sobota, 11 maja 2019

Shamballah: Ciasteczka na nieśmiertelność



Ilustracja muzyczna: Potężna tybetańska mantra

- Inkarnacje wielkich lamów to pomioty piekieł. Nie znają ludzkich emocji w sprawach dotyczących potęgi Żółtego Kościoła - w ten sposób Li Lien, główny dworskich eunuch, przestrzegał cesarzową-wdowę Cixi przed spotkaniem z Dalajlamą XIII. Było to na jesieni 1908 r.



Cixi była przedstawiana przez dziesięciolecia w oficjalnej historiografii jako władczyni głupia, tyrańska i skorumpowana. Nowsze badania, np. chińskiej emigracyjnej autorki Jung Chang, wskazują jednak, że tak naprawdę cesarzowa-wdowa była światłą władczynią, która stopniowymi reformami modernizowała Chiny. Nie wszystko się jej udało, ale była patriotką kierującą się interesem swojego kraju. I o interes Chin jej również chodziło podczas spotkania z Dalajlamą. Chciała uregulować stosunki zależności pomiędzy Chinami a Tybetem, tak by państwo chińskie zaczęło sprawować realną władzę nad Dachem Świata. Dalajlamie dano protokolarnie odczuć, że choć jest ważnym przywódcą, to jednak wasalem cesarzowej. Na dodatek Cixi pokazała mu, że identyfikuje się z Guanyin, czyli żeńską wersją bodhisatthwy współczucia. Męskim odpowiednikiem Guanyin jest Awalokiteśwara, czyli bodhisatthwa, którego inkarnacjami są rzekomo dalajlamowie. Cixi sugerowała więc, że Guanyin stoi wyżej niż Awalokiteśwara. By okazać jednak swoją wspaniałomyślność poprosiła Dalajlamę, by odprawił dla niej specjalny rytuał zapewniający pomyślność dynastii. Dalajlama po rytuale wręczył jej prezent - Ciasteczka Nieśmiertelności. Jakiś czas później, jeszcze podczas wizyty Dalajlamy stan zdrowia Cixi nagle gwałtownie się pogorszył. Cesarzowa zmarła 15 listopada 1908 r. (W "Ostatnim cesarzu" Bertolucciego jest piękna scena, w której cesarzowa umiera a zza kotary wybiegają tybetańscy mnisi radośnie dmiący w trąby.) Przed śmiercią kazała jednak otruć swojego syna, cesarza Guangxu, który chciał wcześniej prowadzić projapońską politykę. Cztery lata później dynastia Qing została obalona, Chiny stały się republiką a Tybet odzyskał pełną niezależność.

Ciasteczka Nieśmiertelności to oczywiście przykład na to, że tybetańscy lamowie mają niezłe poczucie humoru...

Trucicielstwo było w Tybecie czymś w rodzaju sportu narodowego. Pisał o tym m.in. Ferdynand Ossendowski (wspominał jak w Mongolii złapano mnichów tybetańskich chcących otruć Bogdo-gegena, czyli lokalnego przywódcę buddyjskiego). Nikołaj Roerich pisał zaś, że czasem otrucie gościa w domu traktowano jako wyraz oddania mu najwyższego szacunku.



Niestety tybetańskim lamom nie udała się ta sztuka ze swoim największym wrogiem - Mao Zedongiem (i jego "Guanyin" Jiang Qing). Być może dlatego, że Mao miał zbyt szczelną ochronę, stworzoną przez swojego szefa bezpieki Kang Shenga? Nawet więc gdy Dalajlama XIV w 1954 r. został wiceprzewodniczącym Komitetu Stałego Narodowego Komitetu Ludowego ChRL i miał okazję spotykać się z Mao, to raczej nie był w stanie podarować mu Ciasteczek Nieśmiertelności. Mao jadł tylko produkty ze specjalnego gospodarstwa prowadzonego przez bezpiekę. To nie oznacza jednak, że usunąć chińskiego tyrana nie próbowano...



W 1976 r. wyrocznie przepowiadały wielkie nieszczęście dla Tybetu, Dalajlama wycofał się więc do pustelni i przeprowadził „ekstremalnie surowy rytuał”. Jak pisze Claude B. Levenson, wkrótce Chiny nawiedziło ogromne trzęsienie ziemi a w jakiś czas potem Mao zmarł. – Byłem wtedy w Ladakh, odległej części indyjskiej prowincji Jammu i Kaszmiru, gdzie przeprowadzałem inicjację Kalachakra. Drugiego dnia trzydniowej ceremonii Mao zmarł. A trzeciego dnia padało przez cały ranek. Po południu pojawiła się na niebie jedna z najpiękniejszych tęcz jaką kiedykolwiek widziałem. Z pewnością musiał to być dobry omen – wspominał te dni Dalajlama XIV.


Tantryczny, tybetański tekst “Hevajra-tantra” radzi: “Po oznajmieniu intencji guru i znakomitym osobistościom przeprowadź rytuał zabójstwa ze współczuciem tego, który nie wierzy w nauki Buddy i jest krytykiem guru i Buddy. Taką osobę należy wyeliminować, wyobrażając ją sobie jako istotę zawieszoną do góry nogami, wymiotującą krwią, trzęsącą się i ze zmierzwionymi włosami. Należy wyobrazić sobie palącą igłę wchodzącą w jej plecy. Następnie w wyniku wyobrażenia sylaby symbolizującej żywioł ognia w jej sercu zostaje ona natychmiastowo zabita”.„Guhysamajatantra” opisuje zaś inną metodę rzucenia uroku: „„Osoba rysuje mężczyznę lub kobietę kredą lub węglem drzewnym, lub czymś podobnym, po czym przedstawia siekierę w ręku i sposób, przy pomocy którego zostaje poderżnięte gardło. Kiedy już urok zostanie w ten sposób rzucony na wroga, można go otruć, zniewolić lub sparaliżować”. Jest tam również mowa o zdobywaniu mocy magicznej po zabiciu wrogiego czarodzieja i wykonaniu rytualnych utensyliów z jego szczątków.
Oczywiście ta magiczna strona buddyzmu tybetańskiego jest zwykle pomijana w wykładach dla jego zachodnich wyznawców. Przeżyliby zbyt duży szok kulturowy... "Bo jak to, myśleliśmy, że w buddyźmie chodzi tylko o wpierdalanie wegetariańskich sałatek?". No cóż, Dalajlama nie jest wegetarianinem (tłumaczy to względami zdrowotnymi) a w dawnym Tybecie wielu wegetarian nie było. Z prostej przyczyny - ziemia tam niezbyt nadaje się do uprawy, trzeba więc zadowolić się mięsem i mlekiem zwierząt hodowlanych. W dawnej Lhasie zażynano zwierzęta na ulicach a ich krew spływała rynsztokami. Oczywiście nie było też wówczas w Tybecie żadnej demokracji (tylko buddokratyczny feudalizm) i nikt nie słyszał o koncepcji "praw człowieka". 


Mitem jest również pacyfizm tybetańskich lamów. Zdarzały się przecież krwawe konflikty pomiędzy frakcjami w pałacu Potala i nawet wojny pomiędzy klasztorami. Ofiarą dworskich intryg stał się m.in. ojciec obecnego Dalajlamy, który został otruty. Kiepsko skończył również regent Reting Rinpoche, który początkowo sprawował władzę za małoletniego Dalajlamę XIV. W 1947 r. został wtrącony do więzienia i prawdopodobnie otruty. Gdy po jego śmierci zebrali się z myślą o zemście jego zwolennicy z klasztoru Sera, zostali skoszeni ogniem karabinów maszynowych i artylerii. Zginęło kilkuset mnichów. 


 Jego Świętobliwość Dalajlama XIV sam jest maniakiem militariów, co było często wykorzystywane w memach. - Już gdy byłem dzieckiem lubiłem zaglądać do ilustrowanych książek mojego poprzednika, szczególnie tych poświęconych pierwszej wojnie światowej. Lubiłem wszystkie instrumenty, bronie, czołgi, samoloty, fantastyczne pancerniki i okręty podwodne. Później pytałem o książki poświęcone drugiej wojnie światowej. Gdy w 1954 r. odwiedziłem Chiny widziałem o niej więcej, niż Chińczycy – wspominał w 1998 r. w wywiadzie dla „Die Zeit”. W 1986 r. podczas wizyty we Francji, odszedł on od oficjalnego programu podróży i wybrał się do Normandii, by obejrzeć plaże, na których lądowali alianci w 1944 r. – Chciałem zobaczyć też bronie, te potężne działa i karabiny, które zrobiły na mnie wrażenie. Wśród tych maszyn, tych broni, tego piasku czułem emocje ludzi, którzy tam wówczas byli – wspominał Dalajlama.
Duchowy przywódca tybetańskich buddystów miał też okazję uczestniczyć w swojej wojnie – we wspieraniu antykomunistycznej, tybetańskiej partyzantki. – Nazwałem rebeliantów reakcjonistami i stwierdziłem, że Tybetańczycy nie powinni ich wspierać. Jednocześnie nasza delegacja została poinstruowana, by namawiała partyzantów do dalszej walki. Mówiliśmy dwoma językami: oficjalnym i nieoficjalnym. Oficjalnie uznawaliśmy ich działania za rebelię, nieoficjalnie mieliśmy ich za bohaterów i mówiliśmy im to – twierdził Dalajlama XIV w książce “The Last Dalai Lama” Michaela Harrisa Goodmana. 





Tybetańscy Żołnierze Wyklęci byli wspierani przez CIA. Brat Dalajlamy był jednym z głównych organizatorów niepodległościowej rebelii i zarazem należał do "największych aktywów" Agencji. CIA przekazywała Dalajlamie 180 tys. USD subwencji rocznie. Program został jednak wstrzymany w 1972 r., po wizycie Nixona w Chinach. CIA pomogła mu również w ucieczce z Tybetu do Indii w 1959 r. Paradoksalnie ta ucieczka i późniejsza działalność emigracyjna Jego Świętobliwości bardziej przyczyniły się do rozpropagowania buddyzmu tybetańskiego na świecie niż działalność wszystkich poprzednich dalajlamów...



Dalajlama XIV opierał się nie tylko na Amerykanach. Układał sobie dobre relacje z wszystkimi siłami będącymi w opozycji do Chin. Np. patrzył przychylnie na indyjski program nuklearny widząc w Indiach przeciwagę dla chińskiej potęgi. Indie przeprowadziły pierwszy tajny test jądrowy w 1974 r. Dały mu kryptonim "Śmiejący się Budda". Gdy w 1998 r., w dzień urodzin Buddy, Indie przeprowadziły próbę jądrową, bronił tego testu. - Indie powinny mieć taki sam dostęp do broni jądrowej jak kraje rozwinięte. Przekonanie, że kilka krajów może posiadać broń jądrową a reszta świata nie, jest niedemokratyczne – przekonywał.


Gdy były chilijski dyktator Augusto Pinochet Ugarte był zagrożony ekstradycją do Hiszpanii, Dalajlama stanął w jego obronie. Stwierdził, że Pinochetowi trzeba wybaczyć.

Oczywiście Dalajlama próbował również skorzystać z rozłamu sowiecko-chińskiego. Miał więc bardzo dobre relacje z Breżniewem. Jak czytamy:



"
Pupil sekretarza KC wabił się Lama. Imię to wzięło się od imienia duchowego przywódcy Tybetańczyków. Ponoć dalajlama osobiście podarował Breżniewowi kota trzy tygodnie przed zamachem, w czasie wizyty sowieckiego sekretarza u premier rządu Indii, Indiry Gandhi. Choć w 2007 r. dalajlama wyparł się w rozmowie z rosyjskim tygodnikiem śledczym „Nasza Wersja”, jakoby kot był prezentem od niego, Atamanienko relacjonuje w książce spotkanie obu przywódców. Według otoczenia Breżniewa dalajlama miał odgadnąć, że gość z ZSRR 13 lat wcześniej przeszedł zawał serca, a następnie ostrzegł go, że będzie grozić mu inne śmiertelne niebezpieczeństwo. Zdumiony Breżniew nie protestował, kiedy mnich zapytał, czy nie przyjąłby prezentu, który uchroni go przed zagrożeniem. Był to czarny kot. Dalajlama nazywał go talizmanem, polecał, by Breżniew karmił go wyłącznie surowym mięsem oraz zwracał uwagę na jego zachowanie. Jeśli kot zacznie być nerwowy, jego pan powinien mieć się na baczności. 


Ponoć 22 stycznia 1969 r. Lama obudził Breżniewa w jego rezydencji w Zawidowie, wskoczył mu na piersi i wyraźnie okazał niepokój. Sekretarz zlekceważył jednak humory zwierzaka. Przypomniał sobie o nich, odbierając w limuzynie telefon od Andropowa. Dlatego kiedy 13 miesięcy później, 20 lutego 1970 r. Lama od samego świtu nie odstępował Breżniewa na krok, ocierając się o jego nogi i łapiąc zębami za mankiety spodni, sekretarz potraktował ten sygnał poważnie. „Chłopcy, wy jedźcie, a ja tu popracuję nad dokumentami... Przyślijcie po mnie drugą zmianę” – powiedział do ochroniarzy, którzy mieli zawieźć go na Kreml.
Limuzyna Breżniewa nie dotarła do celu. Na jednym ze skrzyżowań z bocznej ulicy niespodziewanie wyjechała wojskowa ciężarówka. Nikołaj Zieńkowicz, autor „Kremlowskiej księgi zamachów”, opisywał ten wypadek, powołując się na treści z tajnych komunikatów KGB. „Kierowcy ziła udało się uniknąć zderzenia czołowego, lecz samochód wpadł w poślizg i uderzył o słup trakcyjny”. Pięciu z sześciu oficerów przeżyło. Skończyło się na połamaniu żeber, zwichnięciach i zadrapaniach. Zginął tylko jeden, Władimir Jegorow. Akurat siedział na miejscu Breżniewa i spał po nocnej służbie. (...)



Lama jeszcze parokrotnie ostrzegał Breżniewa przed niebezpieczeństwem. Gdy sowiecki przywódca wybierał się w 1971 r. do Francji na zaproszenie prezydenta Georges’a Pompidou, kot nie pozwolił założyć sobie obroży, wyrywał się, uciekał. Zaniepokojony tym zachowaniem sekretarz KC wykręcił numer telefonu do Andropowa i zapytał, czy KGB ma jakieś nowe meldunki z Paryża. Andropow przyznał, że pół godziny wcześniej dostał ostrzeżenie o możliwym zamachu planowanym przez francuskich nacjonalistów ze skrajnej organizacji OAS.
„Wywiad radziecki otrzymał sygnał: gdy Breżniew będzie składał wieniec przed Łukiem Tryumfalnym, możliwe, że zostanie do niego oddany strzał z karabinu z celownikiem optycznym. Złożoność sytuacji polega na tym, że przy Łuku zbiega się dwanaście ulic, trudno jest zapobiec aktom terroru. Nie wiadomo, skąd zamachowiec może strzelać” – pisał Nikołaj Zieńkowicz, czerpiąc informacje z raportów KGB. „Na wszelki wypadek zablokowano wszystkie ulice. Wykorzystano 12 tysięcy francuskich policjantów (po tysiąc na każdą ulicę), 6 tysięcy strażaków (po 500 na dachach domów przy każdej ulicy) i tysiąc policjantów (specjalna rezerwa prefekta Paryża) w celu zagwarantowania bezpieczeństwa w rejonie placu. Jednakże wystrzał nie padł. Albo sygnał był fałszywy, albo zamachowcowi przeszkodziły wzmocnione środki bezpieczeństwa”. (...)


Breżniew zmarł w listopadzie 1982 r., choć niewiele brakowało, by stracił życie osiem miesięcy wcześniej, w czasie wizyty w zakładach lotniczych w Uzbekistanie. Tak wypadek z 23 marca wspomina generał-major KGB Władimir Miedwiediew, osobisty ochroniarz Breżniewa: „Ruszyliśmy do montażowni. Drzwi do hangaru były szeroko otwarte i tłum ludzi też tam się wdarł. (...) Tysiące robotników wdrapywało się na rusztowania wokół budowanych samolotów, rozpełzało się wszędzie jak mrówki. Ochrona z trudem powstrzymywała napierający tłum. Nie opuszczał nas niepokój. Leonid Iljicz prawie już wyszedł spod samolotu, gdy nagle rozległ się potworny huk. Wiązary nie wytrzymały i wielka drewniana platforma – długa jak samolot, szeroka na cztery metry – runęła pod ciężarem poruszających się na niej ludzi... A oni, niczym po równi pochyłej, staczali się na nas”. Oszołomiony Breżniew leżał na plecach. Miedwiediew podnosił go wraz z jego osobistym lekarzem, doktorem Kosariewem. Przywódca miał rozbitą i zalaną krwią głowę, złamany obojczyk. Jednak, jak pisze Atamanienko, po powrocie spotkał go jeszcze większy cios. Lama czekający w rezydencji w Taszkiencie na Breżniewa pogryzł i podrapał ochroniarzy, a gdy ci próbowali go schwytać, wyskoczył na ulicę prosto pod koła nadjeżdżającego samochodu."
 (koniec cytatu)
Wspomniane w tym artykule zamachy na Breżniewa były najprawdopodobniej organizowane przez Andropowa. Sam Breżniew (rozmawiający z Gierkiem po polsku i przyznający się do matki pochodzenia polskiego) co prawda doprowadził ZSRR do największej potęgi i wewnętrznego dobrobytu, ale jednocześnie hamował plany wojskowych takich jak marszałek Kulikow przewidujące wybuch III wojny światowej. (Co zostało przypadkiem pokazane chociażby w "Jacku Strongu".) Wsparcie "magiczne" jakie Dalaljlama okazywał Breżniewowi było więc dla świata dobre - im dłużej Breżniew żył, tym ZSRR dalej odkładał w przyszłość swoją ekspansję.


Dalajlama, podobnie jak papież, łączy władzę świecką z duchową. Jest kimś w rodzaju buddyjskiego pontifexa maximusa. Ma obowiązek zajmować się nie tylko zagrożeniami politycznymi, ale również ponadnaturalnymi. Jest więc kimś w rodzaju Doktora Strange'a :) Jak tą misję realizuje? O tym w następnym odcinku serii Shamballah. Będzie m.in. o spętanych demonach i Panu Piekieł.

  

niedziela, 5 maja 2019

Re:Restituta - Co mogliście przeoczyć

Ilustracja muzyczna: Myth & Roid - Styx Helix - Re: Zero Ending



Niedawno zakończona seria Restituta nie była tylko rocznicową opowiastką o pierwszych latach II RP. Nie była też zwyczajnym oraniem narracji różnych kucerzy i powielaczy giertychowych narracji. Mało kto to zauważył, ale to był również brakujący prequel do Wrześniowej Mgły.To opowieść o dwóch środowiskach, które spotkały się w latach 1904-1918 w galicyjskim, wywiadowczym gnieździe żmij, by zetrzeć się później w 1922 r., 1926 r. i 1939 r. To tam są korzenie lwowsko-paryskiego zamachu stanu z września 1939 r.



Jestem trochę rozczarowany, że pierwszy odcinek serii Restituta, poświęcony nieznanemu, polskiemu zamachowi na cara Mikołaja II - pierwszej próbie wywołania wojny światowej! - nie wywołał szoku. Przy odcinkach o Zagórskim i Konecznym chyba wszyscy jednak załapali narrację o ówczesnej wojnie hybrydowej. Odcinki o prawdziwym obliczu Paderewskiego i Hallera, o prawdziwych kulisach Powstania Wielkopolskiego i Powstań Śląskich a także o Pękosławskim spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem. Nasza historia jest bowiem o wiele ciekawsza niż sądzą różni przepisywacze, odgrzewający stare kotlety po Cacie-Mackiewiczu czy Jędrzeju Giertychu. Przyznajcie sami? Co wygląda bardziej cool: Paderewski pierdoła wzruszający Wilsona łzawymi opowiastkami o Polsce, czy Paderewski przygrywający na fortepianie podczas orgii rodem z "Oczu szeroko zamkniętych"? Haller leżący krzyżem w kościele i modlący się o zwycięstwo, czy też Haller realizujący wojnę hybrydową dla Austriaków i chroniony przez Dzierżyńskiego w Moskwie w 1918 r.? Zagórski dający się zaszlachtować jak baran czy też pozorujący własną śmierć i spędzający resztę życia w Panamie? Piłsudski pierdoła na koniu, "co uciekł do kochanki i wprowadził w Polsce socjalizm", czy też Piłsudski destabilizujący Niemcy i Rosję za pomocą rewolucji i wojny hybrydowej?



Wrześniowa Mgła  była pierwszą serią pokazującą, że nasza historia była o wiele ciekawsza od tych kłamstw i niedopowiedzeń, co nam serwują w większości książek. Wrzesień 1939 r. stał się niejako punktem wyjścia do zajrzenia za mgłę fałszywych narracji. W seriach Steamroller oraz Inferno pokazałem Wrzesień 1939 r. i drugą wojnę światową na szerszym tle: wielkiego planu skruszenia europejskich mocarstw przez USA i zastąpienia ich w roli globalnego hegemona. To nie "perfidny Albion" wciągnął nas w wojnę z Niemcami. To my pomogliśmy go wciągnąć do wojny Amerykanom. W seriach Magiczna Kula z Dallas oraz Euphoria pokazałem co Ameryka z tym zwycięstwem i z tą hegemonią zrobiła.



W serii Samael przyjrzałem się narodzinom spiskowego kłębowiska żmij w Ameryce.




W serii Archanioł pokazałem jak pomogliśmy temu kłębowisku żmij wywołać pierwszą wojnę światową i rewolucję w Rosji. Jak zniszczyliśmy trzy monarchie zaborcze i jak dzięki temu odzyskaliśmy niepodległość. Jedna "czerwona nić" biegła od Radziwiłła "Panie Kochanku", illuminaty Tadeusza Grabianki i Sułkowskiego do Bilińskiego, Hutten-Czapskiego, Piłsudskiego i Dzierżyńskiego. W serii Prometeusz opisałem jak nasi prometejscy sojusznicy a zwłaszcza Ławrientij Beria próbowali zniszczyć ZSRR od środka i jak ich próby wpływały na Polskę. I jak wpływają do dzisiaj (choć oczywiście o wiele słabiej niż w przeszłości).

W serii Dies Irae przyjrzałem się wielkiemu spiskowi jakim była druga wojna światowa z perspektyw różnych biorących w niej sił, a szczególnie Niemiec.




W serii Pontifex opowiedziałem o roli Stolicy Apostolskiej w przemianach i spiskach ostatnich 170 lat. Zasugerowałem, że Jezus był założycielem organizacji wywiadowczej, co wówczas jeszcze jakoś szczególnie nie zaszokowało czytelników...



W serii Demiurg przyjrzałem się roli jaką odegrali w tym spiskowym kłębowisku sabatejczycy i ogólnie wyznawcy pewnej istoty duchowej z Synaju podającej się za Boga Jedynego. Wywołało to płacz i zgrzytanie zębów u różnych analbaptystów. Niektórzy byli też zszokowani koncepcją, że na naszą historię mogą wpływać jakieś byty pozamaterialne. No cóż, można też powiedzieć, że materialistyczne koncepcje historii są stosunkowo młode i nie sprawdzone...

Wsłuchajcie się więc zapowiedź nowej serii: Shamballah




Będzie dużo o tybetańskim "Watykanie", o trucicielstwie, rytualnej polityce, spętanych potężnych demonach, poszukiwaniach największej skarbnicy wiedzy w dziejach świata i o tym jak współczesne teorie idealnie korespondują z pradawnymi przekazami.  Teorie Mathilde Ludendorff (żony znanego obywatela Swarzędza) mówiące o tym, że "dalajlama kontroluje Żydów i papieża" nie będą już wydawały się takie szalone... :) Idziemy śladami "Vrila"!



