. Po pierwsze, wszyscy wiedzą, że taktyczna broń jądrowa na Białorusi nie jest w posiadaniu wojsk białoruskich, tylko rosyjskich i że od decyzji na Kremlu zależy jej użycie. Nawet gdyby formalnie została przekazana Baćkoszence, to wszyscy wiedzieliby, że to fikcja. USA odpowiednio zakomunikowałyby więc Moskwie, by nie robiła żadnych głupot, bo może się to źle skończyć. Po drugie, czy naprawdę sądzicie, że Baćkoszenka jest tak głupi, by ryzykować to, że jego domena zmieni się w atomową pustynię? Moim zdaniem nie. Co więc będzie robił? Będzie udawał, że chce wykonać rozkazy Putina a jednocześnie je sabotował. Później powie: starałem się, ale nie udało mi się, bo jestem zbyt głupi. 

Jeśli więc dojdzie do rzucenia wagnerowców na polską granicę, to będzie to służyło utylizacji ludzi Prigożyna. Będą oni ginąć w samobójczych atakach, w ramach zemsty Moskwy. Po takim blamażu i zmasakrowaniu jego grupy, Prigożyn sam zostanie zutylizowany.

***

Baj de łej: Słusznie mamy pretensje do Ukraińców, za to że robią nam przeszkody z ekshumacjami na Wołyniu i z upamiętnieniami ofiar ludobójstwa. (Ukry same sobie szkodzą taką polityką, mocno osłabiając sympatię jaką wypracowali sobie u wielu Polaków po 24 lutego 2022 r.) Ale niestety nie widać nawet w połowie tak dużego oburzenia na skrajne skurwysyństwo, które odwalają sowieciarze na Białorusi, czyli na niszczenie cmentarzy naszych bohaterów, choćby cmentarza w Surkontach. Nie widziałem jakiegoś szczególnego oburzenia na to w środowiskach narodowych. Żadnych demonstracji pod białoruską ambasadą, wezwań do silniejszych sankcji na państwo Łukaszenki, zbiórek pieniędzy na Bypol i Pułk Kalinowskiego...

***




Tymczasem wojska ukraińskie po dwóch miesiącach dopełzły do głównej linii rusackich umocnień na Zaporożu.  Mowa już o "głównej fazie ofensywy". Było trudno, choćby ze względu na ogromne ilości rosyjskich min i amunicję krążącą polującą na opóźniany przez miny ukraiński sprzęt pancerny. Mi to się kojarzy z walkami Amerykanów o las Hurtgen, bardzo ciężką i w zasadzie źle ukierunkowaną kampanią. Poprzedzała ona niemiecką kontrofensywę w Ardenach. Czy Rusnia też pokusi się o swoje Ardeny? Próbują pod Kupiańskiem, ale słabo im idzie, choć w propagandzie twierdzą, że rzucili tam do ataku 100 tys. ludzi i 900 czołgów. W propagandzie. 

Amerykański konspirolog-onucowiec Jeff Rense oburzony pyta: "dlaczego Kijów i Charków wciąż mają prąd i wodę?". Jakoś mu Scott Ritter i płk MacGregor nie wyjaśnili, że Rusaki zakończyli zimą rozgrzebaną kampanię uderzeń w ukraińską infrastrukturę energetyczną. Jak zwykle zabrakło im konsekwencji i  dobrego planowania kampanii lotnicznych. Teraz zabrali się za urządzenia portowe i magazyny ze zbożem. Atakują więc cele gospodarcze, zamiast wojskowych. Nastawiają się więc na długą wojnę na ekonomiczne wyniszczenie.  (W tym kontekście należy widzieć ukraińską frustrację związaną choćby ze zbożem.) 

Niektórzy u nas wyrażają obawy, że Ukraina po wojnie będzie zbyt silna i przez to będzie stanowiła dla nas zagrożenie. W tej kwestii nie musimy jednak nic robić. USA i Europie Zachodniej (poza Wielką Brytanią) nie zależy na zbyt dużym zwycięstwie Ukrainy.  Obawiają się bowiem zbytniej destabilizacji Rosji, którą chcą osłabić i zneutralizować, ale nie doprowadzić do jej załamania. Optymistyczne dla Ukrainy prognozy mówią, że w 2030 r. jej PKB wróci na poziom z 2021 r. Ukraiński PKB na głowę (liczony według parytetu siły nabywczej) wynosił w 2021 r. 14,4 tys. USD, co plasowało ten kraj pomiędzy RPA i Egiptem. PKB per capita dla Polski wynosił wówczas 38,6 tys. USD, co było wynikiem nieco niższym niż dla Hiszpanii. Jak duża będzie więc przepaść między poziomem życia w Polsce i na Ukrainie w roku 2030? Na to nakłada się katastrofa demograficzna. Przez ostatnie trzy dekady Ukraina straciła jedną trzecią populacji. W 2030 r. może być krajem o jednej z najstarszych populacji w Europie. 

Baj de łej: Potencjał Rosji w nadchodzących latach też powinien spadać ze względów demograficznych. Obecna wojna być może była więc ostatnią jej szansą na ekspansję militarną. Sytuacja jest na tyle zła, że rosyjscy decydenci mówią otwarcie o konieczności sprowadzania do kraju imigrantów z Afryki! Czarna sotnia... Maria Zacharowa to lubi :)

***

A kolejny wpis mam nadzieję, że już o o wiele bardziej pasjonującym temacie...



sobota, 1 lipca 2023

Zamach Prigożyna i dawnego GRU

 


Teorie mówiąc o tym, że "marsz sprawiedliwości" Grupy Wagnera na Moskwę to "ustawka" czy "montaż" nie wytrzymują krytyki z kilku powodów. Pierwszym z nich jest to, że Moskwa nie miała z góry przygotowanej narracji - takiego gotowca jak po Smoleńsku, zamachach na bloki mieszkalne w 1999 r. czy śmierci gen. Lebiedzia. Tym razem cała afera była gigantyczną wizerunkową wtopą dla Putina i Rosji. Niektórzy twierdzą, że celem rzekomej "ustawki" miało być usunięcie Szojgu i Gierasimowa. Tyle, że Putin mógłby ich usunąć bez tego całego cyrku - po prostu podpisując odpowiednie dokumenty. Szojgu jakoś nadal jest rosyjskim ministrem obrony. I Putinowi widać nie zależy, by go pozbawić stanowiska. Wszak mógłby je objąć ktoś kompetentny, kto szybko zdobyłby popularność i zagroził jego władzy. 


Jeśli więc spełnią się pogłoski o tym, że Szojgu ma zostać zastąpiony przez gubernatora Tuły Aleksieja Diumina, to oznaczać to będzie, że Putin traci kontrolę. Diumin od dawna jest kreowany bowiem następcę Putina. Wcześniej był zastępcą szefa jego ochrony, a w 2014 r. wiceszefem GU (dawnego GRU), gdzie kierował operacjami związanymi z zajęciem Krymu i ewakuacją Janukowycza z Ukrainy.

Czemu miał więc służyć wagnerowski marsz na Moskwę?

Na spotkaniu dowódców Grupy Wagnera, Prigożyn nie krył jaki jest jego ostateczny cel. "Wywlokę Putina z Kremla na Plac Czerwony i naszczam na niego podczas transmisji na żywo".

Według Generała SWR, Prigożin w ostatnich miesiącach stracił bezpośredni dostęp do Putina, a "życzliwi" pośrednicy przeinaczali jego prośby i sugestie kierowane do prezydenta. Putin zaczął w wyniku tego uznawać Prigożyna za psa, który się zerwał z łańcucha. Dał więc zielone światło dla Szojgu na "rozwiązanie kwestii" gwiazdorzącego oligarchy. Generał SWR twierdzi jednak, że Prigożyn wciąż miał przyjaciół i protektorów w wywiadzie wojskowym GU. Razem z nimi planował uderzenie wyprzedzające. To oficerowie GU przekonali go, że zamach stanu może się udać.

(Poszlaką potwierdzającą te rewelacje było to, że bunt Prigożyna poparł Rosyjski Korpus Ochotniczy. Część "międzynarodówki" związanej z wywiadem wojskowym państw postsowieckich.)

Atak na obozy wagnerowców na Ukrainie był sfingowany. Ta inscenizacja nastąpiła jednak na kilka godzin przed realnym planowanym rosyjskim uderzeniem rakietowym na te cele. Według Christo Grozeva z Bellingcat, już w nocy z 22 na 23 czerwca zarejestrowano paniczną wymianę wiadomości pomiędzy FSB, GU i FSO. Spodziewano się rychłego buntu i nie traktowano go jako ustawki.



To, co się wydarzyło później, było dla szokiem dla całej rosyjskiej machiny państwowej. Zajęcie w kilka godzin Rostowa nad Donem i Woroneża wprawiło cały świat w zdumienie. W pewnym momencie, między kolumną wagnerowców a Placem Czerwonym w Moskwie nie było żadnych poważnych sił mogących zatrzymać puczystów. Były tylko ciołki z Rosgwardii, SOBR, policji, FSB i FSO. Putin uciekł z Moskwy do bunkra w Wałdaju. Co więcej, pucz spotkał się z entuzjastyczną reakcją zwykłych ludzi - przynajmniej w Rostowie. Zwykli Rosjanie wręczali buntownikom kwiaty, częstowali jedzeniem, robili sobie z nimi zdjęcia. Traktowano ich jako autentycznych ludowych bohaterów i wyraźnie im kibicowano. Wagnerowcy nagle jednak się zatrzymali i przerwali zamach stanu. Dlaczego?

Generał SWR twierdzi, że Prigożyn zorientował się w Rostowie, że nie uzyskał wystarczająco dużego poparcia. Nie chodziło tu o poparcie wśród ludu. Tylko o to, by stanęła za nim armia i by kolejne jednostki przyłączały się do niego w marszu na Moskwę. Armia pozostała jednak głównie neutralna - podobnie jak armia czechosłowacka w 1968 r., czy raczej jak większość armii węgierskiej w 1956 r. Siły Prigożyna wcale nie były duże. On mówił o 25 tys., ale wywiad brytyjski ocenił je na 8 tys. (Zauważcie, że o 8 tys. mówił też Jarosław Kaczyński.) Prigożyn przestraszył się więc, że rzucił się na kawałek mięsa, którego nie będzie w stanie połknąć. Widać to było po negocjacjach w Rostowie prowadzonych z wiceministrem obrony.



Jeden z rodzajów rosyjskich sił zbrojnych pozostawał wówczas lojalny wobec kierownictwa MON i Putina. Były nim siły powietrzne. W trakcie starć w dniu puczu, wagnerowcy zestrzelili nawet osiem śmigłowców i samolot Ił-18 będący powietrznym stanowiskiem dowodzenia - a więc maszyną drogą i rzadką. Mogło tego dnia zginąć 39 oficerów i pilotów sił powietrznych, w tym jeden w stopniu podpułkownika. Lotnictwo miało więc prawo dyszeć żądzą zemsty na wagnerowcach.

Dobrze poinformowane źródło powiedziało mi, że marsz wagnerowców na Moskwę powstrzymało właśnie lotnictwo. Ostrzegło Prigożyna, że zmasakruje jego kolumnę i w ramach demonstracji posłało rakietę w samochód, w którym jechał oficer znajdujący się na szpicy. Dano do zrozumienia Prigożynowi, że jego telefon można namierzyć, tak jak namierzono telefon satelitarny prezydenta Dudajewa. Pokrywa się to z twierdzeniami brytyjskich tajnych służb, o tym, że grożono dowódcom Grupy Wagnera, tym, że zlikwidowane zostaną ich rodziny. 


W takiej sytuacji, Prigożyn zgodził się na rozmowy z Patruszewem prowadzone za pośrednictwem Baćkoszenki.  Według Generała SWR, te negocjacje prowadził Patruszew, gdyż to on przejął kontrolę w obliczu bierności decyzyjnej Putina. Zgodzono się na gwarancje bezpieczeństwa i amnestię dla Prigożyna i jego ludzi. Putin gdy się o tym dowiedział, stwierdził: "Mam w dupie te gwarancje!".

Jak zauważył Ian Bremmer, szef Eurasia Group, Putin w przeszłości zabijał za rzeczy bardziej błahe. Nie odpuści więc Prigożynowi. Gen. David Petraeus, były szef CIA, radzi Prigożynowi, by unikał stania przy otwartych oknach. Komentatorzy w rosyjskich mediach otwarcie wzywają, by zabić szefa Grupy Wagnera.  Na razie jednak Prigożyn może trochę odetchnąć na Białorusi, w mińskim hotelu Continental (ci, którzy oglądali Johna Wicka, złapali aluzję :) Jego Grupa jeszcze działa w Rosji. Tak szybko go nie załatwią, gdyż jego ludzie kontrolują w Afryce skarbce z zagrabionymi diamentami i złotem. (Oczywiście zależą oni tam od rosyjskiego transportowego lotnictwa wojskowego. W Syrii już są oni zatrzymywani przez rosyjską i syryjską bezpiekę.) Ponoć Jurij Kowalczuk negocjuje z Prigożynem kwestię przekazania tych aktywów. "Kucharz Putina" zna też zbyt dużo jego sekretów. Putin musi się więc najpierw upewnić, że nie wyjdą one na jaw. I dopiero potem zlikwidować tego byłego więziennego "koguta".

Na razie FSB jest na etapie prowadzenia śledztwa w sprawie tego, którzy generałowie pomagali buntownikom. Podejrzenia dotyczą trzech generałów, w tym Surowikina, który się ponoć przyznał, że do pewnego momentu wspierał pucz, a później się wycofał. Podejrzeniom sprzyjają oczywiście wrzutki w zachodnich mediach.

Za dużo tego jak na "ustawkę" i "montaż"...


Wspomniałem o tym, że Rusnia nie miała z góry przygotowanej narracji dotyczącej puczu. Przez jeden dzień sowieciarskie NPC przekonywały w necie, że "Prigożyn to CIA". Później wymyślili oczywiście, że to "szachy 4D Putina". Według nich, cały ten cyrk był po to, by przerzucić Grupę Wagnera na Białoruś i od północy uderzyć na Kijów. Argumentacja idiotyczna, ale czego spodziewać się po tych debilach? Grupę Wagnera można było przerzucić na Białoruś bez tych jackassowych "szachów 4D". Przypomnijmy, że Grupa Wagnera liczyła w trakcie marszu na Moskwę 8 tys. bojców - jeszcze w grudniu było ich ponad 50 tys. W walce o powiatową mieścinę straciła więc ponad 40 tys. ludzi - co najmniej tyle, bo walczyła tam od sierpnia, ponosząc cały czas ciężkie straty. Jak więc 8 tys. kryminalistów miałoby zdobyć Kijów? Idiotyczną historyjkę o tym "genialnym ruchu" więc zmodyfikowano. Pod poprzednim wpisem macie komentarze anonimowego upośledzonego trolla, który kiepską polszczyzną piszę, że wagnerowcy "wywieźli z kopalni" "rezerwy z całego byłego ZSRR" i że to "genialny ruch Rosji" związany z transformacją energetyczną. Nie wyjaśnia jednak, czego rezerwy wywieziono "z kopalni". Były więc to zapewne rezerwy gówna - w 100 proc. ekologicznej biomasy, na której będzie oparty Zielony Ład. Przypominam, że poprzednia rosyjska wersja propagandowa dla idiotów mówiła, że w kopalni soli w Soledarze znajdują się "ukraińskie laboratoria biologiczne". A to mi przypomina anegdoty o tym jak w czasie pierwszej sowieckiej okupacji pytano się politruków, "czy w Związku Sowieckim jest syfilis", a oni odpowiadali: "Tak, sowieckie fabryki produkują codziennie tysiące ton syfilisu".

Potężny szok mentalny przeżyli również amerykańscy gównojadzi. Niektórzy przekonywali, że nie mamy do czynienia z puczem, bo gdyby Prigożyn coś takiego zrobił, "to zostałby aresztowany" , a później utrzymywali, że kwaterę Południowego Okręgu Wojskowego w Rostowie zajęło "tylko kilka tuzinów ludzi", więc "włączcie myślenie" :)))) 


Powyżej: Putin wygląda jak przegryw, który uciekł samolotem. Odpowiedź debila: Putin udaje się co tydzień do kościoła i dlatego opuszcza samolotem Moskwę, ty debilu. To normalne. Jeśli tego nie wiesz, to jesteś zbyt niedoinformowanym imbecylem, by się wypowiadać o geopolityce i powinieneś wrócić do swojej "fajnej" cioci, by zrobić jej rimjob, zanim twoja mama będzie musiała znów cię ukarać. 

U nas zaczyna się natomiast sianie strachu: "uuuuu, 8 tys. strasznych wagnerowców pójdzie teraz na Warszawę", "uuuu sprytny plan Putina". Można podejrzewać, że zostaną wykorzystani przez Baćkoszenkę na granicy, przy wspieraniu bambików próbujących gramolić się na płot. Nie da się wykluczyć prowokacji, więc trzeba ostro chronić granicę. Zrobić im niespodziankę, minując niektóre jej odcinki. Jak bambiki rzucają w naszych ludzi kamieniami, nasi powinni odpowiadać na to ogniem z broni gładkolufowej. Celować w głowy. Jeśli będą zasłaniać się kobietami i dzieciakami - nie przejmować się, strzelać!  Postępować jak Izraelczycy, Turcy czy Egipcjanie. Przydaliby się też "nieznani sprawcy" i "zaniepokojeni obywatele", którzy nawiedzaliby szlających się po lasach aktywistów współpracujących z handlarzami ludźmi i reżimem Łukaszenki.  Niestety westernizując się zatracamy swój gen okrucieństwa...  Za sanacji takich szkodników by się po prostu wsadzało do Berezy, gdzie by czekały na nich różne atrakcje. No ale, słysząc o tym zacnym miejscu odosobnienia, nie tylko libki, ale też dupokonserwatyści i duponarodowcy cienko pochlipują, zamiast sławić to wielkie osiągnięcie polskiej cywilizacji. 

Chciałbym kiedyś zobaczyć na wodach Morza Śródziemnego okręt ORP "Bogusław Wolniewicz", który służąc na tym akwenie z bratnią pomocą Włochom i Grekom, dziurawiąc z z działek stateczki z nachodźcami odpalałby jako sygnał dźwiękowy nagrane słowa profesora: Zatapiać!