sobota, 21 lutego 2026

Czekanie w Iranie, brytyjska zdrada, trumpowska "dyktatura" i sprytny czarny pastor

 


Tej nocy spałem spokojnie - nawet jak na swój rozpieprzony rytm snu. Z mojego OSINTu (nie mylić z Ostint-Polo różnych Micków) wynikało, że jeszcze nie dojdzie do amerykańsko-izraelskiego ataku na Iran. Czy nastąpi on w nadchodzących dniach? W chwili tworzenia tego wpisu nie widzę sygnałów na to wskazujących, ale sytuacja jest bardzo dynamiczna. Słyszymy, że siły potrzebne do akcji są na miejscu, ale moim zdaniem jeszcze nie wszystkie - USS Gerald Ford dopiero wczoraj minął Gibraltar. 


Iran stracił już w tej wojnie pierwszy samolot - myśliwiec F-4 mający chyba z pół wieku, który rozbił się z pilotem-instruktorem na pokładzie.

Wszystko zależy od decyzji, jaką podejmie prezydent Trump. Wojsko przedstawiło mu kilka planów działania i nie wiadomo, który z nich on wybierze. W czwartek zapowiedział, że daje Iranowi 10-15 dni na porozumienie. Irańczycy muszą dać Amerykanom "propozycję tak dobrą, że nie da się jej odrzucić". Tak by Trump mógł wyjść z twarzą i wycofać wojska, nie przeprowadzając choćby symbolicznego uderzenia na Iran. Ajatollahowie prawdopodobnie to spieprzą. Nie chcą iść na ustępstwa w kwestii swojego programu rakietowego. Obiecują za to dostęp do swoich złóż ropy - czyli to samo, co proponowała Wenezuela przed pojmaniem Maduro. Trump wspomniał o tym, że w Iranie zabito w ciągu kilku dni 32 tys. demonstrantów. To oznacza, że sięga po narrację, która stawia możliwość porozumienia z "krwawym reżimem" pod dużym znakiem zapytania.

Weźmy również pod uwagę to, że w planie ataku na Iran doszło do komplikacji. Wielka Brytania sprzeciwiła się wykorzystaniu do tego celu bazy Diego Garcia oraz Fairford. To utrudnia użycie bombowców. To właśnie ten sprzeciw miał sprawić, że Trump zagroził zawetowaniem transakcji przekazania przez Wielką Brytanię Wysp Chagos Mauritiusowi. Zamieścił też dziwny wpis sugerujący, że Irańczycy mogą zaatakować Diego Garcia oraz inne terytoria brytyjskie. 

Co odwala więc Starmer? Skrajnie niepopularny brytyjski premier, zaostrzający w swoim kraju w absurdalnie orwellowski sposób cenzurę ideologiczną i niszczący branżę brytyjskich pubów, z jakiegoś powodu próbuje ratować reżim ajatollahów przed Trumpem. Polityka Starmera jest mocno prochińska. Pozwolił on ChRL na zbudowanie w centrum Londynu ogromnej ambasady, której plany przewidują m.in. podziemne pomieszczenie z bardzo wydajnym systemem wentylacyjnym położone kilka metrów od magistrali światłowodowej obsługującej londyńskie City. Jego rząd tuszował też skandale szpiegowskie dotyczące Chin. Czyżby więc Starmer był chińskim koniem trojańskim wewnątrz NATO?

Irańska bezpieka, podczas tłumienia protestów monarchistycznej opozycji, wykorzystywała pojemniki z gazem łzawiącym oraz plastikowe kule importowane z Wielkiej Brytanii. Dziwne związki Londynu z Teheranem mają jednak dłuższą tradycję. Na zdjęciach i filmach z wczesnego okresu rewolucji islamskiej widać towarzyszącemu Chomeiniemu podczas piątkowych modłów i wystąpień publicznych sir Anthony'ego Parsonsa, ambasadora Wielkiej Brytanii w Teheranie w latach 1974-1979. Przypominam, że propaganda szacha nazywała Chomeiniego "nie-Irańczykiem, brytyjskim agentem i homoseksualistą". Chomeini wywodził się z rodziny indyjskich imigrantów, a w 1987 r. wydał fatwę pozwalającą na przeprowadzanie operacji zmiany płci. 



Mam wrażenie, że obecne próby ratowania irańskiego reżimu przez Starmera mają korzenie w działaniach brytyjskiego establiszmentu sprzed pół wieku, wymierzonych w szacha. Przeciwko ówczesnemu irańskiemu władcy, z jakiegoś powodu, sprzymierzyły się tajne służby z obu stron Żelaznej Kurtyny - administracja Cartera, Brytyjczycy, Francuzi, Sowieci, enerdowcy (Chomeini miał pracować także dla Stasi). Jedynie ekipa izraelskiego premiera Begina próbowała wówczas zapobiec zainstalowaniu w Teheranie szyickiego reżimu, rozważając zestrzelenie nad Paryżem samolotu z Chomeinim wracającym do Iranu.

Wróćmy jednak do teraźniejszości...

Jakimś dziwnym trafem, gdy wyszły informacje o sabotowaniu przez Starmera uderzenia na Iran, doszło do aresztowania byłego księcia Andrzeja (akurat w jego 66 urodziny). Sprawa ta nie dotyczyła rzekomej "pedofilii", ani historyjek o zjadanych dzieciach. Prawdziwym powodem zatrzymania Andrzeja znanego wcześniej jako książę było szpiegostwo. Koleś przekazywał bowiem siatce wywiadowczej Epsteina dokumenty opatrzone klauzulami. Doradca Andrzeja robił interesy z Chińczykami.  Lord Mandelson naciskał wcześniej na to, by Andrzej został brytyjskim wysłannikiem handlowym. Kto uczynił Mandelsona ambasadorem w Waszyngtonie? Starmer. Co wcześniej robił Starmer? Był prokuratorem oskarżanym o tuszowanie sprawy p*ofila-satanisty Jimmy'ego Saville'a. Oskarżano go też o tuszowanie skandalu wokół pakistańskich gangów pedofilskich.  No, ale libki mocno przeżywające ostatnio aferę Epsteina, jakoś nie zauważają tych powiązań... Co ciekawe 11 lat temu Trump (informator FBI) wskazywał na podejrzane powiązania byłego księcia Andrzeja.

***

Różnym osint-polowcom, gówno-politologom, socjologom oraz innym nieudanym produktom systemu edukacji histerycznie lansującym tezę o tym, że USA pod rządami Trumpa zmierzają do autorytarnej dyktatury, mogę powiedzieć: w dupie byliście, chuja widzieliście i gówno wiecie.

Wczoraj Sąd Najwyższy po raz kolejny pokazał, że może skutecznie ograniczać władzę prezydenta.  Zakwestionował dużą część podwyżek ceł wdrożonych przez administrację Trumpa, otwierając drogę do strasznego chaosu prawnego. Trump odpowiedział na to ogłaszając globalne cła wynoszące 10 proc. Zrobił to na podstawie innej ustawy. (Kwestią otwartą pozostają roszczenia opiewające na 175 mld USD za podwyżki ceł - kwota dla budżetu raczej mała, ale dla prywatnych biznesów duża. Owe roszczenia były skupowane za ułamek wartości przez różnych cwaniaczków. Firma inwestycyjna Cantor Fitzgerald należąca do rodziny sekretarza handlu Howarda Lutnicka, oficjalnie zaprzeczyła, by brała udział w tym procederze.) We wszystkich kontrowersyjnych aspektach działalności administracji Trumpa mamy do czynienia z wojną na kruczki prawne. Z naginaniem prawa, wykorzystywaniem luk w przepisach oraz interpretacjach. To samo robią wszystkie rządy na świecie - poza tymi skrajnie pierdołowatymi.

Wszystkim pierdolącym o "dyktaturze w USA" zwracam uwagę, że władza prezydenta jest mocno ograniczona przez Kongres (mogący blokować finansowanie i nominacje) oraz sądy. Na to nakłada się niezależność Rezerwy Federalnej oraz duża autonomia stanów i samorządów miejskich. Tworzone przez paleokonserwatystów analizy o tym, że USA "przestały być republiką, a stały się imperium" są oparte na teoriach politologicznych sprzed ponad 200 lat. To podobnie jak kierować się wiedzą medyczną z XVIII wieku. Ustroje polityczne nie dzielą się już tylko na "monarchie" i "republiki". Ponadto nawet historia starożytna pokazuje, że republiki mogą prowadzić politykę imperialną.

Lewarstwo oraz libki mają straszliwy ból dupy o to, że administracja Trumpa rozwala łódki z przemytnikami narkotyków oraz robi obławy na nielegalnych imigrantów. Gdyby znali historię, wiedzieliby, że to betka w porównaniu choćby z tym, co robił Franklin Delano Roosevelt, który zamykał - z przyczyn czysto rasistowskich - amerykańskich obywateli w obozach koncentracyjnych. Eisenhower wysyłał wojsko na Południe, by zmusić tamtejsze dzieciaki do chodzenia do szkoły z Czarnymi. Clinton miał na koncie m.in. masakrę w Waco, a Bush Jr. program tajnych więzień CIA. Naprawdę, Trump wygląda na ich tle jak prawniczy legalista. No, ale lewarstwo lamentuje, bo popełnił straszliwą zbrodnię w postaci cięć grantów z USAID...

Libki narzekają, że "Trump to dosłownie Hitler". Altrightowcy narzekają, ze Trump nie jest Hitlerem. Prezydentem USA, który najbardziej przypominał Hitlera był jednak Abraham Lincoln. On dokonywał autentycznych zbrodni wojennych i aktów ludobójstwa. Południe tak spustoszył gospodarczo, że podniosło się dopiero w czasie New Dealu...

Jakoś też libki się nie oburzają na to, że ich ulubieniec Merz otwarcie mówi, że chciałby znać nazwiska ludzi zostawiających komentarze w necie, 

***



Zmarł pastor Jesse Jackson, jeden z liderów "ruchu praw obywatelskich". A przy okazji konfident FBI, który wystawił tej agencji pastora Martina Luthera Kinga. No cóż, pastor King nie był świętym, a jego kontakty z komunistami były realne (opisał je choćby Tim Weiner w swojej historii FBI). Pastor Jackson później umiejętnie monetyzował swoją, wykreowaną przez służby, legendę.

O jego metodach działania pisał chicagowski konspirolog Sherman Skolnick. Nie żaden skrajny, rasistowski prawicowiec tylko, żydowski lewar. (Który zostawił po sobie jednak bardzo ciekawą spuściznę artykułów konspirologicznych.) Zacytuję jeden z jego tekstów:

"Do 1969 roku w Chicago istniał ogromny ruch czarnych aspirujących właścicieli domów. W wyniku rasowo dyskryminacyjnych praktyk banki stosowały tzw. „redlining” wobec czarnych dzielnic, przez co czarni nie mogli uzyskać kredytu hipotecznego. Musieli kupować domy „na kontrakt”, płacąc co miesiąc kwoty odpowiadające dwukrotnej wartości nieruchomości. Zostałem wolontariuszem–konsultantem dla 25 000 członków South Side Contract Buyers League. Podczas zatłoczonych zgromadzeń w kościołach przedstawiałem, co należy zrobić. Odważyłem się powiedzieć im, że sędziowie rozpatrujący ich sprawy byli spekulantami nieruchomości i właścicielami znacznych majątków, wrogami zwykłych ludzi. Sędziowie sprzeciwiali się marzeniom czarnych mieszkańców Chicago o posiadaniu własnego domu.

Dla establishmentu oraz ich banków i firm hipotecznych oddolny ruch, taki jak Buyers League, był niebezpieczny niczym pożar prerii. Trzeba go było powstrzymać. Wtedy pojawił się wielebny Jesse Jackson. Szereg dobrze poinformowanych źródeł przekazał mi wiele informacji o jego drodze do rozgłosu i o tym, jak stawał się multimilionerem dzięki serii tajnych układów biznesowych. Ujawniłem sekrety jego nieuczciwie zdobytego majątku. Podczas kluczowej rozprawy sądowej wielebny Jackson przybył ze swoimi „mięśniakami”, zwanymi „Black Men Moving”, ponurymi egzekutorami, którzy zdominowali już i tak wypełnioną po brzegi salę. Liderzy Buyers League, obecni w sądzie, byli przygotowani, reprezentując samych siebie, by omawiać prawo i fakty (szeptali mi, że podejrzewają, iż ludzie Jessego to prowokatorzy).

Scena w sądzie stała się napięta i dramatyczna — ludzie Jacksona zamiast dyskutować o prawie i faktach wykrzykiwali hasła i groźby. Sam szeryf hrabstwa, nie zastępca, wszedł na salę i stanął obok sędziego. Do sali wkroczyli zastępcy szeryfa. Zgadnijcie, kogo aresztowali? Nie Jessego Jacksona ani jego quasi-wojskową ekipę, lecz prezesa i wiceprezesa Buyers League, którzy byli w większości uprzejmi i milczący. Zostali zabrani do aresztu w piwnicy sądu. W tym momencie Jesse udał się z sądu do biura burmistrza po drugiej stronie ulicy. Poleciłem kilku członkom Buyers League, by szybko zawieźli mnie na wózku inwalidzkim za nim.



Gdy podjechałem, Jesse siedział w poczekalni przed gabinetem burmistrza. Warknął do mnie: „Co ty tu robisz, białasie?”. Odpowiedziałem: „Posłuchaj, nie jestem jakimś rasistą, którego próbujesz zastraszyć. Pomagam Buyers League. TWOJE biuro na South Side jest kilka kroków od ICH biura. A jednak wielokrotnie odmawiałeś im pomocy.” Gdy wszedł do wewnętrznego gabinetu burmistrza, powstrzymał kilka kobiet z Buyers League przed wejściem za nim. Zaczęły walić w zamknięte drzwi: „Jesse, wyjdź stamtąd! Nie mówisz w naszym imieniu.” Jesse wyszedł, gdy ekipa telewizyjna ustawiała światła. Zbliżając się do mikrofonu, rzucił mi groźne spojrzenie: „Jeszcze cię za to dopadnę!”. Jak wysoki na ponad sześć stóp ekspert od tępienia szkodników, patrzył z góry na mnie siedzącego na wózku jak na bezbronnego robaka.

Słodkie zwycięstwo! Konfrontacja i zamieszanie, które wywołałem, doprowadziły do uwolnienia dwóch liderów Buyers League z aresztu w piwnicy sądu. Po innych incydentach moje strategie zadziałały. Wielebny Jesse Jackson nie zdołał przejąć i zdusić ruchu Buyers League. Ostatecznie, po spotkaniu w moim domu z udziałem bankowych prominentów i liderów Buyers League, tysiące domów zostały przyznane czarnym z długoterminowymi kredytami hipotecznymi za połowę ceny kontraktów. Na każdym etapie tej niebezpiecznej drogi ostrzegałem bankowych popleczników, przeciwników i wrogów Buyers League: „Nie jestem Jesse Jacksonem. NIE jestem na sprzedaż!”.

Zorientowani czarni zaczęli potem potajemnie spotykać się ze mną, obawiając się, że Jackson się dowie. Dzięki nim sporządziłem listę świadków i szczegółów, które miały dowodzić, że Jesse był wymuszającym haracze, wyłudzającym pieniądze od różnych firm, w tym należących do czarnych, i w ten sposób ogromnie się wzbogacał pod przykrywką walki o prawa człowieka.

Na przykład stał się właścicielem firmy wywożącej śmieci z fabryk i innych miejsc. Gdzie jego ciężarówki wyładowywały odpady? W prywatnym wysypisku należącym do gangsterów. Podobno wymuszał pieniądze na sieci sklepów spożywczych, organizując przeciw nim marsze. Pracownicy banków szeptali mi do ucha o jego tajnych operacjach bankowych i rzekomym praniu ogromnych sum. Udostępniliśmy masę świadków i szczegółów elitarnej jednostce rządowej. W 1972 roku postawiono Jessego w stan oskarżenia w sprawie federalnej o uchylanie się od podatków, wymuszenia i różne przestępstwa międzystanowe.

Poprzez wysoce skorumpowanego krajowego działacza Partii Republikańskiej z Indiany wielebny Jackson miał rzekomo przekazać Białemu Domowi Nixona „dar” w wysokości 850 tysięcy dolarów. Prokurator federalny został odsunięty. Akt oskarżenia został wyciszony.

Później zorganizowałem potajemne spotkanie z członkiem tej elitarnej jednostki. Byłem obecny wraz z dwoma dziennikarzami, którzy twierdzili, że potwierdzenie doprowadzi do publikacji materiału. Otrzymali bezpośrednie potwierdzenie, że wielebny Jesse Jackson, sam republikanin na początku lat 70., zdołał zablokować postępowanie i utrzymać je w tajemnicy. Jeden z dziennikarzy, związany z siecią telewizyjną, nigdy nie opublikował materiału — zginął, gdy jego samolot został wysadzony bombą. Drugi reporter, mimo potwierdzenia, postanowił milczeć i w zamian otrzymał bardzo lukratywną posadę w jednej z największych grup medialnych świata. Czy była to kariera zbudowana na szantażu?

