sobota, 10 września 2016

Największe sekrety: Wrześniowa Burza

Niemiecka i filogermańska historiografia traktuje Wrzesień '39 zwykle dosyć zdawkowo. Nie wchodzi w szczegóły, nie tylko dlatego, że kampania polska została później przyćmiona przez oszałamiające zwycięstwa we Francji i Związku Sowieckim oraz tytataniczne zmagania od Oceanu Arktycznego i Stalingradu po Afrykę Północną i Normandię. Niemcy unikają wchodzenia w szczegóły, dlatego że się w kampanii polskiej po prostu nie popisali...

Ilustracja muzyczna: Dawid Hallmann - Deprymujący deszcz




Celem strategicznym Niemców, wyznaczonym przez Hitlera, było zniszczenie polskiej armii w ciągu trzech dni, w bitwie granicznej, tak by wojna się skończyła zanim przystąpi do niej Wielka Brytania i Francja. Celu tego nie osiągnięto, choć oczywiście zadano wojskom polskim poważne straty. Zamiast jednak ścigać wciąż groźne siły przeciwnika i skupić się na ich zniszczeniu, dowódcy niemieckich armii rzucili się do wyścigu ku Warszawie. Niemcy rzucili na Polskę pięć armii. 10-ta Armia von Reichnau poszła prosto na Warszawę. Von Reichnau tak się spieszył z jej zdobyciem, że rzucił czołgi bez osłony piechoty na ulice Ochoty, które wkrótce zostały zagracone kilkudziesięcioma płonącymi wrakami z białymi krzyżami na wieżyczkach. 8-ma Armia von Blaskowitza, również się bardzo spieszyła, i nie zauważyła Armii Poznań, która omal nie rozbiła jej pod Bzurą. 3-cia Armia von Kuchlera atakowała z Prus Wschodnich i zamiast ścigać uchodzące na południe polskie oddziały, poszła na Warszawę, gdzie utknęła na rogatkach Pragi i Grochowa. 4-ta Armia von Kluge (tego gostka, co się później zbłaźnił w Normandii i w wyniku nieporozumienia został zmuszony do popełnienia samobójstwa) szła z Pomorza, północnym brzegiem Wisły, na Modlin i Warszawę, całkowicie olewając toczącą się w pobliżu bitwę nad Bzurą. Jedynie 14-ta Armia von Lista, atakująca z południa, próbowała odciąć Polaków. Zamknięcie wielkich kleszczy się jednak nie udało, bo von List przeznaczył dużą część swoich wojsk na obsadzenie zajmowanych miast i miasteczek pomiędzy którymi przechodziły polskie oddziały a idący z północy korpus pancerny Guderiana spóźnił się pod Brześć, bo przez trzy dni nie mógł sobie poradzić z polską pozycją pod Wizną.




(Grafiki wzięte ze znakomitej strony Polenkult -The Office of Propaganda)

Nasz plan A przewidywał uderzenie wyprzedzające na Niemcy. Został zarzucony ze względów politycznych - zależało nam, by do wojny weszły mocarstwa zachodnie a to mogło nastąpić jedynie wówczas, gdy to my zostaniemy zaatakowani. Zrezygnowano również z planu B polegającego na kontruderzeniu siłami armii Prusy i Poznań na niemieckie wojska atakujące armię Łódź oraz przejściu do ofensywy na terytorium Rzeszy. (Stąd m.in. chaos w bitwie pod Piotrkowem.) Informacje zebrane przez nasz oraz sojuszniczy (estoński, fiński, szwedzki, japoński) radiowywiad oraz inne źródła mówiły nam bowiem o nadchodzącej sowieckiej inwazji. Wdrożono więc plan C - odskok od wojsk niemieckich, przebicie się naszych sił na Kresy Południowo-Wschodnie oraz czekanie aż Francja 16-września rozpocznie obiecaną ofensywę na Zachodzie (w przypadku tej ofensywy Stalin nie ośmieliłby się już zaatakować Polski i ratować tonących Niemiec). To był wariant przypominający, to co spotkało Rumunię podczas pierwszej wojny światowej.



Niemcom wymknęły się bardzo poważne polskie siły. Nasza i obca historiografia forsuje narrację mówiącą, że byli to głównie maruderzy i "resztki" polskiej armii. Zwykle jednak pomija to, ilu tych żołnierzy było.  Problemem tym zajął się Tymoteusz Pawłowski w artykule "W przededniu sowieckiej agresji 1939 roku" opublikowanym w numerze "Wojska i Technika. Historia" z września/października 2015 r. Ze szczegółowych wyliczeń wynika, że wojska Frontu Południowego, gen. Sosnkowskiego (sabotującego rozkazy Naczelnego Wodza, kierującego swoje wojska na Lwów będący ośrodkiem prosowieckich spiskowców) liczyły 50 tys. żołnierzy. Była w składzie tych sił m.in. 10 BK gen. Maczka. Gen. Prugar-Ketling wspominał, że z każdym dniem jego siły stawały się coraz większe, gdyż zbierano maruderów. Wojska Frontu Środkowego gen. Piskora liczyły około 100 tys. żołnierzy i miały niemal otwartą drogę na wschód. Wojska Frontu Północnego gen. Dęba-Biernackiego to również 100 tys. żołnierzy z Armii Prusy i Modlin. Co by nie powiedzieć o Dębie-Biernackim, to dokonał niesamowitego wyczynu bardzo szybko zbierając za Wisłą rozproszone siły i tworząc z nich na nowo armię. Te wojska miały również otwartą drogę na wschód. Na Wołyniu i Podolu znajdowało się 320 tys. żołnierzy. Na Wileńszczyźnie i Polesiu do 50 tys. 16 września 1939 r. w Warszawie, Modlinie, Puszczy Kampinoskiej i nad Bzurą wciąż walczyło ponad 250 tys. żołnierzy. Do tego dochodziły siły odcięte na Wybrzeżu. Razem to około 900 tys. żołnierzy i kilkaset czołgów. Czy te obliczenia nie są zawyżone? Oficjalne sowieckie dane mówią o 452 tys. polskich jeńcach. Po kapitulacji Warszawy i Modlina poszło do niewoli 130 tys. żołnierzy. W ostatnich dniach września Niemcom poddało się ponadto w różnych miejscach Polski ponad 100 tys. Polaków. Na Węgry dotarło ponad 40 tys., do Rumunii 30 tys., 14 tys. na Litwę, 1,5 tys. na Łotwę. To już ponad 760 tys. żołnierzy. A ilu z nich uniknęło niewoli zrzucając mundur i rozchodząc się do domów? Dodajmy do tego tych którzy zginęli po 17 września. Wynika z tego, że w przeddzień sowieckiej agresji Niemcy wciąż mieli do czynienia z polską armią liczącą od 800 tys. do 900 tys. żołnierzy. Nie zajęli też wciąż arsenałów i składnic amunicji we wschodnich województwach RP. Bohaterstwo obrońców Wizny, Modlina i Warszawy się opłaciło.



Niemiecki historyk płk Karl-Heinz Frieser w swojej znakomitej książce "Legenda Blitzkriegu" podchodzi co prawda do kampanii polskiej bardzo zdawkowo, ale przyznaje, że w połowie września Wehrmacht miał już poważne problemy z dostawami paliwa, kończyła się też mu amunicja. Niemieccy dowódcy z dużą obawą patrzyli na Zachód - wiedzieli, że francuska ofensywa bez problemów zmiotłaby słabą obronę Zagłębia Ruhry. Leszek Moczulski w "Wojnie Polskiej" pisał, że Niemcy poważnie wówczas rozważali zatrzymanie swojej ofensywy i pozwolenie na to, by państwo polskie przetrwało w szczątkowej formie na Kresach wschodnich oraz na Lubelszczyźnie. To dałoby podstawę do negocjacji pokojowych. Niemieccy generałowie nie ufali sowieckiemu sojusznikowi - ociągał się on z agresją, choć miał uderzyć już 1 września. Abwehra zainicjowała więc ukraińską dywersję na Kresach południowo-wschodnich i tworzyła plany powołania tam marionetkowego ukraińskiego państwa - wyraźnie wbrew Stalinowi. Jak pisałem też na tym blogu, kierownictwo niemieckiej armii przygotowywało się również do puczu przeciwko Hitlerowi, który pozwoliłby wyjść Niemcom z twarzą z wojny. Niestety Sowieci okazali się dla Niemców lepszym sojusznikiem, niż dla nas Francuzi.




