sobota, 31 grudnia 2022

Kemet: Piramidalne kłamstwa

 


Ilustracja muzyczna: Stargate theme

Czasem warto odwiedzić miejsca, o których czytamy w podręcznikach do historii. By przekonać się tam, jak bardzo oficjalna wersja jest dziurawa i zakłamana. 

Oficjalna wersja mówi, że Wielka Piramida w Gizie była grobowcem faraona Cheopsa. I że Wielką Galerią w piramidzie szła procesja kapłanów z mumią i trumną swojego władcy. Ten kto to wymyślił, chyba nigdy nie odwiedził Wielkiej Piramidy. Gdyby bowiem był wewnątrz niej, wiedziałby, że by dojść do Wielkiej Galerii trzeba przejść kilkadziesiąt metrów korytarzem o wysokości i szerokości nieco ponad metra idącym dosyć stromo w górę. Obecnie w tym korytarzu są stopnie, poręcze i oświetlenie ułatwiające turystom wspinaczkę. I choć to tylko kilkadziesiąt metrów, to droga nie jest łatwa. Nawet młodzi ludzie wychodzą stamtąd zmachani. Trudno wyobrazić sobie, by tym tunelem przemieszczała się procesja z trumną faraona. Zwłaszcza, że trumna mogłaby się nie zmieścić. Te prezentowane w kairskim Muzeum Egipskim są całkiem spore. Na pewno nie dałoby się też tą drogą przemieścić sarkofagu. Fizycznie by się tam nie zmieścił. 



Ów wysoki na nieco ponad metr korytarz prowadzi nas do Wielkiej Galerii, wysokiej na prawie 9 m i zwężającej się ku górze. Można w niej odnieść wrażenie, że była częścią jakiegoś budownictwa przemysłowego i że wymontowano z niej jakieś instalacje. Z Wielkiej Galerii wchodzimy do przedsionka, gdzie znów musimy się schylić - jest wysoki na jakieś 1,5 m. W przedsionku warto zwrócić uwagę na ślady po zdemontowanej "śluzie". Stamtąd przechodzimy do Komnaty Króla, wysokiej na prawie 6 metrów, nad którą znajduje się kilka tzw. komór odciążających. Ściany tego pokoju są wykonane z idealnie dopasowanych bloków ciemnego granitu. W środku jest też sarkofag - z obłupanym lub może stopionym rogiem. W sarkofagu oczywiście nie znaleziono żadnej mumii. Oczywiście archeolodzy twierdzą, że musiała ona zostać zrabowana razem ze skarbami faraona w czasie tzw. Pierwszego Okresu Przejściowego. 


Czyżby jednak wówczas rabusie też skuli malowidła ze ścian? Wiemy, że grobowce z okresu Starego Państwa były bogato zdobione. Powyżej przykład malowidła z mastaby jednego z ówczesnych premierów. Po ponad 4 tys. lat wciąż pięknie się ono prezentuje. Niczego podobnego nie ma ani w Piramidzie Cheopsa, ani w Piramidzie Chefrena. Niemal nigdzie nie ma też w tych budowlach żadnego napisu zawierającego imię faraonów. Niemal. Jeden, jedyny napis "Chufu" w Wielkiej Piramidzie został znaleziony w jednej z komór odciążających. Odkrył go brytyjski "archeolog" płk Howard Vyse. Niechlujnie nabazgrany czerwoną farbą napis zawierał błąd ortograficzny, który pojawił się w XIX-wiecznej książce, którą posługiwał się wówczas Vyse. Ów "wielki odkrywca" znalazł również trumnę i mumię faraona w piramidzie Mykerinosa (tej trzeciej pod względem wielkości w Gizie). W XX w. zbadano to znalezisko metodą radiowęglową i wyszło na to, że trumna pochodziła z okresu ptolemejskiego, a mumia z czasów wczesnochrześcijańskich. Mimo to, współczesna archeologia nie uważa Vyse'a za oszusta. 


Współczesna egiptologia trzyma się wersji mówiącej, że Sfinksa zbudował faraon Cheops. Dowodem na to mają być datowania popiołu używanego do prac budowlanych przy zewnętrznej okładzinie piramidy. A także pamiętnik jednego z urzędników, który organizował transporty tej okładziny Nilem z Assuanu.  Miesięcznie przewoził 200 białych wapiennych kamieni, ważących po około 2 ton. Wielka Piramida składa się z 2,3 mln kamiennych bloków. Są wśród nich bloki mające po kilkanaście i po kilkadziesiąt ton. Największe mają 80 ton. By wybudować ją za życia Cheopsa, trzeba było stawiać jeden kamień średnio co dwie minuty - i jeszcze znaleźć czas na ich transport, ociosanie i inne prace. Archeologowie wyobrażają sobie, że robiono to bez narzędzi żelaznych (była to wszak epoka brązu :), ciągnąc po piachu wielotonowe bloki kamienne na drewnianych płozach. (Drewno było już wtedy w Egipcie surowcem bardzo cennym - bo importowanym.) W ten sposób miała powstać sztuczna góra wysoka na 146,6 m, będąca aż do XIII w. n.e. najwyższą budowlą na Ziemi. Niemal idealnie zorientowana według stron świata i zawierająca w swoich wymiarach nawiązania do różnych wymiarów ziemskich i kosmicznych.

Cheopsa jako inwestora Wielkiej Piramidy wymienia, spośród dawnych historyków jedynie Herodot. Błędnie umieszcza jego panowanie w okolicach czasów Ramzesa II. Myli się w chronologii tylko 1000 lat! Pozostali mędrcy starożytności otwarcie przyznawali, że w ich czasach nikt już nie wiedział, kto zbudował piramidy w Gizie. Były już więc już w czasach starożytnych reliktem z czasów zamierzchłych. Arabscy kronikarze wspominali później, że Wielką Piramidę zbudował król Saurid, którego utożsamiali z biblijnym przedpotopowym patriarchą Henochem, który został zabrany do Nieba. Tym od Księgi Henocha. Najprawdopodobniej więc związek Cheopsa z Wielką Piramidą ograniczał się do tego, że wymienił on jej zewnętrzną okładzinę na nową. Widocznie stara była mocno zniszczona w jakimś kataklizmie...


Wspomniałem o Wielkiej Galerii i prowadzącym do niej korytarzu. Są też miejsca nie pokazywane turystom - Komnata Królowej i "niedokończona" komnata pod poziomem gruntu. Wciąż są tam odkrywane jednak nowe puste przestrzenie. Na powyższym planie macie je zaznaczone czerwonymi liniami. Widać tam choćby szeroki na 10 cm korytarz idący z Komnaty Królowej, w który w 1993 r. wpuszczono robota o nazwie "Jedi" (tak po arabsku nazywany jest Cheops). Korytarz kończył się blokiem kamiennym z dwoma miedzianymi (?) uchwytami. Gdy te drzwi po kilkunastu latach otwarto, natrafiono na kolejną blokadę i na dziwne piktogramy.   W 1986 r. francuscy badacze Gilles Dormion i Jean-Patrice Goidin, za pomocą detektorów elektronicznych odkryli pod Wielką Galerią komorę wysoką na 5,5 m, wypełnioną "skrystalizowanym piaskiem". Rok później naukowcy z Uniwersytetu Waseda, prześwietlili piramidę i wyszło im, że jest w niej cały labirynt ukrytych tuneli. Odkryto również, że jest też jakiś szyb pod "niedokończoną", podziemną komnatą. Ukryte tunele mogą być też w Piramidzie Chefrena. W latach 1968-1969 noblista Louis Alvarez, badał to, jak się w niej rozchodzi promieniowanie kosmiczne. Wyszło mu, że musi być w niej "kompletny chaos". Wyglądało na to, że cząstki promieniowania skręcają w tunelach i poruszają się dziwaczną trajektorią.

W jednym z programów dokumentalnych emitowanych na kanale History (bodajże "Zagadki świata starożytnego") dr Zahi Hawass, przez kilka dekad dyktator egipskich wykopalisk, zadeklarował, że "nie ma żadnych podziemnych tuneli pod Sfinksem". No może poza jednym - grobem Ozyrysa. "Że co?! Grób Ozyrysa?!". Hawas pokazał tam owo znalezisko - duży podziemny bunkier, z którego schodziło się drabinką do bardzo szerokiego szybu kilkanaście metrów w dół, do komory częściowo zatopionej w wodzie, w której spoczywał ogromny sarkofag. Grób egipskiego boga. Takie tam znalezisko, którego się szeroko nie udostępnia, bo po ch... przerabiać podręczniki... (Baj de łej: Herodot pisał, że pod Wielką Piramidą jest "krystalicznie czyste" jezioro z zatopionym w nim wielkim sarkofagiem.)