W 1975 roku ja i moi współpracownicy spotkaliśmy się z afroamerykańską reporterką Barbarą Reynolds, pracującą wówczas dla Chicago Tribune. Napisała książkę o wielebnym Jesse Jacksonie, opisując, jak w sposób oszukańczy stał się rzekomym czarnym „liderem”, zastępując doktora Kinga, jak fałszywie twierdził, że King zmarł w jego ramionach, oraz jak czerpie różne korzyści od rządu i wielkich korporacji, które tolerują jego oszustwa. Jej książka „The Man, The Myth, The Movement” była wówczas wycofywana z księgarń i tłumiona — establishment musiał chronić swojego człowieka, wielebnego Jacksona. Mówiła, że groźby ze strony Jacksona zmuszają ją do szybkiego opuszczenia Chicago. Posiadam jeden z nielicznych egzemplarzy pierwszego wydania.

Na początku lat 90. wystąpiła w programie telewizyjnym „Tony Brown's Journal”, gdzie opowiedziała o tym, co ją spotkało ze strony Jacksona, i wspomniała, że jej książka ma zostać ponownie wydana.



W kolejnych latach wielebny Jackson był postacią niejednoznaczną. Czasem słusznie protestował przeciw dyskryminacyjnej polityce wielkich korporacji. Innym razem milkł, gdy jeden z jego współpracowników trafiał do rady dyrektorów, a on sam uzyskiwał jakieś korzyści finansowe. Korporacje nadal prowadziły dyskryminacyjne praktyki. Przykładem była sprawa czarnych aspirujących dealerów General Motors. Jesse poskarżył się GM, po czym jeden z jego współpracowników został dyrektorem. Niektórzy czarni otrzymali franczyzę, ale na terenie, gdzie groziło im bankructwo. Jesse milczał też w sprawie dyskryminacji rasowej w zakładzie GM Parts w Broadview, na zachodnich przedmieściach Chicago. Odmówił pomocy 3000 czarnych pracowników protestujących przeciwko Electro-Motive Division, produkującej lokomotywy, która przez dekady przydzielała czarnym najgorsze prace i prowadziła zakład na toksycznym wysypisku, gdzie wielu z nich zmarło na raka. Odmówił także wsparcia pikiety przed sądem federalnym, domagającej się wyłączenia sędziego, który wcześniej był prawnikiem tej spółki. Po prawie 20 latach procesu pracownicy otrzymali od GM niemal nic. Zaprojektowałem ulotki dla pikietujących, opisujące przeszłość sędziego.

Jeśli jesteś czarny i chcesz zostać piosenkarzem gospel oraz zdobyć uwagę telewizji, podobno musisz współpracować z firmą żony Jacksona, Jacqueline Productions. W przeciwnym razie giniesz w zapomnieniu. Podobno trudno nawet ustalić, gdzie firma działa.



Jesse zdaje się mieć nieczysty układ ze związkiem zawodowym pracowników hotelowych powiązanym z mafią. Jak to się dzieje, że członkowie jego rodziny mają dochodowe, rzekomo powiązane z mafią hurtownie piwa w Chicago? Jego protesty przeciw blokowaniu czarnych wyborców na Florydzie w wyborach prezydenckich w 2000 roku były uzasadnione. Ale czy przy jego wcześniejszych działaniach nie chodziło o próbę wywarcia nacisku na Demokratyczny Komitet Narodowy? Jak wspomniano na naszej stronie o zabójstwie doktora Kinga, według byłego urzędnika Departamentu Sprawiedliwości, który miał akta Jacksona na biurku, wielebny Jesse Jackson miał być przez większość dorosłego życia informatorem FBI. Personel podkomisji Izby Reprezentantów ds. Zabójstw w 1976 roku posiadał dokumenty — utajnione na 30 lat — że FBI wybrało Jacksona na następcę doktora Kinga jeszcze przed jego śmiercią. Niektórzy uważają dziś, że FBI i CIA mogły odegrać rolę w zabójstwie postrzeganego przez establishment „Czarnego Mesjasza”."

