Tej nocy spałem spokojnie - nawet jak na swój rozpieprzony rytm snu. Z mojego OSINTu (nie mylić z Ostint-Polo różnych Micków) wynikało, że jeszcze nie dojdzie do amerykańsko-izraelskiego ataku na Iran. Czy nastąpi on w nadchodzących dniach? W chwili tworzenia tego wpisu nie widzę sygnałów na to wskazujących, ale sytuacja jest bardzo dynamiczna. Słyszymy, że siły potrzebne do akcji są na miejscu, ale moim zdaniem jeszcze nie wszystkie - USS Gerald Ford dopiero wczoraj minął Gibraltar.
Iran stracił już w tej wojnie pierwszy samolot - myśliwiec F-4 mający chyba z pół wieku, który rozbił się z pilotem-instruktorem na pokładzie.
Wszystko zależy od decyzji, jaką podejmie prezydent Trump. Wojsko przedstawiło mu kilka planów działania i nie wiadomo, który z nich on wybierze. W czwartek zapowiedział, że daje Iranowi 10-15 dni na porozumienie. Irańczycy muszą dać Amerykanom "propozycję tak dobrą, że nie da się jej odrzucić". Tak by Trump mógł wyjść z twarzą i wycofać wojska, nie przeprowadzając choćby symbolicznego uderzenia na Iran. Ajatollahowie prawdopodobnie to spieprzą. Nie chcą iść na ustępstwa w kwestii swojego programu rakietowego. Obiecują za to dostęp do swoich złóż ropy - czyli to samo, co proponowała Wenezuela przed pojmaniem Maduro. Trump wspomniał o tym, że w Iranie zabito w ciągu kilku dni 32 tys. demonstrantów. To oznacza, że sięga po narrację, która stawia możliwość porozumienia z "krwawym reżimem" pod dużym znakiem zapytania.
Weźmy również pod uwagę to, że w planie ataku na Iran doszło do komplikacji. Wielka Brytania sprzeciwiła się wykorzystaniu do tego celu bazy Diego Garcia oraz Fairford. To utrudnia użycie bombowców. To właśnie ten sprzeciw miał sprawić, że Trump zagroził zawetowaniem transakcji przekazania przez Wielką Brytanię Wysp Chagos Mauritiusowi. Zamieścił też dziwny wpis sugerujący, że Irańczycy mogą zaatakować Diego Garcia oraz inne terytoria brytyjskie.
Co odwala więc Starmer? Skrajnie niepopularny brytyjski premier, zaostrzający w swoim kraju w absurdalnie orwellowski sposób cenzurę ideologiczną i niszczący branżę brytyjskich pubów, z jakiegoś powodu próbuje ratować reżim ajatollahów przed Trumpem. Polityka Starmera jest mocno prochińska. Pozwolił on ChRL na zbudowanie w centrum Londynu ogromnej ambasady, której plany przewidują m.in. podziemne pomieszczenie z bardzo wydajnym systemem wentylacyjnym położone kilka metrów od magistrali światłowodowej obsługującej londyńskie City. Jego rząd tuszował też skandale szpiegowskie dotyczące Chin. Czyżby więc Starmer był chińskim koniem trojańskim wewnątrz NATO?
Irańska bezpieka, podczas tłumienia protestów monarchistycznej opozycji, wykorzystywała pojemniki z gazem łzawiącym oraz plastikowe kule importowane z Wielkiej Brytanii. Dziwne związki Londynu z Teheranem mają jednak dłuższą tradycję. Na zdjęciach i filmach z wczesnego okresu rewolucji islamskiej widać towarzyszącemu Chomeiniemu podczas piątkowych modłów i wystąpień publicznych sir Anthony'ego Parsonsa, ambasadora Wielkiej Brytanii w Teheranie w latach 1974-1979. Przypominam, że propaganda szacha nazywała Chomeiniego "nie-Irańczykiem, brytyjskim agentem i homoseksualistą". Chomeini wywodził się z rodziny indyjskich imigrantów, a w 1987 r. wydał fatwę pozwalającą na przeprowadzanie operacji zmiany płci.
Mam wrażenie, że obecne próby ratowania irańskiego reżimu przez Starmera mają korzenie w działaniach brytyjskiego establiszmentu sprzed pół wieku, wymierzonych w szacha. Przeciwko ówczesnemu irańskiemu władcy, z jakiegoś powodu, sprzymierzyły się tajne służby z obu stron Żelaznej Kurtyny - administracja Cartera, Brytyjczycy, Francuzi, Sowieci, enerdowcy (Chomeini miał pracować także dla Stasi). Jedynie ekipa izraelskiego premiera Begina próbowała wówczas zapobiec zainstalowaniu w Teheranie szyickiego reżimu, rozważając zestrzelenie nad Paryżem samolotu z Chomeinim wracającym do Iranu.
Wróćmy jednak do teraźniejszości...
Jakimś dziwnym trafem, gdy wyszły informacje o sabotowaniu przez Starmera uderzenia na Iran, doszło do aresztowania byłego księcia Andrzeja (akurat w jego 66 urodziny). Sprawa ta nie dotyczyła rzekomej "pedofilii", ani historyjek o zjadanych dzieciach. Prawdziwym powodem zatrzymania Andrzeja znanego wcześniej jako książę było szpiegostwo. Koleś przekazywał bowiem siatce wywiadowczej Epsteina dokumenty opatrzone klauzulami. Doradca Andrzeja robił interesy z Chińczykami. Lord Mandelson naciskał wcześniej na to, by Andrzej został brytyjskim wysłannikiem handlowym. Kto uczynił Mandelsona ambasadorem w Waszyngtonie? Starmer. Co wcześniej robił Starmer? Był prokuratorem oskarżanym o tuszowanie sprawy p*ofila-satanisty Jimmy'ego Saville'a. Oskarżano go też o tuszowanie skandalu wokół pakistańskich gangów pedofilskich. No, ale libki mocno przeżywające ostatnio aferę Epsteina, jakoś nie zauważają tych powiązań... Co ciekawe 11 lat temu Trump (informator FBI) wskazywał na podejrzane powiązania byłego księcia Andrzeja.
***
Różnym osint-polowcom, gówno-politologom, socjologom oraz innym nieudanym produktom systemu edukacji histerycznie lansującym tezę o tym, że USA pod rządami Trumpa zmierzają do autorytarnej dyktatury, mogę powiedzieć: w dupie byliście, chuja widzieliście i gówno wiecie.
Wczoraj Sąd Najwyższy po raz kolejny pokazał, że może skutecznie ograniczać władzę prezydenta. Zakwestionował dużą część podwyżek ceł wdrożonych przez administrację Trumpa, otwierając drogę do strasznego chaosu prawnego. Trump odpowiedział na to ogłaszając globalne cła wynoszące 10 proc. Zrobił to na podstawie innej ustawy. (Kwestią otwartą pozostają roszczenia opiewające na 175 mld USD za podwyżki ceł - kwota dla budżetu raczej mała, ale dla prywatnych biznesów duża. Owe roszczenia były skupowane za ułamek wartości przez różnych cwaniaczków. Firma inwestycyjna Cantor Fitzgerald należąca do rodziny sekretarza handlu Howarda Lutnicka, oficjalnie zaprzeczyła, by brała udział w tym procederze.) We wszystkich kontrowersyjnych aspektach działalności administracji Trumpa mamy do czynienia z wojną na kruczki prawne. Z naginaniem prawa, wykorzystywaniem luk w przepisach oraz interpretacjach. To samo robią wszystkie rządy na świecie - poza tymi skrajnie pierdołowatymi.
Wszystkim pierdolącym o "dyktaturze w USA" zwracam uwagę, że władza prezydenta jest mocno ograniczona przez Kongres (mogący blokować finansowanie i nominacje) oraz sądy. Na to nakłada się niezależność Rezerwy Federalnej oraz duża autonomia stanów i samorządów miejskich. Tworzone przez paleokonserwatystów analizy o tym, że USA "przestały być republiką, a stały się imperium" są oparte na teoriach politologicznych sprzed ponad 200 lat. To podobnie jak kierować się wiedzą medyczną z XVIII wieku. Ustroje polityczne nie dzielą się już tylko na "monarchie" i "republiki". Ponadto nawet historia starożytna pokazuje, że republiki mogą prowadzić politykę imperialną.
Lewarstwo oraz libki mają straszliwy ból dupy o to, że administracja Trumpa rozwala łódki z przemytnikami narkotyków oraz robi obławy na nielegalnych imigrantów. Gdyby znali historię, wiedzieliby, że to betka w porównaniu choćby z tym, co robił Franklin Delano Roosevelt, który zamykał - z przyczyn czysto rasistowskich - amerykańskich obywateli w obozach koncentracyjnych. Eisenhower wysyłał wojsko na Południe, by zmusić tamtejsze dzieciaki do chodzenia do szkoły z Czarnymi. Clinton miał na koncie m.in. masakrę w Waco, a Bush Jr. program tajnych więzień CIA. Naprawdę, Trump wygląda na ich tle jak prawniczy legalista. No, ale lewarstwo lamentuje, bo popełnił straszliwą zbrodnię w postaci cięć grantów z USAID...
Libki narzekają, że "Trump to dosłownie Hitler". Altrightowcy narzekają, ze Trump nie jest Hitlerem. Prezydentem USA, który najbardziej przypominał Hitlera był jednak Abraham Lincoln. On dokonywał autentycznych zbrodni wojennych i aktów ludobójstwa. Południe tak spustoszył gospodarczo, że podniosło się dopiero w czasie New Dealu...
Jakoś też libki się nie oburzają na to, że ich ulubieniec Merz otwarcie mówi, że chciałby znać nazwiska ludzi zostawiających komentarze w necie,
***
Zmarł pastor Jesse Jackson, jeden z liderów "ruchu praw obywatelskich". A przy okazji konfident FBI, który wystawił tej agencji pastora Martina Luthera Kinga. No cóż, pastor King nie był świętym, a jego kontakty z komunistami były realne (opisał je choćby Tim Weiner w swojej historii FBI). Pastor Jackson później umiejętnie monetyzował swoją, wykreowaną przez służby, legendę.
O jego metodach działania pisał chicagowski konspirolog Sherman Skolnick. Nie żaden skrajny, rasistowski prawicowiec tylko, żydowski lewar. (Który zostawił po sobie jednak bardzo ciekawą spuściznę artykułów konspirologicznych.) Zacytuję jeden z jego tekstów:
"Do 1969 roku w Chicago istniał ogromny ruch czarnych aspirujących właścicieli domów. W wyniku rasowo dyskryminacyjnych praktyk banki stosowały tzw. „redlining” wobec czarnych dzielnic, przez co czarni nie mogli uzyskać kredytu hipotecznego. Musieli kupować domy „na kontrakt”, płacąc co miesiąc kwoty odpowiadające dwukrotnej wartości nieruchomości. Zostałem wolontariuszem–konsultantem dla 25 000 członków South Side Contract Buyers League. Podczas zatłoczonych zgromadzeń w kościołach przedstawiałem, co należy zrobić. Odważyłem się powiedzieć im, że sędziowie rozpatrujący ich sprawy byli spekulantami nieruchomości i właścicielami znacznych majątków, wrogami zwykłych ludzi. Sędziowie sprzeciwiali się marzeniom czarnych mieszkańców Chicago o posiadaniu własnego domu.





_(cropped1).jpg)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz