sobota, 10 stycznia 2026

Trump Bolivar, powrót Szacha i lesbijka, która przyjęła kulę na twarz

 


Po operacji specjalnej w Wenezueli, Trump stał się bohaterem dla sporej części Latynosów - a zwłaszcza Wenezuelczyków i Kubańczyków wdzięcznych za pozbycie się głupiego komunistycznego dyktatora.  Porwanie Maduro (zwanego przez Wenezuelczyków "Ma buro", czyli "mój osioł") i jego żony (odgrywającą w systemie rolę o wiele większą, niż niektórzy skłonni są przyznać - Maciek z Zapisków Czynionych po Drodze wskazał na bardzo ciekawe wątki z jej życiorysu) , było bez wątpienia operacją przeprowadzoną po mistrzowsku. To trochę tak, jakby w 1985 r. Amerykanie porwali gejnerała Jarucwelskiego z małżonką i MOnisią. Też byśmy się z tego cieszyli.



Porównania Maduro z Jarucwelskim są w pełni uprawnione. Obaj doprowadzili swoje kraje do nędzy. O ile do 1999 r. Wenezuela miała wyższy PKB per capita (liczony według parytetu siły nabywczej) niż Polska, a w pierwszej dekadzie XXI w. niewiele niższy niż Polska, to po 2015 r. doszło do gwałtownego zjazdu tego wskaźnika dla Wenezueli. Wrócił on na poziom z pierwszej połowy lat 80-tych. W kraju siedzącym na ropie brakowało paliwa na stacjach benzynowych i żywności na półkach. Paliwo szło na Kubę, a tamtejszy reżim płacił za nie wysyłając do Wenezueli swoich specjalistów od tortur i rozpędzania demonstracji. W tym komunistycznym państwie policyjnym gwałtownie też rosła przestępczość - na którą kryminalny komunistyczny reżim de facto przyzwalał. Nic dziwnego więc, że zwykli Wenezuelczycy (w kraju i w diasporze) zareagowali wybuchem radości na obalenie Maduro.

Do tej operacji nie musiało jednak dojść. Jak słusznie zauważył senator Lindsey Graham, Maduro miał wybór. Mógł zrezygnować i udać się do Turcji. Wenezuelski dyktator obiecywał Amerykanom wiele - oddanie im sektora naftowego i zerwanie bliskich związków z osią Pekin-Moskwa-Teheran-Hawana. Upierał się jednak przy tym, by zostać przy władzy jeszcze rok lub dwa. Dodatkowo irytował Amerykanów swoim pajacowaniem. Zapadła więc decyzja o wdrożeniu przygotowanej od pół roku opcji militarnej. 


Nieprawdą jest, że Maduro złapano bez oporu. Są filmy, na których widać jak odpalane są z ziemi MANPADy przeciwko amerykańskim śmigłowcom. Żadnego z nich nie udało się zestrzelić, ale jeden został czymś trafiony i było w nim sześciu kontuzjowanych i jeden ranny. Faktem jest to, że licząca 1200 gejnerałów armia wenezuelska nie była w stanie zapewnić bezpieczeństwa reżimowi, bo po prostu jest ona w podobnych stanie do jakiego Klich doprowadził polską armię za pierwszego Tusska. Różnica jest jednak taka, że wenezuelskie siły zbrojne dysponowały "nowoczesnymi" rosyjskimi i chińskimi radarami oraz systemami obrony przeciwlotniczej, które zostały szybko zneutralizowane przez F-35 i amerykańskie samoloty walki elektronicznej. Przypominam, że u nas penisokształtny gejnerał Różański chwalił się, że zwolnił swojego zastępcę, gdy ten zaproponował zakup F-35... Przypominam też kocopały magistra Bartosiusiaka o "bańkach antydostępowych" opartych na systemach S-300 i S-400, które były w ostatnich latach masowo niszczone w Iranie oraz Rosji.

Dużo mówi o Maduro to, że sam nie ufał do końca własnej armii. Mieszkał w rezydencji w bazie wojskowej, w której stacjonowała kubańska jednostka specjalna Czarnych Os. Amerykanie po prostu tych elitarnych kubańskich komandosów wyrżnęli. Kubański rząd opublikował później listę swoich 32 poległych wojskowych i bezpieczniaków. Pierwsze miejsce na niej zajął pułkownik dowodzący ochroną papieża Franciszka podczas jego wizyty apostolskiej w Hawanie. Później Kubańczycy wysłali do Caracas prezydencki samolot po trumny z ciałami swoich ludzi - musiał on nagle zawrócić w powietrzu. Amerykanie kontrolują przestrzeń lotniczą nad Caracas.

Żona Maduro została poturbowana podczas akcji - miała m.in. złamane żebro. Zarówno ona jak i jej mąż ponoć też uderzyli głowami o stalowe drzwi panic roomu, do którego próbowali uciec. Później Maduro został - w akcie triumfu - przewieziony więzienną furgonetką z otwartymi tylnymi drzwiami (!) obok wiwatującego tłumu Wenezuelczyków pod nowojorskim więzieniem. Wenezuelscy imigranci wysyłają mu teraz masowo listy - w których są głównie wydrukowane kpiące memy. Maduro trafił do tego samego więzienia, w którym siedzą m.in. Diddy, Sam Bankman-Fried i Tekashi 6ix9ine. Trumpowi udało się więc stworzyć coś w rodzaju Arkham Asylum.

Nic dziwnego, że reżim w Caracas szybko się ugiął. Rządząca krajem Banda Czworga zgodziła się dać Amerykanom do 50 mln baryłek ropy i de facto przekazać im kontrolę nad swoim eksportem naftowym. Zgodziła się też wypuścić więźniów politycznych. Amerykanie traktują obecny reżim jako władze tymczasowe, mające przeprowadzić transformację ustrojową. CIA przekonała Trumpa, by utrzymał u władzy Delcy Rodriguez. Argumentem było to, że poradziła sobie wcześniej z powstrzymaniem hiperinflacji oraz ze stabilizacją wydobycia ropy naftowej (na poziomie około 1 mln baryłek dziennie - w dołku z 2020 r. było to koło 500 tys. baryłek dziennie, a na początku XXI w. ponad 3 mln.) Obecne władze Wenezueli zdają sobie sprawę z tego, że w każdej chwili, pod wpływem byle kaprysu, Trump może ich kazać wyciągnąć z łóżek lub posłać im po Tomahawku. Albo przynajmniej zająć ich majątki ukrywane w Katarze. Deklarują więc pełną współpracę z Amerykanami.

Konfrontacji z USA chce uniknąć też kolumbijski prezydent Gustavo Petro. Ów dawny komunistyczny partyzant i zarazem koleś przyłapany na posiadaniu kochanka-transa, podczas wiecu w Bogocie stwierdził: "Mówcie co chcecie o Trumpie, ale jednej rzeczy nie możecie powiedzieć: że jest głupi. On głupi nie jest". Petro przyjął narrację, że Trump został wprowadzony w błąd przez "wrogie siły" i za pośrednictwem republikańskiego senatora Randa Paula zaaranżował rozmowę telefoniczną z Trumpem, która zaowocowała deeskalacją i porozumieniem o współpracy antynarkotykowej. Petro zatweetował później obrazek z przytulającym się orłem i jakimś tropikalnym kotem.

W kiepskiej sytuacji znalazła się Kuba. Nie ma już co liczyć na darmową wenezuelską ropę, a jej siły zbrojne są mocno przestarzałe. Amerykanie na razie twierdzą, że nie muszą tam interweniować - reżim sam zmierza ku upadkowi. Kolejną kostką domina, które się przewróci może stać się Nikaragua, rządzona przez obłąkanego komucha Ortegę (tego samego, co w latach 80-tych). Czekam, aż Trump odwoła się do tradycji Walkera - amerykańskiego prezydenta Nikaragui.

Straszliwy ból dupy ma Rosja. Ruscy nie mogą przeboleć, że Amerykanie przeprowadzili swoją specjalną operację wojskową w kilka godzin. Po raz kolejny zostały też skompromitowane rosyjskie systemy uzbrojenia, a miliardy dolarów zainwestowane w Caracas poszły się jebać. Dodatkowym ciosem okazało się zajęcie rosyjskich tankowców na Atlantyku przez Amerykanów. Na pomoc jednemu z nich (z tajemniczym ładunkiem z Iranu do Wenezueli) ruszył nawet rosyjski okręt podwodny. Na próżno  - Trump przywalił kutasem Putinowi po ryju, a Ruscy mogli tylko płakać nad "piractwem" i masturbować się swoim Oresznikiem, który z ładunkiem konwencjonalnym niewiele może zdziałać.

Mocno stratne okazały się też Chiny, które dotychczas kupowały 90 proc. wenezuelskiej ropy ze zniżką wynoszącą 14 USD wobec ceny ropy Brent. (To tylko kilka procent importu ropy do Chin, ale wenezuelska ciężka ropa była rozchwytywana przez rafinerie, bo na jej bazie można produkować szeroką gamę produktów - w tym smary i lubrykanty. Do jej przerobu idealnie są przygotowane rafinerie na południu USA.) Amerykanie zajęli jedno ze źródeł ropy dla Chin, a wkrótce mogą zająć kolejne - Iran. Szykują też sankcje uderzające w nabywców rosyjskiej ropy. To wszystko uderza w chińskie plany dotyczące inwazji na Tajwan - do której potrzebne będą ogromne ilości ropy. Rajd na Caracas powinien też otrzeźwić Chińczyków, co do skuteczności ich systemów obrony przeciwlotniczej. Wiadomo też, że chińskim doradcom w Wenezueli padła łączność podczas amerykańskiego ataku. Problemem okazał się m.in. chiński system Wielkiego Firewalla, gdyż mocno utrudniał skomunikowanie się z centralą. A Maduro się tak chwalił telefonem Huawei, "którego nie mogą zhakować Amerykanie"...

Największy ból dupy mają jednak polskojęzyczni onucowcy. Szewko i Palade nieustannie wyją, a Wielkodupski twierdzi, że Maduro wcale nie był komunistą, tylko lewicowym nacjonalistą, a do tego katolikiem, bo widział go na "intronizacji". Akurat wenezuelski reżim toczył boje z Kościołem Katolickim (nie tak mocno jednak jak Ortega), a Maduro zarządził nawet, by przesunąć Boże Narodzenie na... październik. Zarówno Maduro jak i Delcy i cała wenezuelska ekipa odwiedzali też hinduskiego sekciarza-pedofila Sai Babę.



Chavez zapewne należał do jednej z wojskowych lóż (to popularne wśród latynoamerykańskich oficerów), a jego grobowiec był świątynką czterech żywiołów. Amerykanie - ku radości wielu Wenezuleczyków - go zbombardowali. 

Bez wątpienia Stolica Apostolska jest jednym z wygranych na amerykańskiej interwencji w Wenezueli.

Irańczycy liczą teraz na to, że Amerykanie w podobny sposób zbombardują grobowiec Chomoeiniego.

Nie wiem, jak mocno przyglądacie się ostatnim protestom w Iranie. Początkowo wydawało mi się, że nic one nie dadzą. Do masowych demonstracji dochodziło tam przecież przez ostatnie dziesięć lat co roku. Filmy, które napływały w ostatnich dniach z Iranu nie zostawiają jednak żadnych wątpliwości. Tym razem mamy do czynienia z buntem na o wiele większą skalę niż wcześniej. Ramię w ramię demonstrują studenci, kibice piłkarscy, przedstawiciele bazarowej klasy średniej i mniejszości narodowe. Bezpośrednim powodem tych protestów jest kryzys gospodarczy. O ile wcześniej Irańczycy narzekali na ceny mięsa, to teraz mówią, że nie stać ich na chleb. Ich rząd daje im pakiet pomocowy - wynoszący po mniej niż równowartość 7 dolarów miesięcznie, a jednocześnie ujednolica kursy narodowej waluty, tak, że ceny sklepach skoczą o 30 proc. Irański prezydent daje natomiast rady w stylu Ursuli von der Leyen - zużywajcie o 10 proc. mniej prądu i gazu. 






Choć demonstracje miały przyczyny ekonomiczne, to jednak szybko zmieniły się w wielki ruch dążący do przywrócenia monarchii. Od wyspy Kish po zdominowany przez Azerów Tabriz słuchać okrzyki na cześć szacha i dynastii Pahvlavich. Ulice są oddolnie przemianowane na ulice Pahlavih i... Trumpa. Chamenei jest wyzywany od pederastów (ponoć ukryto go w bazie na pustyni we wschodnim Iranie), a na stronę demonstrantów przechodzą szyiccy mułowie i policjanci. Pod osłoną internetowego blacoutu (łamanego przez Starlinki Elona Muska) i wyłączeń prądu, siły Korpusu Strażników Rewolucji strzelają do demonstrantów. Sięgnięto po to, gdyż dotychczasowy sposób tłumienia demonstracji - za pomocą milicji basiji (takiego ORMO) na motocyklach - przestał się sprawdzać. Motocykle basijich są palone - podobnie jak ich posterunki - a schwytani basijowie są linczowani. Ponoć całkiem sporu bezpieczniaków ginie. Niektórzy nawet spłonęli żywcem. Płoną rządowe budynki i pojazdy wojskowe.  Odbijani są więźniowie. Niszczone są także biznesy związane z milicją basiji i Korpusem Strażników Rewolucji.

Podczas demonstracji słychać okrzyki: "Nie dla Libanu! Nie dla Gazy! Oddaje całe serce Iranowi!". Tyle, że to jest Iran dawny, monarchistyczny. Demonstranci noszą stare irańskie flagi - z lwem i Słońcem, a palą flagi reżimowe.  Lecą też na bruk pomniki gejnerała Sulejmaniego. Irańczycy są też wyraźnie zmęczeni tym, że reżim palił miliardy dolarów wspierając Assada, Hezbollah, Hamas, Hutich oraz irackie milicje. Gdy na jednym z uniwersytetów spędzono studentów na wiec, na którym kadra skandowała: "Śmierć Ameryce! Śmierć Izraelowi!", studenci się śmieli i krzyczeli: "Śmierć Palestynie!".

Płoną też meczety. Stały się celem, jako miejsca zbiórek basijów i obiekty związane z Korpusem Strażników Rewolucji. To jednak też oznaka odchodzenia Irańczyków od islamu. Ponoć stoi tam puste ponad 50 tys. meczetów. To nie tylko wynik sekularyzacji - dużą popularność zdobywa w Iranie chrześcijaństwo oraz zaraostryzm, czyli tradycyjna irańska religia. Ciekawe, czy Stachniuk potraktowałby obecną irańską rewolucję jako rodzimowierczy bunt przeciwko wspakulturze? W sumie motocykle basijich oraz symbole reżimu płoną w Świętym Ogniu...


Generalnie lewary i dupoprawicowcy będący miłośnikami kubańsko-wenezuelskiego komunizmu, Moskwy, Pekinu, islamskiego reżimu w Iranie oraz innego trzecioświatowego shitu przeżywają ostatnio ciężkie dni. Do tego dochodzą ciosy zadane przez Trumpa lewarstwu na froncie wewnętrznym w USA. 



Lewarstwo po obu stronach Atlantyku zagotowało się ostatnio, bo w Minneapolis, jeden z agentów ICE zastrzelił grubą lesbijkę, która nieudolnie próbowała go rozjechać swoim SUV-em. Ową lesbijkę dopingowała jej żona, krzycząca: "Jedź". Obie należały do skrajnie lewicowej grupy mającej blokować aresztowania nielegalnych imigrantów.  Z filmu nakręconego przez agenta ICE wynika niezbicie, że zdołała go potrącić swoim samochodem. Jak to skomentował pewien szeryf: "Jeśli używasz przeciwko agentowi federalnemu dwutonowej broni, to powinnaś oczekiwać, że zostaniesz zastrzelona". Można więc uznać, że ta lewarka właściwie popełniła samobójstwo. Zasłużyła na Nagrodę Darwina za głupią śmierć. Głupią nie tylko za sposób, w który umarła, ale również za to, że zginęła w obronie somalijskich scammerów.

Najciekawszą rzeczą jest jednak to, że po jej śmierci ("I can't drive!") nie doszło do masowych zamieszek. Czyżby Murzynom nie chciało się plądrować sklepów, by uczcić pamięć białej lesbijki o imieniu Renee? Wydaje mi się jednak, że decydujące okazało się zniszczenie USAID przez ekipę Trumpa i cięcia dokonane przez DOGE. Rzeka pieniędzy dla lewarskich zadymiarzy po prostu mocno się zmniejszyła. A po upadku reżimów w Wenezueli i na Kubie będzie jeszcze mniejsza. 

Internet za to zalała rzeka filmików pokazujących działania agentów ICE - to jak brutalnie potrafią potraktować awanturujących się lewerów. Naprawdę z nimi się nie opierdzielają. (A same lewary na tych filmikach to jakiś wybrakowany materiał ludzki - naprawdę banda niedojebanych spierdolin i agresywnych starych bab, które płaczą, jak się odpowie na ich agresję.) Lokalni prawicowcy zaczęli organizować demonstracje poparcia dla ICE. Viralem stał się film, na którym agent tej służby, podnosi z ziemi różę rzuconą przez lewara i wręcza ją policjantce. Gwiazdą stał się komendant Greg Bovino dowodzący akcją przeciwko Somalijczykom w Minnesocie. Gdy na stanowym Kapitolu jakaś lewarka powiedziała mu, że "nielegalne przekraczanie granicy nie jest przestępstwem", on po prostu zgasił ją wymieniając artykuł kodeksu karnego mówiący wyraźnie, że to przestępstwo. :)

ICE podlega oczywiście Departamentowi Bezpieczeństwa Wewnętrznego kierowanego przez Kristi Noem. Śledzę jej karierę polityczną od kilku lat i wielokrotnie mocno mi zaimponowała (tą akcją z własnoręcznym zastrzeleniem psa też). Szkoda, że nie została wiceprezydentem w miejsce J.D. Vance'a.

Mogło Wam to umknąć, ale Trump dokonał ostatnio też kilku ruchów w stylu New Dealu. Zagroził prezesom spółek zbrojeniowych, że ograniczy im wysokość wynagrodzeń i zakaże skupów akcji własnych oraz wypłacania dywidend. Mają się one skupić na inwestowaniu w jakość produktów. Budżet obronny USA ma natomiast zostać powiększony do 1,5 bln dolarów. Trump zapowiedział też, że zakaże funduszom wykupywania domów jednorodzinnych, które przez to mają stać się przystępniejsze cenowo dla zwykłych Amerykanów. Ponadto nakazał Fannie Mae i Freddie Mac przeprowadzenie QE (w formie skupu papierów powiązanych z rynkiem hipotecznym) za plecami Fedu. Ciosem w korporacje jest też nowa piramida żywieniowa przedstawiona przez RFK Jra, w której przywrócono znaczenie mięsu i tłuszczom zwierzęcym, a zalecono mniejszą konsumpcję produktów zbożowych. Widać, że USA nie będą forsować jedzenia sojowo-kukurydzianej papki z robakami.

No, ale my żyjemy w Unii Europejskiej, której władze będą - podobnie jak irański reżim - zmuszać nas do oszczędzania prądu, paliwa i wody, jedzenia różnych shitów, nie korzystania z niepoprawnych mediów społecznościowych i modeli sztucznej inteligencji, wspierania różnych szmatogłowych trzecioświatowców i moralnego purytanizmu (jednak w wersji eko-feministycznej, a nie skopcowsko-islamskiej).

No cóż, kto nie ma X-a i Groka, ten wiele traci. Nie może sobie obejrzeć kreowanych przeze mnie obrazków, czy zobaczyć jak niejaka Lasuczita odpaliła Mariannie Szreiber gaśnicę w twarz. I to Wam chcą odebrać ajatollahowie z Brukseli...



sobota, 3 stycznia 2026

I po Maduro!

 


Trump w ostatnich miesiącach trzymał nas w niepewności, a jego ludzie puszczali sprzeczne przecieki do mediów. Prawdopodobieństwo amerykańskiego ataku na Wenezuelę wydawało się więc spadać, a prezydent USA sugerował, że uderzenie może spaść na Iran.  Jeszcze kilkanaście dni temu magister Bartosiusiak przekonywał, że "Maduro obnażył słabość USA".

Choć niektórzy wróżyli Ameryce "drugi Wietnam", to wojna okazała się tak krótka, że większość osintowców po prostu ją przespało.

Cała operacja wojskowa w Caracas trwała chyba tylko ze cztery godziny. Amerykanie nie ponieśli żadnych strat, a wenezuelskie straty w ludziach też raczej były niskie.

Amerykański oddział Delta Force po prostu wleciał helikopterami do centrum miasta i porwał Maduro oraz jego żonę. 


Towarzyszyło temu szereg uderzeń w różne cele wojskowe. Użyto śmigłowców, rakiet i artylerii okrętowej. Według kolumbijskiego prezydenta Gustavo Petro:




Baza lotnicza La Carlota została wyłączona z użytku i zbombardowana.
Koszary Cuartel de la Montaña w Catia zostały wyłączone z użytku i zbombardowane.
Pałac Legislacyjny Federalny w Caracas został zbombardowany.
Fuerte Tiuna, główny kompleks wojskowy Wenezueli, został zbombardowany.
Lotnisko w El Hatillo zostało zaatakowane.
Baza F-16 nr 3 w Barquisimeto została zbombardowana.
Prywatne lotnisko w Charallave, niedaleko Caracas, zostało zbombardowane i wyłączone z użytku.
W pałacu Miraflores, siedzibie prezydenta w Caracas, aktywowano plan obrony.
Duże części Caracas, w tym Santa Mónica, Fuerte Tiuna, Los Teques, 23 de Enero oraz południowe dzielnice stolicy, pozostały bez prądu.
Zgłaszano ataki w centrum Caracas.
Baza śmigłowców wojskowych w Higuerote została wyłączona z użytku i zbombardowana.

Rosyjskie systemy obrony przeciwlotniczej po raz kolejny okazały się być gówno warte. 

Zostało też zbombardowane Mauzoleum Hugo Chaveza.


Wenezuelska opozycja sugeruje, że doszło do "negocjowanego ewakuowania Maduro". Jeśli tak, to raczej nie negocjowano go z samym Maduro, tylko z jego generałami. Zobaczymy czy będziemy mieć teraz wdrożony plan transformacji ustrojowej, czy też kolejne uderzenia dekapitujące reżim. Możemy być jednak pewni, że usłyszymy straszliwe wycie różnego rodzaju onucowców, libkowskich pięknoduchów i "ekspertów" w rodzaju magistra Bartosiusiaka czy Romcia Kuźniara. Dochodzi już do zabawnych sojuszów - choćby ortodoksyjnie balcerowiczowska Defratyka ramię w ramię z autystycznym chłopcem Memcenem broni komunizującego wenezuelskiego reżimu przed amerykańskim imperializmem :)

Faktem jest to, że Amerykanie po prostu wlecieli do Caracas i porwali Maduro. To była dużo sprawniej przeprowadzona operacja choćby od interwencji w Panamie w 1989 r. USA pokazały, że nadal są supermocarstwem i ośmieszyły wrogą oś geopolityczną, tak jak wcześniej Izrael totalnie ośmieszył Iran i Hezbollah, a wspierani przez Turcję rebelianci z HTS zrolowali reżim Assada.

Decyzja o przeprowadzeniu operacji w Caracas zapadła tuż po tym, jak wyszło na jaw, że marynarka wojenna ChRL przeprowadziła grę sztabową przewidującą konfrontację z US Navy na Karaibach i w Zatoce Ameryki/Meksykańskiej. Kilka godzin przed amerykańskim uderzeniem, Maduro przyjął u siebie wysłannika od Xi Jinpinga.

Wielu Wenezuelczyków teraz świętuje i niszczy portrety Maduro - podobnie jak diaspora kubańska w Miami. Teraz wystarczy zwiększyć presję na finansowane dotychczas przez Wenezuelę komunistyczne reżimy w regionie - Nikaraguę i Kubę. Na pewno Stolicy Apostolskiej też spodoba się, gdy antykatolicki, komunistyczny skurwysyn Ortega dostanie, na co zasłużył.

Trwa też presja na Iran, który przechodzi pogłębiający się kryzys gospodarczy i wywołane nim antyreżimowe zamieszki, miejscami przeradzające się już w starcia zbrojne. Oś geopolityczna budowana przez lata przez Moskwę i Pekin mocno się więc już wykruszyła, co jest oczywiście również w naszym interesie. Powinno nam przecież zależeć na tym, by Moskwa traciła sojuszników. No i możemy też przyjąć jako kraj ładne uchodźczynie z Wenezueli - wpuście je, a niech służby później sprawdzą kim one są.

***







Planowałem, że ten wpis poświęcę wielkiej aferze z Somalijczykami, którzy ukradli z budżetu stanowego Minnesoty miliardy dolarów (sumę prawdopodobnie większą od nominalnego PKB Somalii), za pomocą sieci lipnych przedszkoli. Aferę tę odkrył koleś bawiący się w dziennikarstwo obywatelskie. Pokazał, że w tych somalijskich przedszkolach nie było żadnych dzieci. Szyld na jednym z takich ośrodków wskazywał, że to "Quality Learing Centre" - Somalijczycy zrobili więc błąd w słowie "Learning" :) Powstało na ten temat mnóstwo memów a Somalijczycy wskoczyli na pierwsze miejsce najbardziej znienawidzonych grup etnicznych w USA. I trudno się temu dziwić - mocno na to zapracowali. Wielu Amerykanów pamięta też im incydent "Black Hawk Down" w Mogadiszu i uważa, za skandal, że wpuszczono do USA taką masę agresywnych, kryminogennych, osobników z kraju-shitholu, w którym przeciętne IQ wynosi 67. Ci, którzy organizowali przekręty z przedszkoli chyba reprezentowali somalijską elitę intelektualną. Przykładem jest tutaj kongreswoman Ilhan Omar, która zdobyła amerykańskie obywatelstwo, po tym jak wzięła fikcyjny ślub ze swoim bratem. Zanim dostała się do Kongresu, jej majątek netto wynosił minus 45 tys. USD (miała po prostu długi), a obecnie sięga 30 mln USD.




Przekręty nie mogłyby się zapewne odbywać, gdyby nie wsparcie od demokratycznej mafii. Minnesotą rządzi gubernator Tim "Retard" Walz, który był w zeszłym roku kandydatem na wiceprezydenta u boku Kamali Harris. Przekonywałem wówczas, że ten koleś to straszny dupek, ale libkowskie trolle pisały: "NIEEEEEEE!!!! On i Kamala to wspaaaaaaniali kandydaaaaaci! Na pewno wygrają z Pomarańczowym Człowiekiem!". I co? I libki jak zwykle nie miały racji. Walz zastał w Minnesocie sporą nadwyżkę budżetową, a mimo to podniósł podatki o łącznie 9 mld USD i mocno ściął wydatki budżetowe - poza tymi na przedszkola. Numer telefonu jednego z tych lipnych przedszkoli był numerem telefonu do... biura Walza. Koleś albo jest więc rzeczywiście ostrym "retardem", którego Somalijczycy doją na kasę jak chcą, albo był ich wspólnikiem. Wiadomo, że informacje o somalijskich przekrętach pojawiały się w Minnesocie od lat, a za każdym razem Walz oraz jego współpracownicy atakowali "sygnalistów" oskarżając ich o rasizm oraz islamofobię.  Walz nawet zmienił flagę stanu Minnesota, bo Somalijczycy skarżyli się, że jest na niej krzyż. Wymienił ją na taką z białą gwiazdą na niebieskim tle, bardzo przypominającą flagę Somalii... Przypominam też, że Walz był finansowo bardzo blisko agentury ChRL. Pamiętajmy również o tym, że w czerwcu 2025 r. zastrzelona została demokratyczna stanowa kongreswoman z Minnesoty Melissa Hortman oraz jej mąż, a ciężko ranny w zamachu został inny demokratyczny stanowy parlamentarzysta John Hoffmann. Sprawca miał być "antyaborcynym fanatykiem", który jednak zasiadał przez pewien czas w radzie ds. pracy przy gubernatorze Timie Walzu i prowadził działalność biznesową w Kongo. Ciekawe, czy to było likwidowanie świadków somalijskich przekrętów?




Propalestyńskie lewactwo twierdzi oczywiście, że ujawnienie gigantycznego, somalijskiego złodziejstwa w USA, to "kampania nienawiści" wobec Somalijczyków, mająca przykryć to, że Izrael uznał niepodległość Somalilandu, czyli separatystycznego terytorium będącego najlepiej zarządzaną częścią Somalii. Teraz Izraelczycy zainstalują tam swoje bazy - naprzeciw jemeńskich Hutich i rzekomo przesiedlą tam Palestyńczyków (tak przynajmniej twierdzi prezydent Somalii).

***

A na koniec specjalna tabelka, z dedykacją dla twierdzących, że "wierzę w wiele naiwnych prawicowych teorii". Co nam ta tabelka mówi? Pewnie to, że się w krajach Europy Zachodniej mocno zmieniły przez ostatnie 17 lat "czynniki socjoekonomiczne"? Czy to bieda powoduje gwałty, czy pornografia, a może patriarchat? Czemu jednak w państwach biedniejszych i bardziej patriarchalnych, takich jak Bułgaria, statystyki wyglądają inaczej? No bo chyba, nie da się tego wytłumaczyć "rasistowskimi" teoriami? Zwłaszcza, że Węgry, Czechy i Chorwacja również doświadczyły wzrostu tego wskaźnika... Jeśli na podwórku pod blokiem gryzą się pitbule, a nie golden retrievery, to czy winne temu są "czynniki socjoekonomiczne"?







sobota, 27 grudnia 2025

Sny: Bycie satanistą jest równie lamerskie jak bycie chrześcijańskim libkiem

 


Powyżej: Demonstracje organizowane w Poznaniu przez Jana Szataniaka, aktywistę satanistycznego.

Ilustracja muzyczna: Girei (Pain's Theme) - Naruto Shipunden OST

Siedziba Bractwa św. Pafnucego, klasztor św. Pafnucego, Senkt Pafnutz, Węgry


W kaplicy o sklepieniu pokrytym freskami aniołów walczących z demonami zebrali się członkowie Bractwa św. Pafnucego – grupa mężczyzn w czarnych habitach z wyhaftowanym krzyżem, o twarzach naznaczonych determinacją i ascetycznym skupieniem. Przed ołtarzem stali dwaj dostojni hierarchowie: arcybiskup Péter Erdő, prymas Węgier, w bogato zdobionej mitrze, oraz kardynał Gerhard Ludwig Müller, emerytowany prefekt Kongregacji Nauki Wiary, którego oczy błyszczały surowym. Na stopniach ołtarza ułożono broń bractwa – miecze, sztylety i nowoczesne karabiny szturmowe oraz snajperskie, symboliczne narzędzia ich świętej misji. Arcybiskup Erdő uniósł kropidło i zaczął błogosławieństwo: „Niech Pan uzbroi was w moc Ducha Świętego, byście w Jego imieniu pokonali zło tego świata”. Krople wody święconej spadały na ostrza i lufy, lśniąc w blasku świec. Kardynał Müller dołączył, kładąc dłonie na głowach klęczących braci i ich broni: „Idźcie w imię Chrystusa, Zgładźcie największego satanistę, sługę ciemności, który zagraża duszom wiernych. Niech wasza misja będzie mieczem sprawiedliwości Bożej”. Bracia powstali w milczeniu, ich oczy płonęły fanatycznym ogniem. W powietrzu unosił się zapach kadzidła i poświęconej wody. Gdy wychodzili w noc, klasztor zdawał się drżeć od ich kroków – armia wiary ruszała na wojnę z najgorszym wcieleniem Szatana.

***

W tym samym czasie, w studiu radiowym w centrum Warszawy, przy okrągłym stole siedzieli trzej goście pod jarzeniowymi lampami. Na ścianie wisiał plakat z logo popularnej liberalnej rozgłośni, a na stole mikrofony, słuchawki i butelki wody.


Redaktor Tomasz Kapciowy, liberalny katolik o poważnej twarzy i starannie przyczesanych włosach, prowadził dyskusję z entuzjazmem intelektualisty. Naprzeciw niego siedział Bengal - charyzmatyczny muzyk deathmetalowy z długimi czarnymi włosami, tatuażami i czarną koszulką z pentagramem. Obok niego zasiadł Jan Szataniak, aktywista satanistyczny z Poznania, w prostym czarnym swetrze, z poważną miną ideowca, który regularnie organizuje pikiety przeciwko temu, co nazywa "komercjalizacją diabła".


Rozmowa toczyła się żywiołowo. Bengal, z demonicznym uśmiechem, pochylał się do mikrofonu: - Ja nie żartuję! W wieku sześciu lat zabiłem swoich starych – ojca i matkę – a potem... no wiecie, zgwałciłem ich zwłoki na ołtarzu Szatana. Blood everywhere! Uciekłem ze szpitala dla wariatów, bo tam chcieli mnie zamknąć za moją misję. Teraz sieję chaos i zniszczenie na chwałę Mrocznego Władcy! Ave Satan!

Jan Szataniak aż poczerwieniał z oburzenia, waląc pięścią w stół: - To jest właśnie problem! Ty pozerze! Szatan to dla nas bóstwo ciemności, symbol wolności, buntu przeciwko tyranii Kościoła i kapitalizmu. A ty robisz z Niego gadżet na koszulkach i płytach! Komercjalizacja satanizmu to zdrada! Ja organizuję pikiety przeciwko takim jak ty – bo sprzedajesz duszę za kasę od korporacji muzycznych!


Kapciowy słuchał z zainteresowaniem, kiwając głową i notując coś w zeszycie. W końcu wtrącił się łagodnym, refleksyjnym tonem - Panowie, to fascynująca dyskusja. Dialog z satanizmem, nawet w takiej formie, wpisuje się w ducha Soboru Watykańskiego II – otwartość na inne światopoglądy, poszukiwanie prawdy w rozmowie. Polscy hierarchowie, niestety, tego przesłania często nie rozumieją. Zamykają się w dogmatach, zamiast budować mosty. Dziękuję za tę szczerość – to krok ku wzajemnemu zrozumieniu.


Nagle drzwi studia radiowego wyleciały z hukiem. Do środka wpadła grupa członków Bractwa św. Pafnucego. Bez słowa rzucili się na Tomasza Kapciowego. Pierwszy cios powalił go na podłogę – krzesło przewróciło się z trzaskiem. Leżąc, próbował się zasłonić, ale bracia zaczęli go kopać ciężkimi butami, celując precyzyjnie w krocze.


- Ojejciu jejciu! O kurczę blaszkę! Moje jajeczka! Nie spłodzę już kolejnych ośmiorga dzieci! - skarżył się Kapciowy.


Jeden z braci, z groźną miną, ryknął: „Milcz, pomiocie Szatana!” i spryskał go obficie wodą święconą prosto w twarz.


Bengal, siedzący z boku, uniósł nieśmiało rękę, blady jak ściana: - Ale... to ja tu jestem największym satanistą...
Brat odwrócił się do niego z pogardą: - Zamilcz, halloweenowy przebierańcu! Z ciebie taki satanista jak ze stróżykowej dupy trąba! Chodziłeś do szkoły muzycznej i grałeś w boysbandzie!
Przestraszony Szataniak skulił się kącie i zmawiał Litanię Loretańską...
Nagle Kapciowy przestał udawać liberalnego katolika. Jego głos zmienił się w głęboki, chrapliwy ryk: - Szatanie, uratuj mnie! Szatanie ratuj!
Woda święcona zaczęła dymić na jego skórze, jakby paliła – czerwone pęcherze pojawiły się na czole i policzkach.

W tym momencie transmisja radiowa została przerwana. Na antenie rozległ się poważny głos spikera: "Przepraszamy za zakłócenia. Nadajemy ważny komunikat. Zdobyliśmy ekskluzywny komentarz Szatana z jego rezydencji w Sosnowcu. Stwierdził on, cytuję: "Tomasz Kapciowy nie jest antychrystem. Ale kocham go jak syna!"


***


W małej salce parafialnej przy jednym z warszawskich kościołów, oświetlonej bladym światłem jarzeniówek, siedziała przy stoliku grupka chrześcijańskich feministek. Zuzanna Rabin, intelektualistka w okularach i lnianej bluzce, gestykulowała żywiołowo. Obok niej Jola Szołajska, hipster-katoliczka z kolorowym szalem i tatuażem krzyża na nadgarstku, kiwała głową z entuzjazmem. Naprzeciwko trans-kobieta, aktywistka w kwiecistej sukience, słuchała z poważną miną. Rozmowa płynęła wartko, choć bez większego sensu.

- Wiecie, BLM to jest dokładnie to, czego potrzebuje Kościół – walka z systemowym rasizmem, białym przywilejem... A patriarchat? To samo zło co kolonializm!” – mówiła Zuzanna.

- Tak, tak! Feminizm jest ewangeliczny! Jezus był feministą, łamał patriarchalne normy. A inkluzja trans osób to czysta miłość bliźniego! – dodała Jola, popijając herbatę z eko-kubka.

Trans-kobieta kiwała głową: - Dokładnie, biały przywilej blokuje prawdziwą sprawiedliwość społeczną w Kościele...

Nagle drzwi salki otworzyły się z hukiem. Do środka wszedł emerytowany arcybiskup generał Guć – rosły, rumiany starszy pan w sutannie z rzędem orderów, z kumplami w podobnym wieku, niosącymi torby, z których wystawały butelki. Guć rozejrzał się i parsknął śmiechem:  - Ktoś zamawiał kurwy?

Feministki zamilkły, potem zaczęły protestować oburzone: - To jest dyskryminacja! Seksizm! Nie mamy prawa tu być?”

Arcybiskup machnął ręką: - Wypierdalać stąd dziwki, bo was ekskomunikuję! My tu mamy ważne spotkanie.

Zuzanna wstała dzielnie: - Dość ulegania patriarchalnemu Kościołowi! Nasz kościół feministyczno-transinkluzywny ma rację! Zaraz z Nieba zejdzie znak, który to potwierdzi!




W tym momencie powietrze w salce zadrżało. Przy dźwiękach głośnego, punkowego riffu „Wiesz, rozumiesz” zespołu Apteka, z sufitu – jakby z chmury dymu – zszedł ksiądz prałat Henryk Jankowski. Elegancki, w sutannie, z błyszczącą laską w dłoni, jakby prosto z zaświatów. Spojrzał na grupkę, potem wskazał palcem prosto na trans-kobietę. Z kieszeni sutanny wyciągnął drobiową parówkę i podsunął jej pod nos: - Masz takiego!

Trans-kobieta zbladła, oczy wypełniły się łzami. Wybuchła płaczem i wybiegła z salki, trzaskając drzwiami.

Jankowski skinął głową do Guća, jakby na przywitanie, i rozpłynął się w powietrzu przy ostatnim akordzie piosenki.  Arcybiskup Guć rozsiadł się z kumplami przy stole, otwierając butelki. -No, teraz spokój. Zdrowie!

***

Na warszawskiej ulicy, pod kościołem św. Barbary w Śródmieściu, tłumek redpillowych, skrajnie prawicowych krytyków filmowych – młodych mężczyzn w czarnych koszulkach z orłem i napisami typu „Tradycja i Ojczyzna” – otoczył leżącego na chodniku liberalnego reżysera Wojciecha Smarkowskiego. Okładali go bejsbolami i kopali ciężkimi butami, a każdy cios poprzedzali okrzykiem z tytułem jego filmu.
- To za "Dom Zajebisty"! – huknął jeden, waląc kijem po plecach.
- To za "Inspektorat Transportu Drogowego"! – dodał drugi, kopiąc w żebra.
- To za "Poprawiny"!
- To za "Czerwoną Kalinę"!
-  To za "Małopolskę Wschodnią"!
Smarkowski zwijał się z bólu, próbując zasłonić głowę rękami, twarz miał zakrwawioną, a ubranie podarte. Wtedy z boku podszedł ksiądz prałat Henryk Jankowski – ten sam, który wcześniej zstąpił z Nieba – z elegancką laską w jednej ręce i wielką, grubą cukinią w drugiej. Pochylił się nad leżącym reżyserem i z triumfalnym uśmiechem oznajmił: - A to za Episkopat!
Bez ceregieli wsadził mu cukinię w odbyt.
Smarkowski zawył przeraźliwie, a potem, łkając przez łzy i krew, wychrypiał: - Ale przyznacie… że "Dom chujowy" nakręciłem dobrze… Ten film odegrał ważną rolę… pokazał problem przemocy domowej…
Redpillowcy zawyli z oburzenia. Z tłumu wysunął się znany reżyser Bodo Koksownik i pokręcił głową z politowaniem: - Nie! Trzeba było go nakręcić inaczejTak jak horrorową serię "Terrifier"! Z prawdziwym gore, bez tego lewicowego moralizowania! Wyobraźcie sobie - w roli ofiar chrześcijańskie feministki, a w roli Arta Clowna - młody cukcserwatysta o imienieniu Jędrzej Zdzisław Stefan Pafnucy Kalasanty... no, nie! To za głupie! Nikt się tak nie nazywa. Dajmy mu jakieś prostsze nazwisko. Na przykład: Jędrzej Resortowy. Niech to będzie też społeczna satyra na monarchistycznych cuckserwatystów o resortowych korzeniach.
***

UWAGA!!! To scenariusz groteskowego slashera!!! Odradzamy naśladowanie go w życiu realnym!!!

Jędrzej Resortowy był wzorem prawicowych cnót. Prokobiecy w sensie biblijnym. Chrześcijański do bólu: msza co niedziela, różaniec codziennie. Antypornograficzny krzyżowiec – pisał petycje przeciw OnlyFans i blokował strony z "grzechem cielesnym". Jego hobby? Kolekcjonowanie starych książek o rycerstwie i wędkowanie w samotności. Majątek? Skromny, ale własny: ogromne mieszkanie kupione przez starego służącego wcześniej w Departamencie I oraz oszczędności z pracy w korpo jako prawnik.

Poznał ją na chrześcijańskim forum feministycznym – tak, takim, gdzie dyskutowano o "równości w Chrystusie". Ona: Bożena Maria Kowalska, 38 lat, chrześcijańska feministka z krwi i kości. Cytowała Marię Magdalenę jako ikonę wyzwolenia, walczyła o prawa kobiet w Kościele i twierdziła, że patriarchat to dzieło Szatana. Miała doktorat z teologii genderowej. Jędrzej zakochał się od pierwszego posta: "Kobieta to korona stworzenia, mąż ma służyć!". Ślub w kościele, z przysięgą posłuszeństwa – ale Bożena dodała swoje: "Będziesz mnie kochał czynem, nie słowem". I zaczęła się przewrotna rzeczywistość.

Po miesiącu miodowym Bożena zażądała: - Jędrzeju, św. Paweł mówi, że mąż ma dawać wszystko żonie. Oddaj pensję – ja lepiej zarządzam finansami bożymi. Jędrzej, czerwony jak burak, ale cytując Ef 5,22-33, zgodził się. Pracował po 12 godzin dziennie, a ona wydawała kasę na kursy jogi chrześcijańskiej i spotkania siostrzane. -To dla naszego dobra duchowego! – mówiła. Następnie: - Przepisz na mnie mieszkanie. Kobiety potrzebują bezpieczeństwa, a ty jesteś tylko zarządcą bożego daru. Jędrzej podpisał. Jego hobby? "Wędkowanie to egoizm, książki o rycerzach to patriarchalne fantazje. Rezygnuj – służ mnie!". Zlikwidował biblioteczkę, sprzedał wędki. Został tylko różaniec – ale i ten musiał odmawiać na kolanach przed nią.

Bożena miała koleżanki: grupę "Chrześcijańskich Sióstr Wyzwolonych" – feministki w chustach, pijące herbatę z Biblią w ręku. Na pierwszym spotkaniu po ślubie oświadczyła: "Jędrzej będzie nam usługiwał. Nago. To symbol pokory, jak Adam przed upadkiem. Ale z klatką na katechona – antypornograficzną, cnotliwą klatką! Żadnych pokus!"
Jędrzej protestował: "Ale Bożeno, to... to grzech przeciwko godności!". Ona: "Biblia mówi o uniżeniu! A twoja prawicowa antypornografia? To idealne – zero erekcji, zero grzechu!". Kupiła mu metalową klatkę chastity z krzyżykiem. Jedyny strój: ona. Nagi, w klatce, podawał herbatę, masował stopy, słuchał wykładów o "toksycznej męskości".

Pewnego dnia Bożena siedziała przy stole, otoczona stosem wydrukowanych artykułów naukowych, które sama podkreśliła różowym zakreślaczem. Na jednym z nich widniał tytuł: „Testosteron a śmiertelność mężczyzn: metaanaliza 2024”. Obok leżała otwarta Biblia, na stronie z Księgą Rodzaju: „I stworzył Bóg człowieka na obraz swój”, ale Bożena miała już swój komentarz: „Obraz Boży nie potrzebuje toksycznych hormonów”. Jędrzej wchodził właśnie do kuchni, nagi, w klatce, z tacą herbaty dla „Sióstr Wyzwolonych”, które miały przyjść za godzinę. Zatrzymał się w progu.

– Jędrzeju – zaczęła Bożena słodko, ale z tym charakterystycznym błyskiem w oku, który oznaczał, że nie ma odwrotu – wyczytałam coś bardzo ważnego. Naukowego. I biblijnego.

– Tak, kochanie? – zapytał, stawiając tacę. 

– Jądra produkują testosteron. A testosteron skraca życie mężczyznom. O 7–12 lat! – uniosła palec. – To jak trucizna w organizmie. Powoduje agresję, raka prostaty, zawały. A my, jako chrześcijańska para, mamy dążyć do długiego, świętego życia. Razem. W harmonii.

Jędrzej zbladł. – Ale… Bożeno… to… to jest… – zaczął się jąkać.

– To jest akt miłości – przerwała mu. – Kastracja. Chirurgiczna. Bezpieczna. W prywatnej klinice w Szwajcarii, prowadzonej przez chrześcijańskich lekarzy-feministów. Nazywają to „Eunuchizmem dla Chrystusa”. Św. Orygenes to zrobił! Sam! Z miłości do czystości!

– Ale ja… ja nie chcę… – wyszeptał.

Bożena wstała, podeszła do niego, położyła dłoń na jego policzku. Delikatnie. Jak matka.– Jędrzeju. Pamiętasz przysięgę? „Wszystko oddam, wszystko poświęcę”? To nie jest kaprys. To dar. Dla mnie. Dla naszego małżeństwa. Dla twojego zdrowia. Po kastracji będziesz spokojniejszy, łagodniejszy, dłużej przy mnie. Bez tych… barbarzyńskich popędów. Bez ryzyka grzechu. Bez pornograficznych myśli. Tylko czysta, siostrzana miłość.

Jędrzej patrzył na nią. W klatce. Bez majtek. Bez wędki. Bez książek. Bez pensji. Bez godności.– A jeśli… jeśli się nie zgodzę? – zapytał cicho.

Bożena uśmiechnęła się. Szeroko. Jak anioł.– To będziesz grzeszył przeciwko miłości bliźniego. Przeciwko mnie. Przeciwko Bogu. I wtedy… – zawiesiła głos – wtedy może będę musiała znaleźć sobie kogoś, kto naprawdę zrozumie, co znaczy poświęcenie.

Coś w nim pękło.

Jędrzej nie wziął noża. Nóż wziął jego. Jakby sam wskoczył mu w dłoń. Nóż wbił się w skórę głowy Bożeny – od czoła do tyłu. Pociągnął. Skóra oderwała się z trzaskiem, jak mokra szmata. Włosy, tatuaż krzyża, kawałek czaszki – wszystko w jego dłoni.
Trzymał to jak trofeum. Jak perukę. Założył sobie na głowę.
– Teraz JA jestem korona stworzenia! – wrzasnął, tańcząc walca po kuchni. Zaczął masakrować nożem jej twarz, a jak skończył - sypnął w nią całą solniczką i zalał wybielaczem. Na koniec wepchnął jej rozpaloną na maksa lokówkę między nogi. Bożena przeraźliwie nieludzko zawyła.

Drzwi się otworzyły.
Sześć Sióstr. Z Bibliami. Z herbatą. Z uśmieszkami.– Bożeno, gdzie… – zaczęły. Jędrzej był już przy nich. Nóż. Piła. Młotek. Gwoździe. Krew. Jedna po drugiej.

Siostra Jadwiga – głowa w blenderze. Włączył. Smoothie z mózgu.
Siostra Grażyna – totalnie połamana, złożona w kostkę i wepchnięta do toalety. WC Kaczka.
Siostra Kinga – twarz w rozpalonej, tryskającej tłuszczem frytkownicy. Siostrzane wypieki.
Siostra Paulina – oczy wydłubane, wsadzone w dupę. Analne patrzałki.
Siostra Monika – skóra zdarta, założona na Jędrzeja. Nowy garnitur.

Policja przyjechała. Zastała cyrk. Krew na ścianach. Flaki na żyrandolu. Głowy w lodówce.
Zmasakrowana Bożena jęczała przez rurkę.

Na miejsce tej przerażającej zbrodni przyjechał też prawicowy publicysta Witold Badowski. Rozejrzał się i orzekł z miną specjalisty:

- To na pewno zrobili Ukraińcy. Słyszałem, że mają jedną restaurację we Wrocławiu...

***

 - No i jak Wam się podoba mój nowy scenariusz? - zagaił Bruno Koksownik.

 - Można by ostrzej pociągnąć scenę masakry i pogłębić charakterystykę psychologiczną głównego (anty)bohatera, ale to dobry materiał wyjściowy dla drugiej części - odparł jeden z redpillowych chuliganów.

Tłum ryknął aprobatą. Smarkowski tylko jęknął i znieruchomiał na chodniku, a przechodnie omijali scenę szerokim łukiem, udając, że nic nie widzą. W tle dzwony kościoła św. Barbary biły północ, jakby nic się nie stało.

***

A Wszystkim Szanownym Czytelnikom - najlepszego w Nowym Roku!

Szykuje się nowa seria blogowa.





sobota, 20 grudnia 2025

Czy Ziemia jest karczmą zajezdną dla Obcych?

 


Czytając 7-my tom "Dziejów Polski" prof. Andrzeja Nowaka, przypominamy sobie czasy saskie, czyli okres, w którym Rzeczpospolita była nazywana "karczmą zajezdną" dla obcych wojsk. Przetaczały się one przez nasze terytorium, rekwirując zaopatrzenie i porywając rekrutów, a ówczesne państwo polsko-litewsko-saskie niewiele mogło z tym zrobić. Wszelkie próby reform i powiększenia wojska były bowiem blokowane przez obcą agenturę, otrzymującą jurgielt.

Po lekturze naszła mnie ciekawa myśl: a co jeśli planeta Ziemia jest karczmą zajezdną dla Obcych?

Historii o tym, że obce statki bezkarnie wlatują w przestrzeń powietrzną różnych państw, jest bez liku. Tak samo o dokonywanych przez nich porwaniach ludzi i eksperymentach na zwierzętach. Sytuacja nie jest jeszcze tak groźna jak w czasie wojny siedmioletniej - nie przelatują nad naszymi miastami całe obce armie. Według niektórych świadectw, zdarzało się też siłom powietrznym USA zestrzeliwać UFO, a według płka Philipa J. Corso, w latach 80-tych "zaczęliśmy z nimi wygrywać", dzięki tajnemu aspektowi programu Gwiezdnych Wojen. (Nie będę się o tym tutaj rozpisywał - sprawę wyjaśniałem w kolejnych odcinkach serii Phobos). ALE...

Nasza przestrzeń powietrzna bywała jednak polem cudzych bitew w przeszłości, o czym wspomina choćby norymberska kronika:



"O poranku 14 kwietnia 1561 roku, o brzasku, pomiędzy godziną 4 a 5 rano, pojawiła się straszna zjawa na słońcu, a potem widziana była ona w Norymberdze w mieście, przed wrotami miejskimi i we wsiach – przez wielu mężczyzn i niewiast. Z początku pośrodku słońca pojawiły się dwa krwistoczerwone półokrągłe łuki, takie jak miesiąc w swej ostatniej kwadrze. A na słońcu, nad oraz poniżej, oraz po obu stronach, krwistej barwy, znajdowała się krągła kula, częściowo matowa, a częściowo o barwie czarnego żelaza. Podobnie stały po obu stronach i jako torus wokół słońca, takie krwistoczerwone jak i inne kule w dużej liczbie, około trzech w linii i czterech w kwadracie, a niektóre także pojedynczo. Pomiędzy tymi kulami było widocznych również kilka krwistoczerwonych krzyży, pomiędzy którymi znajdowały się krwistoczerwone pasy, grubsze na tyle, a od przodu giętkie jak łodygi trzciny, które były przeplecione, pomiędzy nimi dwie duże żerdzie, jedna po prawej, druga po lewej, a pomiędzy małymi i dużymi żerdziami znajdowały się także trzy, a także cztery i więcej kul. Wszystkie te ciała zaczęły walczyć pomiędzy sobą, tak że kule które były z początku na tarczy słonecznej, poleciały do tych znajdujących się po obu stronach, potem kule znajdujące się poza słońcem, w małych i wielkich żerdziach, poleciały w słońce. Poza tym kule latały w jedną i drugą stronę walcząc zaciekle ze sobą przez ponad godzinę. A kiedy pojedynek zarówno ten w obrębie słońca jak i obok był najbardziej intensywny, kule zaczęły okazywać zmęczenie do tego stopnia, że jako powiedziano powyżej, spadły ze słońca na ziemię „jakby całe spłonęły”, po czym słabły na ziemi z niezmiernym dymem. Po tym wszystkim widziano coś niczym czarna włócznia, długa i gruba; trzpień wskazywał wschód, a czubek skierowany był na zachód. Cokolwiek znaczą te znaki, tylko Bóg wie."

(koniec cytatu)

Oczywiście mainstream dezawuuje wszelkie tego rodzaju historie. Załóżmy jednak, że jest w nich, nawet z 10 proc. prawdy. Oznaczałoby to, że Ziemia od dawna jest odwiedzana przez bardziej zaawansowane cywilizacje. Część z nich może mieć złe zamiary, a jeśli nie decydują się na podbój, to robią to z podobnych względów, dla których w pierwszej połowie XVIII w. nie były realizowane plany rozbiorów Rzeczpospolitej - z powodu równowagi sił i tego, że kolejni władcy Moskwy uznawali, że lepiej mieć w swojej strefie wpływów całą Rzeczpospolitą, zamiast dzielić się nią z innymi. (Gdy król pruski zaproponował Piotrowi Wielkiemu Pojebowi plan rozbioru przewidujący włączenie Gdańska do Prus, Piotr Wielki Pojeb stwierdził, że Gdańsk mu się bardzo podoba i nie chce go oddawać. Od zasady nie dzielenia się Rzeczpospolitą odeszła dopiero szczecińska tłusta Niemka Katarzyna Wielka Kurwa, która weszła w układ z Fryderykiem Wielkim Pedałem, zapoczątkowując proces dziejowy prowadzący do zniszczenia trzech imperiów.) Z podobnymi kalkulacjami opartymi na zasadzie równowagi sił możemy mieć również wśród obcych cywilizacji, które mogły na mocy jakiegoś paktu, zobowiązać się, że nie dokonają otwartej inwazji na Ziemię. To nie znaczy jednak, że opcja zbrojnego zajęcia naszej planety nie została całkowicie odrzucona. 




W takim scenariuszu całkowicie logicznym byłoby więc, że źli obcy szukaliby na Ziemi agentury, która za kosmiczny jurgielt, podjęłaby działania szkodzące rozwojowi technologicznemu naszej cywilizacji, a zwłaszcza tworzeniu systemów obronnych w Kosmosie. Może to zabrzmi szalenie, ale w taki schemat działania wpisuje się dążenie europejskich polityków do totalnej dekarbonizacji gospodarki połączone z dążeniem do całkowitej likwidacji energetyki jądrowej. W tego typu działania wpisuje się również stałe obniżanie poziomu nauczania w szkołach i na uniwersytetach, a także masowy import populacji z krajów o niskim średnim IQ.

Działalnością uderzającą w interesy "złych obcych" byłyby natomiast próby budowania systemów kosmicznych służących obronie Ziemi, a także poszukiwania nowych, futurystycznych źródeł energii mogących zasilać te systemy (a także sztuczną inteligencję).

Ciekawe, że misje księżycowe zostały zakończone - według relacji Andropowa - po tym jak Nixon pokazał Breżniewowy pewien tajny dokument...

Ciekawie w tym kontekście brzmi relacja doktora Jacquesa Vallee (sportretowanego przez Spielberga w "Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia"). Według niego, w latach 60-tych jeden z sowieckich fizyków zajmujących się badaniami nad plazmą został wepchnięty pod pociąg moskiewskiego metra przez kolesia, który twierdził, że telepatycznie kazali mu to zrobić obcy.




Tak się akurat składa, że kilka dni temu został zastrzelony Nuno F.G. Loureiro, 47-letni profesor MIT pochodzenia portugalskiego. Był on ponoć wybitnym fizykiem, zajmującym się badaniami nad plazmą i fuzją jądrową. Sprawcą zabójstwa miał być Claudio Nevez-Valente, który studiował z Loureiro w Portugalii. Zabił on ponoć również studentkę Uniwersytetu Browna.  Następnie popełnił samobójstwo. Motyw zbrodni nieznany.




Tymczasem Steven Spielberg reklamuje swój najnowszy film "Disclosure Day". Na bilboardach reklamuje to wizerunkami oka obcego i oka człowieka, w których odbijają się gwiazdozbiory Plejad i Oriona. Jeśli czytaliście odcinek serii Kemet poświęcony egipskiej mapie nieba, to powinniście już załapać aluzję.

W "Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia" miejscem spotkania z wielkim UFO była Wieża Diabła w Wyoming, wiązana w indiańskiej legendzie (będącej kopią legend z Azji Wschodniej i Australii) o siedmiu siostrach (Plejadach) uciekających przed niedźwiedziem. Konsultantem przy tym filmie był J. Allen Hynek. Spielberg zapewne dostawał przecieki od wojskowych. 



Nic dziwnego, że E.T. wygląda tak jak mumie trójpalczastych obcych z Peru. Tego typu postacie były również przedstawiane na peruwiańskich petroglifach. 




I nic dziwnego, że niektórzy dokonują nadintepretacji, dopatrując się aluzji w pojawiającym się w "Disclosure Day" motywie ptaka znanego jako kardynał. Ma to być aluzją do dwóch kardynałów ponoć zaangażowanych w sprawę przekazania Amerykanom wraku UFO rozbitego w 1929 r. pod Magentą i przejętego przez służby Mussoliniego. Owymi kardynałami mieli być: Eugenio Pacelli - późniejszy papież Pius XII (straszliwie zniesławiany z jakiegoś powodu...) i kardynał Ildefonso Schuster, o którym wspominałem choćby w serii Pontifex, jako otwarcie profaszystowskim (do 1938 r., bo później krytykował publicznie politykę reżimu) arcybiskupie. Schuster w kwietniu 1945 r. negocjował z Mussolinim kwestię ewentualnej kapitulacji Republiki Salo, a w latach 1952-1953 był przewodniczącym Konferencji Episkopatu Włoch. Zmarł w 1954 r. w opinii świętości i został beatyfikowany w 1996 r. Jego ciało nie uległo rozkładowi po śmierci.


Wszystko w moich seriach blogowych się zazębia...

***

Ogólnie bardzo ciekawie zapowiadają się  przyszłoroczne premiery filmowe. Szczególnie ta:





Jeśli jeszcze nie kupiliście prezentów bożonarodzeniowych, to przypominam o książkach Waszego Ulubionego Autora. 




 
I Wesołych Świąt Bożego Narodzenia! Tak jak w najnowszej piosence Kanye Westa! Brother Merry Christmass!