Sowiecka inwazja - w książce "Bitwy polskiego września" mjra Apoloniusza Zawilskiego zepchnięta do przypisu - doprowadziła do gwałtownego załamania morale polskiej armii. W ciągu kilku dni siły gen. Sosnkowskiego stopniały z 50 tys. do kilku tysięcy. Żadnej wielkiej bitwy nie stoczyły - Niemcy nawet unikali z nimi konfrontacji - po prostu rozeszły się. Gen. Dąb-Biernacki musiał zawrócić swoje wojska z powrotem na Zachód, gdzie kapitulowały przed Niemcami (w sposób, który umożliwił się ich rozejście), w podobny sposób przepadły siły gen. Piskora. Gen. Thommee odmówił wpuszczenia Armii Poznań i Pomorze do Modlina. Gen. Kutrzeba porzucił swoje wojska i przebił się do Warszawy (gdy gen. Bortnowski został z Armią Pomorze). Przebijały się one w sposób chaotyczny przez Puszczę Kampinoską ponosząc straty większe niż podczas bitwy nad Bzurą. W Warszawie gen. Rómmel planował stworzenie prosowieckiego rządu kolaboracyjnego. Na Kresach zdrajcy powiązani z obozem gen. Sikorskiego odczytywali polskim żołnierzom fałszywe rozkazy mówiące, by poddawać się Sowietom i traktować ich jako sojuszników. We Lwowie gen. Langner poddał miasto "słowiańskim braciom". Upadek morale dotknął nawet Oksywia, gdzie doszło do buntów wśród żołnierzy Obrony Narodowej. Po sowieckim ciosie w plecy powszechnie zwątpiono w sens walki.



Równolegle do planu C, nasze władze realizowały jednak plan D. Na terenach zajętych przez wroga powstawały siatki konspiracyjne, często oparte na Dywersji Pozafrontowej. Kadry państwowe w dużej mierze ewakuowano. Wojewodowie, starostowie, aparat urzędniczy z takich instytucji jak NIK czy Ministerstwo Skarbu (narzekał na to m.in. dr Dariusz Baliszewski w czerwcowym numerze "Uważam Rze. Historia" w felietonie "Pamięć genetyczna"), nawet prymas August Hlond (co było w pełni uzasadnione - kard. Hlond był Ślązakiem i byłym oficerem kajzerowskiej armii, Niemcy by mu wielu rzeczy nie darowali). Ocalone zostało złoto banku narodowego oraz większość naszej floty - innym państwom okupowanym nie udała się ta sztuka. Ewakuacja była zadziwiająco uporządkowana, jeśli weźmiemy pod uwagę wrześniowy chaos. Było tak, gdyż przygotowano ją na wiele miesięcy wcześniej. Ówczesne kierownictwo państwa i wojska zdawało sobie sprawę, że kampania może być przegrana - i że zostanie zrealizowany scenariusz serbski z pierwszej wojny światowej. Marszałek Śmigły-Rydz mówił przecież na jesieni 1938 r. prymasowi Hlondowi, że "Polska wyjdzie z wojny skrwawiona". Przypomnijmy też co pisał dr. Baliszewski o rewelacjach ambasadora Williama Bullitta:



""Otóż została zapisana w historii pewna rozmowa. Tak niezwykła, że aż niewiarygodna. Odbyła się między ambasadorem RP w Waszyngtonie hrabią Jerzym Potockim a ambasadorem USA w Paryżu Williamem Bullittem, który w drugiej połowie listopada 1938 r. spędzał urlop w Waszyngtonie. „Mówił mi następnie Bullitt – raportował Potocki do ministra Becka– o zupełnym nieprzygotowaniu Wielkiej Brytanii do wojny i o niemożności dostosowania przemysłu angielskiego do masowej produkcji wojennej, a przede wszystkim w dziedzinie samolotów. (…) Lotnictwo francuskie jest przestarzałe. Według tego, co eksperci wojskowi mówili Bullittowi podczas kryzysu wrześniowego br., wojna trwałaby co najmniej lat sześć i zakończyłaby się ich zdaniem zupełnym zdruzgotaniem Europy i komunizmem we wszystkich państwach, z czego skorzystałaby w końcu Rosja Sowiecka”. Trzy miesiące później, w lutym 1939 r., w Paryżu ten sam ambasador Bullitt, tym razem w rozmowie z ambasadorem Juliuszem Łukasiewiczem, uzupełnił tę prognozę przyszłej wojny o rolę w niej Stanów Zjednoczonych: „Jeśli wojna wybuchnie, nie będziemy zapewne brali w niej udziału od początku, ale skończymy ją!”. 75 lat później okazuje się, że Bullitt miał wiele racji. Wojna rzeczywiście trwała sześć lat, Europa faktycznie została zdruzgotana, a w wielkiej jej części zapanował na pół wieku komunizm. Stany Zjednoczone rzeczywiście przystąpiły do wojny w Europie wyłącznie po to, by ją skończyć i wraz z Rosją zaprowadzić na świecie nowy porządek."

Słowa ambasadora Bullitta dziwnie współbrzmiały ze słowami Stefana Ossowieckiego, słynnego przedwojennego medium przyjaźniącego się m.in. z Marszałkiem Piłsudskim oraz Ignacym Janem Paderewskim. W jednym ze wspomnień poświęconych Ossowieckiemu czytamy:



"– Była już druga w nocy, gdy odprowadziłem mego gościa do jego pokoju – brzmi relacja z końca sierpnia 1939 roku o Ossowieckim, spisana przez Juliusza T. Dybowskiego. – W bibliotece usiedliśmy na chwilę i zapaliliśmy cygara. Stefan puścił kilka kłębów dymu, nagle zasłonił oczy ręką, ale dostrzegłem, że po twarzy spływają mu łzy. – Mistrzu, co się stało, na Boga – spytałem. – Ossowiecki blady i spięty spojrzał mi w oczy. – Nieszczęście… Jesteśmy w przededniu wojny i już tylko dzielą nas od niej dni. – Przecież pan mówił przed chwilą nam co innego… – A cóż mogłem powiedzieć? – odparł inżynier – Był u mnie pół roku temu marszałek Rydz-Śmigły i powiedziałem mu dokładnie to samo, co powiedziałem marszałkowi Piłsudskiemu w 1934 roku, kiedy podpisywaliśmy z Niemcami traktat o nieagresji. Jeden i drugi wziął ode mnie przyrzeczenie, że nikomu o tym publicznie nie powiem. – Jak daleko dojdą Niemcy? – Cała Polska zajęta, gruzy, krew, mord! Idą dalej w głąb Rosji, daleko, daleko… – Do Uralu? – Ossowiecki zastanowił się przez chwilę. – Do Kaukazu. Państwa Osi przegrają wojnę. Niemcy i Japonia będą okupowane, Włochy wyzwolone. Zwycięzcy Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Rosja spotkają się na konferencji i spowodują nowy ład w Europie. – A co z Polską? – Będzie i Polska! Ale za jaką cenę… Najpierw będą nią władali komuniści, a później szubrawcy i świnie. Na koniec powstanie jeszcze większa niż teraz. Tego ani ty, ani ja nie doczekamy… Dopiero wnukowie… Warto jednak wiedzieć, że tak się stanie…”."

***
Ilustracja muzyczna: 01. April 1945 - Fury OST

By uprzedzić pytania, które się pojawią, przypominam, że wiele wątków związanych z tą historią poruszałem już w seriach: Wrześniowa Mgła, Zanim zapadła Mgła, Steamroller, Inferno i Polski Gniew. Warto do nich wrócić, by poznać ogólne tło (i nie kompromitować się głupimi komentarzami). Oto poszczególne odcinki wspomnianych serii:

Wrześniowa Mgła:

Od własnej kuli

Uderz póki czas!

Przewidziana inwazja

Bracia Słowianie

Zanim zapadła Mgła:

Bez honoru

New Deal

Cud domu windsorskiego

Arbeitstag

Speciale:

Prolog do Mgły


Wrześniowa Mgła redux

Wrześniowa zapora (o naszym planie wojny biologicznej)

Inferno:

Margin Call

East of Suez

Rail Tracer

Steamroller:

FDR

Huey Long

Idy Lipcowe:

Pechowy generał

Polski Gniew:

Cienie Września

***

Zachęcam również do sięgnięcia po moją powieść "Vril. Pułkownik Dowbor". Dostępną m.in. w księgarni Prusa.


sobota, 3 września 2016

Największe sekrety: Euphoria - Midas





Wbrew wielu alarmistycznym prognozom, dolar nadal króluje. Jego udział w światowych transakcjach walutowych nie tylko się nie zmniejsza, ale rośnie i sięga aż 88 proc. W strefie dolara i powiązanych z nim na różne sposoby walut znajduje się 60 proc. globalnej gospodarki - w tym Chiny. Euro nawet się nie zbliżyło do detronizacji dolara. Juanowi będzie go zastąpić jeszcze trudniej, choćby z tego powodu, że w Chinach obowiązuje kontrola przepływu kapitału, która jest jedną z narzędzi kontroli Partii nad gospodarką. O rublu w roli "nowego dolara" wspomina się obecnie jedynie w celach satyrycznych. Dolar przetrwał na szczycie upadek systemu Globalnego Planu oraz systemu Wielkiego Minotaura. Czy jednak dolar będzie królował wiecznie? Pewnym jest to, że od 2008 r. światowy system gospodarczy jest zepsuty a jego naprawa będzie wymagała dopasowania dolara oraz innych głównych światowych walut do nowego mechanizmu. Pytanie tylko jak ten proces będzie przebiegał? Czy w wojennych konwulsjach i pośród masowego pomoru banków? Czy też może w ramach współpracy globalnych elit walczących o utrzymanie władzy nad "bydłem"? Coraz więcej poszlak wskazuje na to, że realizowany jest drugi scenariusz.

Ilustracja muzyczna:  Skrillex & Rick Ross - Purple Lamborghini



Tego, że system wymaga naprawy, są świadomi decydenci z wielu krajów. O koniecznym resecie systemu wielokrotnie mówiła w ostatnich latach choćby Christine Lagarde (w jednym ze swoich przemówień z 2014 r. w ciągu 2,5 minuty użyła słowa "reset" dziesięciokrotnie). - Potrzebujemy nowych reguł gry - mówił niedawno Ben Bernanke, były szef Fedu. Rozmowy na temat przebudowy światowego systemu finansowego są już zapewne prowadzone od kilku lat. Jean-Claude Trichet, były prezes Europejskiego Banku Centralnego, przyznał w 2014 r., podczas forum ekonomicznego IFF w Pekinie, że do takich negocjacji rzeczywiście doszło. - Światowa gospodarka i system finansowy znajdują się w punkcie zwrotnym. Nowe reguły były dyskutowane nie tylko pomiędzy gospodarkami rozwiniętymi, ale również z gospodarkami wschodzącymi, z najważniejszymi spośród nich, czyli też z Chinami - mówił wówczas Trichet. Kilka miesięcy wcześniej Zhou Ming, dyrektor departamentu metali szlachetnych w wielkim państwowym chińskim banku ICBC stwierdził na forum w Singapurze, że "ponieważ status dolara jako światowej waluty rezerwowej jest kruchy, tworzona jest nowa globalna architektura walutowa". Zhou Xiaochuan , prezes Ludowego Banku Chin już w 2009 r. pisał zaś o konieczności stworzenia nowej światowej waluty rezerwowej. - W mojej ocenie możemy się zgodzić, że brak oficjalnego, wspólnie zarządzanego zgodnie z przyjętymi regułami systemu pieniężnego nie okazał się wielkim sukcesem- - stwierdził z kolei Paul Volcker, były prezes Fedu w przemówieniu "Nowe Bretton Woods?". Coraz więcej sygnałów wskazuje na to, że globalne elity z Zachodu i Wschodu przygotowują się na wdrożenie tego nowego globalnego systemu. Określają go czasem jako "nowe Bretton Woods", nawiązując do powojennego okresu w historii świata kapitalistycznego. Okresu, w którym dolar miał pokrycie w złocie.



Przygotowania do wprowadzenia nowego światowego ładu finansowego śledzi na swoim blogu holenderski inwestor Willem Middelkoop, autor wydanej niedawno w Polsce książki "Wielki reset". Jego zdaniem do 2020 r. system będzie potrzebował nowego zakotwiczenia i zostanie ono prawdopodobnie oparte na zreformowanej SDR, czyli walucie rozliczeniowej MFW. Koszyk walut, na których jest oparta SDR jest już poszerzany juana i możliwe, że wejdą do niego również inne waluty rynków wschodzących. Niedawno Bank Światowy sprzedał w Chinach obligacje denominowane w SDR. 




Specjalna rola w tym systemie ma przypaść złotu, na którym może oprzeć się nowy dolar (warty kilkakrotnie więcej niż obecny) i zapewne również inne kluczowe waluty. Scenariusz ze stworzeniem nowego dolara, opartego na złocie został już wcześniej opisany przez Jima Rickardsa w jego bestsellerze "Wojny walutowe". "Zostanie utworzony nowy złoty dolar o wartości dziesięciokrotnie wyższej od wartości dolara starego. Podatek od dochodów nadzwyczajnych wynoszący 90 proc. zostałby nałożony na wszystkie prywatne zyski osiągniete dzięki wzrostowi wartości złota" - pisał Rickards. Co przyniosłaby taka reforma walutowa? Przede wszystkim ogromną zmianę wyceny amerykańskich rezerw walutowych. Oficjalnie wynosiły one na koniec kwietnia 2016 r. zaledwie 121 mld USD, z czego 11 mld USD przypadało na złoto. To mniej niż liczą np. rezerwy Iranu czy Meksyku. Problem jednak w tym, że USA podają wartość swoich rezerw złota po kursie z lat 70. , czyli 42 USD za uncję! Gdyby Fed, podobnie jak inne banki centralne, wyceniał swoje złoto na rynkowym poziomie, to amerykańskie rezerwy liczyłyby obecnie 460 mld USD, co lokowałoby USA pomiędzy Tajwanem i Arabią Saudyjską. Gdyby doszło do rewaluacji cen złota do 10 tys. "starych dolarów" za uncję, jaką proponuje Rickards (wskazując, że taka cena nie będzie deflacjogenna dla światowej gospodarki), to amerykańskie rezerwy byłyby warte 2,6 bln USD, co plasowałoby USA pod tym względem między Japonią (obecnie 1,2 bln USD) i Chinami (3,3 bln USD). Stany Zjednoczone trzymają w złocie aż 75 proc. swoich rezerw, gdy np. Chiny zaledwie 2 proc.



W sytuacji, gdy bilans Fedu doszedł do 4,5 bln USD, taka rewaluacja mogłaby zwiększyć wiarę w system finansowy. - W 2018 r., kto będzie ratował banki centralne? Pieniądze mogą przyjść tylko z MFW, gdyż oni jako jedyni mają czysty bilans - wskazuje Rickards.

Rewaluacja złota mogłaby też służyć pobudzeniu gospodarki i walce z deflacją. Harley Bassman, zarządzający w PIMCO, zaproponował niedawno, by Fed uruchomił skup złota, tak by podbić jego cenę do 5 tys. USD za uncję. Jego zdaniem, mogłoby to doprowadzić do podobnie dobrych skutków jak w latach 30. przyniósł przymusowy wykup złota przez władze USA od Amerykanów po cenie wyższej niż rynkowa. - Pozytywne skutki były natychmiast odczuwalne. Od stycznia 1934 r. do grudnia 1936 r. PKB wzrósł o 48 proc., Dow Jones skoczył o 80 proc. a inflacja wynosiła średnio rocznie 2 proc. - przypomina Bassman.

Czy na taki scenariusz przygotowują się Chiny? W zeszłej dekadzie kupiły amerykańskie obligacje warte ponad 1 bln USD. Później zaczęły szybko uzupełniać swoje rezerwy złotem. O ile w 2008 r. miały w nich około 600 ton kruszcu, to w połowie 2015 r. już 1054 tony a obecnie blisko 1800 ton. To wciąż daleko do poziomu rezerw USA (8133,5 tony) czy państw stefy euro (ponad 10 tys. ton), ale trend jest wyraźny. Jednocześnie chińskie władze i państwowe instytucje finansowe mocno promują wśród obywateli złoto jako formę oszczędzania. Sprawiło to, że w 2013 r. łączny chiński popyt na złoto przekroczył 2000 ton rocznie (cała jego światowa produkcja wynosiła wóczas 2400 ton). Rządzone przez partię komunistyczną Chiny mogłyby w razie potrzeby o wiele łatwiej skonfiskować prywatne zasoby złota, niż to uczyniły USA w czasach New Dealu.

"Chińczycy chcą "jak najszybciej" powiększyć rezerwy złota do co najmniej 6000 ton. Przy tej ilości pod względem stosunku zasobów złota do PKB Chiny zajęłyby pozycję równą Stanom Zjednoczonym i Unii Europejskiej. W wyniku tego powstałaby możliwość utworzenia przez Stany Zjednoczone, Unię Europejską i Chiny wspólnego systemu finansowego opartego na złocie, gdyby okazał się konieczny. Taki reset mogłaby poprzeć również Rosja, która zgromadziła ponad 1000 ton złota, większość od początku kryzysu kredytowego, który wybuchł w 2007 roku " - pisze Middelkoop.



Intrygująco w świetle tych rozważań wygląda transakcja zakupu nowojorskiego biurowca One Chase Manhattan Plaza. W 2013 r. JPMorgan Chase sprzedał ten budynek chińskiemu holdingowi Fosun. W piwnicach tego biurowca znajduje się największy na świecie komercyjny skarbiec przystosowany do składowania złota. Naprzeciw jest nowojorski oddział Rezerwy Federalnej, który w swoich skarbach trzyma część amerykańskiego złota i rezerwy kruszcu powierzone mu przez wiele innych krajów. Skarbiec ten znajduje się na tej samej głębokości pod ziemią, co skarbiec należący dawniej do JPMorgana. Trudno znaleźć lepszy symbol nadchodzących wielkich zmian...

Ilustracja muzyczna:  ConfidentialMX – I Started A Joke ft. Becky Hanson

Finansowy reset może jednak zostać równie przeprowadzony w sposób alternatywny: za pomocą krytptowalut.  Jak czytamy:



"Ludowy Bank Chin, czyli bank centralny drugiej pod względem wielkości gospodarki świata, chce regulować rynek wirtualnych walut i pracuje nad swoją kryptowalutą. - Wraz ze zwiększającym się dostępem do internetu oraz coraz lepszą technologią szyfrowania, są bardzo dobre warunki dla kryptowalut. Mogą one zredukować koszty operacyjne, zwiększyć efektywność i znaleźć szeroki wachlarz zastosowań - napisał w opinii dla " Bloomberg View" Fan Yifei, wiceprezes chińskiego banku centralnego. Odpowiada on w tej instytucji m.in. za kwestie związane z wirtualnymi walutami.
Yifei ujawnił, że Ludowy Bank Chin stworzył specjalną instytucję badawczą mającą usprawnić działanie kryptowalut oraz przygotować ich prototypy."

Nie jest to jedyny bank centralny pracujący nad tego typu projektem.



Bank Anglii zlecił w zeszłym roku grupie naukowców związanych z University College London stworzenie bezpiecznej kryptowaluty, która byłaby dystrybuowana przez bank centralny. Zespół kierowany przez George'a Denezisa i Sarę Miklejohn zadanie zrealizował – opracował projekt elektronicznej waluty RSCoin. Pilotażowy program dystrybucji tej waluty ma zostać wdrożony w ciągu 18 miesięcy. Jeśli odniesie on sukces, RSCoin może doprowadzić do największej od XVIII w. rewolucji w bankowości. RSCoin mógłby dać też Bankowi Anglii większą kontrolę nad polityką pieniężną. Byłby on precyzyjnym narzędziem do zwiększania lub zmniejszania podaży pieniądza, a także umożliwiłby lepszą kontrolę nad tym, gdzie będą trafiały fundusze z banku centralnego.




Ben Broadbent, wiceprezes Banku Anglii i zarazem człowiek przychylnie nastawiony do projektu stworzenia RSCoina, wskazuje, że system obsługujący tę kryptowalutę może zostać zaprojektowany tak, by firmy niefinansowe, a nawet zwykli ludzie, mogli otwierać rachunki w banku centralnym. Rachunki te byłyby denominowane w RSCoinach. Kryptowaluta mogłaby być również wykorzystywana do rządowych transferów, wypłaty emerytur i zapłaty podatków.
Jego zdaniem taka migracja depozytów do banku centralnego sprawiłaby, że stałyby się one bezpieczniejsze. Ale jednocześnie uderzyłaby w zdolność banków komercyjnych do udzielania pożyczek. To musiałoby prowadzić albo do zasilania sektora finansowego RSCoinami, by pobudzić akcję kredytową, albo do całkowitej przebudowy sektora bankowego. Przebudowa ta polegałaby na „zwężeniu sektora bankowego", które proponował już XVIII-wieczny ekonomista Adam Smith, czyli do ograniczenia bankom możliwości korzystania z rezerwy cząstkowej. W takim systemie banki musiałyby mieć 100-proc. pokrycie udzielonych przez siebie pożyczek w depozytach.




Czy taki system mógłby funkcjonować? Według wybitnego amerykańskiego ekonomisty Irvinga Fishera mógłby. Fisher wraz z grupą ekspertów opracował w 1936 r. plan Chicago przewidujący pozbawienie banków komercyjnych możliwości korzystania z systemu rezerwy cząstkowej. Ten plan był odpowiedzią na wielki kryzys. Według Fishera miałoby to zapobiec powstawaniu cykli kredytowych, następujących po sobie okresów boomu i krachów, które prowadziły do kryzysów gospodarczych i nadmiernej koncentracji bogactwa w rękach finansistów. Projekt ten miał również być rozwiązaniem problemu rosnącego długu publicznego. W planie Fishera banki miały pożyczać od banku centralnego pieniądze na 100-proc. pokrycie udzielanych przez siebie pożyczek. System finansowy stałby się więc dłużnikiem państwa, które mogłoby dzięki temu zaangażować się w wykup i umorzenie długów zwykłych ludzi.

W 2012 r. Jaromir Benes i Michael Kumhof, ekonomiści z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, sprawdzili za pomocą nowoczesnych metod badawczych, jakie skutki miałoby wprowadzenie w życie planu Chicago we współczesnych USA. Wyniki ich badań przerosły oczekiwania. Okazało się, że Irving Fisher miał rację, że pozbawienie banków możliwości korzystania z mechanizmu rezerwy cząstkowej sprawiłoby, że system finansowy stałby się bardziej stabilny, znacznie zmniejszono by groźbę upadków banków, a dług publiczny i prywatny spadłyby bardzo mocno. Dzięki tym zmianom w systemie finansowym PKB USA wzrósłby o dodatkowe 10 proc., a inflacja byłaby bliska zeru, co jednak nie stanowiłoby dużego problemu dla polityki pieniężnej.

Tego typu rozwiązania mają wśród ekonomicznych celebrytów więcej poparcia, niż można by się spodziewać. Richard Werner, ekonomista z Southampton University, twórca terminu QE, mówił blisko pięć lat temu przed brytyjską komisją rządową ds. reformy bankowości (komisją Vickersa), że przejęcie przez państwo pełnej kontroli nad podażą pieniądza miałoby pozytywne skutki dla społeczeństwa. Eliminację systemu rezerwy cząstkowej popierał nawet swego czasu guru neoliberałów Milton Friedman, amerykański ekonomiczny noblista.
 Frosti Sigurjonsson, islandzki parlamentarzysta, oparł na planie Chicago swój projekt reformy systemu bankowego przedstawiony w 2015 r. w raporcie dla premiera Islandii. (Pomysły tego typu zyskują posłuch także w Polsce. Plan Sigurjonssona mocno chwali w swojej książce „Banksterzy. Kulisy globalnej zmowy" poseł PiS Janusz Szewczak, przewodniczący sejmowej Podkomisji ds. Instytucji Finansowych). RSCoin może stać się narzędziem, które umożliwi rewolucję w systemie bankowym i realizację planu Chicago.



Pierwowzorem planu Chicago oraz programu New Deal, który miał za zadanie wyciągnąć USA z wielkiego kryzysu, były... reformy przeprowadzone przez ateńskiego prawodawcę Solona w 559 r. przed Chrystusem. Solon ku oburzeniu oligarchów anulował długi rolników, zwrócił im ziemie przejęte przez wierzycieli, ustanowił ceny minimalne na płody rolne, zwalczał emisję waluty przez instytucje prywatne i zalał rynek państwową walutą. 150 lat później wysłannicy rzymskiej republiki przestudiowali reformy Solona i skopiowali je u siebie. Z czasem jednak reforma ta była „rozwadniana", tak że w czasie wojen punickich rzymscy potentaci zyskali możliwość emisji własnych srebrnych monet. To przyspieszyło proces koncentracji majątku narodowego w ich rękach.



To jaką formę przybierze Wielki Reset jest jeszcze kwestią mgławicową. W grze są różne opcje a między mocarstwami oraz poszczególnymi klikami wewnątrz establiszmentów poszczególnych mocarstw toczy się ostra rywalizacja, kto w trakcie tego epokowego zdarzenia będzie odgrywał rolę przywódczą. Może w tym kontekście należy widzieć walkę między Hillary i Trumpem, ostrą międzyfrakcyjną rzeź w Chinach, rozgrywki Putina z GRU i kryzys imigracyjny w Europie? Odpowiedzi na te pytania poznamy zapewne dopiero po wielu latach....

***

To już (prawdopodobnie) ostatni odcinek serii Euphoria. Dla wielu z Was była to niezwykle interesująca lektura, a dla niektórych miłośników korwinistycznych dogmatów była szokiem podobnym do zobaczenia wielkiego, gołego, podskakującego biustu przez hrabiego Jędrzeja Zdzisława Stefana etc. Stąd też nawiązanie w nazwie do hentaia "Euphoria". Zresztą globalne elity robią światu od dziesięcioleci, to co robi się bohaterkom "Euphorii". Więc nazwa jest jak najbardziej adekwatna :)

A jeśli już poruszamy temat hentaiów (ogólnie bardzo mało ich oglądam, bo o wiele bardziej lubię ecchi takie jak "Higschool of the Dead" czy "Highscholl DxD" :), to odcinek 4-ty serii Euphoria można odczytać w kontekście hentaiu "Uzależniona od afrodyzjaku". Przypadkiem natrafiłem na piękną scenę z tego anime (można ją obejrzeć tutaj) - piękna, biuściasta i budząca sympatię panienka jest zmuszana do tego, by chodzić nago po szkole. Obie części (tutaj pierwsza, a tutaj druga) tego hentaia są dla niej serią przerysowanych, karykaturalnych upokorzeń - wszystko przez to, że została uzależniona od narkotyku-afrodyzjaku i zrobi wszystko, by dostać działkę. Człowiekowi robi się w pewnym momencie jej żal, ale nachodzą go też myśli o naturze władzy. O tym jak elity potrafią nas uzależnić od różnych rzeczy i nami sterować. Czytając komentarze pod tym hentaiem natrafiałem najczęściej na opinie w stylu "przynajmniej uprawiała w miarę normalny seks, nie to co te dziewczyny z "Euphorii". Rzuciłem okiem na jeden odcinek - i tak się narodził pomysł na serię o Globalnym Planie, Globalnym Minotaurze i Wielkim Resecie. A mówią, że pornografia jest bezproduktywna...


***

Jak zwykle zachęcam do sięgnięcia po moją powieść "Vril. Pułkownik Dowbor". Do nabycia, m.in. w Księgarni Prusa.




 

sobota, 27 sierpnia 2016

Hillary kontra al-right

Hillary Clinton ma co prawda kłopoty z chodzeniem, staniem, zabezpieczaniem serwera pocztowego i trzymaniem moczu, ale udało się jej ostatnio wygłosić przemówienie, które szeroko przyciągnęło uwagę. Oskarżyła w nim zwolenników Trumpa o rasizm, seksizm, homofobię, islamofobię i wszystkie możliwe myślozbrodnie. Stwierdziła, że za serwisem Breitbart (a szczególnie jego popularnym gejowskim komentatorem Milo Yiannopoulosem), Alexem Jonesem i całym ruchem znanym jako al-right stoi Putin. Oczywiście wielu ludzi miało z tych tez ostrą polewkę. Mi szczególnie się podobało zmasakrowanie Hillary w wykonaniu Paula Josepha Watsona, które możecie (musicie!) obejrzeć poniżej:



No cóż... :) Zacznijmy od tego, czym jest wspomniany ruch alt-right. To głównie zlepek prawicowców i centrystów niezadowolonych z dotychczasowego republikańskiego establiszmentu, zaniepokojonych stanem kraju, lejących na poprawność polityczną, feminizm i inne kretynizmy narzucane ludowi przez elity. To zlepek środowisk - od poważnych intelektualistów po gimbazę od tworzenia memów. Dobrze opisał poszczególne elementy ruchu wspomniany wcześniej Milo Yiannopoulos. To ruch bardzo pojemny, w którym mogą się zmieścić i katoliccy tradsi i celebrytka Tila Nguyen vel Tila Tequila pisząca na swoim twitterze, że "niszczy liberalnych pasożytów".

Gdyby alt-right istniała w Rosji, to zaliczano by pewnie do niej Nawalnego, Ksenię Sobczak i Pauka z "Korozji Metalla". W Polsce alt-right zapewne nie przyjęłaby się z powodu brauniarsko-jędrzejowo giertychowo-bartyzeliańskich przesądów jakim hołduje nasza prawica, ale zapewne byłbym do tego nurtu zaliczany obok kilku gostków i lasencji. Kilku.

Hillary zaatakowała alt-right tak jak jej mąż w latach 90-tych atakował ochotnicze milicje. Liczy, że uda się jej przypiąć zwolennikom Trumpa łatkę niebezpiecznych rasistowsko-mizoginiczno-homofobiczno-putinowskich świrów. Nie zauważyła jednak, że przez ostatnie 15 lat na świecie bardzo rozpowszechnił się pewien amerykański, wojskowy wynalazek: internet. I w związku z tym takie głupie kampanie propagandowe są przeciwskuteczne, co było widać choćby przy okazji Project Fear przed referendum w sprawie Brexitu. Zresztą internet może ją zabić, tak jak zabił BULa-Komorowskiego.

Strategię polegającą na zarzucaniu alt-right bliskich związków z Kremlem można porównać do krzyczenia przez kieszonkowca "Łapaj złodzieja!", by odwrócić od siebie podejrzenia. To przecież Hillary jako sekretarz stanu dała Putinowi zielone światło do agresji a nawet więcej, pomogła mu zmodernizować armię dzięki transferom technologicznym do Skołkowa. Tak samo pozwoliła Rosatomowi przejąć pokaźną część amerykańskich złóż uranu. Przyjmowała też pieniądze od Wiktora Wekselberga i innych powiązanych z Kremlem oligarchów. Z maili ujawnionych przez WikiLeaks wynika, że "Billowi bardzo zależało, by się pokazać z Putinem". W latach 90-tych małżeństwo Clintonów nie miało oporów, by przyjmować kasę od Czerwonych Chin.



Tak samo oskarżenia Trumpa i jego zwolenników o rasizm są przejawem ogromnej hipokryzji. Hillary swoim "przyjacielem i mentorem" nazywała Wielkiego Smoka KKK senatora Roberta Byrda. Klan finansował pierwsze kampanie wyborcze Clintonów a nawet dzisiaj niektórzy wysokiej rangi działacze tej organizacji popierają Hillary. Nawet obecnie KKK wspiera finansowo jej kampanię.  Oczywiście nie przeszkadza im wsparcie jakiego Hillary udziela czarnym, komunistycznym terrorystom z Black Lives Matter. Klan był przecież od zawsze organizacją blisko związaną za Partią Demokratyczną a grupy takie jak BLM gwarantują to, że Czarni będą się pogrążali w nędzy i ciemnocie. Tak samo blisko związana z Demokratami lubująca się w zmniejszaniu czarnej populacji organizacja Planned Partnerhood, której założycielka, idolka Hillary - Margaret Sanger, przemawiała na wiecach Klanu.



Hillary, co prawda nie oskarża zwolenników Trumpa o antysemityzm, ale ma ku temu ważny powód: sama jest antysemitką (co oczywiście nie przeszkadza jej przyjmować pieniędzy od Haima Sabana i Sorosa). W połowie lat 70-tych zdarzyło się jej, że nie chciała wejść do domu, na którego drzwiach była mezuza. Twierdziła, że nie może wejść do żydowskiego domu, bo ma "przyjaciół z OWP w Nowym Jorku".



Mogłaby się też wstrzymać, że oskarżeniami, że jej przeciwnicy są "anti-women". Przecież brała pieniądze od rządów, które realnie ograniczają tzw. prawa kobiet (np. od Arabii Saudyjskiej) a także zastraszała kobiety gwałcone przez swojego męża. W latach 70-tych jako adwokat broniła pedofila, który brutalnie zgwałcił 12-latkę. Zastosowała wówczas wszelkie możliwe brudne sztuczki w sądzie, w tym twierdziła, że ofiara dobrowolnie się oddała bandziorowi, bo chciała się przespać ze starszym mężczyzną. Pedofil wyszedł dzięki temu po 2 miesiącach z aresztu a po latach Hillary nadal śmiała się z ofiary. To tyle jeśli chodzi o to całe pieprzenie o "pierwszej kobiecie prezydencie".

***

Podobne propagandowe brudne sztuczki przypominają mi te stosowane na polskim gruncie. Pouczająca jest m.in. obserwacja wpisów Anne Applebaum. Sugeruje ona, że obecny polski rząd służy interesom Rosji. A nigdy się słowem nie zająknie o tym jak jej mąż ocieplał wizerunek Putina, sabotował negocjacje dotyczące tarczy antyrakietowej, próbował blokować prezydencką wyprawę do Gruzji, tuszował Smoleńsk - już 15 minut po "katastrofie" i utrzymywał dziwne kontakty z takimi osobnikami jak Dukaczewski, Malejczyk czy Turowski.
Tak samo swego czasu "Wyborcza" czy TVN robiły aferę wokół "rosyjskich nadajników" Radia Maryja i kilku TW kręcących się po mediach o. Rydzyka, choć u siebie też miały wielu TW oraz potomków ubeków i KPP-owców. (O takiej aferze FOZZ nie będę już nawet wspominał.) Niezależnie jednak, co sądzimy o mediach o. Rydzyka, to od 10 kwietnia 2010 r. są one jednoznacznie antyrosyjskie i nie splamiły się tak jak "Wyborcza" wezwaniami do palenia świeczek martwym czerwonoarmistom czy wrzutkami o pijanym generale i "debeściakach". I kto tu stanowi rosyjską agenturę?

3,2,1... Czekam na komentarze agentury mówiące, że jestem agentem... Pomyślę jak nagrodzić autora najlepszej historii.

sobota, 20 sierpnia 2016

Największe sekrety - Euphoria: Hexen



Ilustracja muzyczna: Rammstein - Du Riechst So Gut

System Globalnego Minotuara (w którym USA były największym generatorem popytu na dobra produkowane przez resztę świata a w zamian reszta świata lokowała kapitał w amerykańskie aktywa finansowe) wzbudzał zazdrość. Szczególnie u Francji. Jej socjalistyczny prezydent Francois Mitterand zazdrościł Amerykanom, że cały świat finansował ich deficyt handlowy i fiskalny. Chciał, by Francja korzystała z podobnego przywileju i w ten sposób uratowała swój model społeczny. Był tylko jeden problem - frank francuski nie był dla inwestorów wymarzoną walutą, w którą można lokować kapitał. Spośród walut europejskich najbliższa temu ideałowi była marka niemiecka. Mitterand porównywał ją do bomby atomowej. Nie podobało mu się, że wszystkie banki centralne kontynentalnej Europy Zachodniej dostosowywały swoją politykę do działań Bundesbanku.  – Niemcy odbudowały swoją potęgę gospodarczą, ale odmawiają podzielenia się nią – powiedział w 1988 r. kanclerzowi Austrii Franzowi Vranitzky’emu. Zdecydowano się więc na „rozbrojenie nuklearne”. W 1988 r. Rada Europejska zleciła grupie ekspertów kierowanej przez przewodniczącego Komisji Europejskiej, znanego aferzysty Jacquesa Delorsa (z pochodzenia Francuza) przygotowanie raportu o możliwości stworzenia europejskiej unii walutowej. Raport został opublikowany rok później i stał się podstawą do tworzenia strefy euro.

                                            




Mitterand zdobył w tym projekcie sojusznika w postaci chadeckiego kanclerza Niemiec Helmuta Kohla. Niemiecki przywódca posunął się nawet do tego, by wspólnie z prezydentem Francji spiskować przeciwko własnemu bankowi centralnemu. Gdy w 1987 r. powstała niemiecko-francuska Rada Finansowo-Gospodarcza, jedna z instytucji przygotowujących wspólną walutę, niemiecki minister finansów odmówił prezesowi Bundesbanku Karlowi Otto Pohlowi wglądu w dokumenty powołujące tę instytucję. Pohl uzyskał w nie wgląd dopiero u szefa francuskiego banku centralnego. Prezes Bundesbanku był izolowany, dlatego że ośmielił się mieć sceptyczne zdanie o idei powołania unii walutowej. – Na takim procesie mamy wiele do stracenia. Dla Republiki Federalnej oznaczałoby to złożenie marki niemieckiej w ofierze na europejskim ołtarzu. Wiemy, co mamy. Co dostaniemy, tego nie wiemy – ostrzegał w 1990 r.
Europejska machina była już wówczas wprawiona w ruch. Decyzje w sprawie budowy unii walutowej podjęto na szczycie w Maastricht w 1991 r. Kanclerz Kohl próbował tam przekonać innych przywódców, by unię walutową oparto na zasadach ścisłej dyscypliny fiskalnej. Przyjęto pod jego naciskiem tzw. kryteria konwergencji, czyli warunki, jakie państwa powinny spełnić, by móc przyjąć wspólną walutę. Kohl został jednak wymanewrowany przez sprytniejszych graczy. Francuski prezydent Mitterand i włoski premier Gulio Andreotti porozumieli się i wprowadzili Niemców w pułapkę. Zdołali wymóc na nich zobowiązanie, że 1 stycznia 1999 r. automatycznie i nieodwołalnie powstanie unia walutowa. Z góry przyjęto więc „rozkład jazdy euro", nie przejmując się specjalnie tym, że w wyznaczonym czasie może się zdarzyć, że nikt nie będzie spełniał kryteriów z Maastricht. Taki scenariusz był bardzo prawdopodobny – w 1996 r. warunki przyjęcia do unii walutowej spełniał jedynie Luksemburg. Rozkładu jazdy trzymano się jednak z niewolniczą wiernością. Choć można się było spodziewać, że Grecja nie zdąży na czas ze spełnieniem kryteriów konwergencji, już w 1996 r. zaczęto planować druk banknotów euro z napisami w greckim alfabecie.

Co prawda Niemcy po podpisaniu Traktatu z Maastricht domagali się ścisłego kontrolowania budżetów państw eurolandu, ale ich opór złamano za symboliczną cenę, godząc się na siedzibę przyszłego Europejskiego Banku Centralnego we Frankfurcie oraz na to, by nowy unijny pieniądz nazywał się euro zamiast ecu. Berlinowi nazwa ecu skojarzyła się z pierwszymi francuskimi złotymi monetami, więc upierał się on, by nową walutę nazwać inaczej. Sprzedał więc „za miskę soczewicy” stabilność strefy euro.




Strefa euro jest unią walutową mającą mniej sensu niż odrodzony ZSRR czy unia walutowa państw byłego Imperium Ottomańskiego. Tych słów nie wypowiedział były czeski prezydent Vaclav Klaus, ani brytyjski eurodeputowany Nigell Farage. To wniosek wypływający z raportu analityków banku JPMorgan Chase. Zbadali oni jak stabilne byłyby różne hipotetyczne unie walutowe na tle strefy euro. Wzięli pod uwagę 100 wskaźników gospodarczych i mierzyli dysproporcje pomiędzy państwami tworzącymi unie walutowe. W przypadku 12 głównych gospodarek strefy euro odchylenie standardowe, miara tych dysproporcji, wyniosło ponad 50 proc. Najniższe (mniej niż 20 proc.) było w przypadku unii gospodarek Ameryki Łacińskiej. Dla odrodzonego ZSRR sięgało 30 proc., a w przypadku nowego Imperium Ottomańskiego (w granicach z 1800 r.) zbliżało się do 40 proc. Lepszy wynik od strefy euro osiągnęły nawet „wszystkie państwa leżące na 5 równoleżniku szerokości północnej” oraz unia wszystkich krajów na literę M.
Po wybuchu kryzysu zadłużeniowego w strefie euro wielu analityków zaczęło wskazywać na to, że unia walutowa tak różnych państw jak Niemcy, Grecja, Finlandia i Hiszpania nie jest stabilna i nie ma szans na sukces. Dlaczego więc eksperci nie zwracali wcześniej uwagi na ten fakt unijnym decydentom? Ależ zwracali. W najlepszym przypadku ich nie słuchano, w najgorszym brano za wariatów.



Niemieckie dokumenty dyplomatyczne dotyczące przyjęcia Włoch do strefy euro rzucają dużo światła na proces powstawania tej unii walutowej. W latach 1997-1999 z ambasady RFN w Rzymie do Berlina płynął strumień raportów mówiących o tym, że Włochy są nie przygotowane na wejście do eurolandu. Nie radzą sobie z obniżką długu publicznego a podejmowane przez kolejne rządy wysiłki mające na celu naprawę finansów państwa mają często kosmetyczny charakter. W tych raportach pojawiają się znane nazwiska. I tak np. w 1997 r. Juergen Stark, wówczas sekretarz stanu w niemieckim ministerstwie finansów a później członek władz Europejskiego Banku Centralnego, donosił, że rządy Belgii i Włoch wywarły presję na szefów swoich banków centralnych, by przekonali inspektorów Europejskiego Instytutu Walutowego (poprzednika EBC), by „nie byli tak krytyczni wobec poziomu ich długu publicznego”.  W marcu 1998 r. Horst Koehler, ówczesny szef Stowarzyszenie Niemieckich Banków Oszczędnościowych, późniejszy szef Międzynarodowego Funduszu Walutowego i prezydent Niemiec, przesłał kanclerzowi RFN Helmutowi Kohlowi list w którym wskazywał, że Włochy nie spełniły warunków trwałego obniżenia deficytu budżetowego i długu publicznego oraz, że kraj ten stanowi duże ryzyko dla istnienia euro. Słowa Koehlera poparte były ekspertyzą Hamburskiego Instytutu Gospodarki Międzynarodowej. Kohl odpowiedział mu, że oczywiście są pewne problemy, ale jest pewny, że zostaną one pokonane w najbliższych latach. Niemiecki kanclerz oczywiście mylił się. O ile w 1998 r. włoski dług publiczny wynosił 114,2 proc. PKB, to przez następną dekadę spadł tylko nieznacznie nie schodząc poniżej 100 proc. PKB.
Lekceważono również opinie niezależnych ekspertów. W lutym 1998 r. 155 niemieckich profesorów ekonomii zażądało przesunięcia wprowadzenia wspólnej waluty. Argumentowali, że wiele państw nie jest gotowych na jej przyjęcie. Kilku z sygnatariuszy listy próbowało zablokować wprowadzenie euro za pomocą skargi do Federalnego Trybunału Konstytucyjnego. 
Na początku 1998 r. premier Holandii Wim Kok zwrócił uwagę niemieckiemu rządowi, że Włochy nie spełniają kryteriów przyjęcia do strefy euro. – Bez dodatkowych działań ze strony Włoch dających dowód trwałości konsolidacji fiskalnej, wejście Włoch do strefy euro jest obecnie nie do zaakceptowania – argumentował Kok. Kohl odmówił wywierania presji na Rzym twierdząc, że Francja zagroziła wycofaniem się z projektu euro jeżeli nie będą w nim uwzględnione Włochy. Czynniki polityczne więc przeważyły.
Niemcy przymykały oczy na łamanie reguł przez inne państwa również dlatego, że same miały problem z dyscypliną fiskalną. Niemiecki dług publiczny wynosił w 1999 r. 61,3 proc. PKB i przez poprzednie 10 lat nieustannie rósł. Urzędnicy kancelarii kanclerza wskazywali więc, że mogą pojawić się prawne przeszkody dla wejścia Niemiec do strefy euro. Niemcy po prostu nie spełniali kryteriów konwergencji. Kanclerz Kohl i minister finansów Theo Waigel zdołali jednak przekonać Komisję Europejską i pozostałe kraje tworzącego się eurolandu, że gdyby nie zjednoczenie Niemiec, dług publiczny RFN wynosiłby 45 proc. PKB”. Zarówno Niemcom jak i Włochom wybaczono te „drobne niedociągnięcia” tworząc precedens do przyjęcia w 2001 r. Grecji do strefy euro, pomimo nie spełniania przez nią kryteriów.
Mitterand i jego otoczeniu uważało wspólną europejską walutę za gospodarcze wunderwaffe, as w rękawie, który z czasem zdetronizuje dolara w roli głównej waluty rezerwowej świata. Czemu więc zamiast budować silną strefę euro składającą się z Niemiec, Francji i kilku stabilnych gospodarek zbudowano blok walutowy łączący państwa silne ze słabymi? Francja nie chciała, by unia walutowała została zdominowana przez Niemcy, postanowiła więc włączyć w nią kraje łacińskie takie jak Włochy i Hiszpania, które stałyby się jej sojusznikami w tym bloku.





Dlaczego jednak na pozbycie się marki i stworzenie strefy euro zgodziły się Niemcy? I to pomimo silnego sprzeciwu przedstawicieli, dawnych elit z Bonn? Musimy pamiętać, że Niemcy nie są krajem do końca suwerennym. Gen, Gerd-Helmut Komossa, były szef wywiadu wojskowego RFN, ujawnia w swojej książce "Karta niemiecka", że suwerenność Bundesrepubliki jest na podstawie tajnego układu z 1949 r. ograniczona przez aliantów aż do 2099 r. Gert Poli, były szef austriackiego wywiadu cywilnego BVT twierdzi, że Niemcy są wciąż de facto krajem okupowanym. Każdy nowy kanclerz RFN musi podpisać tzw. Dokument Kanclerski (polecam tę prelekcję dra Brzeskiego).  BND, wywiad cywilny RFN, został założony przez CIA i zgodnie z międzyrządowymi porozumieniami musi przekazywać CIA każdą informację, o którą Amerykanie poproszą (skutkiem tego była m.in. afera Panama Papers). BND inwigilowała niemieckich polityków, w tym kanclerz Merkel a także wykonywała zadania dla Amerykanów w takich miejscach jak Irak, Syria czy Libia. CIA wie więc o łapówkach i skandalach seksualnych z udziałem niemieckich polityków, zna szczegóły nazistowskiej przeszłości niemieckich elit (i może w każdej chwili uruchomić swoje psy gończe) a także przejęła Akta Rosenholz - zapisy elektroniczne dotyczące wysoko postawionej agentury Stasi. Amerykanie mogą więc szantażować Angelę Merkel (według pogłosek TW "Erika") dokumentami o jej współpracy ze Stasi. 

Niemcy to AMERYKAŃSKO-SOWIECKIE KONDOMINIUM POD POSTNAZISTOWSKIM ZARZĄDEM POWIERNICZYM. 







Niemcy przystąpili do euro, bo MUSIELI. To był jeden z tajnych warunków zjednoczenia. Wsparcie amerykańskich neoliberalnych ekonomistów dla projektu euro, wskazuje, że był on pułapką mającą na zawsze pogrzebać ambicje Francji do stworzenia konkurencyjnego systemu Minotaura. Francuzi zostali zgubieni przez własną głupotę - euro zaczęło zarzynać ich przemysł oraz gospodarkę. Zachowali niewydolny model socjalny, ale pozbawili się możliwości przeprowadzania dewaluacji waluty, które zwiększałyby konkurencyjność ich eksportu.





Na takiej samej zasadzie Niemcy rozpętali w Europie kryzys imigracyjny. Decyzję o otwarciu granicy dla nachodźców z Syrii Merkel podjęła bez zostawiania śladu na piśmie. 

Flashback: Gwałty w Kolonii - dwa poziomy spisku

Jest jednak również drugi poziom  spisku. Niemieckie elity biznesowe zgodziły się na euro, gdyż w ten sposób wykańczały konkurencję we Francji i północnych Włoszech. Kryzys w eurolandzie dał też im możliwość przeprowadzenia eksperymentu społecznego: w takich krajach jak Grecja czy Portugalia mogą sprawdzić jak mocno mogą zdemontować prawa socjalne, zanim ludzie zaczną się buntować. Po przetestowaniu tego na południu Europy, będą to testować u siebie (pisał o tym Juergen Roth w "Cichym puczu"). Skok na greckie aktywa został przećwiczony wcześniej na terenach byłej NRD. Przy zjednoczeniu Niemiec rząd kanclerza Kohla, wbrew protestom szefa Bundesbanku Karla Pohla, ustalił kurs bezwartościowej marki NRD do ultrasolidnej marki RFN na poziomie 1:1. Skutkiem tego, nowy Mercedes był tańszy od Trabanta. I tak już niekonkurencyjny przemysł dawnego NRD został dobity, a wschodnie landy stały się postindustrialną pustynią na którą do dzisiaj łożą zachodni Niemcy. Majątek po Wschodnich Niemcach został w kryminalny sposób sprywatyzowany (obszernie pisał o tym Juergen Roth w "Europie mafii"). Potentaci z RFN podzielili się nim z towarzyszami ze Stasi i SED, którzy przebrandowili się na działaczy CDU. Ta mafijna struktura z Kondominium zachowywała się w bardzo podobny sposób na południu Europy. Jak czytamy:





"Wielkie kontrakty związane z olimpiadą oraz innymi greckimi projektami infrastrukturalnymi dostawał często niemiecki koncern Siemens. Po  latach okazało się, że zdobywał je dzięki łapówkom, które mogły wynieść setki milionów euro. Tasos Mantelis, były minister transportu i telekomunikacji reprezentujący socjalistyczną partię PASOK, przyznał się, że w latach 1998-2000 dostał od Siemensa 450 tys. marek niemieckich a takich skorumpowanych polityków chodzących na pasku niemieckiego koncernu było bardzo wielu. Komisja greckiego parlamentu ustaliła, że łapówkarska działalność Siemensa przyniosła gospodarce szkody sięgające 2 mld euro. W sierpniu 2012 r. grecki parlament specjalną ustawą zrzekł się roszczeń wobec Siemensa. Koncern zapłacił Grecji w ramach ugody łącznie 330 mln euro i zapewniał później opinię publiczną, że czynnie walczy z korupcją i jest „czystą firmą”.
W śledztwie dotyczącym korupcyjnej działalności Siemensa przewijało się nazwisko greckiego oligarchy Sokratisa Kokkalisa, właściciela holdingu Intralot oraz przez wiele lat do 2010 r. klubu piłkarskiego Olimpiakos Pireus. Gdy Volker Jung, członek zarządu Siemensa odpowiadający m.in. za kontakty z Grecją, przeszedł na emeryturę trafił do rady nadzorczej Intralotu. Oligarcha nazywany przez pracowników Siemensa „Mister K.” miał silne związki z Niemcami, a szczególnie z ich wschodnią częścią. Przez wiele lat mieszkał bowiem w NRD a studiował w Berlinie Wschodnim i w Moskwie. W 1977 r. wrócił do Grecji, gdzie założył spółkę Intracom, która stała się później jednym z głównych greckich koncernów telekomunikacyjnych. Podejrzewano, że pieniądze na rozkręcenie interesu dał mu wschodnioniemiecki wywiad, zwłaszcza, że spółka prowadziła lukratywne interesy z enerdowskimi firmami. Po latach okazało się, że Kokkalis był tajnym współpracownikiem Stasi o pseudonimie „Rocco”, który chętnie donosił na kolegów ze studiów. Gdy wrócił do Grecji rzekomo przekupywał greckich urzędników, by kupowali enerdowski sprzęt telekomunikacyjny, a po upadku komuny robił interesy na rynku hazardowym w Rosji oraz w Rumunii.
Siemens ma akurat długą tradycję sięgania po „kontrowersyjne” osoby w ramach swoich interesów w Grecji. W latach 1941-1944 niemieckich interesów gospodarczych w Grecji pomagał pilnować Ioannis Voulpiotis, grecki inżynier, który ożenił się z córką Wernera von Siemensa i przed wojną kierował ateńskim biurem AEG Siemens Telefunken. Po wojnie został on skazany za kolaborację, ale uciekł do Niemiec. Do Grecji powrócił w latach 50-tych jako reprezentant Siemensa. Miał po swojej stronie rząd RFN, który w 1954 r. naciskał na Grecję, by dała Siemensowi kontrakt na modernizację greckiej sieci radiowej.

 
(...)

Grecka korupcja i system oligarchiczny są również wygodne dla europejskich możnych z innego powodu: łatwiej im przepychać ich interesy w Grecji. Widać to choćby na przykładzie kontraktów zbrojeniowych. W 2013 r. MFW i UE nakazały Grecji zlikwidować jej mały, ale rentowny i nowoczesny, przemysł zbrojeniowy. Zwolniono z pracy 2,2 tys. ludzi. Gdy dokonywano tych niepotrzebnych redukcji, grecki budżet wojskowy rósł (np. w 2012 r. zwiększył się aż o 18 proc.). Jeszcze w 2011 r. niemiecka kanclerz Angela Merkel i francuski prezydent Nicolas Sarkozy mówili ówczesnemu greckiemu premierowi Georgiosowi Papandreou, że Grecja dostanie wsparcie finansowe tylko w zamian za nowe zamówienia na samoloty z koncernu EADS (podejrzanego później o dawanie łapówek politykom w wielu krajach) oraz na niemieckie okręty podwodne (których grecka flota nie chciała przyjąć, bo były wadliwie wykonane). "

Europą rządzi oligarchia. Bardzo wąska oligarchia. Węższa niż się Wam wydawało. Jak czytamy:

"Najściślejszą europejską elitę przemysłowo-finansową tworzy zaledwie kilkunastu ludzi, z których większość osiągnęła już wiek emerytalny. To oni są zwornikami wielkiej korporacyjnej sieci.
Kto tworzy ścisłą europejską elitę finansowo- przemysłową? Z badań Eelke Heemskerka, profesora nauk politycznych na Uniwersytecie Amsterdamskim, wynika, że zaledwie 16 osób. Ta niewielka grupka ma generować połowę kontaktów finansowych i handlowych pomiędzy największymi europejskimi spółkami. Ludzie zaliczeni przez niego do ścisłej euroelity zasiadają w 67 zarządach i radach nadzorczych spółek. Firmy, w których władzach się znaleźli, tworzą jedną strukturę o 216 powiązaniach międzyzarządowych. To prawdziwa arystokracja pieniądza mająca wielkie oficjalne i zakulisowe wpływy. Co ciekawe, znaczna większość Europejczyków nie jest w stanie skojarzyć nazwiska żadnego z członków tego 16-osobowego kręgu przywódczego.
„Sieć międzykorporacyjnych powiązań w Europie pozostaje miejscem rozgrywek kilku paneuropejskich »wielkich łączników«. Co prawda, instytucje finansowe i bankierzy zajmują ważne miejsca w górnych częściach sieci, ale nie są na kluczowych pozycjach. To raczej byli i obecni prezesi wielkich europejskich korporacji niefinansowych tworzą razem wzajemnie się zazębiające dyrektoriaty. Sieć opiera się raczej na zlewaniu się ze sobą finansów i przemysłu niż na dominacji jednego nad drugim" – ocenia Heemskerk.



Na pierwszym miejscu jego listy przedstawicieli najściślejszej europejskiej elity gospodarczej znalazł się niemiecki menedżer Gerhard Cromme, od 2003 r. przewodniczący rady nadzorczej koncernu Siemens. W 2011 r., czyli w czasie, gdy Heemskerk prowadził swoje badania, Cromme zasiadał we władzach dziewięciu dużych korporacji, był częścią 18 powiązań międzyzarządowych i miał powiązania z 13 z 16 członków najściślejszej europejskiej elity korporacyjnej. W latach 1999–2001 był on prezesem koncernu ThyssenKrupp, a w latach 2001–2013 przewodniczącym jego rady nadzorczej. Zasiadał również m.in. we władzach Allianza, koncernu energetycznego E.ON Ruhrgas, grupy medialnej Axel Springer, firmy budowlanej Hochtief, Volkswagena, Lufthansy czy francuskiego banku BNP Paribas. Urodzony w 1942 r. niemiecki kolekcjoner stanowisk jest również przewodniczącym Europejskiego Okrągłego Stołu Przemysłowców (ERTI), grupy starającej się wpływać na to, by decydenci z Brukseli i rządów państw UE podejmowali działania korzystne dla europejskiej przemysłowej elity.



Drugie miejsce w zestawieniu Heemskerka zajmuje Louis Schweitzer, w latach 1992–2005 prezes francuskiego koncernu motoryzacyjnego Renault, obecnie zasiada we władzach m.in.: koncernu farmaceutycznego AstraZeneca, banku BNP Paribas, EDF, Veolia Environnement, Volvo, L'Oréal i Philips Electronics. W latach 70. i w pierwszej połowie lat 80. zajmował różne stanowiska we francuskiej administracji rządowej. Jest synem Pierre-Paula Schweitzera, dyrektora zarządzającego Międzynarodowego Funduszu Walutowego w latach 1963–1973. Wśród jego dalekich krewnych można znaleźć m.in. Alberta Schweitzera, lekarza, teologa i zarazem zdobywcę Pokojowej Nagrody Nobla w 1952 r. oraz francuskiego filozofa Jean-Paula Sartre'a. Na liście Heemskerka odnotowano, że odpowiada on za 15 powiązań międzyrządowych i ma związki z siedmioma innymi członkami najściślejszej europejskiej elity.



Trzecią pozycję w tym zestawieniu zajął francuski bankier Antoine Bernheim, były szef rady nadzorczej grupy Generali, uznawany za jednego z najbardziej wpływowych finansistów z Europy Zachodniej. Zmarł on już po publikacji pracy Heemskerka. Nie żyje również znajdujący się na czwartej pozycji tego zestawienia Karel van Miert, belgijski polityk, członek Komisji Europejskiej w latach 1986–1999, były komisarz europejski ds. konkurencji. Po zakończeniu służby publicznej zasiadał on we władzach sześciu dużych korporacji. Zginął w 2009 r., po tym jak spadł z drabiny w swoim ogrodzie.
Piąte miejsce w sieci tej europejskiej arystokracji gospodarczej zajął Marcus Wallenberg, od 2005 r. przewodniczący rady nadzorczej szwedzkiego banku SEB, koncernu Saab, dyrektor w AstraZeneca, Investor AB i singapurskim państwowym holdingu Temasek. Pracował wcześniej m.in. w Citigroup, Deutsche Banku i S G Warburg Co. Pochodzi ze znanej rodziny przemysłowców i finansistów, której najsłynniejszym przedstawicielem był Raul Wallenberg – w czasie drugiej wojny światowej szwedzki dyplomata zaangażowany w ratowanie Żydów i prawdopodobnie również w tajne negocjacje między Niemcami i Sowietami, aresztowany w 1945 r. w Budapeszcie przez NKWD i zaginiony."

Ta oligarchia wpędziła Europę w wielopoziomowy kryzys. Okazała się niezdolna do rządzenia. Ale kryzys dotknął też kręgi władzy w USA, Rosji czy Chinach. Pojawiła się konieczność Wielkiego Resetu, o którym będzie mowa w następnej części serii Euphoria (nie mylić z hentaiem "Euphoria").

***

Zachęcam też do czytania mojej powieści "Vril. Pułkownik Dowbor". Do nabycia m.in. w Księgarni Prusa.