sobota, 13 lipca 2019

Jeffrey Epstein - człowiek tajnych służb



Jeffrey Epstein, finansista niedawno zatrzymany za wykorzystywanie seksualne nieletnich dziewcząt na masową skalę, to poważny problem dla służb wywiadowczych. Co najmniej dwóch krajów.

Pod ostrzałem krytyków znalazł się przy okazji tej sprawy Alexander Acosta, sekretarz pracy w administracji Trumpa (dzisiaj zrezygnował ze stanowiska), a wcześniej jeden z prokuratorów, którzy negocjowali ugodę z Epsteinem w podobnej lolikońsko-dziwkarskiej sprawie. Vicky Ward, autorka bestsellerów o upadku Lehman Brothers i o rodzinie Kushnerów, twierdzi, że gdy ludzie z ekipy Trumpa dociskali Acostę w kwestii tej ugody (przesłuchując go przed dołączeniem do administracji), odparł on, że powiedziano mu, że Epstein należy do tajnych służb i ma się od niego odczepić. 

Modus operandi Epsteina był służbowy. W całej sprawie chodziło nie tyle o załatwianie dla siebie i kumpli nastoletnich panienek do zabawy, ile o zdobywanie materiałów do szantażu. Epstein wysłuchiwał relacji swoich dziewcząt dotyczących fetyszy seksualnych osób, którym je podsyłano. Na jego "Wyspie Orgii" były też ukryte kamery. (Ciekawe jakie materiały trzymał w swoim tajemniczym sejfie?) Ann Coulter twierdzi więc, że Epstein miał zapewne "państwowego sponsora".  



Tajemnicze są też źródła fortuny Epsteina. W latach 70-tych był on nauczycielem fizyki  i matematyki w elitarnym liceum w Nowym Jorku. (Mówimy o kolesiu, który wyleciał dwa razy ze studiów i nie miał przygotowania merytorycznego, by nauczać w takim miejscu. Czym więc się tam naprawdę zajmował?) Tam poznał rodziny traderów z banku Bear Stearns, co pozwoliło mu się zakręcić wokół tej instytucji. Szybko otworzył własny fundusz i stał się miliarderem. Do dziś za bardzo nie wiadomo, na czym zbił fortunę. Jedynym jego znanym klientem był miliarder Les Wexner, właściciel m.in. marki Victoria's Secret. Wexner miał ciekawe powiązania z wojskiem, o czym mówił m.in. George Webb. Wexner angażował się też mocno w projekty związane z życiem społeczności sabatejskiej żydowskiej w USA a zwłaszcza z kreowaniem jej przywództwa (Fundacja Wexnera). Prezydent George W. Bush zaprosił go w 2008 r. do oficjalnej amerykańskiej delegacji na obchody 70-lecia państwa Izrael. Wexner w 2012 r. mocno zaangażował się w finansowanie kampanii Mitta Romneya a w 2016 r. w kampanii Jeba Busha. W 2018 r. demonstracyjnie przeszedł do Partii Demokratycznej, w proteście przeciwko polityce Trumpa i białemu populizmowi.



Najbliższą współpracowniczką Epsteina w jego sieci prostytucji i szantażu była Ghislaine Maxwell, córka brytyjskiego potentata prasowego Roberta Maxwella. Maxwell pracował dla Mossadu, a pomagał również CIA w rozprowadzaniu za Żelazną Kurtyną programu Promis. Promis umożliwiał integrację różnych baz danych i pomagał bezpiece w inwigilacji, ale zawierał również "tylne wejścia" umożliwiające CIA i Mossadowi wejście do komputerowych archiwów służb, które go kupiły (a kupili go również "profesjonaliści" z kiszczakowskiej SB). Maxwell był równocześnie aferzystą finansowym i gdy jego spółkom zagroziło bankructwo zaczął szantażować Mossad. Został więc w listopadzie 1991 r. zabity przez specjalną ekipę z "Instytutu". Nie wiadomo dla kogo pracowała jego córka Ghislaine, ale ponoć sygnalizowała, że chce współpracować z FBI w śledztwie dotyczącym Epsteina. 



Oprócz Ghislaine Maxwell, z Epsteinem w jego zboczonym procederze współpracowało jeszcze kilka kobiet. Niektóre były wcześniej nastoletnimi panienkami do towarzystwa z jego "stajni". Ciekawym przypadkiem jest Nadia Marcinko, serbska modelka z licencją pilota. Ciekawe co wozi w swoich samolotach? A prawie bym zapomniał: jeden z samolotów użytkowanych przez Epsteina był też używany przez CIA, Departament Stanu i prywatną firmę wojskową DynCorp.. DynCorp. została złapana na prowadzeniu siatki dziecięcej prostytucji w Bośni a jej pracowników w Afganistanie nagrano, gdy zorganizowali sobie występ "tańczącego chłopca". Epstein podróżował zaś do Bośni i Kosowa.

Wróćmy jednak do osób, które szantażowano. Ujawniona została już "mała czarna książeczka adresowa", w której są numery telefonów osób, z którymi kontaktował się Epstein. Część z nich to kontakty biznesowe, część to mogą być całkiem niewinne kontakty towarzyskie. Jest tam trochę znanych nazwisk, m.in.: brytyjski książę Andrzej, Tony Blair, Ehuda Barak, były demokratyczny gubernator Nowego Meksyku Bill Richardson, miliarder David Koch, Peter Soros (bratanek George'a Sorosa), znany prawnik Alan Dereshowitz, Ralph Fiennes, Alec Baldwin, Courtney Love...



Z dokumentów, które wcześniej wyciekły wiadomo, że Bill Clinton był na Wyspie Orgii co najmniej 26 razy. (Przyznaje się do tylko czterech pobytów.) Zawsze gdy latał samolotem Lolita Express, na pokładzie były nieletnie panienki do towarzystwa. Tuż po aresztowaniu Espteina, ktoś ciągle usuwał z artykułu na Wikipedii poświęconemu Clintonowi wzmianki dotyczące tej afery. 
Przypominam, że Hillary nie wyzbyła się ambicji prezydenckich i wciąż realny jest scenariusz, że wystartuje jako kandydatka na wiceprezydenta np. u boku Pete Buttiegiega.



Co ciekawe razem z Clintonem na wyspę Epsteina latał Kevin Spacey. Wkrótce potem założył fundację "pomagającą" nastoletnim aktorom.



Jeszcze w 2015 r. Epstein był partnerem biznesowym Ehuda Baraka. Barak to były premier Izraela, były szef Amanu (izraelskiego wywiadu wojskowego) a zarazem człowiek bardzo silnie powiązany z amerykańskimi tajnymi służbami. Barak chce pokonać w najbliższych wyborach parlamentarnych Netanjahu. (I życzę mu powodzenia!)



Ciekawe wyniki dałoby też prześledzenie tego, komu Epstein dawał pieniądze na kampanie wyborcze. A dawał m.in. prominentnemu demokratycznemu senatorowi Chuckowi Schumerowi. (O priorytetach senatora Schumera mówi to, że o ile w USA jest uznawany za bardzo proaborcyjnego, to jednocześnie wspiera organizację Efrat zwalczającą aborcję w Izraelu.)



A co ze związkami Epsteina z Trumpem? Michael Wolff, w "Ogniu i furii" wspominał, że Trump w latach 80-tych ostro imprezował z Epsteinem oraz finansistą Tomem Barrackiem.  Są też relacje mówiące, że Epstein poznał Trumpa z Melanią Knavs.  Trump mówił w 2002 roku, że Epstein znany jest z zamiłowania do młodych panienek.  Utrzymuje jednak, że od 2004 r. nie utrzymują bliskich relacji. Co się stało, że je przerwali? Oskarżyciel posiłkowy reprezentujący ofiary Epsteina twierdzi, że Trump jako jedyny odpowiedział na jego telefon i udzielił mu pomocnych wyjaśnień. Pierwsze oskarżenie przeciwko Epsteinowi pojawiło się natomiast po doniesieniu złożonym przez jedną z dziewczyn zatrudnionych w Mar-a-Lago.

Dla tajnych służb wyciąganie sprawy Epsteina, by dowalić Trumpowi nie ma sensu. Służby w ten sposób (parafrazując pastora Chojeckiego) "nasrałyby sobie na stół". Epstein ponoć sygnalizował, że gotów jest współpracować ze śledczymi w zamian za łagodny wyrok. Możliwe więc, że ktoś mu to spróbuje wybić z głowy. Dosłownie. A może tak być, że sprawa zostanie skręcona. W ekipie prokuratorów badających sprawę Epsteina jest bowiem córka byłego szefa FBI Jamesa Comeya. Sędzia w tej sprawie wsadził wcześniej do więzienia Dinesha d'Souzę, autora filmów dokumentalnych o Obamie i Partii Demokratycznej. Sędzia ten był mianowany przez Clintona.

Pamiętajmy też, że nawet po odbyciu wyroku za pedofilię Epstein nie był bynajmniej traktowany jak "trędowaty". Wkrótce po wyjściu z więzienia wyprawił imprezę dla księcia Andrzeja. Po tym jak go w 2008 r. skazano, wciąż brylował wśród ludzi z Hollywood.



Warto też zapytać, czy Jeffrey Epstein był sabatejczykiem? Co to była za dziwna świątynia, jaką postawił na Wyspie Orgii? W sposób oczywisty nawiązywała ona do Meczetu Kopuły Skały na jerozolimskim Wzgórzu Świątynnym. Świątynia została udekorowana z zewnątrz posągami dziwnych "sów". Posąg sowy, jak wiemy, znajduje się też np. w Bohemian Grove. Sowa jest łączona z kultem Molocha - czyli "Króla","Pana",  któremu starożytni mieszkańcy Judy składali ofiary z dzieci.  W nowojorskiej rezydencji Epsteina znaleziono zaś rzeczy przywodzące na myśl "Milczenie Owiec". Sztuczne oczy przyczepione do ściany w korytarzu, realistyczna seks-lalka zwisająca spod sufitu, sztuczne piersi na ścianie. Epstein miał też niezwykły zestaw szachowy. Figury w nim były wzorowane na jego współpracownicach - wszystkie ubrane w seksowną bieliznę. Te szachy musiały być małym dziełem sztuki...

***



Zapewne to przeoczyliście, ale jakiś tydzień temu zmarł Ross Perot. Teksański miliarder, człowiek tajnych służb, który przeprowadził udaną operację wyciągnięcia zakładników z Iranu, niezależny kandydat na prezydenta w 1992 r. (który pomógł Clintonowi wygrać wybory).

sobota, 6 lipca 2019

Unijny stan gry + Łoszarik na dnie



Promowanie idei Imperium Europejskiego przez Tomasza Gabisia i część naszej prawicy zawsze uważałem za niesamowitą fanfaronadę. Ze względów historycznych trudno Polakom odnaleźć się w mitologii tego wymyślonego "imperium". Kult Degrella i jakiś niemieckich ciot od "rewolucji konserwatywnej" jest jedną wielką aberracją a sięganie po Habsburgów, Ludolfingów, Karola Wielkiego Zbrodniarza czy rzymskich cesarzy jest kanonizowaniem naszych dawnych wrogów. Nie ma też powodu, by propagować ideę "Imperium Europejskiego". Bo przecież jakie wspólne interesy ma Polska np. z Francją? Ostatnim razem było nam po drodze za czasów marszałka Focha. Interesem Niemiec, Francji czy Holandii jest to byśmy byli ich wiecznie uboższym zapleczem gospodarczym i strefą buforową na rosyjskim pograniczu. Niemcy to dla nas zaś skundlony karoliński bękart okupujący słowiańskie ziemie.



O ile prawicowa idea Imperium Europejskiego jest jedną wielką fanfaronadą, to współczesna lewicowo-liberalna Unia Europejska jest tej fanfaronady karykaturą. To widzieliśmy przy okazji kryzysu w strefie euro, kryzysu imigracyjnego, wojny na Ukrainie, brexitu i ostatniego podziału stołków na szczytach fasadowej władzy w UE.



Nie sądzę, by próba zrobienia Fransa Timmermansa (byłego funkcjonariusza holenderskiego wywiadu wojskowego i zarazem rzekomej ofiary pedofila ) nowym szefem Komisji Europejskiej była tylko przynętą dla państw V4. Bardzo się natrudzono, by jego kandydaturę uzgodnić a dla Niemców było wygodniejsze posługiwać się kimś takim niż plasować na to stanowisko Niemca. Po odrzuceniu Timmermansa, unijni decydenci (poza Junckerem) naprawdę się wkurzyli. Von der Leyen Niemcy traktują jako kandydatkę drugiej kategorii i nie są z tego wyboru zadowoleni. Jak zauważa dr Targalski sam fakt zmontowania przez Polskę koalicji miał prawo Niemców zaniepokoić. 



O von der Leyen można powiedzieć, że w latach 70-tych chroniła się w Londynie przed terrorystami z  gangu Baader-Meinhof. Nie jest tak zacietrzewiona ideologicznie jak Timmermans czy inny Guy. Czasem coś powie ostrzejszego na temat Rosji czy Chin.  Wiemy też, że wykazała się dużą niekompetencją w niemieckim Ministerstwie Obrony. Kontynuowała proces niszczenia Bundeswehry. Może wyrządzić więc podobne szkody Komisji Europejskiej, ale też możliwy jest scenariusz, w którym za jej plecami Komisją będzie rządzić jakiś Timmermans.



Baj de łej: Niemcy postanowili obciąć wydatki zbrojeniowe na lata 2020-2023. Zrobią to na złość Trumpowi :) No chyba, że planują narodowe samobójstwo. Coraz większą popularność w Niemczech zdobywa partia Zielonych, która dąży de facto do dezindustrializacji kraju. Rząd Merkel ogłosił już kilka lat temu rezygnację z energetyki nuklearnej, później rezygnację z węgla, wprowadził sporo chaosu swoją polityką energetyczną, uderzył ostrzejszymi normami ekologicznymi w swój przemysł motoryzacyjny, zaniedbał modernizację infrastruktury i nie stworzył warunków pozwalających na powstanie niemieckich wersji cyfrowych gigantów. Na dodatek szeroko otworzył kraj na inwazję imigrantów z mocno zapóźnionych cywilizacyjnie krajów.



Oczywiście tego typu działania budzą opór pewnej części społeczeństwa. Mieliśmy już w niemieckich siłach specjalnych próbę powtórki operacji "Walkiria", ostatnio odkryto zaś neonazistowski gang składający się z policjantów. Pojawia się też coś takiego jak "mały sabotaż". Wielu niemieckich kierowców nakleja na zderzaki wlepki z napisem "Pierdol się Greto!". To oczywiście odniesienie do pewnej upośledzonej umysłowo szwedzkiej dziewczynki, którą wielkie korporacje oddelegowały do prowadzenia dziecięcej krucjaty klimatycznej.

***


Rosja też ma problemy. Ot zapalił się jej pod wodą i zatonął awangardowy okręt podwodny Łoszarik. Zginęło 14 przedstawicieli elity floty - 7 z nich było kapitanami pierwszej rangi, 2 Bohaterami Rosji. Nie za bardzo wiadomo jakie zadania wypełniał Łoszarik. Są spekulacje, że miał podłączać się do podmorskich kabli telekomunikacyjnych. Ale łączy się go również z testami podwodnych dronów Posejdon. Katastrofa wywołała w każdym bądź razie duże zainteresowanie Amerykanów - wiceprezydent Mike Pence, nagle przerwał zaplanowaną krajową wizytę i wrócił do Białego Domu zapoznać się z sytuacją.

***



Nowe ciekawostki o tzw. "russian collussion". Deripaska twierdzi, że w latach 2009-2011 wydał 20 mln USD na próbę wydostania z Iranu byłego agenta FBI Roberta Levinsona. Został o to poproszony przez... dyrektora FBI Roberta Muellera. W zamian FBI pomogła mu się dostać do USA. O ile w 2006 r. odmówiono wizy Deripasce, to w 2009 r. przyznano mu specjalne wyłączenie z tego zakazu.



Joe Biden stwierdził zaś, że Rosjanie w 2016 r. nie mieszali się w amerykańskie wybory prezydenckie. Jego zdaniem, nie zrobiliby tego "pod okiem Baracka i moim".

sobota, 29 czerwca 2019

Imperialny stan gry - czerwiec 2019 (filer)



Opowieści o tym, że Trump wstrzymał bombardowanie celów w Iranie na 10 minut przed uderzeniem, to oczywisty kontrolowany przeciek mający dać do zrozumienia Irańczykom, że może ich spotkać "coś strasznego", jeśli nadal będą się źle zachowywali. Trump poinformował wcześniej irańskie władze poprzez omańską monarchię, że może ich zaatakować. Co prawda niektórzy doradcy prezydenta USA - np. John Bolton i Mike Pompeo - chcieliby mocno przypieprzyć czymś w Iran, ale Trump nie chce wojny. Zwłaszcza wojny w trakcie kampanii wyborczej. Amerykanom pozostaje więc to, co dotychczas - presja gospodarcza, cyberataki, operacje specjalne i wojny prowadzone poprzez pośredników. To ma skłonić Iran do negocjacji. Problem jednak w tym, że irańskie władze uznają, że jakoś to przeczekają. Wszak w latach 80-tych było gorzej. Standardem życia narodu się nie przejmują. Bardziej ich wkurzają nowe sankcje wymierzone bezpośrednio w najwyższego przywódcę ajatollaha Chamenei oraz w jego biuro (czyli prywatną służbę specjalną i holding zarządzający majątkiem szacowanym na 200 mld USD).

O tym, że rozpad gospodarki nie musi prowadzić do upadku reżimu przekonuje przykład Wenezueli. CIA jak zwykle przeceniła siłę miejscowej opozycji. Choć udało jej się przeciągnąć na swoją stronę m.in. byłego szefa bezpieki, to reżim nadal się trzyma, mimo implozji gospodarki. Swoje zrobiła rosyjska i chińska pomoc, swoje ciemnota zwolenników Maduro. (Baj de łej: wenezuelska gospodarka była w głębokim kryzysie na długo przed sankcjami. Socjalistyczny reżim przekonuje, że trudności gospodarcze to wina "Gringo", ale przecież wcześniej nie było żadnej blokady ekonomicznej Wenezueli. Kraj ten mógł handlować z całym światem i chętnie też robił interesy z Wall Street - np. pokornie spłacał swoje obligacje.) Być może USA przycisną więc mocniej Kubę.

Co do sytuacji z Koreą Płn., to mamy znów falę dyplomatycznego ocieplenia. Tego detente bardzo chciały probiznesowe władze Korei Płd., licząc na korporacyjne kokosy w strefie przemysłowej Kaesong. Dla USA to przede wszystkim wygaszenie niepotrzebnego frontu. Korea Płn. chciałaby pewnie przeprowadzić transformację w stylu chińskim, ale nie może tego zrobić z powodu sankcji i... swojej systemowej niewydolności. Kluczem do porozumienia jest deznuklearyzacja. Ale Kim Jong Un chciałby, żeby to raczej USA uznały Koreę Płn. za pełnoprawne "mocarstwo" nuklearne, co pozwoliłoby oficjalnie zakończyć wojnę koreańską i znieść sankcje. Kwadratura koła. Ale przynajmniej ten front jest wygaszony.

Mamy obecnie "rozejmowe interludium" w wojnie handlowej z Chinami. Ten konflikt jak na razie mocniej uderza gospodarczo w ChRL. Amerykanie trafnie zidentyfikowali słabe punkty chińskiej gospodarki, choć oczywiście ich uderzenie jest o co najmniej kilka lat spóźnione. Oba supermocarstwa dzieli zbyt wiele, by pokojowo koegzystowały. Ich zbliżenie jest możliwe jedynie w obliczu większego zagrożenia zewnętrznego. (Trudno je sobie jednak wyobrazić. Inwazja z Kosmosu?) Czekają nas więc zapewne cykle - odprężenie-zaostrzenie konfliktu - odprężenie. USA będą w "pełzający" sposób dokręcać śrubę Chinom. Sama handlowa niepewność będzie skłaniała kapitalistów do przenoszenia produkcji z Chin do np. Wietnamu. Okres odprężenia może być dłuższy jedynie wówczas, gdy oligarchowie technologiczni w USA zainstalują bardziej przyjazną Chinom administrację w Waszyngtonie (ale ich wpływy mogą zbilansować środowiska bardziej skłonne do konfrontacji z Chinami), albo gdy Xi Jinping zostanie obalony przez frakcję, która uzna, że ChRL zbyt wcześnie prowokowała USA swoimi imperialnymi planami.

Technologiczna oligarchia bardzo stara się, by przesądzić o wyniku wyborów prezydenckich w USA w 2020 r. Project Veritas przyłapał niedawno jedną korpodyrektorkę z Google mówiącą, że "nie chcą dopuścić do Trump situation".
Trump niestety niewiele robi, by dobrać się do skóry tym inżynierom społecznym - a powinien np. spróbować przepchnąć ustawę uznającą Google i Facebooka za spółki użyteczności publicznej nie mające prawa do odmowy wykonywania usług motywowanej politycznie.



Oligarchia ma jednak ten problem, że wciąż nie bardzo wiadomo, kto będzie walczył przeciwko Trumpowi w 2020 r. Największe szanse ma Joe Biden - swojak, popularny wśród białej klasy robotniczej, któremu elektorat wybaczył wąchanie włosów małych dziewczynek i macanie dorosłych kobiet. Biden jest teraz jednak pod ostrzałem i wyciąga mu się rzeczy, które mówił w latach 70-tych. A współpracował wtedy ze zwolennikami segregacji rasowej. (Jak już wspomniałem Biden to swojak, z którym można pójść na piwo i do klubu go-go.) Może więc tak być, że demokraci sami zatopią kandydata mającego największe szanse na wygraną z Trumpem. Jakieś tam szanse ma również Pete Buttigeg, który potrafi świetnie przemawiać do białej klasy robotniczej, mimo że jest turbogejem. Ale można się spodziewać, że coś na niego wyjdzie i koleś skompromituje się jak turbogej Rubio. W grze jest oczywiście dziadzio Bernie Sanders - ale zapewne znów mu zapłacą, by się wycofał. Reszta kandydatów to banda clownów.



Z wyjątkiem Tulsi Gabbard - byłej wojskowej z Hawajów, wyznawczyni hinduizmu, która przebija się ze swoim antywojennym przesłaniem. Została ona uznana za zwyciężczynię pierwszej demokratycznej debaty. Fapują już do niej polscy zwolennicy Assada. Mogą się jednak rozczarować. Tulsi co prawda spotkała się z syryjskim dyktatorem ale również z żydowskim finansistą Sheldonem Adelsonem (którego żona mówi, że w Biblii powinna się znaleźć "Księga Trumpa"). Kasa na jej kampanię idzie natomiast również od firm zbrojeniowych. Głębokie Państwo gra więc znaczonymi kartami.

Tym co nas powinno cieszyć jest bez wątpienia to, że administracja Trumpa kontynuuje ostry kurs wobec Rosji. Innego wyboru zresztą nie ma. Ci, którzy mówili, że wzmocnienie amerykańskiej obecności w Polsce odbędzie się tylko jeśli zapłacimy Żydom 300 mld USD (parę lat wcześniej mówili o 65 mld USD), teraz zmieniają wersję i przekonują, że kasę tę przekażemy Amerykanom kupując F-35. Rozumiem, że koncern Lockheed-Martin przekaże później te pieniądze Światowemu Kongresowi Żydów? No, cóż sabatejski reżyser nazywa USA okupantem Polski a w międzyczasie jeździ do USA do swoich rodziców. Taki to teatrzyk kukiełkowy...

Żal mi za to Gruzinów. Iwaniszwili chciał pokazać, że jest lojalny wobec Putina a przecież powinien wiedzieć, że Ruscy nie szanują tych, co się przed nimi płaszczą. Ma więc i masowe protesty przeciwko rządowi swoich marionetek i rosyjskie sankcje. Podobny scenariusz jak z Janukowyczem czy Kopacz.

***

Ten wpis to tzw. filer, czyli odcinek poza głównymi wątkami. Myślę już o nowej serii, ale przedzieranie się przez materiały trochę mi zajmie. (A ostatnio zdobyłem całą masę książek o tematyce historycznej, szpiegowskiej, spiskowej, okultystycznej i ufologiczną, w które będę się zagłębiał przez co najmniej kilka miesięcy.) Zasugerowano mi, by następna seria dotyczyła tzw. eksopolityki - czyli tego, co służby specjalne i wojsko w USA mogą wiedzieć o fenomenie UFO i o tym jak dezinformują o tym, co rzekomo wiedzą. Mam nadzieję, że ta tematyka Was nie odstraszy :)


sobota, 22 czerwca 2019

Shamballah: Złudzenie rzeczywistości

Ilustracja muzyczna: Hans Zimmer - Gap - Dark Phoenix OST



Zawodowy policyjny prowokator Marks twierdził, że to byt określa świadomość. Pogląd ten zaczerpnął w pewnym stopniu od Ludwiga Feuerbacha, materialisty twierdzącego, że "człowiek jest tym, co je". Dzisiaj możemy mu odpowiedzieć: "Ludwigu Feuerbachu żryj gówno!". To świadomość określa byt, a nie odwrotnie!




Czym tak właściwie jest materia? W starożytnej Grecji toczyły się o to zażarte spory. Demokryt z Abdery twierdził, że składa się ona z malutkich cząsteczek zwanych jako atomami. Jego teoria została naukowo potwierdzona dopiero w czasach nowożytnych. Z czasem okazało się jednak, że to nie jest tak, że gdy np. dotykamy palcem sztabki złota, to atomy tworzące naszą materię organiczną stykają się bezpośrednio z atomem złota. Stykają się tylko otaczające ich pola. Gdyby ścisnąć atomy w optymalny sposób, to w sztabce złota zajmowałyby jedynie 74 proc. przestrzeni jaką ona zajmuje. Reszta byłaby pusta. Oczywiście to bardzo uproszczony model. Na początku XX w. Ernest Rutheford odkrył bowiem, że atomy składają się z gęstego jądra i otaczającej ich chmury elektronów. Spora część atomu to więc pusta przestrzeń a np. w sztabce złota jedna część na 10 do 15-tej potęgi to materia. W latach 60. okazało się jednak, że są mniejsze cząsteczki subatomowe niż elektrony. Powstała teoria kwarków. Protony i neutrony otaczające jądro atomu są zbudowane właśnie z kwarków a pomiędzy kwarkami jest pusta przestrzeń. Materia jest więc o wiele mniej gęsta niż wcześniej sądzono. W sztabce złota jedna część na 10 do 30 potęgi to "budulec". To trochę tak jakby całą materię tworzącą Ziemię sprowadzić do wielkości szczypty piasku. Nauka jednak poszła do przodu i obecnie mamy teorię strun mówiącą, że wszystkie cząstki subatomowe składają się z drobnych strun drgających w określonej częstotliwości. Materia w sztabce złota zajmuje więc jedynie jedną część na 10 do 52 potęgi. Drgania strun można zaś sprowadzić do kodu binarnego - tego samego, na którym opierają się wszystkie programy komputerowe, w tym zaawansowane symulacje i gry MMORPG. Materia na najbardziej podstawowym poziomie jest więc liczbą przypisaną do typu obiektu, określajacą jak się on zachowuje w polu grawitacyjnym. W ten sposób wróciliśmy do twierdzeń Pitagorasa, który przekonywał, że "wszystko jest liczbą".




W przyrodzie możemy znaleźć zaskakująco dużo wzorów liczbowych. W kształcie galaktyk, w morskich falach, w liściach drzew, w płatkach śniegu i w strukturach wewnątrzkomórkowych możemy dostrzec fraktale - na których opiera się też współczesna grafika cyfrowa. Wiemy, że dźwięki o określonych częstotliwościach mogą generować określone kształty geometryczne w materii. Związków tych domyślali się już starożytni. W apokryficznej "Księdze Henocha" jest fragment, w którym "aniołowie" pokazują patriarsze Henochowi, że Ziemia jest (mniej więcej) kulą i że jej pierwotna średnica biegunowa wynosi 500 500 000 jednostek długości o nazwie n-ch. Średnica biegunowa Ziemi rzeczywiście wynosiłaby 500 500 500 cali (ang. inch) - oczywiście mówimy o "geodezyjnej elipsoidzie odniesienia". Podobnie licząc, średnica biegunowa Słońca wynosi - 55 055 000 000 cali, Merkurego 192 192 000 cali, Wenus 475 475 000 cali. Czyżby planety te ciała niebieskie ktoś projektował według określonego algorytmu?






Rozwój informatyki sprawia, że co jakiś czas powraca koncepcja mówiąca, że nasz Wszechświat jest tak naprawdę symulacją. W 1969 r. podobną teorię wysnuł Konrad Zuse, jeden z pionierów informatyki (były nazistowski naukowiec) rozwijali ja później m.in. Edward Fredkin i Nick Bostrom. Teoria symulacji została szeroko zaprezentowana światu w trylogii "Matrix" braci-sióstr Wachowskich a wcześniej zgłębiał ją Philip K. Dick. O tym, że prawdopodobnie żyjemy w symulacji mówi technologiczny oligarcha Elon Musk. W istnienie symulacji jest też przekonany m.in. Kanye West.  , ale ten koncept pojawiał się w kulturze już wcześniej, choćby w koncepcji teatru świata, pojawiającej się m.in. u Kochanowskiego.



Co miałoby przemawiać za symulacją poza tym, że materia jest oparta na informacji i że w przyrodzie cały czas natykamy się na matematyczne wzory? Wielu argumentów za teorią symulacji doświadcza choćby fizyka kwantowa. Np. istnienie tzw. efektu obserwatora. Albert Einstein odkrył na początku XX w., że światło zachowuje się czasem jak cząsteczki a czasem jak fale. Obecnie wiemy, że może posiadać obydwie właściwości w tym samym czasie, ale ta która się "zmaterializuje" zależy od tego, która jest obserwowana. Istnieje tzw. supozycja stanu kwantowego, czyli np. elektron biegnący w stronę ekranu przechodzi przez dwie szczeliny w tym samym czasie. Jest on rozmazany w stanie prawdopodobieństwa, a gdy jego pozycja jest mierzona pojawia się tam, gdzie miał. Akt świadomej obserwacji wpływa więc na wynik eksperymentu. Zjawisko splątania kwantowego i paradoks EPR  wskazują zaś, że cząsteczki które się ze sobą "zetknęły" mogą na siebie oddziaływać później, nawet gdy są mocno od siebie oddalone. Coś takiego kiedyś nazywano magią. Obecnie jest mainstreamową fizyką.



Na to, że żyjemy w symulacji może wskazywać również to jak działa nasz mózg. John von Neumann obliczył, że przeciętny człowiek dożywający 70 lat gromadzi w ciągu całego życia 280 trylionów bitów informacji. Informacje te zwykle nie są kasowane - da się dotrzeć do nawet najodleglejszych z nich za pomocą np. hipnozy. Jak to się więc dzieje, że taka gigantyczna baza danych jest przechowywana w "urządzeniu biologicznym" zamkniętym na powierzchni około 1400 cm sześć.? Jest więc teoria mówiąca, że mózg jest komputerem kwantowym a gromadzone przez niego informację (poza pamięcią krótkoterminową) są gromadzone w zewnętrznej chmurze. Ta chmura była nazywana w tradycji hinduistycznej Akaszą.  Miały w niej być zapisane wspomnienia ze wszystkich naszych reinkarnacji. Za teorią mózgu jako komputera kwantowego może przemawiać to, że czasem mózg zyskuje dostęp do wspomnień innych osób, w tym tych żyjących przed wieloma wiekami. Mózg należy więc traktować nie tylko jako "urządzenie biologiczne" ale również jako "półprzepuszczalną membranę" oddzielającą nas od świata pozamaterialnego.



Oczywiście symulacja może posiadać pewne niedoróbki. O ich istnieniu może świadczyć choćby zjawisku deja vu, przypadki sugerujące istnienie światów równoległych (alternatywnych scenariuszy symulacji) czy też inne anomalie. Jeśli czasem wydaje się wam, że spora część ludzi zachowuje się jak NPC w grach, to macie odpowiedź dlaczego tak się dzieje...



Zjawiska znane jako NDE sugerują zaś, że nasza świadomość może działać nawet gdy mózg jest technicznie "martwy" a serce przestało bić. Badania naukowe sugerują również, że modlitwy mogą sprowadzać skutki fizyczne (np. prowadzić do poprawy stanu zdrowia osób o które się modlimy). Doświadczenia prowadzone dotyczące synchronizacji fal mózgowych przez oddalone od siebie osoby pokazują, że istnieje pewien rodzaj mentalnego splątania kwantowego. O tym świadczą również wyniki programów "zdalnego widzenia" prowadzone przez CIA i Departament Obrony USA w latach 70-tych i 80-tych. Jeden z wojskowych biorących udział w jednym z tych programów, wycofał się z niego, gdy próbowano go zmusić do udziału w eksperymentach ze zdalnym wpływaniem na bieg wydarzeń. Czyli z czymś w rodzaju bojowych klątw.



Teoria symulacji idealnie tłumaczy wszelkiego rodzaju zjawiska paranormalne. UFO? Dziwaczne kryptydy? Poltergeisty? Cuda? Wszystko jest możliwe. Gdy ktoś ma dostęp do kodu źródłowego, potrafi zmienić wodę w wino, chodzić po wodzie czy rozmnożyć chleb. (W serii Pontifex pytałem, dlaczego Matka Boska podczas objawień w Fatimie była brunetką, w Gietrzwałdzie rudą a na Siekierkach słowiańską blondynką. Dlaczego w Akicie miała skośne oczy a w Guadelupe meksykańskie rysy twarzy? W teorii symulacji mogła Ona dostosować swój wygląd, tak by wydawała się bliższa miejscowej ludności.)



Teoria symulacji tłumaczy również reinkarnację. W wędrówkę dusz wierzy się nie tylko w hinduizmie, buddyzmie czy sikhizmie. Wiara ta pojawiała się również u Celtów, u amerykańskich Indian, u greckich filozofów, w judazmie (zwłaszcza kabalistycznym), u Grzegorza Brauna, u druzów i sufich, u Orygenesa i gnostyków, u spirytystów, teozofów i innych okultystów. Mają o niej świadczyć dowody pośrednie typu zadziwiająca wiedza u małych dzieci dotycząca przyszłych żywotów (mogąca być jednak być skutkiem awarii kwantowego mózgu i wejścia przez nie w dostęp do wspomnień innych ludzi przechowywanych w chmurze). Badaniami nad tymi przypadkami bardzo intensywnie zajmował się m.in. Ian Stevenson. W teorii symulacji reinkarnacja to po prostu nasze kolejne wcielenia w grze. Teraz jesteśnp. hrabią Jędrzejem Zdzisławem Stefanem Pafnucym Kalasantym etc. Jabłońskim a wcześniej byłeś rzymskim cesarzem Heliogabalem lub Prosperem Gnojarzem, teraz jesteś pastorem Chojeckim a wcześniej byłeś Anatolijem Łunaczarskim, teraz jesteś Rafałem Gawłem a wcześniej też byłeś knurem...



Według hinduistycznych wierzeń, swoje wcielenia mają też bogowie - nazywa się je awatarami. I tak np. Wisznu przychodził na Ziemię m.in. jako Paraszurama, Rama, Kriszna i Budda a w przyszłości ma przyjść jako Kalki, identyfikowany z królem Szambali. (Którego chilijski dyplomata, ezoteryczny nazista i zarazem przyjaciel Dalajlamy Ozjasz Goldberg-Mikke Miguel Serrano identyfikuje z Adolfem Hitlerem.O tym, że Hitler był awatarem Wisznu przekonywała też grecko-francusko-włosko pisarka Saitri Devi. :)





Jeśli żyjemy w symulacji a kolejne rzekome reinkarnacje są naszymi wcieleniami w różne postacie tej gry, to jaki jest cel tej rozgrywki? W buddyzmie cykl reinkarnacji jest uważany za wielką udrękę. Cała rzeczywistość jest nazywana złudzeniem - "mayą". Celem Buddy było wyzwolenie ludzi z tego złudzenia i wyrwanie ich z cyklu reinkarnacji. Jak pamiętamy jednak z jednego z poprzednich odcinków serii Shamballah, w khmerskich pismach buddyjskich zachowała się intrygująca przepowiednia Buddy odnosząca się najprawdopodobniej do Jezusa. Jezus jest w niej postacią, która doprowadzi ludzi do wyższego Nieba. Czyżby więc Niebo było wyzwoleniem z symulacji? Czy też wejściem na wyższy poziom i możliwością wywierania na nią większego wpływu i pomagania innym ludziom? Czy święci, to osoby, które dostąpiły takiego zaszczytu i mogą nam pomagać?



Zwróćmy też uwagę, że wszystkich znaczących religiach - poza ateizmem, liberalizmem, adwentystami dnia siódmego  i niektórymi religiami pierwotnymi - istnieje wiara w Piekło, czyli miejsce, do którego zsyła się niepoprawnych grzeszników. Istnieje też wiara w demony będące istotami niematerialnymi, ale mogącymi wpływać na rzeczywistość.W teorii symulacji to w 100 proc. możliwe. Zaświaty to przestrzeń poza symulacją lub specjalne  strefy wewnątrz symulacji kształtowane przez umysły istot potrafiących wpływać na jej kształt.



Allan Kardec, XIX-wieczny "ojciec spirytyzmu" w swojej "Księdze Duchów" (spisanej na podstawie przekazów uzyskiwanych z zaświatów) przytoczył przekaz jednego z "wysokich duchów" mówiący, że czyściec to tak właściwie... cykl reinkarnacji. Poprzez codzienne znoje nasze dusze mają za zadanie się doskonalić, tak by zbliżać się do Boga Stworzyciela Wszechświata. Kardec twierdził, że absurdem jest przekonanie, że pomiędzy Bogiem a ludźmi nie ma żadnych "ogniw pośrednich". Czyżby wiec Ci, którzy trafili do Nieba weszli na wyższe szczeble tej drabiny?



Możliwy jest jednak również bardziej pesymistyczny scenariusz. Nasza symulacja może być kolonią karną. Możliwe też, że nasz świat jest jakimś Westworldem, parkiem rozrywki, w którym bogaci ludzie mogą się np. wcielać w Hitlera i robić na świecie rozpierduchę. (Gdyby ten scenariusz był prawdziwy, to warto zadać sobie pytanie: czy Hitler się respownował po zamachu z 20 lipca 1944 r., po samobójstwie z 30 kwietnia 1945 r. i następnie wyjechał do Ameryki Południowej? Czy może tak być, że Serrano miał jednak rację i Hitler kiedyś powróci? xxxxxxDDDD )

A może po prostu to wszystko jest jak "Gra w Roya" z Ricka i Morty'ego? ("Jedzie po bandzie! Nawet mu nie wykupił ubezpieczenia zdrowotnego!" :)



Ale wróćmy do głównego motywu serii. Co z tą mityczną Szambalą? W teorii symulacji ona może istnieć jako strefa wydzielona, znajdująca się poza główną symulacją, stworzona za pomocą umysłów potężnych istot mających wpływ kod źródłowy symulacji. Jest więc rzeczywiście skarbnicą pradawnej wiedzy i prawdy o naszej całej historii. Logicznie jest więc sądzić, że to "podziemne królestwo" nie leży dosłownie "pod ziemią", ale poza główną symulacją. Można do niej więc dotrzeć jedynie za pomocą swojego umysłu i duszy - np. wchodząc w OBE. Dalajlama ma więc rację mówiąc, że Szambala istnieje, ale nie w konwencjonalnym sensie.



***

Kiedyś zdarzyła mi się zabawna sytuacja, gdy rozmawiałem z kolegą (mającym zainteresowania ezoteryczne) na temat legendy o Szambali. Idziemy warszawską ulicą a tu nagle widzę napis na witrynie "Shambala". Uśmiechnęliśmy się, bo przybytek sprawiał jednoznaczne wrażenie (jego strona internetowa i
fotki na stronie facebookowej  również nie zostawiają wiele miejsca na interpretacje :). Kolega wcześniej powiedział, że dla mnie Szambala to "taki archetyp, kapłanka-dziwka". :)

***

Wracając do kwestii reinkarnacji. W wędrówkę dusz mocno wierzył gen. George Patton.  Zmarł on (najprawdopodobniej dobity w szpitalu w wyniku wspólnego spisku amerykańskich i sowieckich tajnych służb). Według m.in. Kardeca zawsze mija trochę czasu aż dusza wstąpi w inne ciało. Może to trwać kilka miesięcy jak i wiele lat. Patton był jednak przekonany, że jego dusza powinna w ciągu 175 dni znaleźć nowe wcielenie i wejść w nowe ciało w trakcie ciąży. (W buddyzmie tybetańskim inkarnacja jest liczona od dnia narodzin.) 14 czerwca 1946 r. urodził się Donald Trump. Pod względem fizycznym bardzo przypomina on gen. Pattona, ma taki sam wzrost, podobne zdolności aktorskie, taki sam niewypażony język i jest podobnym amerykańskim nacjonalistą. Czyżby jego konflikt z Głębokim Państwem miał przyczyny karmiczne?



Przeciwnicy Trumpa przekonują jednak, że obecny amerykański prezydent jest raczej reinkarnacją Benito Mussoliniego. Są między nimi fizyczne i charakterologiczne podobieństwa. Ale to by wówczas oznaczało, że Mussolini był dobrym człowiekiem, skoro po śmierci został nagrodzony reinkarnacją w roli prezydenta supermocarstwa. Szach mat antyfaszyści! :)