(koniec cytatu)

Moja wierna czytelniczka o pseudonimie Futrzak napisała w komentarzu do notki na swoim blogu, że:

"Kiedy był najdłuższy okres pokoju i prosperity w USA i Europie Zachodniej? Po WWII, kiedy były rządy socjaldemokratyczne w Europie, w USA realizowano program FDR-a a potem postulaty Civil Rights Movement" (koniec cytatu)

No nie, większość rządów w czasach keynsowskiego dobrobytu w powojennej Europie Zachodniej była akurat chadecka. (Szczególne przypadki stanowiły RFN, gdzie wokół Adenauera roiło się od autentycznych post-nazistów i Hiszpania, która przechodziła boom gospodarczy za późnej dyktatury Franco.) Sami ówcześni socjaldemokraci mieli natomiast często  w sprawach komunizmu, rasy, płci oraz orientacji seksualnej, poglądy, które obecnie plasowałyby ich w PiS czy Niklocie. Nie będę się jednak kłócił o takie szczegóły. Ważniejsze jest to, że Futrzakowi trochę się pokićkała chronologia. Postulaty ruchu praw obywatelskich realizowano nie w czasie największego dobrobytu na Zachodzie, ale u schyłku okresu dobrobytu. Ich wdrożenie wręcz zbiega się z zakończeniem tamtej złotej, newdealowskiej ery. Dlaczego? Bo wraz z programem Wielkiego Społeczeństwa wdrażanym przez administrację Lyndona Johnsona przekierowano programy społeczne z budowania dobrobytu zwykłych Amerykanów, na kultywowanie i wynagradzanie patologii społecznych w czarnej społeczności. W efekcie: pozycja społeczna Afroamerykanów jest po 60 latach i ogromnych transferach finansowych gorsza niż była w "rasistowskich" latach 50-tych, a system publicznej edukacji zamienił się w jedną wielką patologię. Cały rynek nieruchomości w USA opiera się na idei: mieszkać jak najdalej od czarnych patusów, ale nie tak daleko, by dojeżdżać do pracy przez trzy godziny. Niechęć Amerykanów do rozbudowy systemów transportu publicznego bierze się natomiast z syfu, który obserwują na co dzień choćby w nowojorskim metrze i świadomości, że w transporcie publicznym może ich spotkać los Iryny Zaruckiej. Mogą za to podziękować pastorowi Jacksonowi i Martinowi Lutherowi Pimpowi!


Ruch "black power" przyczynił się do osłabienia związków zawodowych w USA. Czarni byli bowiem podburzani przeciwko polskim, włoskim oraz irlandzkim liderom związkowym. Kapitaliści cieszyli się z tego, że mogą za mniejszą kasę zatrudnić Afroamerykanina nie należącego do związku. Później feminizm drugiej fali zapewnił korporacjom kolejną falę dumpingu płacowego - w postaci kobiet po śmieciowych studiach, przekonywanych, że "mogą robić karierę" zamiast dbać o dom. Potem nadeszła kolejna fala dumpingu płacowego w postaci masowej imigracji z Trzeciego Świata. Istotą lewarstwa jest więc bronienie zjawisk prowadzących do zaniżania płac. 

Śmieszą mnie lewarskie memy pokazujące amerykańskich żołnierzy przygotowujących się do lądowania w Normandii z podpisem, że to "oryginalna antifa". Tak się składa, że w siłach zbrojnych USA obowiązywała wówczas segregacja rasowa. I miała ona ogromne poparcie społeczne - zwłaszcza wśród demokratów. Wśród Amerykanów walczących w drugiej wojnie światowej byli też członkowie Ku Klux Klanu. Wielu innych miało poglądy na rasę, rolę płciowe i homoseksualizm, które współczesna lewica jednoznacznie klasyfikuje jako "faszystowskie". Częściowo poglądy te podzielał też prezydent Roosevelt, który popierał segregację rasową w budownictwie dla weteranów i sprzeciwiał się zaostrzaniu kar z lincze. Co nie przeszkadza mu być "świętym bohaterem" amerykańskiej lewicy.

No cóż, mnie mają za rasistę, choć mam w komórce ustawiony kawałek Kanye Westa jako dzwonek...

A w komentarzach pewnie znów przeczytam: "dlaczego poruszyłeś w tym wpisie tyle wątków!? Nasze libkowsko-liberalne mózgi nie potrafią przetworzyć kilku wątków na raz!", a potem: "a czemu nie poruszyłeś tego, tamtego i jeszcze tamtego wątku!? Ukrywasz pewnie coś, o czym od kilku dni trąbią media na całym świecie!". :))))))

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz