sobota, 18 kwietnia 2015
Zamach smoleński: zleceniodawcy i wykonawcy
"Musimy się przeciwstawić specjaliście od kur!"
BUL
Jak już zauważyliście, komuś w BBN nie spodobał sie mój poprzedni wpis i Google wyświetla komunikat, że "blog został uznany za kontrowersyjny". Dedykuję tej osobie piosenkę:
Chodź Szogunie z RMF Maxx
Szogun ponoć jest osobą próżną, która kilka razy dziennie wpisuje swoje nazwisko w Google, by sprawdzić, co o nim piszą. Zapewne z wrodzonej skromności jeszcze nie ujawnił, że widzi siebie w roli dowódcy polskich sił zbrojnych (szoguna) na wypadek wojny.
***
W poprzednim wpisie poruszyłem temat zleceniodawców i wykonawców zamachu smoleńskiego. Dzisiaj przypomnę postać jednego - zapewne kluczowego wykonawcy - gen. Władimira Benediktowa, specjalisty od lotniczych operacji specjalnych, "lotczika-snajpera", od 2013 r. dowódcy wojskowego lotnictwa transportowego Federacji Rosyjskiej. Jego rolę po raz pierwszy ujawniono w znakomitej książce "Zbrodnia Smoleńska. Anatomia zamachu" napisanej przez zespół ekspertów powiązanych z wojskiem i tajnymi służbami. Benediktow wydawał płk Krasnokuckiemu polecenia z moskiewskiego Centrum "Logika". To on zakazał zamykać lotnisko i kazał sprowadzać Tupolewa po określonym kursie i ścieżce, "do 100 m". Na 100 m samolot najprawdopodobniej dostał rakietą powietrze-powietrze, która wywołała zniszczenia m.in. w tylnej części statecznika (których nie spowodowałaby ładunki wybuchowe umieszczone na pokładzie). Zniszczenia wewnątrz silników były skutkiem zassania przez nie odłamków. (Tupolew zaczął się rozpadać już na długo przed osławioną brzozą, po wybuchu w powietrzu - bomba/bomby w salonce prezydenckiej i koło przedziału VIP zostały umieszczone moim zdaniem "dla pewności" lub bardziej w ramach intrygi mającej na celu szantaż polskiego polityka i grupy wojskowych, którzy zlecali zamach.)
W stenogramach ze stanowiska kontroli lotów na lotnisku Smoleńsk Siewiernyj znajduje się fragment w którym Krasnokucki dzwoni do Centrum "Logika" prosząc o połączenie z Benediktowem. Sekretarka w Moskwie go łączy, a Benediktow rzuca słuchawką jak tylko słyszy głos Krasnokuckiego. Wie, że rozmowa jest nagrywana. Dzwoni więc na prywatną komórkę Krasnokuckiego i przez nią wydaje mu rozkazy. Gen. Benediktow był prawdopodobnie ważniejszym operacyjnym wykonawcą zamachu od gen. Jurija D. i od Dmitrija Sałamatina.
Gen. Benediktow jest również silnie powiązany ze zorganizowaną przestępczością. Jak czytamy:
"Interesujące światło na osobę Benediktowa i możliwość jego uczestnictwa w działaniach przestępczych rzuca opis środowiska, w jakim toczyła się jego szybka kariera. Należy on bowiem od wielu już lat do grupy ścisłego dowództwa lotnictwa transportowego Rosji, które wstrząsane jest ogromną, nawet jak na Rosję, aferą korupcyjną. Do grupy tej należeli m.in. generałowie Denisow i Kaczałkin, najwyżsi dowódcy tego rodzaju sił zbrojnych, a także, na niższym szczeblu płk. Krasnokucki, dowodzący w ciągu swej kariery bazami lotniczymi w Smoleńsku i Twerze. Za ich zgodą powołano w 1993 r. dwa specjalne oddziały, 223 i 224, w największych bazach lotnictwa transportowego w Twerze i Szczołkowie pod Moskwą. Stały się one prywatnym biznesem generałów. Wojskowe samoloty transportowe wykorzystywano do masowego przewozu nielegalnego spirytusu „Royal”, obsługiwały handel bronią i narkotykami. Samoloty były „wypożyczane” gangom. Generalicja zarabiała na tym miliony. Od 2002 roku trwa w tej sprawie prokuratorskie śledztwo. Co ciekawe, Ił-76, który próbował 10 kwietnia lądować w Smoleńsku godzinę przed polskim TU-154 należał właśnie do oddziału nr 224 i przyleciał z bazy Twer."
***
Po publikacji książki Jurgena Rotha "Zamknięte akta S." można było często słyszeć, że Roth jest "narzędziem niemieckiego establiszmentu" celowo prowadzącym dezinformacje w sprawie smoleńskiej. Nic bardziej błędnego. Roth to radykalny socjalista (a przy tym antykomunista), który przez 45 lat kariery dziennikarza śledczego wielokrotnie zachodził niemieckiemu establiszmentowi za skórę. Wystarczy przeczytać jego książkę "Cichy pucz", by zorientować się w jego poglądach. Roth to przy tym bardzo rzetelny dziennikarz, wierzący w swoją misję naprawiania świata. Inną sprawą jest to, czemu ktoś z BND przekazał mu tajny dokument dotyczący zamachu smoleńskiego. Zapewne w centrali BND w Pullach pod Monachium są jacyś pogrobowcy Franza Josepha Straussa, którzy niepokoją się tym, że Rosja zbyt śmiało i bezczelnie sobie poczyna w Polsce, Czechach, na Węgrzech (krajach które Niemcy tradycyjnie uważają za swoją strefę wpływów) a także w Austrii i Niemczech. Przekazana notatka najprawdopodobniej odzwierciedla autentyczną wiedzę operacyjną niemieckich tajnych służb. Oczywiście jest to tylko fragment tej wiedzy.
(Warto zadać tutaj pytanie: czy coś o Smoleńsku wypłynie od białoruskich i amerykańskich służb? Lotnisko Smoleńsk Siewiernyj było wykorzystywane w procederze nielegalnego handlu białoruską bronią i jako takie było nadzorowane przez tajne służby Łukaszenki a także przez amerykańskie satelity szpiegowskie.)
***
Roth w ostatnim wywiadzie dla "W Sieci" mówi, że zleceniodawca zamachu, według notatki BND, pochodził z polskiego rządu. Jest w tym dokumencie jego nazwisko. Niemieckie słowo "Regierung" można przetłumaczyć w wąskim znaczeniu jako rząd, rada ministrów a w szerszym jako administracja rządowa, państwowa. Jak już wspomniałem: musiał to być polityk powiązany z wojskowymi tajnymi służbami, od samego początku angażujący się w tuszowanie zamachu smoleńskiego i przy tym na tyle głupi, by dać się szantażować rosyjskim tajnym służbom takim zleceniem masowego zabójstwa.
Jeśli patrzymy na to kto w latach 2009-2010 pasował do takiego schematu, to pierwszym skojarzeniem będzie pewien półanalfabeta łażący po krzesłach - o ile przyjmiemy, że chodzi o "rząd" w szerszym znaczeniu ekipy władzy - a drugą pewien minister paplający w podsłuchiwanych restauracjach co mu ślina na język przyniesie, płacący ponoć służbową kartą kredytową za dziwki podczas zagranicznych wizyt, pudrujący sobie nos (bynajmniej nie cukrem pudrem), mający niesłychanie rozdęte ego i kompleksy na punkcie Lecha Kaczyńskiego, współpracujący swego czasu służbowo z Szogunem i wianuszkiem podobnych trepów a przy okazji często odwiedzający Afganistan (miejsce gdzie rezydował gen. Jurij D.). Przeciwko tej tezie przemawia to, że ta osoba ma opinię "tchórza i człowieka bez inicjatywy". Poza tym mija już pięć lat - gdyby to zrobił, to by już dawno wypaplał.
piątek, 10 kwietnia 2015
Krótka historia sabotażu lotniczego: To był Szogun!
Ilustracja muzyczna: Darker than Black Ryuusei no Gemini Opening
"Shogun ka yo!"
Gintoki Sakata, "Gintama"
W styczniu 2011 r. pewna bardzo poinformowana osoba o niezwykłych powiązaniach służbowych, towarzyskich i rodzinnych (jego ojciec był w Oddziale II SG) a także o niecodziennych poglądach (za największych polskich przywódców XX w. uznaje on Marszałka Piłsudskiego i Edwarda Gierka) pokazała mi tekst anglojęzycznej książki poświęconej zamachowi smoleńskiemu przygotowanej przez zespół polskich wojskowych i ludzi tajnych służb. Wiele miesięcy później ta książka została wydana w Polsce jako "Zbrodnia Smoleńska. Anatomia Zamachu". Wielka cegła ze wstępem Wiktora Suworowa, dezertera z GRU oraz Gene'a Poteata z CIA. Na długo zanim tzw. Zespół Macierewicza udowodnił, że Tupolew został zniszczony za pomocą wybuchu, tam pojawiła się taka sama teza. W książce tej przyjęto wytłumaczenie, że Tupolew został zestrzelony przez rosyjskiego Miga-29 uczestniczącego w manewrach lotniczych pod Sieszczą.
W sierpniu 2011 r. w Mińsku białoruskim miałem okazję pić wódkę z weteranami Afganistanu - weteranami sił specjalnych GRU. Zapytani o Smoleńsk powiedzieli: "Przecież wiadomo kto to robi. U nas w Rosji było mnóstwo takich "katastrof". Dowództwo Floty Pacyfiku tak nam kagiebiści załatwili".
Miałem okazję później rozmawiać z Juvalem Avivem, pierwowzorem głównego bohatera filmu "Monachium". Zagaiłem: "Część ludzi w Polsce uważa, że w Smoleńsku doszło do zamachu...". Odpowiedział mi: "No doubt, no any dobut!".
Dobrze poinformowani ludzie ze służb specjalnych - zarówno z Zachodu jak i ze Wschodu czy Bliskiego Wschodu - są więc przekonani, że 10 kwietnia 2010 r. nad Smoleńskiem doszło do zamachu. Oczywiście ubeccy podludzie tacy jak gen. Dupaczewski czy gen. Duposław Cz. tego nie potwierdzą - więc bezmyślna masa etniczna zamieszkująca między Odrą i Bugiem jest święcie przekonana, że samolot rozwalił pijany generał Błasik i niedouczeni piloci.
Szokiem dla prywiślańskiego społeczeństwa mogą więc być rewelacje Jurgena Rotha, wybitnego niemieckiego dziennikarza śledczego, specjalisty od zorganizowanej przestępczości i terroryzmu. W swojej najnowszej książce "Zamknięte akta S." publikuje on dokumenty pokazujące, że niemiecki wywiad BND jest również przekonany, że w Smoleńsku doszło do zamachu. Jak czytamy:
"Czy w związku z tym powinienem zignorować dokument Federalnej Służby Wywiadowczej (BND)? Nosi datę z marca 2014 roku. Wtedy funkcjonariusz BND wysłał depeszę do centrali w Pullach, którą sporządził po rozmowach przeprowadzonych z wysokim rangą członkiem rządu polskiego oraz czołowym funkcjonariuszem rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB). W dokumencie utrzymuje się między innymi co następuje: "Możliwym wyjaśnieniem przyczyny katastrofy Tu-154 z 10.04 2010 w Smoleńsku jest wysoce prawdopodobny zamach przy użyciu materiałów wybuchowych przeprowadzony przez Wydział FSB działający pod przykryciem w ukraińskiej Połtawie, pod dowództwem generała Jurija D. z Moskwy”.
„Chodzi o 3. Wydział FSB, Służby Naukowo-Techniczne. Do jego podwydziałów należą: Zarządzanie Zakupem Broni, Sprzętu Wojskowego i Specjalnego Wyposażenia oraz Zarządzanie Środkami Operacyjno-Technicznymi.
W dalszej części dokumentu BND czytamy: "Pozostałego przebiegu zdarzeń dotyczącego realizacji, pozyskania materiałów wybuchowych czy komunikacji - mimo podjęcia intensywnych działań - nie udało się wyjaśnić, ponieważ nie można wykluczyć poważnego zagrożenia dla działających na miejscu źródeł." Jak to bywa ze wszystkimi informacjami BND, można im wierzyć lub nie. Jednak te pasują do układanki z faktów i poszlak, co pozwala sądzić, że powyższe informacje wywiadowcze nie zostały wyssane z palca”.
(...)
Wiele poszlak wskazywało na to, że mogło jednak dojść do jednej lub kilku eksplozji. Tu należy przypomnieć raport BND z marca 2014 roku. W dokumencie tym nie tylko utrzymywano, że zlecenie zamachu na TU-154 pochodziło „bezpośrednio” od wysokiego rangą polskiego polityka i było skierowane do generała FSB, Jurija D. „Nie udało się ustalić, kiedy i gdzie do tego doszło.” Następnie wspomniany generał FSB nawiązał kontakt ze stacjonującą w Połtawie grupą operacyjną pod dowództwem Dmytra S. „Dmytro S. oraz cała jego grupa operacyjna, w skład której wchodzi piętnastu etatowych funkcjonariuszy FSB, posługują się oficjalnie na terenie Ukrainy dokumentami SBU [Służby Bezpieczeństwa Ukrainy]. Pozostają tam jako siły wsparcia dla działań SBU. W rzeczywistości jednak wszyscy są funkcjonariuszami 3. Wydziału FSB, Służby Naukowo-Techniczne. Nasuwa się pytanie, dlaczego akurat 3. Wydział FSB miałby być uwikłany w tego rodzaju proceder. D. do 2011 roku służył w Kabulu jako doradca Hamida Karzaja ds. spraw bezpieczeństwa. Wydaje się, że D. mógł zapewnić sobie łatwy dostęp do materiałów wybuchowych. Mimo to, uwzględniając fakt, że w przypadku TU-154 chodzi o rządowy samolot polskiego prezydenta o bardzo wysokich wymogach bezpieczeństwa, - zdaniem autora - umieszczenie w samolocie ładunków TNT wyposażonych w zdalne zapalniki byłoby niemożliwe bez zaangażowania polskich sił.” Tyle na temat wiedzy BND na podstawie wypowiedzi dwóch różnych źródeł; przedstawiciela rządu polskiego oraz rosyjskiego źródła z FSB. Oba źródła informują na temat sprawy Smoleńska niezależnie od siebie, nie znając się wzajemnie."
"Urodzony w 1965 r. w Kazachstanie Salamatin, inżynier górnictwa, w latach 90-ch pracował jako doradca w różnych moskiewskich firmach paliwowych. W 1999 r. przeprowadził się na Ukrainę. Jesienią 2005 r. otrzymał obywatelstwo Ukrainy. W latach 2006-2011 był deputowanym do Rady Najwyższej Ukrainy z ramienia Partii Regionów. W czerwcu 2010 roku Salamatin został szefem ukraińskiej spółki państwowej Ukrspieceksport, mający wyłączność na eksport i import broni. W 2011 r. zaś szefem państwowy koncernu Ukroboronprom, łączącym ukraińskich producentów broni.
Z lutego po grudzień Dmytro Salamatin 2012 r. obejmował stanowisko ministra obrony Ukrainy.Jego nominacja wywołała skandal polityczny na Ukrainie. Przede wszystkim krytykowano wybór na tak ważne stanowisko człowieka, który przez lata pracował dla Rosji. Wielokrotnie był oskarżany o związki z rosyjskimi służbami.
– Powołanie na ministra obrony Ukrainy człowieka, który był obywatelem Ukrainy zaledwie przez 5 lat, a wcześniej pracował w rosyjskim biznesie, jest wyraźnym świadectwem albo niekompetencji prezydenta Janukowycza, albo, co jest bardziej prawdopodobne, bezpośrednim i świadomym lekceważeniem przez niego interesów bezpieczeństwa narodowego i obrony – mówił po powołaniu Salamatina w kwietniu 2012 r. deputowany do rady Najwyższej Taras Steckiw z partii byłego „pomarańczowego” prezydenta Wiktora Juszczenki Nasza Ukraina-Ludowa Samoobrona.
Do dymisji Salamatina doszło w atmosferze skandali. Zdążył jednak we wrześniu 2012 r. udać się z oficjalną wizytą do Afganistanu, gdzie spotkał się z ówczesnym prezydentem Hamidem Karzajem. Od razu po dymisji Salamatina w grudniu 2012 r. ówczesny prezydent Wiktor Janukowycz wyznaczył Salamatina swoim doradcą ds. bezpieczeństwa.
Jak ujawniła w lutym br. francuska gazeta Le Mond, opierając się na danych szwajcarskiego banku HSBC, Salamatin jest właścicielem domu w najdroższej podmoskiewskiej, burżuazyjnej dzielnicy Srebrny Bór w sąsiedztwie z wysokimi funkcjonariuszami FSB Rosji."
Do ustalenia pozostaje tożsamość gen. Jurija D. , dokładnego technicznego przebiegu zamachu (czy dwa pierwsze wybuchy to skutek trafienia Tupolewa rakietą czy eksplozji wewnętrznej - jak bowiem czytamy: zgodnie z raportem, podczas odejścia na drugi krąg, w samolocie nastąpiła eksplozja kilkadziesiąt metrów przed brzozą, a na dystansie kolejnych 200-300 metrów miała miejsce dalsza destrukcja skrzydła wraz z urwaniem jego końcówki. Następnie jeszcze przed uderzeniem w ziemię miała miejsce eksplozja w kadłubie samolotu, która zniszczyła jego strukturę; końcowym etapem katastrofy był wybuch w prezydenckiej salonce, już po uderzeniu samolotu w ziemię), a także ustalenia polskojęzycznych zleceniodawców zamachu. Logika podpowiada, że musiał to zlecić polityk mający silne powiązania z wojskowymi służbami specjalnymi, aż do BUL-u wykorzystujący te powiązania. Organizatorem ze strony polskiej był zaś wojskowy, w randze generała, mający służbowe powiązania z ludźmi takimi jak gen. Jurij D., kultywowane również podczas wizyt w Afganistanie.
Flashback: Zagadka śmierci generała Szumskiego - MUST READ!!!
Powyżej: "Sejmowa Komisja badająca Katastrofę Smoleńską podczas analizy dokumentów związanych z remontem tupolewa natrafiła na ślad lobby Wojskowych Służb Informacyjnych. Podczas przetargu na remont tupolewa z niejasnych przyczyn odrzucono polskie przedsiębiorstwa BUMAR i Metalexport-S. Zlecenie przyznano konsorcjum MAW Telecom i Polit-Elektronik.
Wiceprzewodniczącym Rady Nadzorczej MAW Telecom Intl SA jest gen. broni w st. spocz. Henryk Tacik, absolwent Akademii Sztabu Generalnego w Moskwie. "
"Shogun ka yo!"
Gintoki Sakata, "Gintama"
W styczniu 2011 r. pewna bardzo poinformowana osoba o niezwykłych powiązaniach służbowych, towarzyskich i rodzinnych (jego ojciec był w Oddziale II SG) a także o niecodziennych poglądach (za największych polskich przywódców XX w. uznaje on Marszałka Piłsudskiego i Edwarda Gierka) pokazała mi tekst anglojęzycznej książki poświęconej zamachowi smoleńskiemu przygotowanej przez zespół polskich wojskowych i ludzi tajnych służb. Wiele miesięcy później ta książka została wydana w Polsce jako "Zbrodnia Smoleńska. Anatomia Zamachu". Wielka cegła ze wstępem Wiktora Suworowa, dezertera z GRU oraz Gene'a Poteata z CIA. Na długo zanim tzw. Zespół Macierewicza udowodnił, że Tupolew został zniszczony za pomocą wybuchu, tam pojawiła się taka sama teza. W książce tej przyjęto wytłumaczenie, że Tupolew został zestrzelony przez rosyjskiego Miga-29 uczestniczącego w manewrach lotniczych pod Sieszczą.
W sierpniu 2011 r. w Mińsku białoruskim miałem okazję pić wódkę z weteranami Afganistanu - weteranami sił specjalnych GRU. Zapytani o Smoleńsk powiedzieli: "Przecież wiadomo kto to robi. U nas w Rosji było mnóstwo takich "katastrof". Dowództwo Floty Pacyfiku tak nam kagiebiści załatwili".
Miałem okazję później rozmawiać z Juvalem Avivem, pierwowzorem głównego bohatera filmu "Monachium". Zagaiłem: "Część ludzi w Polsce uważa, że w Smoleńsku doszło do zamachu...". Odpowiedział mi: "No doubt, no any dobut!".
Dobrze poinformowani ludzie ze służb specjalnych - zarówno z Zachodu jak i ze Wschodu czy Bliskiego Wschodu - są więc przekonani, że 10 kwietnia 2010 r. nad Smoleńskiem doszło do zamachu. Oczywiście ubeccy podludzie tacy jak gen. Dupaczewski czy gen. Duposław Cz. tego nie potwierdzą - więc bezmyślna masa etniczna zamieszkująca między Odrą i Bugiem jest święcie przekonana, że samolot rozwalił pijany generał Błasik i niedouczeni piloci.
Szokiem dla prywiślańskiego społeczeństwa mogą więc być rewelacje Jurgena Rotha, wybitnego niemieckiego dziennikarza śledczego, specjalisty od zorganizowanej przestępczości i terroryzmu. W swojej najnowszej książce "Zamknięte akta S." publikuje on dokumenty pokazujące, że niemiecki wywiad BND jest również przekonany, że w Smoleńsku doszło do zamachu. Jak czytamy:
"Czy w związku z tym powinienem zignorować dokument Federalnej Służby Wywiadowczej (BND)? Nosi datę z marca 2014 roku. Wtedy funkcjonariusz BND wysłał depeszę do centrali w Pullach, którą sporządził po rozmowach przeprowadzonych z wysokim rangą członkiem rządu polskiego oraz czołowym funkcjonariuszem rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB). W dokumencie utrzymuje się między innymi co następuje: "Możliwym wyjaśnieniem przyczyny katastrofy Tu-154 z 10.04 2010 w Smoleńsku jest wysoce prawdopodobny zamach przy użyciu materiałów wybuchowych przeprowadzony przez Wydział FSB działający pod przykryciem w ukraińskiej Połtawie, pod dowództwem generała Jurija D. z Moskwy”.
„Chodzi o 3. Wydział FSB, Służby Naukowo-Techniczne. Do jego podwydziałów należą: Zarządzanie Zakupem Broni, Sprzętu Wojskowego i Specjalnego Wyposażenia oraz Zarządzanie Środkami Operacyjno-Technicznymi.
W dalszej części dokumentu BND czytamy: "Pozostałego przebiegu zdarzeń dotyczącego realizacji, pozyskania materiałów wybuchowych czy komunikacji - mimo podjęcia intensywnych działań - nie udało się wyjaśnić, ponieważ nie można wykluczyć poważnego zagrożenia dla działających na miejscu źródeł." Jak to bywa ze wszystkimi informacjami BND, można im wierzyć lub nie. Jednak te pasują do układanki z faktów i poszlak, co pozwala sądzić, że powyższe informacje wywiadowcze nie zostały wyssane z palca”.
(...)
Wiele poszlak wskazywało na to, że mogło jednak dojść do jednej lub kilku eksplozji. Tu należy przypomnieć raport BND z marca 2014 roku. W dokumencie tym nie tylko utrzymywano, że zlecenie zamachu na TU-154 pochodziło „bezpośrednio” od wysokiego rangą polskiego polityka i było skierowane do generała FSB, Jurija D. „Nie udało się ustalić, kiedy i gdzie do tego doszło.” Następnie wspomniany generał FSB nawiązał kontakt ze stacjonującą w Połtawie grupą operacyjną pod dowództwem Dmytra S. „Dmytro S. oraz cała jego grupa operacyjna, w skład której wchodzi piętnastu etatowych funkcjonariuszy FSB, posługują się oficjalnie na terenie Ukrainy dokumentami SBU [Służby Bezpieczeństwa Ukrainy]. Pozostają tam jako siły wsparcia dla działań SBU. W rzeczywistości jednak wszyscy są funkcjonariuszami 3. Wydziału FSB, Służby Naukowo-Techniczne. Nasuwa się pytanie, dlaczego akurat 3. Wydział FSB miałby być uwikłany w tego rodzaju proceder. D. do 2011 roku służył w Kabulu jako doradca Hamida Karzaja ds. spraw bezpieczeństwa. Wydaje się, że D. mógł zapewnić sobie łatwy dostęp do materiałów wybuchowych. Mimo to, uwzględniając fakt, że w przypadku TU-154 chodzi o rządowy samolot polskiego prezydenta o bardzo wysokich wymogach bezpieczeństwa, - zdaniem autora - umieszczenie w samolocie ładunków TNT wyposażonych w zdalne zapalniki byłoby niemożliwe bez zaangażowania polskich sił.” Tyle na temat wiedzy BND na podstawie wypowiedzi dwóch różnych źródeł; przedstawiciela rządu polskiego oraz rosyjskiego źródła z FSB. Oba źródła informują na temat sprawy Smoleńska niezależnie od siebie, nie znając się wzajemnie."
(koniec cytatu)
Opisywana przez niemieckie służby struktura, która przeprowadziła zamach bardzo przypomina struktury oparte na funkcjonariuszach postsowieckich służb takich jak Grupa Far West czy też opisane przez płk. Litwinienkę siatki, które doprowadziły do dwóch wojen czeczeńskich. Posługiwanie się wykonawcami zakamuflowanymi jako przedstawiciele innych służb wywiadowczych to też nic nowego. Wzmianka o Karzaju jest ciekawa - choćby w kontekście jego zwrotu ku Rosji oraz poparcia przez niego aneksji Krymu. Wspomniany gen. Jurij D. zapewne nadzorował narkotykowe interesy FSB z Karzajem.
Wykonawca zamachu (umieszczenia bomby w salonce prezydenckiej i być może również "czyszczenia" wrakowiska - niektórzy dopatrywali się ukraińskich słów na słynnym filmie ze strzałami w lesie) został zidentyfikowany jako Dmitrij Sałamatin - Kazach będący przez kilka miesięcy ministrem obrony u Janukowycza. Jak czytamy:
"Urodzony w 1965 r. w Kazachstanie Salamatin, inżynier górnictwa, w latach 90-ch pracował jako doradca w różnych moskiewskich firmach paliwowych. W 1999 r. przeprowadził się na Ukrainę. Jesienią 2005 r. otrzymał obywatelstwo Ukrainy. W latach 2006-2011 był deputowanym do Rady Najwyższej Ukrainy z ramienia Partii Regionów. W czerwcu 2010 roku Salamatin został szefem ukraińskiej spółki państwowej Ukrspieceksport, mający wyłączność na eksport i import broni. W 2011 r. zaś szefem państwowy koncernu Ukroboronprom, łączącym ukraińskich producentów broni.
Z lutego po grudzień Dmytro Salamatin 2012 r. obejmował stanowisko ministra obrony Ukrainy.Jego nominacja wywołała skandal polityczny na Ukrainie. Przede wszystkim krytykowano wybór na tak ważne stanowisko człowieka, który przez lata pracował dla Rosji. Wielokrotnie był oskarżany o związki z rosyjskimi służbami.
– Powołanie na ministra obrony Ukrainy człowieka, który był obywatelem Ukrainy zaledwie przez 5 lat, a wcześniej pracował w rosyjskim biznesie, jest wyraźnym świadectwem albo niekompetencji prezydenta Janukowycza, albo, co jest bardziej prawdopodobne, bezpośrednim i świadomym lekceważeniem przez niego interesów bezpieczeństwa narodowego i obrony – mówił po powołaniu Salamatina w kwietniu 2012 r. deputowany do rady Najwyższej Taras Steckiw z partii byłego „pomarańczowego” prezydenta Wiktora Juszczenki Nasza Ukraina-Ludowa Samoobrona.
Do dymisji Salamatina doszło w atmosferze skandali. Zdążył jednak we wrześniu 2012 r. udać się z oficjalną wizytą do Afganistanu, gdzie spotkał się z ówczesnym prezydentem Hamidem Karzajem. Od razu po dymisji Salamatina w grudniu 2012 r. ówczesny prezydent Wiktor Janukowycz wyznaczył Salamatina swoim doradcą ds. bezpieczeństwa.
Jak ujawniła w lutym br. francuska gazeta Le Mond, opierając się na danych szwajcarskiego banku HSBC, Salamatin jest właścicielem domu w najdroższej podmoskiewskiej, burżuazyjnej dzielnicy Srebrny Bór w sąsiedztwie z wysokimi funkcjonariuszami FSB Rosji."
Do ustalenia pozostaje tożsamość gen. Jurija D. , dokładnego technicznego przebiegu zamachu (czy dwa pierwsze wybuchy to skutek trafienia Tupolewa rakietą czy eksplozji wewnętrznej - jak bowiem czytamy: zgodnie z raportem, podczas odejścia na drugi krąg, w samolocie nastąpiła eksplozja kilkadziesiąt metrów przed brzozą, a na dystansie kolejnych 200-300 metrów miała miejsce dalsza destrukcja skrzydła wraz z urwaniem jego końcówki. Następnie jeszcze przed uderzeniem w ziemię miała miejsce eksplozja w kadłubie samolotu, która zniszczyła jego strukturę; końcowym etapem katastrofy był wybuch w prezydenckiej salonce, już po uderzeniu samolotu w ziemię), a także ustalenia polskojęzycznych zleceniodawców zamachu. Logika podpowiada, że musiał to zlecić polityk mający silne powiązania z wojskowymi służbami specjalnymi, aż do BUL-u wykorzystujący te powiązania. Organizatorem ze strony polskiej był zaś wojskowy, w randze generała, mający służbowe powiązania z ludźmi takimi jak gen. Jurij D., kultywowane również podczas wizyt w Afganistanie.
Flashback: Zagadka śmierci generała Szumskiego - MUST READ!!!
Powyżej: "Sejmowa Komisja badająca Katastrofę Smoleńską podczas analizy dokumentów związanych z remontem tupolewa natrafiła na ślad lobby Wojskowych Służb Informacyjnych. Podczas przetargu na remont tupolewa z niejasnych przyczyn odrzucono polskie przedsiębiorstwa BUMAR i Metalexport-S. Zlecenie przyznano konsorcjum MAW Telecom i Polit-Elektronik.
Wiceprzewodniczącym Rady Nadzorczej MAW Telecom Intl SA jest gen. broni w st. spocz. Henryk Tacik, absolwent Akademii Sztabu Generalnego w Moskwie. "
Powyżej: "Czyż to nie Szogun!" ("Shogun ka yo!") Gen. Koziej z gen. Patruszewem, byłym szefem FSB, z którym spotykał się niezwykle często.
Ending: Egoist Fallen
***
Polecam wywiad ze mną przeprowadzony przez kwartalnik naukowy "Spojrzenie na Wschód". Mówię tam m.in. o kryzysie Europy i o tym, co może nam zaoferować Azja Wschodnia.
***
Zainteresowanych tajną stroną historii i po prostu dobrą lekturą zapraszam do sięgnięcia po moją książkę "Vril. Pułkownik Dowbor". I w wersji papierowej i jako ebook.
sobota, 4 kwietnia 2015
Największe sekrety: Francja umarła w maju
Ilustracja muzyczna: April 1945 - Fury OST
Francja kilkakrotnie, na własne życzenie, straciła możliwość pokonania III Rzeszy. Mogła to zrobić w 1934 r., 1936 i 1938 r. w wojnie koalicyjnej, wspólnie z Polską i Wielką Brytanią. Miała doskonałą szansę na zwycięstwo w pierwszych dwóch tygodniach września 1939 r. - wystarczyło uderzyć na obsadzony dywizjami złożonymi z "emerytów" słaby niemiecki front nad Renem i przemysłowe centrum Niemiec - Zagłębie Ruhry w tydzień wpadłoby we francuskie ręce, Stalin nie zaatakowałby Polski (przyjmując postawę wyczekującą) a wojskowy zamach stanu obaliłby przegranego Hitlera. Kolejną szansę na zwycięstwo pogrzebano w maju 1940 r.
Kampania Francuska to wydarzenie obrosłe mitami w stopniu podobnym jak Kampania Polska 1939 r. Oficjalna, zafałszowana wersja mówi, że Niemcy dzięki ogromnej przewadze w broni pancernej i samolotach zmiażdżyli anachroniczną francuską armię stosując rewolucyjną strategię blitzkriegu. To zbiór kłamstw, które zręcznie zostały obalone przez niemieckiego historyka płka Karl-Heinza Friesera w jego znakomitej książce "Legenda blitzkriegu". Frieser wskazuje, że Niemcy w 1940 r. nie przygotowywali się we Francji na blitzkrieg. Zamówienia składane w przemyśle wskazywały, że oczekiwano powtórki wojny okopowej z lat 1914-1918. Armia niemiecka przypominała wówczas włócznię: grot stanowiło kilka w miarę nowoczesnych dywizji pancernych i zmotoryzowanych, za grotem było jednak drzewce w postaci kilkudziesięciu dywizji piechoty korzystających z transportu konnego i często skompletowanych z rezerwistów - weteranów I wojny światowej idących do boju z tym samym sprzętem co w 1918 r. Armia niemiecka nie miała też żadnej "strategii blitzkriegu". To był mit stworzony przez Geobbelsa. Po prostu część dowódców - takich jak Guderian czy Rommel - twórczo wykorzystywała, na przekór zwierzchnikom nowinki taktyczne z końcówki I wojny światowej. Nowinki znane też innym armiom. Do przebicia się armii niemieckiej na Mozą doszło głównie dzięki ocierającej się o niesubordynację inicjatywie dowódców lokalnego szczebla - Guderian rzucił swoje czołgi do przodu, wbrew rozkazom nakazującym mu czekać na piechotę. Jego niesubordynacja omal nie doprowadziła wówczas Niemiec do katastrofy. Niestety Francuzi nie wykorzystali jego błędu.
Francuska historiografia lubi podkreślać, że Niemcy w 1940 r. mieli przewagę w czołgach. Bzdura - było dokładnie odwrotnie. To Francuzi mieli więcej czołgów - i to górujących pod wieloma względami nad przeważającymi w armii niemieckiej Panzerami I, II i III. O tym, że Francuzi mogli miażdżyć niemieckich najeźdźców - o ile tylko stawiali im opór - świadczy choćby epizod znany jako Bitwa o Stonne. Niemieccy weterani porównują to starcie pod względem zaciętości do Falaise i Stalingradu. To podczas tej bitwy porucznik Pierre Billotte i jego czołg Char B1-Bis "Eure" w kilkanaście minut zniszczył dwa czołgi Panzer IV, jedenaście (!) Panzer III i dwa niemieckie działa przeciwpancerne. Jego maszyna została trafiona przez Niemców 140 razy. Ani jedno trafienie nie przebiło pancerza. Billotte zaatakował Niemców na czele małego oddziału pancernego. Za nim miała iść cała dywizja wyposażona w podobne "potwory". Z nieznanych przyczyn zatrzymała natarcie i pozwoliła Niemcom rozszerzać przyczółek na Sommą. Jej uderzenie mogłoby bardzo łatwo odciąć pancerną szpicę Guderiana i zamienić Kampanię Francuska w klęskę Rzeszy.
Armią mającą przeprowadzić kontruderzenie pod Sedanem - natarcie do którego nie doszło - kierował gen. Charles Hunziger. Choć zasłużył sobie na sąd polowy za to jak dowodził nad Mozą, to on został dowódcą wojsk Francji Vichy. Zginął w 1941 r. w katastrofie lotniczej - która zapewne była bardzo wygodna dla wielu ludzi.
Francuzi skarżą się, że w 1940 r. na froncie pod Sedanem Niemcy mieli ogromną przewagę w lotnictwie. To prawda. Audyt przeprowadzony po kapitulacji w czerwcu 1940 r. ujawnił jednak, że w całej Francji było około 2 tys. sprawnych samolotów bojowych, które stały w hangarach i nie zostały użyte w boju. Dlaczego? Kto zdecydował ich nie wysłać do walki?
W 1939 i 1940 r. najwyższe czynniki polityczno-wojskowe Francji ogarnął dziwny paraliż. Tak jakby na szczytach zdecydowano, że kraj nie powinien być w obozie "anglosaskim" , ale powinien zacząć budować Nową Europę wspólnie z Niemcami i Sowietami. Aktywnie tezę tą propagowała Francuska Partia Komunistyczna - w 1940 r. namawiająca robotników do aktów sabotażu w fabrykach zbrojeniowych a żołnierzy do dezercji. Wewnętrzny wróg nie ograniczał się jednak do komunistów. Część sfer finansowo-przemysłowych uważała, że Francji będzie - z punktu widzenia ich interesów - po prostu lepiej z Niemcami. Za chciwymi, progresywistycznymi fabrykantami i czerwonymi zdrajcami poszli skorumpowani wojskowi. W 1940 r. wiele francuskich garnizonów kapitulowało przed Niemcami "telefonicznie" - wtedy gdy Niemcy byli oddaleni od nich o kilkadziesiąt kilometrów. Niewiele było trzeba, by zwykli żołnierze brali przykład z góry. W "Szkicach piórkiem" Andrzeja Bobkowskiego jest piękna relacja francuskiego żołnierza z 1940 r. Opowiada on, że podczas tej kampanii myśleli tylko o tym, by się porządnie nażreć - jak widzieli daleko przez lornetkę nadjeżdżający niemiecki patrol, spieprzali aż znaleźli dobre miejsce na rozłożenie kuchni polowej.
Francuska część dziejów drugiej wojny światowej jest więc pasmem kłamstw przeplatanym białymi plamami takimi jak np. zamach na admirała Darlana. Niemal nikomu nie zależy we Francji, by te mity prostować. Cywilizowani ludzie coraz rzadziej uczą się francuskiego, więc nie mają "narzędzi", by wyręczyć w tej misji Francuzów. Do nielicznych, którzy opisywali francuską tajną wojnę należał Pierre de Villemarest. Bojownik nacjonalistycznego ruchu oporu a później oficer francuskich tajnych służb. Jako przyczynę nieszczęść swojego kraju wymieniał on Bank Worms, francuską filię grupy bankowej Kurta von Schroedera. To właśnie von Schroeder był szarą eminencją ekonomicznej okupacji Francji i to on narzucił marszałkowi Petainowi finansowanego przez siebie socjalistę Pierre'a Lavala jako premiera. Ludzie związani z Bankiem Worms obsiedli zarówno administrację Vichy jak i Wolną Francję de Gaulle'a - jednocześnie szkodząc w Londynie grupom ruchu oporu nie związanym z de Gaulle'm.
W ruchu oporu we Francji działało tylko 1 proc. społeczeństwa. Uważam, że winniśmy tym ludziom szacunek, nie tylko z tego względu, że było wśród nich wielu Polaków (m.in. znany piłsudczykowski historyk Władysław Pobóg-Malinowski). To po prostu była najodważniejsza i najaktywniejsza część społeczeństwa. Reszta narodu robiła wówczas wszystko, by pokazać, że jest im wszystko jedno. Francja może być tylko niemiecką prowincją, kulturowym skansenem, rozrywkowym zapleczem Nowej Europy. Lubimy wypominać Francuzom tabuny dziwek, które wdzięczyły się do niemieckich żołnierzy. No cóż, dziwki mają odwracać uwagę świata od tego, że reszta narodu też brzydko się zachowywała. Co ciekawe, Francuzi okazują do dzisiaj czarną niewdzięczność Amerykanom. Choć to wojska USA ich wyzwalała spod niemieckiej okupacji i upokorzeń, to francuska opinia publiczna jakby żałowała, że do tego wyzwolenia doszło. Czy to dlatego, że jej gusta były kształtowane przez polityków chcących budować z Niemcami nową odsłonę Nowej Europy takich jak de Gaulle, czy vichystowski kolaborant Mitterrand?
***
Zainteresowanych historycznym rewizjonizmem i po prostu dobrą lekturą zapraszam do sięgnięcia po moją książkę "Vril. Pułkownik Dowbor". I w wersji papierowej i jako ebook.
***
Wszystkim czytelnikom raz jeszcze życzę zdrowych, wesołych, rodzinnych Świąt Wielkanocnych!
Francja kilkakrotnie, na własne życzenie, straciła możliwość pokonania III Rzeszy. Mogła to zrobić w 1934 r., 1936 i 1938 r. w wojnie koalicyjnej, wspólnie z Polską i Wielką Brytanią. Miała doskonałą szansę na zwycięstwo w pierwszych dwóch tygodniach września 1939 r. - wystarczyło uderzyć na obsadzony dywizjami złożonymi z "emerytów" słaby niemiecki front nad Renem i przemysłowe centrum Niemiec - Zagłębie Ruhry w tydzień wpadłoby we francuskie ręce, Stalin nie zaatakowałby Polski (przyjmując postawę wyczekującą) a wojskowy zamach stanu obaliłby przegranego Hitlera. Kolejną szansę na zwycięstwo pogrzebano w maju 1940 r.
Kampania Francuska to wydarzenie obrosłe mitami w stopniu podobnym jak Kampania Polska 1939 r. Oficjalna, zafałszowana wersja mówi, że Niemcy dzięki ogromnej przewadze w broni pancernej i samolotach zmiażdżyli anachroniczną francuską armię stosując rewolucyjną strategię blitzkriegu. To zbiór kłamstw, które zręcznie zostały obalone przez niemieckiego historyka płka Karl-Heinza Friesera w jego znakomitej książce "Legenda blitzkriegu". Frieser wskazuje, że Niemcy w 1940 r. nie przygotowywali się we Francji na blitzkrieg. Zamówienia składane w przemyśle wskazywały, że oczekiwano powtórki wojny okopowej z lat 1914-1918. Armia niemiecka przypominała wówczas włócznię: grot stanowiło kilka w miarę nowoczesnych dywizji pancernych i zmotoryzowanych, za grotem było jednak drzewce w postaci kilkudziesięciu dywizji piechoty korzystających z transportu konnego i często skompletowanych z rezerwistów - weteranów I wojny światowej idących do boju z tym samym sprzętem co w 1918 r. Armia niemiecka nie miała też żadnej "strategii blitzkriegu". To był mit stworzony przez Geobbelsa. Po prostu część dowódców - takich jak Guderian czy Rommel - twórczo wykorzystywała, na przekór zwierzchnikom nowinki taktyczne z końcówki I wojny światowej. Nowinki znane też innym armiom. Do przebicia się armii niemieckiej na Mozą doszło głównie dzięki ocierającej się o niesubordynację inicjatywie dowódców lokalnego szczebla - Guderian rzucił swoje czołgi do przodu, wbrew rozkazom nakazującym mu czekać na piechotę. Jego niesubordynacja omal nie doprowadziła wówczas Niemiec do katastrofy. Niestety Francuzi nie wykorzystali jego błędu.
Francuska historiografia lubi podkreślać, że Niemcy w 1940 r. mieli przewagę w czołgach. Bzdura - było dokładnie odwrotnie. To Francuzi mieli więcej czołgów - i to górujących pod wieloma względami nad przeważającymi w armii niemieckiej Panzerami I, II i III. O tym, że Francuzi mogli miażdżyć niemieckich najeźdźców - o ile tylko stawiali im opór - świadczy choćby epizod znany jako Bitwa o Stonne. Niemieccy weterani porównują to starcie pod względem zaciętości do Falaise i Stalingradu. To podczas tej bitwy porucznik Pierre Billotte i jego czołg Char B1-Bis "Eure" w kilkanaście minut zniszczył dwa czołgi Panzer IV, jedenaście (!) Panzer III i dwa niemieckie działa przeciwpancerne. Jego maszyna została trafiona przez Niemców 140 razy. Ani jedno trafienie nie przebiło pancerza. Billotte zaatakował Niemców na czele małego oddziału pancernego. Za nim miała iść cała dywizja wyposażona w podobne "potwory". Z nieznanych przyczyn zatrzymała natarcie i pozwoliła Niemcom rozszerzać przyczółek na Sommą. Jej uderzenie mogłoby bardzo łatwo odciąć pancerną szpicę Guderiana i zamienić Kampanię Francuska w klęskę Rzeszy.
Armią mającą przeprowadzić kontruderzenie pod Sedanem - natarcie do którego nie doszło - kierował gen. Charles Hunziger. Choć zasłużył sobie na sąd polowy za to jak dowodził nad Mozą, to on został dowódcą wojsk Francji Vichy. Zginął w 1941 r. w katastrofie lotniczej - która zapewne była bardzo wygodna dla wielu ludzi.
Francuzi skarżą się, że w 1940 r. na froncie pod Sedanem Niemcy mieli ogromną przewagę w lotnictwie. To prawda. Audyt przeprowadzony po kapitulacji w czerwcu 1940 r. ujawnił jednak, że w całej Francji było około 2 tys. sprawnych samolotów bojowych, które stały w hangarach i nie zostały użyte w boju. Dlaczego? Kto zdecydował ich nie wysłać do walki?
W 1939 i 1940 r. najwyższe czynniki polityczno-wojskowe Francji ogarnął dziwny paraliż. Tak jakby na szczytach zdecydowano, że kraj nie powinien być w obozie "anglosaskim" , ale powinien zacząć budować Nową Europę wspólnie z Niemcami i Sowietami. Aktywnie tezę tą propagowała Francuska Partia Komunistyczna - w 1940 r. namawiająca robotników do aktów sabotażu w fabrykach zbrojeniowych a żołnierzy do dezercji. Wewnętrzny wróg nie ograniczał się jednak do komunistów. Część sfer finansowo-przemysłowych uważała, że Francji będzie - z punktu widzenia ich interesów - po prostu lepiej z Niemcami. Za chciwymi, progresywistycznymi fabrykantami i czerwonymi zdrajcami poszli skorumpowani wojskowi. W 1940 r. wiele francuskich garnizonów kapitulowało przed Niemcami "telefonicznie" - wtedy gdy Niemcy byli oddaleni od nich o kilkadziesiąt kilometrów. Niewiele było trzeba, by zwykli żołnierze brali przykład z góry. W "Szkicach piórkiem" Andrzeja Bobkowskiego jest piękna relacja francuskiego żołnierza z 1940 r. Opowiada on, że podczas tej kampanii myśleli tylko o tym, by się porządnie nażreć - jak widzieli daleko przez lornetkę nadjeżdżający niemiecki patrol, spieprzali aż znaleźli dobre miejsce na rozłożenie kuchni polowej.
Francuska część dziejów drugiej wojny światowej jest więc pasmem kłamstw przeplatanym białymi plamami takimi jak np. zamach na admirała Darlana. Niemal nikomu nie zależy we Francji, by te mity prostować. Cywilizowani ludzie coraz rzadziej uczą się francuskiego, więc nie mają "narzędzi", by wyręczyć w tej misji Francuzów. Do nielicznych, którzy opisywali francuską tajną wojnę należał Pierre de Villemarest. Bojownik nacjonalistycznego ruchu oporu a później oficer francuskich tajnych służb. Jako przyczynę nieszczęść swojego kraju wymieniał on Bank Worms, francuską filię grupy bankowej Kurta von Schroedera. To właśnie von Schroeder był szarą eminencją ekonomicznej okupacji Francji i to on narzucił marszałkowi Petainowi finansowanego przez siebie socjalistę Pierre'a Lavala jako premiera. Ludzie związani z Bankiem Worms obsiedli zarówno administrację Vichy jak i Wolną Francję de Gaulle'a - jednocześnie szkodząc w Londynie grupom ruchu oporu nie związanym z de Gaulle'm.
W ruchu oporu we Francji działało tylko 1 proc. społeczeństwa. Uważam, że winniśmy tym ludziom szacunek, nie tylko z tego względu, że było wśród nich wielu Polaków (m.in. znany piłsudczykowski historyk Władysław Pobóg-Malinowski). To po prostu była najodważniejsza i najaktywniejsza część społeczeństwa. Reszta narodu robiła wówczas wszystko, by pokazać, że jest im wszystko jedno. Francja może być tylko niemiecką prowincją, kulturowym skansenem, rozrywkowym zapleczem Nowej Europy. Lubimy wypominać Francuzom tabuny dziwek, które wdzięczyły się do niemieckich żołnierzy. No cóż, dziwki mają odwracać uwagę świata od tego, że reszta narodu też brzydko się zachowywała. Co ciekawe, Francuzi okazują do dzisiaj czarną niewdzięczność Amerykanom. Choć to wojska USA ich wyzwalała spod niemieckiej okupacji i upokorzeń, to francuska opinia publiczna jakby żałowała, że do tego wyzwolenia doszło. Czy to dlatego, że jej gusta były kształtowane przez polityków chcących budować z Niemcami nową odsłonę Nowej Europy takich jak de Gaulle, czy vichystowski kolaborant Mitterrand?
Zainteresowanych historycznym rewizjonizmem i po prostu dobrą lekturą zapraszam do sięgnięcia po moją książkę "Vril. Pułkownik Dowbor". I w wersji papierowej i jako ebook.
***
Wszystkim czytelnikom raz jeszcze życzę zdrowych, wesołych, rodzinnych Świąt Wielkanocnych!
piątek, 3 kwietnia 2015
Porozumienie z Iranem
Miał być dzisiaj wpis z serii "Największe sekrety", ale Amerykanie zrobili wszystkim (oprócz Izraela i sunnitów) prezent świąteczny w postaci porozumienia nuklearnego z Iranem. Oczywiście niemal nikt nie mówi, że to dopiero porozumienie wstępne, że pełny układ ma zostać wynegocjowany do końca czerwca i że Obamie jego wdrożenie będzie utrudniał Kongres. Jest jasnym jednak, że od czasu, gdy irański establiszment ubecko-religijny pozwolił na wybór Rouhaniego na prezydenta, wszystko ku takiemu porozumieniu zmierzało. Cementowała je walka ze wspólnym wrogiem w postaci Państwa Islamskiego - tak przynajmniej można było to sprzedać opinii publicznej. USA mogą sobie pozwolić na współistnienie z uzbrojonym w broń jądrową Iranem, tak jak mogą współistnieć z Koreą Północną. Oba państwa w razie wojny nie mają najmniejszych szans z amerykańskim "Steamrollerem". Podobnie Amerykanów nie bardzo obchodzi, że po bombę atomową siegną w ciągu kilku lat Arabia Saudyjska, Egipt czy Turcja. A niech się wzajemnie szachują z Iranem! O tym, że irańska ekspansja będzie ograniczana do pewnych kierunków geograficznych świadczy amerykańsko-brytyjskie wsparcie dla saudyjsko-egipsko-pakistańskiej interwencji w Jemenie. Niech sobie Iran bierze Irak, Syrię i Liban. Od cieśniny Bab el-Mendeb wara! Izrael, mimo wielkich usług udzielanych przez lata USA, został przez Obamę "wrzucony pod autobus". USA zrobiły to świadomie. Izrael przestał być już dawno ich atutem strategicznym. Iran daje im zaś możliwość oddziaływania na Azję Środkową i Kaukaz Południowy, czyli rosyjsko-chińskie podwórko. Trwa eliminowanie reliktów z czasów Zimnej Wojny. A jakby coś nie wyszło? Sekretarz obrony Ashton Carter przypomina, że USA nie zamknęły sobie drogi do militarnego rozwiązania irańskiego problemu.
***
Zainteresowanych historycznym rewizjonizmem i po prostu dobrą lekturą zapraszam do sięgnięcia po moją książkę "Vril. Pułkownik Dowbor". I w wersji papierowej i jako ebook.
***
Wszystkim czytelnikom życzę zdrowych, wesołych, rodzinnych Świąt Wielkanocnych!
sobota, 21 marca 2015
Największe sekrety: Wrześniowa Zapora
Ilustracja muzyczna: Dawid Hallmann - Deprymujący deszcz
II RP była krajem mocno zmilitaryzowanym. Szykowała się wszak cały czas na przyszłą konfrontację z sąsiadami - najpierw rozbicie Niemiec w wyprzedzającej wojnie koalicyjnej, zanim Niemcy zdołają połączyć siły z Sowietami. "zaoranie Berlina i posadzenie tam ziemniaków", później rozwiązanie problemu sowieckiej satrapii. Kwestię naszych ofensywnych zamiarów w 1939 r. i przyczyn ich fiasko opisywałem już w serii "Wrześniowa mgła" - a szczególnie w jej odcinku "Uderz póki czas!". Nie wyjaśniłem tam jednak, jak sanacyjne władze chciały poradzić sobie z sowieckim zagrożeniem po wyłączeniu Niemiec z gry. Wygląda na tym, że nie łudziły się one, że jakiś marsz wyzwoleńczy jest możliwy. Znana historykom wersja Planu Operacyjnego "Wschód" (opisana po raz pierwszy przez Rajmunda Szubańskiego), jest czysto defensywna. Z dokumentów Sztabu Generalnego wynika, że nasi wojskowi spodziewali się, że w razie wojny z Sowietami będziemy musieli się bronić również przed dywizjami z komunistycznych Chin. Wróg miałby ogromną przewagę liczebną i w sprzęcie. Doświadczenia 1920 r. wskazywały zaś, że głębokie uderzenia na jego terytorium wiążą się z ogromnym ryzykiem i może ich nie wytrzymać sieć logistyczna (właśnie to spotkało Niemców w latach 1941-42). Jedyną skuteczną strategią byłaby więc obrona przed sowieckimi hordami atakującymi nasze stanowiska obronne taktyką ludzkiej fali. Taka obrona również byłaby kosztowna - Sowieci ponosiliby straty dziesięć lub dwadzieścia razy większe od naszej armii, ale z czasem zmęczenie obrońców i przerwy w dostawach amunicji zaczęłyby robić swoje. Po kilkudziesięciu uderzeniach front pęknąłby, tak jak w 1940 r. i 1944 r. pękła fińska obrona w Karelii, a w 1943, 1944 i 1945 r. kolejne niemieckie pozycje defensywne. Ekipa rządząca II RP zdawała sobie sprawę, że wojna przeciwko Sowietom nie może być jedynie wojną konwencjonalną.
Igor Witkowski, w numerze "Techniki Wojskowej Historia" z września-października 2014 r., w artykule poświęconym "tajnym broniom II RP" zdawkowo wspomniał, że polskie plany obronne opierały się na postawieniu Zapory - stworzeniu pasa ziemi skażonego bronią chemiczną i biologiczną. Strefy śmierci nie do przebycia dla żołnierzy. Moim zdaniem, we wrześniu 1939 r. nie zrealizowaliśmy tego planu, gdyż nie chcieliśmy razić w ten sposób swoich terenów. Nie mieliśmy również zamiaru dewastować Ziem do Odzyskania - gęsto zaludnionych i dobrze uprzemysłowionych terenów Śląska, Pomorza i Prus Wschodnich. Pewne poszlaki wskazują jednak, że zamierzaliśmy wykorzystać przeciwko Niemcom broń chemiczną w ograniczonym zakresie - jako sposób na wybijanie dziur w ich obronie. To właśnie z tego powodu taki oręż trafił do Armii Prusy mającej uderzać na Wrocław. Historycy spierają się, czy został on użyty podczas bitwy pod Iłżą. Relacje mówią jednak, że przygotowywaliśmy się do zaatakowania Niemców gazem:
"Podporucznik Dobrzański wspomina: w drugim dniu bitwy, a było to najpewniej 8 września wieczorem, do naszych pozycji zbliżały się niemieckie oddziały zmotoryzowane i czołgi3, wobec miażdżącej przewagi Niemców i ogromnych strat – dowódca pułku ppłk A. E. Fieldorf w asyście dwóch adiutantów (major i kapitan) wydał mi rozkaz użycia broni chemicznej. Ogłosiłem alarm gazowy. Zdziesiątkowany już pluton (wielu zabitych i rannych) był nadal przygotowany technicznie i organizacyjnie do użycia BŚT.
Porucznik Dobrzański wspomina dalej: „Metalowe butle z gazem bojowym miały odkręcone zawory i moi podkomendni zaczęli już nawet próby ich otwierania4. Trzykrotnie, zgodnie z procedurami, wykonałem pomiar siły i kierunku wiatru. Niestety, niesprzyjający i słaby wiatr wiejący w kierunku naszych pozycji uniemożliwiły wykonanie rozkazu. Użycie gazów spowodowałoby najpewniej ogromne straty ludzkie po stronie naszych wojsk oraz wśród mieszkańców okolicznych miejscowości (pamiętam nazwę jednej wsi – Piotrowe Pole). Dlatego też zmieniłem rozkaz i zaczęliśmy odwrót. Gdyby były inne warunki wietrzne z pewnością użylibyśmy gazów bojowych, tak jak to było w czasie I wojny światowej”.
8 września 1939 r. użyliśmy iperytu przeciwko Niemcom pod Jasłem.
Transporty z gazami bojowymi szły też, według ustaleń Bogdana Konstantynowicza na Przedmoście Rumuńskie. Do celów wojny gazowej był również przygotowany okręt Flotylii Pińskiej ORP Mątwa.
"O tym, jak bardzo niemieccy żołnierze obawiali się broni chemicznej, może z kolei świadczyć zabawna historia, która wydarzyła się 2 lub 3 września w czasie obrony rejonu umocnionego Węgierska Górka w pobliżu Żywca. Z nieznanych przyczyn (można tylko domniemywać, że był to nieprzyjemy zapach prochu.) Polacy, znajdujący się w bardzo ciasnych schronach, założyli maski przeciwgazowe. Spowodowało to tak ogromny popłoch w szeregach Wehrmachtu, że niemal natychmiast ogłoszono alarm na wypadek ataku gazowego.
Czy słusznie? Jak się okazuje, mimo ratyfikowania Protokołu Genewskiego polski rząd nic sobie z niego nie robił. Skrzętnie korzystał z poprawki zakładającej możliwość odwetu gazowego w razie zastosowania przez agresora broni chemicznej. Badania nad gazami bojowymi - oczywiście utajnione - prowadzono już od 1922 r. w Instytucie Badawczym Broni Chemicznej, a następnie w Wojskowym Instytucie Przeciwgazowym. Pracownicy instytucji oprócz sprawdzania właściwości śmiercionośnych substancji próbowali także ulepszać odzież ochronną i maski.
W dwudziestoleciu międzywojennym polskim naukowcom zajmującym się gazami bojowymi najlepiej układała się współpraca z kolegami z Francji, stąd też Paryż był ich największym dostawcą na nasz rynek. Oczywiście nie rezygnowaliśmy z własnej produkcji, o czym mogą świadczyć rozsiane po II Rzeczypospolitej zakłady i fabryki wytwarzające znienawidzoną po I wojnie światowej broń. Powstawała w wytwórni amunicji w Zegrzu, fabryce materiałów wybuchowych w Pionkach, zakładach zbrojeniowych w Skarżysku-Kamiennej czy w wytwórni „Fort Bema” w Warszawie. Zadbano także o miejsca, w których przeprowadzano próby broni bazującej na iperycie, fosfagenie i chloropikrynie. Miały się znajdować w Rembertowie i Zegrzu."
Niewątpliwe projekt Zapory o wiele lepiej zdałby się w wojnie przeciwko Sowietom. Zamiana w strefę śmierci dużego pasa ziemi po sowieckiej strefie granicy - terenów słabo zaludnionych i biednych, byłaby w oczach sanacyjnych wojskowych akceptowalną formą obrony. Wielkie nadzieje łączono przy tym z polską bronią biologiczną - nad którą pracowano w kooperacji z Japończykami i testowano m.in. w Twierdzy Brzeskiej (pisałem już o tym szeroko na blogu).
To tłumaczy m.in. dlaczego byliśmy jednym z kilku krajów świata, które budowały lotnictwo strategiczne i dlaczego gen. Ludomił Rayski miał na jego punkcie taką obsesję. Eskadra bombowców zrzucająca bomby na mosty i dworce w Kijowie nie wyrządziłaby dużych strat materialnych Sowietom. Co innego, gdyby bomby załadowane byłyby wąglikiem. Przy sowieckim poziomie higieny i organizacji straty ludzkie mogłyby wówczas iść w miliony.
***
Płk Jan Kowalewski, oficer Oddziału II SG i zarazem wybitny działacz OZN, pisał przed wojną, że Polska potrzebuje swojego rodzaju faszyzmu - w kontrze do bolszewizmu i niemieckiego nazizmu. Nadał temu faszyzmowi nazwę "polonizm". Niestety nie została ona wykorzystana.
***
Zainteresowanych historycznym rewizjonizmem i po prostu dobrą lekturą zapraszam do sięgnięcia po moją książkę "Vril. Pułkownik Dowbor". I w wersji papierowej i jako ebook.
piątek, 13 marca 2015
Putin zapewne żyje, ale jest już trupem
здра́вствуйте! To, ja Wasz stręczyciel w czapeczce Chicago Bulls. I założę się, że sowieckie trolle będą mało aktywne w komentarzach pod tym wpisem, bo nie dostały wytycznych z centrali jak skomentować dziwaczne informacje napływające z Moskwy. Oto bowiem Władimir Władimirowicz Putin-Hujło nie pojawia się od kilku dni a w mediach wstawiają jego stare fotki podpisywane jako aktualne. Nad Kremlem i Łubianką śmigłowce z jednostek lotnictwa specjalnego stały się nagle wyjątkowo aktywne. Na oficjalnych, rządowych stronach przez 20 minut wisi komunikat o śmierci Putina-Hujły a na twitterze premiera Miedwiediewa pojawia się wpis mówiący o zgonie prezydenta. Anonimowe źródła nagle mówią, że Putin-Hujło dostał udaru mózgu, ale inne źródła wskazują, że nagła dolegliwość nie jest śmiertelna. W historii Rosji to nie pierwsza taka anomalia - zgon Stalina utrzymywany był przez wiele dni w tajemnicy i nastąpił kilka dni wcześniej niż mówi obecnie obowiązująca wersja. Berię aresztowano w jego własnym domu, a nie na Kremlu. Car Aleksander I miał zaś upozorować własną śmierć, by prowadzić żywot pustelnika na Syberii.Zapewne Putin-Hujło wciąż żyje, ale to że nagle medialnie go uśmiercono jest sygnałem, że może zostać usunięty "ze względów" zdrowotnych, tak jak to zrobiono z Chruszczowem. To, że w rosyjskim internecie nagle wszyscy zaczynają się nabijać z rzekomego zgonu cara, to wiele mówiący sygnał. Iłłarionow pisze już o spisku generałów. Oczywiście generałów bezpieki:
Powyżej: "A teraz udowodnij, że ja umarłem" oraz "Putin nie pederasta. Putin po prostu kocha małych chłopców"
"Siergiej Iwanow (szef administracji prezydenta), który od 27 lutego był nieobecny w przestrzeni publicznej, wrócił, utrwalając sojusz z Rosyjską Cerkwią prawosławną lub co najmniej gwarantując sobie jej neutralność. Nikołaj Patruszew (sekretarz Rady Bezpieczeństwa) na posiedzeniu Rady w Piatigorsku przyjął kapitulację Ramzana Kadyrowa (prezydenta Czeczenii). Konstantin Remczukow (redaktor naczelny "Niezawisimej Gaziety") z loży Teatru Bolszoj poinformował o bliskiej dymisji Igora Sieczyna (prezesa koncernu naftowego Rosnieft). Przesądzona wydaje się dymisja Władimira Kołokolcewa (ministra spraw wewnętrznych). Innymi słowy, siłowe i finansowe filary 'narodowego przywódcy' zostały sparaliżowane"
Być może więc Korporacja zarządzająca Rosją uznała, że należy usunąć jej prezesa - Putina, gdyż kiepsko mu idzie plan przejęcia terytoriów innych postsowieckich Syndykatów. Analogie z Chruszczowem (ale również ze śmiercią Stalina) nasuwają się tutaj same. W przypadku ewentualnego zgonu Putina będzie jednak spory majątek do podziału. Fragment niedawnego wywiadu Jurija Felsztinskiego dla "Parkietu":
"William Browder, amerykański biznesmen, który zmagał się z mafiozami z rosyjskich służb, szef funduszu Hermitage Capital Management, szacuje majątek Putina na 200 mld USD. W 2012 r. politolog Stanisław Biełkowskij szacował go na 70 mld USD. A Pan na ile wycenia Putina? Jaka część tego majątku została zdobyta metodami przestępczymi? Pułkownik Litwinienko oskarżał Putina m.in. o powiązania z uzbecką mafią narkotykową.
Pamiętam jak Aleksander Litwinienko wyjaśniał mi, że FSB posiada wiele departamentów, takie jak departament ds. walki z terroryzmem, departament ds. walki z narkotykami itp. Powiedział mi: „To bardzo proste, departament ds. walki z terroryzmem organizuje zamachy terrorystyczne, departament ds. walki z narkotykami w rzeczywistości kieruje handlem narkotykami w Rosji, departament obrony demokracji, kieruje ograniczaniem demokracji.” Jeśli więc Wiktor Iwanow stoi na czele Federalnej Służby Antynarkotykowej, to wiemy, że jest on odpowiedzialny za przemyt narkotyków do Rosji. A co z Putinem? Myślę, że jest bardzo łatwy sposób na oszacowanie jego majątku. Borys Bieriezowski powiedział mi, że w Rosji każdy poważny biznes jest prowadzony z partnerem. To reguła numer jeden. Reguła numer dwa mówi natomiast, że partnerzy dzielą się 50 na 50. Nie 49 na 51 czy 30 na 70, ale po połowie. Gdy Bieriezowski był współwłaścicielem Sibnieftu, dzielił się akcjami po połowie z Abramowiczem. Gdy prowadził interesy ze swoim gruzińskim wspólnikiem Badrim Patarkaciszwilim również dzielili się 50 na 50. To ogólna reguła pozwalająca nam wyliczyć ile Putin może mieć majątku. Moim zdaniem można bez przesady powiedzieć, że należy do niego połowa Rosji. Gdy Abramowicz przejął od Bieriezowskiego udziały Sibnieftu, nie stał się jedynym właścicielem tej firmy. Miał partnera i nie znajdzie się oczywiście nigdzie tej informacji na papierze, ale z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że tym partnerem był Putin. Gdy Sieczin stanął na czele Rosnieftu, to jestem dosyć pewny, że również miał partnera i tym partnerem był Putin. Można tę listę ciągnąć dalej, ale musimy wziąć pod uwagę, że ten majątek nie jest taki bezpieczny. Należy do Putina, ale jednocześnie nie należy. Może on z niego korzystać jeśli jest członkiem Korporacji oraz stosuje się do ustalonych przez nią zasad. Widzieliśmy, co się stało z Gusińskim, Bieriezowskim czy Chodorkowskim i to samo może przydarzyć się państwowym oficjelom. Jeśli coś stanie się z Putinem, nie będzie on mógł sięgnąć po ten majątek.
Czyli ten majątek istnieje tylko na papierze?
Po co komuś wielka góra gotówki, skoro rządzi Rosją? Gdy Stalin rządził ZSRR, nie miał pieniędzy. Gdy Hitler rządził Niemcami, nie miał pieniędzy. Obaj nigdy nie myśleli o swoim majątku jako o gotówce. A jednocześnie obaj mogli korzystać z takiego bogactwa jakiego tylko chcieli."
Minus tego jest taki, że w miejsce Putina wstawi się kolejnego kagiebistę udającego "liberała". Zachód odwoła sankcje, uzna aneksje Krymu a Donbas się jakoś podzieli. Poniższe zdjęcie z akcji Femenu - ataku blondwłosej "yandere" na woskową figurę Putina może się więc okazać prorocze.
wtorek, 3 marca 2015
Po Niemcowie Korporacja zajmie się nacjonalistyczną rosyjska opozycją
Jak się można było spodziewać kamery zainstalowane na moście i na murach Kremla (bądź co bądź siedziby prezydenta Federacji Rosyjskiej) okazały się niesprawne i nie zarejestrowały zabójstwa Borysa Niemcowa. Podobna przypadłość dotknęła wcześniej choćby kamery w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 r. Przodująca w świecie sowiecka technika jak widać ma to do siebie...
Dosyć tego sarkazmu. Nikt nie twierdzi, że Niemcow czy Bieriezowski byli niewiniątkami. Ale w porównaniu z Putinem-Hujłą, patriarchą Cyrylem Moralnym, generałem Iwanowem, Sieczinem, Surkowem oraz innymi członkami rady dyrektorów Korporacji rządzącej Rosją byli oni niemalże buddyjskimi bodhisatvami a dużą część swoich win już odkupili. Eksterminacja liberalnej opozycji przez Putina-Hujłę doprowadziła do tego, że Rosja już raczej nie stanie się normalnym krajem stawiającym na budowę dobrobytu zamiast na ekspansję terytorialną.
Słowa Saakaszwilego o tym, że aż dziw, że Niemcow tak długo pożył uważam za niezwykle trafne. Obawiam się, że następna w kolejności będzie Ksenia Sobczak, współautorka raportu o rosyjskim zaangażowaniu militarnym na Ukrainie. Wbrew pozorom to bardzo inteligentna dziewczyna - zboczone kobiety często są inteligentne. Pamiętam jak zadała Putinowi-Hujle pytanie, czy na terytorium Czeczenii obowiązuje rosyjskie prawo, a skoro Kadyrow je łamie, czy Czeczenia należy jeszcze do Federacji Rosyjskiej. Hujło nieźle kluczył udzielając odpowiedzi. Jeśli Ksenia Sobczak dogrzebie się do tego, kto otruł jej ojca, jej dni będą policzone...
Korporacja zabiera się też do likwidowania nacjonalistycznej opozycji. Proces Nawalnego był pierwszym strzałem ostrzegawczym. W dzień egzekucji na Niemcowie zabito - serią z Kałasznikowa - Światosława Swirela, jednego z liderów rosyjskich, słowiańskich rodzimowierców. Putin-Hujło stara się powstrzymać proces zastąpienia Rosji Rusią.
Wielu rosyjskich nacjonalistów jest nastawionych antyputinowsko i sprzeciwia się wojnie ze słowiańską Ukrainą. Niektórzy z nich walczą nawet w ukraińskich batalionach ochotniczych przeciwko wynajętym przez Korporację żulom i kryminalistom z Duporosji. Ciekawym przykładem jest postawa muzyków z Korozji Metałła - istniejącego od ponad 30 lat zespołu metalowego. Ta kapela lubi epatować narodowo-socjalistyczną, pogańską i satanistyczną symboliką. Podczas jej koncertów tancerki rozbierają się na scenie do naga i dumnie eksponują swoje narządy rodne (film z typowego koncertu do obejrzenia tutaj lub tutaj). Korozja Metałła nagrała jednak również piękny kawałek poświęcony Rewolucji na Majdanie. Andriej Tancor, ukraiński perkusista tej kapeli został zmobilizowany do ukraińskiego wojska. Jednostką, którą wybrał jest okryty bojową chwałą Batalion Azow - w szeregach którego walczy wielu prawdziwych europejskich nacjonalistów. "Pauk", lider zespołu, w żartobliwy sposób mówił rosyjskim mediom, że członek jego zespołu służący w Azowie podsunął Awakowowi plan ataku psychologicznego na Debalcewo - wypuścić 666 słoni bojowych, którym będzie towarzyszyło 666 perkusistów bijących w tam-tamy :) Po czymś takim Cyraniak na pewno narobiłby w baniak...
Ponieważ mnóstwo skopców zaraz zwali się w komentarzach, to dedykuje im ten ukraiński, "banderowski" kawałek - "Ubij w sobie Moskala"
Powyżej: Niemcow z żoną i dziećmi
Poniżej: z rosyjską call-girl w Dubaju (też daję panience kilka dodatkowych punktów jeśli ma rude - a zwłaszcza miedzianorude włosy :)
Dosyć tego sarkazmu. Nikt nie twierdzi, że Niemcow czy Bieriezowski byli niewiniątkami. Ale w porównaniu z Putinem-Hujłą, patriarchą Cyrylem Moralnym, generałem Iwanowem, Sieczinem, Surkowem oraz innymi członkami rady dyrektorów Korporacji rządzącej Rosją byli oni niemalże buddyjskimi bodhisatvami a dużą część swoich win już odkupili. Eksterminacja liberalnej opozycji przez Putina-Hujłę doprowadziła do tego, że Rosja już raczej nie stanie się normalnym krajem stawiającym na budowę dobrobytu zamiast na ekspansję terytorialną.
Słowa Saakaszwilego o tym, że aż dziw, że Niemcow tak długo pożył uważam za niezwykle trafne. Obawiam się, że następna w kolejności będzie Ksenia Sobczak, współautorka raportu o rosyjskim zaangażowaniu militarnym na Ukrainie. Wbrew pozorom to bardzo inteligentna dziewczyna - zboczone kobiety często są inteligentne. Pamiętam jak zadała Putinowi-Hujle pytanie, czy na terytorium Czeczenii obowiązuje rosyjskie prawo, a skoro Kadyrow je łamie, czy Czeczenia należy jeszcze do Federacji Rosyjskiej. Hujło nieźle kluczył udzielając odpowiedzi. Jeśli Ksenia Sobczak dogrzebie się do tego, kto otruł jej ojca, jej dni będą policzone...
Korporacja zabiera się też do likwidowania nacjonalistycznej opozycji. Proces Nawalnego był pierwszym strzałem ostrzegawczym. W dzień egzekucji na Niemcowie zabito - serią z Kałasznikowa - Światosława Swirela, jednego z liderów rosyjskich, słowiańskich rodzimowierców. Putin-Hujło stara się powstrzymać proces zastąpienia Rosji Rusią.
Wielu rosyjskich nacjonalistów jest nastawionych antyputinowsko i sprzeciwia się wojnie ze słowiańską Ukrainą. Niektórzy z nich walczą nawet w ukraińskich batalionach ochotniczych przeciwko wynajętym przez Korporację żulom i kryminalistom z Duporosji. Ciekawym przykładem jest postawa muzyków z Korozji Metałła - istniejącego od ponad 30 lat zespołu metalowego. Ta kapela lubi epatować narodowo-socjalistyczną, pogańską i satanistyczną symboliką. Podczas jej koncertów tancerki rozbierają się na scenie do naga i dumnie eksponują swoje narządy rodne (film z typowego koncertu do obejrzenia tutaj lub tutaj). Korozja Metałła nagrała jednak również piękny kawałek poświęcony Rewolucji na Majdanie. Andriej Tancor, ukraiński perkusista tej kapeli został zmobilizowany do ukraińskiego wojska. Jednostką, którą wybrał jest okryty bojową chwałą Batalion Azow - w szeregach którego walczy wielu prawdziwych europejskich nacjonalistów. "Pauk", lider zespołu, w żartobliwy sposób mówił rosyjskim mediom, że członek jego zespołu służący w Azowie podsunął Awakowowi plan ataku psychologicznego na Debalcewo - wypuścić 666 słoni bojowych, którym będzie towarzyszyło 666 perkusistów bijących w tam-tamy :) Po czymś takim Cyraniak na pewno narobiłby w baniak...
Ponieważ mnóstwo skopców zaraz zwali się w komentarzach, to dedykuje im ten ukraiński, "banderowski" kawałek - "Ubij w sobie Moskala"
Subskrybuj:
Posty (Atom)