Vril Power for Europe!/ Vril Power USA!/ Find Shamballah before it's to late!

niedziela, 28 kwietnia 2019

Restituta: Patriota


 Ilustracja muzyczna: Max Raabe & Palast Orchester - Tainted Love



Ten człowiek był szczerym, idealistycznym patriotą i zarazem jednym z najbardziej błyskotliwych polskich prawicowców, a nie ma nawet małego hasła w Wikipedii. Jan Pękosławski - pewnie o nim nie słyszeliście? No cóż, wielu osobom zależało na tym, by przemilczeć jego historię.



Pękosławski był warszawskim przedsiębiorcą, przez wiele lat aktywnym w kręgach chrześcijańsko-narodowych. Miał okazję poznać poznać Dmowskiego, gen. Szeptyckiego i Witosa. Polską rzeczywistość polityczną, społeczną i gospodarczą oceniał bardzo krytycznie. Uważał przedmajową sejmokrację za ustrój skrajnie nieefektywny, a jako gospodarczy liberał i przy tym nacjonalista bolał nad polityką ówczesnych rządów. Spodziewając się, że państwo będzie pogrążało się w chaosie i będzie rozrywane przez bolszewicką dywersję ideologiczną, postanowił stworzyć stowarzyszenie mające dążyć do reform i obrony Polski przed zagrożeniem zewnętrznym. Razem z gen. Witoldem Gorczyńskim (współtwórcą Legionu Puławskiego, oficerem carskiego kontrwywiadu wojskowego - kolesiem z wielkimi, hipsterskimi wąsami na zdjęciu powyżej) założył Pogotowie Patriotów Polskich.



Niemal wszystkie opracowania określają PPP jako "organizację typu faszystowskiego". Poważni historycy rozpisują się o tym, że jakoby rzekomo miała ona plany zbrojnego opanowania Warszawy i że jej członkowie całowali krzyż, który całował przed śmiercią Eligiusz Niewiadomski.  Rzadko kto jednak odwołuje się do świadectwa Pękosławskiego - jego książki "Dla potomności". Pękosławski twierdzi bowiem, że jego związek nie był żadną konspiracją - działał jawnie! Wszyscy wiedzieli o jego istnieniu, odezwy PPP były wywieszane na ulicach a Pękosławski zapowiadał, że kiedyś zorganizuje na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie defiladę członków grupy. Co więcej, Pękosławski próbował PPP zarejestrować jako legalne stowarzyszenie. Ale urzędnicy mu to utrudniali. Gdy skontaktował się w tej sprawie z ministrem spraw wewnętrznych Władysławem Kiernikiem (PSL "Piast"), szef resortu rżnął głupa, że nie zna się na procedurach. Z Pękosławskim spotykali się również endeccy politycy tacy jak Stanisław Głąbiński czy generałowie (m.in. Szeptycki), ale nie posunęli sprawy do przodu. Endecja początkowo chciała współpracować z PPP, ale po pewnym czasie zaczęła ostro tą organizację obsmarowywać widząc w niej konkurencję. W PPP uaktywnili się natomiast prowokatorzy. W końcu służby zagrały ostrzej. Twórca PPP, wraz z kilkoma innymi działaczami tej grupy został aresztowany w 1924 r. pod zarzutem próby dokonania zamachu stanu. Najprawdopodobniej zrobiono z niego kozła ofiarnego, by odwrócić uwagę od finansowanych przez Wall Street grup spiskowych Paderewskiego i Hallera zamieszanych w zamach na Narutowicza.

Proces Pękosławskiego jednak się przedłużał z powodu miałkości dowodów. Po zamachu majowym twórcę PPP oczyszczono więc z zarzutów. Gen. Gorczyński przypłacił jednak całą sprawę ciężkim zapadnięciem na zdrowiu i przedwczesnym zgonem. W 1929 r. Pękosławski napisał rozliczeniową książkę, w której nie zostawiał suchej nitki na swoich dawnych politycznych sojusznikach. Ta książka to unikalny opis przedmajowej II RP, pełny zadziwiająco trafnych spostrzeżeń i złośliwych uwag.



Pękosławski, narodowiec i kapitalista, zszokował m.in. niektórych swoich znajomych otwarcie popierając Piłsudskiego po zamachu majowym. W swojej książce pisał:




""Wreszcie gdyby dzisiaj nie było Piłsudskiego, to któżby nas zabezpieczył i obronił od bolszewizmu, od naszych wew­nętrznych wywrotowców, którzy mają za plecami ostoję i po­moc nie lada? Czy nasi socjaliści? Sądzę, że choć są bardzo dzielni i odważni, to jednak są za mało liczni. Może chłopi? Po­każcie mi zorganizowanych chłopów, którzy by mogli przeciw­stawić się bolszewizmowi, a wreszcie policzcie ilu chłopów by­łoby za obroną, a ilu za bolszewizmem. Pozostaje więc tylko prawica, ale cóż ta prawica warta? Z wielkim hałasem przywró­ciła do życia, „Sokoła“, utworzyła Związek Hallerczyków, po­tem „Ku Chwale Ojczyzny“ (?) Związek Dowborczyków, potem znów Związek Strzelca Kurkowego, który miał nam dostarczać pierwszorzędnych strzelców, wreszcie utworzyła Legję Obrony Konstytucji, — jako Kapitalne głupstwo, bo Legja miała bronićt ego, co było przyczyną największego zła w państwie t. j. wadliwej Konstytucji,—a na ostatku wiekopomne dzieło „Straż Naro­dową“ i wszystkie te związki i organizacje, powiedzmy wyraź­nie i otwarcie, były formowane przeciwko lewicy i przeciwko piłsudczyźnie, ale kiedy Piłsudczycy wyszli do boju na ulicę, to ani jednego z tych związków nie było. Gdyby tak wezwać ich do pełnego żłobu, to na pewno zbiegliby się wszyscy, ale do ka­rabinu nie było i nigdy nie będzie ani jednego. Jak już mówi­łem. przed komunistami zmiataliby na pewno tak samo, jak na­rodowcy w Rosji. Wszystkie te organizacje były charakteru luźnego, żadna z nich nie miała ducha twórczego, żadna nic nie robiła i nie robi i istota ich polega tylko na zapisaniu się na członka.Pozostają więc tylko organizacje marsz. Piłsudskiego. Organizacja „Strzelca“ na pewno wystąpiłaby w sposób zdecydowany i nigdy nie dopuściłaby do przewrotu bolszewickiego. Najlepszym tego dowodem jest, że w czasie przewrotu majowego nie nastąpiła nigdzie nie tylko jakaś pokusa bolszewicka, ale nie było nawet ani jednego wypadku jakiegoś rabunku, czy napadu, co zazwyczaj w takich razach staje się rzeczą nieu­niknioną" (...)
Prawica naszą stale kompromitu­je się swoją polityką i stale przemienia swoje szyldy i nazwy. Dawniej nazywała się Narodową Demokracją, później, po skom­promitowaniu się, kiedy dążyła do autonomji i do jakiejś ugody z moskalami, przemianowała się na Związek Ludowo-Narodo­wy, kiedy znów ten Związek był u władzy i stale kompromitował się swojemi poczynaniami, to znów przezwała się Stronnictwem Narodowem, a ostatnio słyszymy, że urabia się grunt dla nowej nazwy, dla Obozu Wielkiej Polski. I tak zawsze będzie, bo wszę­dzie są ci sami ludzie, ten sam kierunek i ten sam marazm i nie­dołęstwo. (...)




Kiedy znów w 1914 roku, zaraz po wybuchu wojny, by­łem na herbatce u p. Grabskiego, ówczesnego członka zarządu Narodowej Demokracji, na której było kilku członków zarządu tego stronnictwa to p, Grabski z całą kategorycznością dowo­dził, że ze względów ekonomicznych Polska Niepodległa, odcięta granicą od Rosji, utrzymać by się nie mogła i że z tych powodów Nar. Demokr. nie tylko nie dąży do niepodległości, ale przeciwnie, gdyby tylko ktokolwiek bądź taką koncepcję wysunął, ona by ją udaremniła. (...) To było powodem, że cała prawica przeklinała i z błotem mie­szała Witolda Gorczyńskiego za to, że się odważył poza pleca­mi N ar. Dem. tworzyć legjony. Psuło to Dmowskiemu jego po­litykę, polegającą chyba na chęci wykazania, że naród jest stadem lojalnych i biernych baranów. (...)



Co do jego etyki, to jeżeli zarzucano brak jej Korfante­mu, który miał przecież wyższe wykształcenie i który z tego powodu wychowywał się w innem otoczeniu, to cóż tu było mówić o etyce chłopa Witosa. To też p. Witos, jak już wspo­minałem, nie tylko wydawał rozmaite rozporządzenia, oparte
na demagogji i godzące w najżywotniejsze interesy państwa, ale też dopuścił do afery Dojlidowskiej i otaczał się stale taki­mi posłami, których jedynem zajęciem były rozmaite afery, koncesje, protekcje, konwentykle, łajdactwa i pjjaństwa na je­go cześć w knajpach urządzane. Wszelkie sprawy państwowe
omawano w knajpach przy kieliszku i pod dobrą datą (prze­ważnie w restauracji ,,Pod Bachusem"). Opowiadano nawet, że na jednej z takich libacji, urządzonej w mieszkaniu jednego z posłów na cześć zięcia Witosa — zwykłego chłopa Stawarza, tenże p. Stawarz tak się upił, że dostawszy torsji, wyszedł na balkon, przechylił się, wypadł i zabił się na miejscu. (...)


Muszę tu jeszcze wyjaśnić, w jaki sposób wysuwano u naskandydatów na posłów i senatorów . Otóż członkowie zarządu każdego stronnictwa, w pierwszym rzędzie zachowywali kandydaturę dla siebie, potem dla swoich faworytów , a w reszcie, pozostałe wolne miejsca, obsadzał zwykle jakiś młodzieniec, odgrywający rolę sekretarza zarządu danego stronnictwa i panna pisząca na maszynie. Kto się więc najwięcej umizgał i naj­więcej u iał przypodobać tym ostatnim dwóm osobom, ten najmocniej miał zapew ioną kandydaturę."

Pękosławski przypomina, że niektórzy posłowie do Sejmu Ustawodawczego kradli łyżki i widelce z sejmowej restauracji. I ci sami ludzie spisali Konstytucję Marcową - ustrojowego potworka stworzonego tylko i wyłącznie na złość Piłsudskiemu. W maju 1926 r. próbowano zmobilizować społeczeństwo hasłem obrony tej konstytucji. Tymczasem kolejne przedmajowe rządy konstytucję nieustannie łamały i tolerowały działalność stronnictw wzywających do jej obalenia - np. radykalnych socjalistów (głoszących hasło rewolucji), komunistów i ludowców z PSL "Wyzwolenie" (chcących wbrew konstytucji konfiskować majątki ziemskie bez odszkodowania). Państwo za to ostro brało się za grupy takie jak PPP, które dążyły do reform i obrony republiki.

Książka Pękosławskiego zadaje też potężny cios współczesnej narracji mówiącej, że "sanacja wprowadziła w Polsce socjalizm". Okazuje się bowiem, że skrajny fiskalizm i biurokratyzm - większy jeszcze niż w demonizowanym okresie sanacji! - panował przed majem 1926 r. Pękosławski wskazuje, że wszystkie rządy przedmajowe (z wyjątkiem socjalistycznego rządu Moraczewskiego) były rządami mieszanymi, w których swoich reprezentantów miała też prawica. Twórca Pogotowia Patriotów Polskich za szczególnego szkodnika gospodarczego uważał Władysława Grabskiego. Grabski podczas jednego z przemówień sejmowych powiedział, że misją jego rządu jest, by... nie było ludzi bogatych w Polsce. Ów "wybitny ekonomista" nie mógł zrozumieć, że podstawową przyczyną załamania polskiej waluty był kiepski bilans handlowy. Bilans ten był kiepski, bo rząd... blokował eksport, utrudniając m.in. wywożenie z Polski drewna, cukru i innych surowców naturalnych. O przedmajowej polityce gospodarczej Pękosławski pisał:




"Znam przemysłowca, który miał w 1919 r. fabrykę mydełek. Dla swojej fabrykacji potrzebował 2 wagony węglamiesięcznie. A by otrzymać ten węgieł, musiał złożyć W Urzę­dzie Węglowym podanie. Takie podania rozpatrywała specjal­na komisja, ale ponieważ zarzucona była podaniami i nie mo­gła się zbierać codziennie, więc na odpowiedź trzeba było cze­kać kilka tygodni. Po kilku tygodniach powiedziano mu, że wę­gla nie dostanie, dopóki nie przedstaw i dowodów na prawo prowadzenia fabryki. Kiedy dowody przedstawił węgiel mu obieca­no. Znów upłynęło kilka tygodni i znów mu powiedziano, że węgla nie dostanie, dopóki nie udowodni co z temi mydełkami robi. Bo okazało się, że musi być dostawcą rządowym, tak jak
gdyby społeczeństwu nie wolno myć się było. Kiedy przedstawił świadectwo, że jest dostaw cą Czerwonego i Białego Krzyża, to mu już węgieł obiecano na pewno. Po paru tygodniach nowa formalność, bo Komisja zapytała go z czego te mydełka wyra­bia. Przemysłowiec ten, nie rozumiejąc zapytania, odpowiedział,że z tłuszczów. ,,Tak, ale skąd pan bierze te tłuszcze? Powinien
pan brać ze specjalnego urzędu, bo prywatnie kupować nie wolno“.
Odpowiedział, że potrzebuje tłuszczów około 10 pudów dziennie, a urząd mu daje 10 pudów miesięcznie. ,,To nic, ale musi pan przedstawić świadectwo“. Świadectwo przedstawił i tym sposobem dopiero po 4-ch miesiącach węgieł otrzymał i nota bene tylko czwartą część tego, co potrzebował. A potem
w następstwie ciągle mu kazano co miesiąc takie podania skła ­dać i na rezultaty wyczekiwać. Z produkcją więc kulał, tłusz cze po złodziejsku nocami sprowadzał i duże koszty i straty z tego powodu ponosił, które przecież m usiał odbijać na konsu­ mentach.
2) Pewien obywatel ziemski z Piotrkowskiego wygadał się w 1920 r. przed starostą, że ma zamiar odbudować w swoim majątku, zniszczony przez Niemców, młyn wodny. Na to starosta mu powiedział, że tak nie wolno, że dopiero musi uzyskać pozwolenie z Min. Przem . i H andlu, Pomyślał sobie, że to nie wielka bieda, bo przecież jak będzie w Warszawie, to sobie
takie pozwolenie wyrobi. No, — ale czyż można było winić urzędników Min, Przem . i H andlu, że byli przeładowani p racą i że mu kazali kilkanaście razy przychodzić i po p arę godzin wyczekiwać, aby nareszcie po rozpatrzeniu spraw y oznajmić mu, że musi wpierw udać się do Min, Rolnictwa i Dóbr Państwo­wych, aby tam sobie wyrobić pozwolenie na prawo wycięcia kil­ku sosen w swoim lesie, które mu były potrzebne do odbudo­wania tego młyna? Kiedy to uzyskał, powiedziano mu znowuż, że musi jeszcze otrzymać pozwolenie z Min, K ultury i Sztuki, bo widocznie chodziło o to, żeby ten młyn nie szpecił widoku pięknej okolicy i może, żeby był w odpowiednim stylu wybu­dowany? Kiedy więc zgłosił się do Min. Kultury i Sztuki, to zażądano od niego szczegółowych planów tego młyna i powie­dziano mu, że dopiero Komisja Międzyministerialna wyśle de­legatów na miejsce i dopiero po jej orzeczeniu wydadzą mu świadectwo. Straciwszy więc kilka miesięcy czasu i nie widząc końca tych głupich i bezcelowych formalności, machnął ręką
i młyna nie odbudował.
3) Ten przykład dotyczy mnie osobiście.
Nie chcąc siedzieć bezczynnie, a chcąc się przyczynić do podniesienia produkcji krajowej, zadatkowałem w 1919 roku 300 dziesięcin lasu pod Kowlem. W następstw ie miałem zaku ­pić jeszcze 1000 dziesięcin, a drzewo częściowo miało iść na wywóz zagranicę, częściowo na potrzeby kraju, a reszta na opał. O kazało się, że drzew a nie wolno było wywozić zagranicę,
bo było nam potrzebne na odbudowę kraju.
K to zna nasze Kresy i wielkie obszary leśne, to wie, że las z jednego tylko majątku wystarczyłby na odbudowę całego kraju, a tu wysuwali takie argumenty. Przecież takie prawo od­bierało nam możność zdobywania walut zagranicznych i tym spo­sobem przyczyniało się do spadku naszej m arki, nie mającej żadnego zabezpieczenia.
Ale nie było rady. Jestem przecież obywatelem tego kra ­ju, więc m usiałem się podporządkować wszystkim obowiązują­cym praw om i przepisom. Zacząłem więc zabiegać o wagony
do ładowania budulca dla kraju. Po kilku tygodniach odsyłania mnie od jednej władzy do drugiej, oparłem się o Min. Rol­nictw a i Dóbr Państwowych, gdzie mi powiedziano, że jeżeli chce otrzymać wagony, to muszę przedstawić świadectwo, że jestem dostaw cą rządowym. Prywatnym przemysłowcom wago­nów nie dawano, bo w mniemaniu władz, gromadzili oni zapasy drzewa, urządzali „pasek" i wywoływali sztuczną drożyznę.Więc Minist, nie było w stanie zorjentować się, że to przecież ono, nie dając mi wagonów, zmuszało mnie i innych do groma­dzenia drzew a w lesie, do niewypuszczania go na rynek i do urządzania t. zw. paska. Przytem , przy bliższej rozmowie oka­zało się, że rząd nie będzie brał ode mnie drzew a w stanie okrą głym, surowym. Ja k że więc ja to miałem zrobić? Las kupiłem o kilkanaście kilometrów od placu boju z bolszewikami i nie mogłem przecież budować tam tartaku, a gdybym naw et mógł, to przecież nie wolno było sprowadzać maszyn z zagranicy, a kraj nasz maszyn takich nie wyrabiał. Drzewo więc mogłem
sprzedawać tylko takiem u, który posiadał tartak gotowy i on dopiero mógł sprzedawać drzewo przedsiębiorcy rządowemu. Poradzono mi na razie, abym wziął świadectwo od właściciela tartaku, on zaś, aby wziął od przedsiębiorcy rządowego, a do­piero przedsiębiorca od odpowiedniego urzędu, w którym miał robotę. W końcu jednak zorjentowano się, że takie świadectwa nie byłyby miarodajne, czyli nie było sposobu, żebym wagony
mógł otrzymać. I znów trudno, postanowiłem wszystko wyciąć na opał.
A le tu znów okazało się, że osobom prywatnym drzew a sprze­dawać nie wolno. Musiałem być dostawcą PUZAP'u i tylko stamtąd wagony otrzymać mogłem. Zanim jednak z PUZAP'em kontrakt zawarłem , to stracił on prawo wydawania frachtów i musiałem się zgłosić po nie do specjalnego Urzędu Węglowe­go. Po paru tygodniach dano mi odpowiedź, że ponieważ Urząd
Węglowy nie zna rynku drzewnego, to prawo podziału wagonów przyznał Kołu Kupców Drzewnych. Nie rozumiano tam, że przecież Koło Kupców Drzewnych, jako mój konkurent, zrobi wszystko, aby mi wagonów nie dać. I rzeczywiście w grudniu 1919 roku odpowiedziano mi, że wagonów tymczasem dać nie mogą, a dopiero, jak na urągowisko, w maju 1920 roku, zapytano mnie telefonicznie, czy nie potrzebuję wagonów i w jakiej ilości.
W czasie więc, kiedy cena drzew a dochodziła do 12 Mk. za pud i kiedy ja mogłem dostarczać po 4 — 5 Mk., to rząd związał mi ręce i nogi, abym nic nie robił i potem w takich wa­runkach szukał spekulantów i przyczyn drożyzny.Ponieważ z drzewem nie mogłem czekać drugiej zimy, bo nie wiedziałem co mnie znów spotkać może, a tymczasem mu­siałem płacić za las raty miesięczne, więc straciwszy na owe czasy dość pokaźną sumę, bo 40 tysięcy marek kontraktu zrzec się m usiałem i postanowiłem nic przy takim rządzie nie robić.
Przeczekawszy jednak rok czasu i nabrawszy nierozważ­nego przekonania, że przecież teraz jest lepiej, powtórnie po­stanowiłem na jesieni 1920 roku kupić majątek leśny od Niemca na Pomorzu. Ponieważ chodziło o to, że trzeba było wyłośyć całą go­tówkę, której w całości nie miałem, a kredytu w żadnym banku, z powodu spadku marki, otrzymać nie mogłem, więc musiałem znaleźć takiego kupca na drzewo, któryby mi dał większą za­liczkę,
Po 5 miesiącach starań, kłopotów i wyjazdów, sprowadzi­łem na swój koszt przez specjalnego wysłańca 2-ch agentów angielsko-belgijskiej firm y z Hamburga do Gdańska, z którymi po ciężkich trudach kontrakt na dostawę słupów telegraficznych.i podkładów kolejowych zawarłem . Atoli tego samego dnia po wyjściu od rejenta, w padł mi w Gdańsku do ręki K urjer War­szawski, w którym wyczytałem , że wyszło nowe prawo, na mocy
którego od wywozu takich objektów nałożone jest cło w wyso­kości 50% ceny sprzedażnej. Ponieważ agenci firmy przyjąć na siebie tego nowego po­datku nie chcieli, bo cena drzewa stałaby się o wiele większą od ceny z krajów północnych, a ja przecież nie mogłem im dawać drzewo po cenach niżej kosztu samego wyrębu, więc po­wtórnie, ale tym razem straciwszy pół miljona marek, kontrakt zerwałem i przysiągłem sobie stanowczo do żadnych interesów więcej nie przystępować.
Wyjaśnić muszę, że rozporządzenie powyższe było ogło­szone przez rząd premjera-chłopa Witosa w celach demagogicz­nych, aby dać dowód włościanom, że pan Witos nie wypuści drzew a zagranicę, a zatrzyma go dla nich na odbudowę. Cho­ciaż więc takie rozporządzenie godziło w najżywotniejsze in­teresy państw a, bo odbierało możność zdobycia walut zagra­nicznych, potrzebnych dla zabezpieczenia naszej waluty, to jednak je ogłoszono, A le czy taki premjer miał jakiekolwiek poczucie patrjotyzmu, poczucie państwowości, czy też gotów był zrujnować kraj i państwo, byleby tylko obałamucać głupie i ciemne masy, byleby na ciemnocie tych mas dogadzać swoje­mu chłopskiemu ambitowi i byleby zdobywać chwilową karjerę ? Jeżeli zaś on tego nie robił celowo,, a tylko z braku wiedzy w zagadnieniach ekonomicznych, to więcej przyniósłby pożytku kra ­jowi, gdyby się wziął do swojej roboty, do ciesielki, czy też do roboty w polu, aniżeli do zajmowania stanowiska, do któ­rego nie dorósł i od którego zależy pomyślność całego kraju. Czy więc można było patrzeć obojętnie na takie sprawy i na takich szkodników państwowych?
4) Jak wiadomo, to w swoim czasie był powołany u nas do życia specjalny Komisarjat do w alki z t, zw. waluciarzami. K omisarjat ten formalnie urządzał na ulicach naganki i biada była temu, przy kim znaleziono choćby 2 dolary, bo momental­nie znajdował się w więzieniu. A skutek tego był taki, że nie tylko każdy poseł i każdy urzędnik, chcąc się zabezpieczyć od strat z powodu spadku naszej marki i aby nie przymierać z gło­du, po otrzymaniu pensji, w tej chwili nabywał obce waluty, ale naw et i ci, którzy to prawo wydali i którzy tych waluciarzy z nadzwyczajną gorliwością ścigali i tępili, również za swoje pensje obce waluty nabywali.
Zamiast więc dążyć do tego, żeby stworzyć taką sytuację, w której by spekulantów walutowych nie było, to ogłaszało się bezmyślne rozporządzenia, które nie tylko nie prowadziły do celu, ale nawet przeciw nie, demoralizowały społeczeństwo, pou­czały go jak kręcić i szachrować i jak obchodzić w szelkie prawa, Komisarjat ten był wynaleziony i powołany do życia przez Ministra Skarbu Grabskiego". (...)




Będąc na jednym z wieców sprawozdawczych, słuchałem przemówienia kilku posłów. Słuchałem, jak dowodzili z zacię­tością, że drożyzna u nas panowała z tego powodu, że rząd po­zwalał wywozić zagranicę zboże, cukier, nabiał i t. p. artykuły spożywcze. Głównie jeden z nich dowodził, że my wszystko powinniśmy zachować dla siebie i że oni, t. j. posłowie, złożą w sejmie odpowiedni wniosek i nie dopuszczą do takiego rządzenia. Posłem tym był za jadły antysemita, zagorzały katolik i narodowiec, W parę tygodni potem , a było to w Wielki Poniedziałek, wybrałem się z wizytą do tego posła i zastałem
u niego 3-ch żydów, z którym i omawiał sprawę wywozu cukru zagranicę.
"





Nie dziwi więc, że Pękosławski przyjął zamach majowy z dużą nadzieją, jako spełnienie swoich postulatów:




"Teraz Bogu dziękuję, że doczekałem się chwili, że moje idee przyoblekły się w ciało, że Marszałek Piłsudski wziął bat do ręki i porozpędzał szkodników państwowych, i dzisiaj jestem zupełnie spokojny o losy naszej Ojczyzny, a to tym bardziej, że jestem przekonanym, że gdyby szkodnikom państwowym odrosły uszy, to im je Marszałek Piłsudski na nowo obetnie” (...)







Wreszcie zapytam wszystkich, czy zapomnieli już, jak dawne rządy pożyczały po kilka miljonów dolarów na lichwiar­ski procent od żydów, czy zapomnieli, jak nas traktowała za­granica; jak nas ta zagranica, a szczególniej Niemcy i Anglja,nazywała państwem sezonowem i jak absolutnie nikt zagranicą nie miał najmniejszej wiary, ani zaufania do Polski? I czy nie wiedzą, że rządy Piłsudskiego otrzymały pożyczkę 70 miljonów dolarów, że do rządów tych zagranica odnosi się z wiarą i zau­faniem, że dzisiaj poselstwa nasze przemianowywane są na am­basady i że Anglja pisze o nas dzisiaj z wielkim uznaniem, a Niemcy, które dawniej szydziły z nas i kpiły, dzisiaj podnoszą wielki krzyk, że z Polską, trzeba się liczyć i że przeciw Polsce trzeba się organizować? Czy tego wszystkiego przeciwnicy Pił­sudskiego nie widzą, czy też tylko przewrotnie nie chcą tego znać? I czy to wszystko nie jest dostatecznym dowodem, że przewrót majowy naprowadził nas na drogę państwa mocar­stwowego, dowodem, że był on dla naszej egzystencji koniecz­nym i dowodem, że nam potrzebne były rządy silnej ręki? Tym zaś, którzy dzisiaj jeszcze są obrońcami  i rzecznika­mi rządów parlamentarnych i którzy stawiają nam za przykład Francję, tak odpowiem : Panowie szanowni! Zgoda na demo­krację, zgoda na sejm, ale nie zapominajcie, że naród polski, ze względu na swoje charaktery i usposobienia, nie tylko nie n a ­d a je się do rządów parlamentarnych , ale potrzebuje  autory­tetu, potrzebuje silnej władzy i niestety, potrzebuje stałego dezynfekowania zarówno ciała, jak i duszy. "

I macie już odpowiedź dlaczego Jan Pękosławski został tak skutecznie wymazany z narodowej pamięci. Jego poglądy bezlitośnie uderzały i w endecję, i w chadecję, i w ludowców, i w socjalistów. Nawet dla sanacji był niewygodnym zwolennikiem. Nie wiemy, jak później oceniał rządy piłsudczyków. Na ile spełniły jego nadzieje? Wiemy natomiast, że całkowicie wycofał się z życia publicznego i rozpłynął w mroku dziejów.

Imieniem gospodarczego szkodnika Władysława Grabskiego nazywa się za to u nas nagrody ekonomiczne. Historyczna idiokracja postępuje jednak coraz bardziej Jakiś liberalny baran, aferzysta z lat 90., ma czelność pisać artykuł do "DGP", w którym dowodzi, że inwestowanie w COP przez sanację było zbrodnią, bo przecież z fabryk w COP korzystali przecież Niemcy. (Można zapytać, to po co Czechy i Francja rozwijały swój przemysł?) A gromadki kuców porównując PiS do sanacji (niesłusznie, bo gdyby PiS rzeczywiście było sanacją, to by Kramek i Kasprzak już dawno siedzieliby w Berezie), sugerują, że "niepotrzebnie prowokujemy Putina, tak jak niepotrzebnie prowokowaliśmy Hitlera". Wielki sabatejski reżyser mówi zaś, że powinniśmy w Polsce zbudować Fort Xi . Takie kondominium chińsko-rosyjskie pod sabatejskim zarządem powierniczym. Nowy Birobidżan. Pękosławski z pewnością się w grobie przewraca...

***

To już ostatni odcinek serii Restituta. Mam nadzieję, że się Wam podobała. Oczywiście myślę już o kolejnej serii - Shamballah. A może macie jakieś specjalne życzenia i chcecie, bym napisał serię o tematyce, która szczególnie mocno Was interesuje? A może chcecie odcinek serii Sny? :)

sobota, 20 kwietnia 2019

Płonąca katedra

 Ilustracja muzyczna: Indila - Dernier Danse






Pożar paryskiej katedry Notre Dame to z pewnością wielki symbol. Jak słusznie jednak zauważył Chehelmut nie tyle upadku dawnej "katolickiej" Francji (bo ten upadek był procesem trwającym etapami od XVIII w. - ale też przerywanym chwilami wielkości, takimi jak epopeja napoleońska czy budowa imperium kolonialnego), co raczej podzwonnym dla tej "pierwszej córy Kościoła". No cóż, nie będę się na ten temat wyzłośliwiał, ani jojczył nad "upadkiem cywilizacji łacińskiej". Mam tylko takie wrażenie, że to francuski 11 września.



Oczywiście pożar mógł być spowodowany niechlujstwem pracowników remontujących katedrę. Ponoć podobne incydenty już się wcześniej zdarzały a rozmiłowane w regulacjach państwo francuskie (które mocno skąpi pieniądze na ochronę zabytków) jakoś nie potrafi wyegzekwować podstawowych norm bezpieczeństwa przy tego typu przedsięwzięciach. Różnego rodzaju firemki-krzaki zatrudniające po taniości nielegalnych imigrantów z Afryki Północnej mają tam sporą niszę do rozwoju.

Jeśli jednak pożar wywołano celowo (były trudne do zweryfikowania doniesienia, że rozpoczął się on w dwóch miejscach), to zapewne francuskie władze sprawę zatuszują dla "dobra pokoju społecznego".  I podobnie jak w przypadku Smoleńska, wersję o "wypadku" zaczęto forsować od samego początku.  Teorie o celowym podpaleniu są zaś tłumione nawet w amerykańskich, konserwatywnych mediach. 

 No cóż, w 2016 r. przyłapano Państwo Islamskie na próbie dokonania zamachu bombowego na katedrę Notre Dame.  Część muzułmanów na pewno świętowała - choćby w necie - pożar katedry. Christopher Hale, publicysta "Time" napisał na Twitterze, że znajomy jezuita powiedział mu, że usłyszał od pracowników katedry, że ogień został podłożony celowo.   Były główny inspektor francuskich zabytków twierdzi, że 800 letnie, wielkie dębowe belki same z siebie nie palą się tak szybko. Wątpi on również w teorię o zapaleniu się dachu katedry od iskry elektrycznej. Instalację elektryczną wymieniano tam w latach 90. Pożar zaczął się na długo po tym jak robotnicy zeszli z rusztowań. W sieci krąży za to film pokazujący jak przed wybuchem pożaru (po 17:00, chyba że kamera jeszcze wskazywała czas zimowy) ktoś chodzi po dachu i w pewnym momencie widać na wysokości jego rąk krótki błysk.



Alarm przeciwpożarowy w Notre Dame odezwał się o godzinie 18:20. O 18:35 policja ewakuowała uczestników mszy św. w katedrze, bez podania przyczyn. Źródła pożaru nie znaleziono. Aż o 18:50 ogień zaczął ogarniać dach.

Tak się dziwnym trafem złożyło, że na luksusowym statku na Sekwanie bawił się wówczas z przyjaciółmi Michelle Obama. I później z dużym zdziwieniem obserwował płonącą katedrę.

Tak się składa, że przez Francję przetacza się fala podpaleń i profanacji zabytkowych kościołów.     Jak stwierdził pewien francuski dziennikarz: są profanowane dwa kościoły dziennie a władze - w tym władze kościelne - mają to gdzieś. Ataki te przypisywane są radykalnie lewicowym pojebom, feminazistkom czy narkomanom. I często mają charakter wyraźnej, satanistycznej profanacji. (Równolegle do tego, atakowane są synagogi i żydowskie cmentarze, ale tutaj sprawcy są raczej oczywiści - i mają pochodzenie bliskowschodnie lub północnoafrykańskie.) Kojarzy mi się to z podpaleniem w 1997 r. kaplicy w Turynie, w której przechowywano Całun. (Oficjalnie pożar ten jest wciąż "tajemnicą". Nieoficjalnie w grę wchodziła bomba zapalająca. ) Tak jak wówczas Całun został ocalony przez bohaterskiego strażaka, tak teraz domniemane relikwie Korony Cierniowej zostały uratowane przez tradsowskiego kapelana paryskich strażaków (udzielającego absolucji ofiarom masakry w Bataclan).

Chehelmucie - pilnuj więc Świętokrzyskich Relikwii Krzyża. 

***

O głupocie Jasia Kapeli krążą od dawna legendy. Gostek cały czas jednak udowadnia, że są one prawdziwe. Kiedyś wymyśliłem zarys scenariusza będącego parodią "Matki Królów". Jaś Kapela zostaje w nim zadenuncjowany Sławomirowi Sierakowskiemu przez Cezarego Michalskiego jako ten, który postawił kloca w pisuarze Świetlicy Krytyki Politycznej. Oczywiście kloca postawił Michalski, ale nie przeszkodziło mu to popełnić długaśnego eseju, w którym oskarżając Kapelę o tę defekacyjną zbrodnię nazwał go "kontynuatorem polityki historycznej Lecha Kaczyńskiego, homofobem, alt-rightowcem, sanacyjnym i hitlerowskim agentem, rewizjonistą, trockistą i titowskim sprzedawczykiem". Jaś Kapela był później zmuszany do samokrytyki i publicznie upokarzany w stylu chińskim. Wilhem Sasnal namalował mural, na którym Jaś Kapela w mundurze generała Franco, spoglądając na klucz bombowców na niebie, wcina kloca. Młodszy brat Jasia Kapeli (nie wiem, czy go ma...) musi się go wyrzec podczas apelu w Multikulturowym Gimnazjum im. Jacka Kuronia. Jaś Kapela zostaje potem zamęczony w więzieniu przez zboczonych niemieckich, turobogejowskich antifiarzy. W protokole zapisano, że nadział się odbytem na metalowe ogrodzenie podczas próby ucieczki. W ostatniej scenie filmu Cezary Michalski snuje się po podwórkach Powiśla i widzi jak mama Jasia Kapeli modli się pod kapliczką. Spogląda na nią z pogardą, ale ma lekkie wyrzuty sumienia...

***

Gdy okazało się, że raport prokuratora Roberta Muellera okazał się bardzo korzystny dla Trumpa (przyznano w nim, że nie ma żadnych dowodów na związki jego kampanii z Rosją ani na obstrukcję sprawiedliwości przez prezydenta), to zastanawiałem się, czy to oznacza, że Trump poszedł na jakąś nieformalną ugodę z Głębokim Państwem. Sygnałem, że do takiej ugody mogło dojść był wybór Williama Barra na prokuratora generalnego. Barr był zastępcą prokuratora generalnego już za Busha seniora. I jest też dobrym znajomym... Roberta Muellera.



Nie zdziwiło mnie więc, gdy Trump powiedział, że "nic nie wie o WikiLeaks" i umył ręce od sprawy Assange'a. Może i Assange pomógł mu wygrać wybory, ale wielokrotnie naruszył interesy Imperium. (Assange wychował się w dziwacznej, neonazistowskiej sekcie. Prywatnie ponoć uważał, że władzę Waszyngtonu należy złamać. Wolał Trumpa od Hillary, gdyż uważał Clintonową za "socjopatkę", które wywoła szereg nowych wojen.)  Wypowiedzi Pence'a, Pompeo i innych przedstawicieli republikańskiego establiszmentu nie zostawiały wątpliwości, że chcą uciszyć szefa WikiLeaks. Chcą go więc wsadzić do więzienia za "próbę załamania hasła" do komputera z Departamentu Obrony. Oskarżenie opiera się na jednej sugestii, która padła podczas wymiany zdań przez komunikator internetowy pomiędzy Assangem a Bradleyem Manningiem.




Na pewno Assange zrobił poważny błąd antagonizując prezydenta Ekwadoru Lenina (!) Moreno. Ekwador dostał w zamian umowę handlową z USA, co wskazuje, że Amerykanom bardzo zależało na Assange'u.  Teraz ekwadorskie władze twierdzą, że doktor Targalski Assange szpiegował personel ambasady za pomocą swojego flerkena kota. Zobaczymy, czy WikiLeaks dokona jakiegoś awaryjnego zrzutu dokumentów...

***

Gdy byłem w Tajlandii bardzo podobała mi się obfitość obiektów kultu buddyjskiego w tamtejszych miastach i na prowincji. Buddyjskie ołtarzyki były nawet w salonach masażu :) W Japonii podoba mi się wykorzystanie motywów szintoistycznych w popkulturze i popularność szintoistycznych amuletów. W Libanie mój podziw budziło to, że na terenach chrześcijańskich często widziało się wizerunki św. Charbela i Matki Boskiej. W Izraelu lubiłem to, że przy framugach drzwi są mezuzy. Obecność symboli religijnych w przestrzeni publicznej świadczy o tym, że naród nie odcina się od swoich korzeni kulturowych a także o tym, że miejscowi ludzie (a przynajmniej część z nich) myśli o sprawach ponadnaturalnych. Jeśli kogoś symbole religijne obrażają - obojętnie jakiej religii (no poza satanizmem i podobnymi pojebanymi sektami) - to oznacza, że jest żałosną ciotą. Tolerancja nie powinna oznaczać orwellowskiego czyszczenia historii i kultury z rzeczy, które mogą razić liberalnych zamordystów. W imię tolerancji z zaciekawieniem zwiedzam meczet czy synagogę, choć ostro krytykuje islam i judaizm. Odwiedzam i buddyjską świątynię, i sikhijską gurudwarę i rodzimowierczy chram. Liberalny zamordyzm żadnej tolerancji jednak nie uznaje. Co najwyżej strach wymuszający polityczną poprawność. Zależy mu zrównaniu z ziemią wszelkiej autentycznej różnorodności i zastąpieniu jej podszytą hipokryzją, plastikową tolerancją na pokaz.

Jan Paweł II powiedział kiedyś, że demokracja bez wartości zamienia się w zakamuflowany totalitaryzm. Chyba dopiero teraz w pełni rozumiemy jego słowa.

Będąc w Libanie usłyszałem od falangistowskiego weterana, że w czasach współczesnych Jezus zapewne wziął by do ręki karabin maszynowy i walczył.
Być może więc wizja Jezusa z trailera "Iron Sky 2", strzelającego z dwóch karabinów maszynowych przy muzyce Leibacha, jest prawdziwsza niż myślimy?



***




Czytelnikom mojego bloga życzę więc szczęśliwych świąt Wielkiej Nocy!