Ogólnie turyści zwykle nie mają czasu, by się rozejrzeć po otoczeniu piramid. A jest tam wiele interesujących obiektów. Choćby "świątynie" z potężnymi murami z kilkudziesięciotonowych bloków. Niektóre z nich bardzo mocno zgruzowane - nie wiadomo przez jaki kataklizm czy wojnę. Tam, gdzie zachowały się w lepszym stanie, widać idealnie dopasowane bloki kamienne. Czasem można też dostrzec wejścia do podziemnych "bunkrów". 





Niektórzy też się dopatrują na tych cyklopowych murach śladów osadów wodnych. Jest ich ponoć dużo w Dolinie Wron, pod piramidami. Alireza Zerai zauważył natomiast kryształy soli na stropach komór odciążających Wielkiej Piramidy. Oczywiście na Sfinksie - i otaczającej go "wnęce" skalnej widać ślady erozji wodnej, które są obecnie niszczone. Sfinks jest obecnie dewastowany. Nakładają na niego nowiutkie bloki wapienne, by zasłonić dowód na to, że powstał co najmniej kilka tysięcy lat przed panowaniem Chefrena. (Istnieje zresztą stella mówiąca, że Chefren zbudował świątynię, obok świątyni Izydy "Pani Wielkiej Piramidy" i że świątynia ta została postawiona obok starszej świątyni położonej "obok Sfinksa". Czyli, że Sfinks za czasów Chefrena był już stałym elementem krajobrazu. Stella ta jest ignorowana przez archeologów.) Rezai znalazł też ślady tego, że ktoś pracował młotem pneumatycznym wewnątrz komór odciążających Wielkiej Piramidy. Co tam niszczono?




Kompleks piramid w Gizie nie został jeszcze w całości przekopany przez archeologów. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby odkryto tam drugiego Sfinksa. Obserwując zachód Słońca nad piramidami, zauważyłem, że jedna z dużych skał na terenie kompleksu wygląda jak sum lub podobna ryba. Czy to tylko przypadkowa gra światła i cieni, czy też zamierzony efekt?




Warto też pamiętać, że kompleks w Gizie stanowi część Pola Piramid rozciągającego się na kilkadziesiąt kilometrów od Abu Rowash do Meidun. W jego południowej części, w Dahszur, znajdują się Piramida Łamana i Czerwona Piramida. Ta pierwsza sprawia u niektórych wrażenie, jakby wcześniej długo znajdowała się pod wodą. Druga też jest warta uwagi. Wewnątrz niej znajduje się bowiem mniejsza wersja Wielkiej Galerii z Gizy. 






Owa "mini Wielka Galeria" kończy się przedsionkiem, podobnym jak w Piramidzie Cheopsa. Prowadzi on natomiast do... gruzowiska. Na ścianach zauważyłem osmalenia. Jeden z bloków był pęknięty. Jakie siły działały tam w środku? Co tam eksplodowało? Zapach w Czerwonej Piramidzie przypominał siarkę... 

Postawię tezę: Czerwona Piramida powstała mniej więcej w tym czasie jak kompleks w Gizie. Tysiące lat przed egipskim Starym Państwem. Niedługo przed tym lub po tym, jak przez Kemet przetoczyła się Wielka Woda.

***

W kolejnym odcinku serii Kemet: o tym, co wymontowano z Wielkiej Piramidy. O wojnie jaką o nią stoczono. O tym jak stała się ona więzieniem jednego z bogów. I o tym jak w Egipcie produkowano kamienie.)

Ten wpis się trochę rozrósł, więc nie chciałem go już poszerzać o wątki dotyczące wojny na Ukrainie. Dobrą robotę w tej kwestii robi już mój mundurowy Czytelnik z blogu Zapiski Czynione po Drodze. I czasem mnie nawet linkuje, za co składam Mu podziękowania :)  Po wyszperane przeze mnie linki dotyczące wydarzeń bieżących zapraszam na Twittera, Facebooka lub Minds (ostatnie, dla miłośników treści NSFW).

A wszystkim czytelnikom życzę Szczęśliwego Nowego 2023 roku! 

sobota, 17 grudnia 2022

Kemet: Eksperyment zaczął się w Sakkarze

 


Kemet - tak starożytni Egipcjanie nazywali swoją ojczyznę. Słowo to oznacza "kraj czarnej ziemi".

Ilustracja muzyczna: Prometheus - Life

Kto mógł spoczywać w sarkofagu ważącym 70 ton? Czyżby jakiś król? Wódz rangi Aleksandra Wielkiego? A może potężnym 30 tonowym wiekiem przygnieciono w sarkofagu coś tak strasznego, że nie można było pozwolić, by się odrodziło i wypełzło z grobu?

Takie potężne sarkofagi możecie zobaczyć w Serapeum w egipskiej Sakkarze. Wyglądają niesamowicie - jakby wzięto je z jakiegoś filmu sci-fi. Choć Serapeum znajduje się ledwie kilka minut jazdy od wielkiej atrakcji, jaką jest Piramida Dżosera, to turyści rzadko tam trafiają. Mój koptyjski przewodnik powiedział mi, że w całej jego karierze, tylko jedna grupa poprosiła go o zabranie do Serapeum. (Jeśli będziecie kupować wycieczki do Sakkary, koniecznie więc proście przewodnika o możliwość zobaczenia tych katakumb.)


Serapeum to obieg z późnego okresu egipskiej historii - użytkowany od czasu ostatnich rodzimych faraonów, poprzez okres perski i ptolemejski po czasy Oktawiana Augusta. Odkopał go połowie XIX w. August Mariette - wybitny francuski archeolog (a nie żaden rabuś grobów!), założyciel kairskiego Muzeum Egipskiego. Znalazł on tam 24 potężne sarkofagi oraz inskrypcje sugerujące, że spoczywały w nich mumie świętych byków - Apisów.



Żadnej kompletnej mumii takiego byka jednak tam nie znalazł. Nie doszukali się ich też inni archeologowie prowadzący badania w Serapeum, ani w Bucheum - podobnej byczej nekropolii Górnego Egiptu. W ogromnych sarkofagach znajdowano tylko przemieszane kości zwierzęce (kości świętych byków mieszano z kośćmi psów i szakali!) pokryte masą bitumiczną. Dwie mumie wyglądały obiecująco - pod idealnie zachowanymi bandażami krył się byczy kształt z rogatym łbem. Po przecięciu bandaży okazało się jednak, że jest tam masa bitumiczna i wymieszane kości zwierzęce. Jak widać tej profanacji nie dokonali bynajmniej rabusie grobów, ani fanatyczni chrześcijanie (posążków bóstw egipskich jakoś tam nikt nie zniszczył...). Profanacja była dokonana już przez samych kapłanów egipskich. 






Każdy egiptolog powie Wam, że starożytni Egipcjanie, nigdy, przenigdy nie rozczłonkowywali ciał podczas mumifikacji. Nie robili tego również w przypadku mumii zwierząt. A zostawili ich ogromne ilości, zwłaszcza w okolicach Sakkary. Brytyjski archeolog Walter Emery, prowadzący wykopaliska w Sakkarze od 1935 r., odkrył tam kilkukilometrowej długości podziemny labirynt, wypełniony mumiami ibisów. Znaleziono tam 1,5 mln (!) tych zmumifikowanych ptaków, spoczywających w dzbanach. W Tuna-el-Dżebel w Dolnym Egipcie znaleziono natomiast katakumby o powierzchni 16 ha, w których złożono m.in. 4 mln zmumifikowanych ibisów. Po co komu tyle martwych ptaków? Mumifikowano nie tylko ibisy. Jak dotąd znaleziono w Egipcie mumie 38 różnych ptasich gatunków. Mumifikacji poddawano najróżniejsze zwierzęta - od hipopotamów i krokodyli, poprzez psy i koty, po ryby, szczury, węże i skorpiony. Na przykład, w nekropolii Tebtynis w oazie Fajum, znaleziono 200 tys. mumii krokodyli. (Małą próbkę mumii zwierzęcych możecie znaleźć w Muzeum Egipskim.) Z jakiegoś powodu mumifikowano więc na skalę iście przemysłową zwierzęta, często pospolitych i poślednich gatunków. A kości świętych byków Apisów z jakiegoś powodu cięto, mieszano z kośćmi psów i masą bitumiczną, by na wieki ukryć w idealnie wykonanym sarkofagu ważącym kilkadziesiąt ton. 



Przekazy dotyczące tego jak taki święty byk wyglądał są dosyć mgliste. Miał on ponoć biały romb na czole, znak orła na boku i znamię w kształcie skarabeusza pod językiem. Rzeźbę przedstawiającą świętego byka miał okazję oglądać Ptolemeusz I. Nie wiedział co to jest i szukał wyjaśnień u kapłana Manethona - człowieka, który przedstawił Grekom historię Egiptu. Czy Ptolemeusz był idiotą? Czy nigdy wcześniej nie widział byka? A może ów święty byk wyglądał jakoś inaczej? Może był przerażającym potworem?

Dr Ange-Pierre Luca, wybitny specjalista od mumii egipskich, opisał "wspaniale zabandażowane" byki, które znaleziono w katakumbach w Abusir w pobliżu Sakkary. "We wnętrzu drugiej mumii, w której przypadku znowu powinno chodzić o jednego byka, również znaleziono kości siedmiu zwierząt, między innymi dwuletniego cielęcia i wielkiego starego byka. Trzeci musiał mieć widocznie dwie czaszki".

DWIE CZASZKI?  I wybitny specjalista tak po prostu przechodzi nad tym do porządku dziennego?


Zacytujmy więc Euzebiusza z Cezarei, "ojca historii kościelnej". "I były tam różne inne potwory, z których część była stworzona sama i wyposażona w dające życie formy, i wytwarzali też ludzi, z podwójnymi skrzydłami, do tego też innych z czterema skrzydłami i dwoma obliczami, i z jednym ciałem i dwiema głowami, kobiety i mężczyzn, i podwójnej natury, męskiej i żeńskiej, dalej też innych ludzi, z udami kóz i rogami na głowie, i jeszcze innych z końskimi kopytami i innych o postaci końskiej z tyłu a ludzkiej z przodu, jaką mają hipocentaury. Wytwarzali też byki z głowami ludzkimi, i psy o czterech tułowiach, których ogony wystawały z tylnych części ciała, na podobieństwo rybich ogonów, także konie z głowami psimi i ludzi, jak też inne potwory, o głowach końskich i ciałach ludzkich z ogonami rybimi; do tego różne smokopodobne monstra i ryby oraz gady i węże, i mnóstwo dziwacznych istot różnego rodzaju i różnie uformowanych, których wizerunki przechowywali obok innych w świątyni Belosa".




Czyżby to były tylko bajania? Euzebiusz opierał się na starszych źródłach egipskich. O tym, że bogowie stworzyli nie tylko ludzi ale również najrozmaitsze hybrydy pisał też Menathon. Ogólnie rzecz biorąc przekonanie o istnieniu takich hybryd było w świecie starożytnym powszechne. Zachowało się też mnóstwo ich wizerunków - różnych minotaurów, syren, cherubinów itp. Wszystkie one są jednak uznawane za wytwory wyobraźni. Nawet jeśli te dziwne stwory są przedstawiane jako zdobycze wojenne, prowadzone w łańcuchach podczas parad. (Choćby na reliefie asyryjskiego króla Asurbanipala przechowywanym w British Museum. Widzimy tam prowadzone na postronku dziwne zwierzę chodzące na dwóch nogach, ale mające płetwy na łapach.) Dwa dziwne stwory widać choćby na palecie Narmera, słynnym zabytku z czasów I dynastii. Historycy tłumaczą, że te stworzenia to "serpopardy"  i że ich wizerunek możemy znaleźć też na stelli cylindrycznej z mezopotamskiego Uruk. Można się domyślić, że w czysto hipotetecznym przypadku znalezienia kości jakiejś hybrydy, archeolodzy po prostu skatalogowaliby  je jako "wymieszane kości różnych gatunków" i nie chciałoby im się badać takich "śmieci". Albo po prostu napisaliby "widocznie ten byk miał dwie czaszki".

Niewątpliwie egipskie znaleziska potrafią zaskakiwać. Tak było choćby gdy w 1912 r. prześwietlono rentgenowsko jedną z mumii z Muzeum Egipskiego. Była to mumia kapłanki Amona, która zmarła podczas przedwczesnego porodu. Na jej ciele leżała mumia noworodka. Badający ją naukowcy byli bardzo zaskoczeni, gdy okazało się, że w tym małym zawiniątku był pawian "o nieco większym niż normalnie mózgu".




Gdy przyglądamy się tworzonym na skalę przemysłową mumiom zwierząt ze starożytnego Egiptu, możemy mieć skojarzenia z serią filmów "Resident Evil". Cóż to za pradawna korporacja Umbrella przeprowadzała tam eksperymenty?

Dodajmy, że Sakkara wciąż kryje wiele tajemnic. Gdy w latach 80-tych Erich von Daniken rozmawiał z dyrektorem tamtejszych wykopalisk (który nie wstydził się przyznać, że czytał jego książki), usłyszał od niego, że odkryto jak dotąd jedynie 20 proc. tego co tam jest. Przez 40 lat zrobiono jednak pewien postęp. Ja usłyszałem w tym roku, że odkopano jak dotąd jedynie jakieś 50 proc. tego, co skrywają piaski Sakkary. Turyści odwiedzający tamtejszą piramidę schodkową zazwyczaj nie są świadomi ile tajemnic kryje się w okolicy.


Rozpoczynamy nową serię blogową: Kemet. Mam nadzieję, że się Wam spodoba. W kolejnym odcinku: czego turyści nie zauważają obok Wielkiej Piramidy i Sfinksa. A także w samej piramidzie. I dlaczego warto się wybrać do Dahszur. 

***

Nie wiem, czy zdołam jeszcze zrobić następny wpis przed Wigilią. Jeśli nie, to życzę Wam Wesołych Świąt Bożego Narodzenia, tudzież Szczodrych Godów! Niech Wam Kanye zaśpiewa "White Christmas"!




sobota, 10 grudnia 2022

Shingeki no Engels

 


Ilustracja muzyczna: Shingeki no Kyojin Opening 1

Brawurowy atak na rosyjskie bombowce strategiczne na lotniskach Diagilewo pod Riazaniem i Engels pod Saratowem, to wydarzenie, które może być punktem zwrotnym wojny. Wystarczy spojrzeć na mapę. Lotnisko Engels to CEL POŁOŻONY PO DRUGIEJ STRONIE WOŁGI, blisko 750 km od granic Ukrainy. Jeśli Ukraińcy zdołali skutecznie uderzyć w taki obiekt, to cele w Moskwie są również w ich zasięgu.


Atak ten jest tym bardziej niezwykły, gdyż został dokonany za pomocą bardzo przaśnej, sowieckiej technologii - dronów TU-141, powstałych w czasach Breżniewa. Drony te tylko leciutko zmodernizowano dodając im po terminalu Starlink. I takie to całkiem spore dwie rakiety (14 m długości, prawie 4 m szerokości) przeleciały sobie nad sporym kawałem Rosji bez żadnej reakcji wojsk obrony powietrznej i trafiły w bazy bombowców strategicznych. Fotograficznie potwierdzono, że zdołały one poważnie uszkodzić jeden bombowiec Tu-22M i jeden Tu-95s. Wbrew pozorom, to całkiem sporo. Wielkim szokiem dla Ruskich było przecież zestrzelenie jednego Tu-22M nad Gruzją w 2008 r. W obecnej wojnie nie ryzykowali zestrzelenia tych bombowców - nie wysyłali ich nad Ukrainę, a rakiety odpalali one znad Rosji. Po ukraińskim ataku na Diagilewo i Engels, bardzo szybko wycofali pozostałe bombowce z tych baz aż pod Murmańsk.  Ukraińcy dostali sygnał, że tego typu ataki są więc opłacalne. Mogą w ten sposób popsuć Ruskim kampanię bombardowań infrastruktury energetycznej. Cały świat zobaczył zaś, jak bardzo dziurawa jest rosyjska obrona przeciwlotnicza.

Według Generała SWR, Putin zrobił za to bardzo ostrą zjebkę generałom. W tym Surowikinowi. To zrozumiałe, że jest wściekły. Może Kreml ma i dobrą ochronę przeciwlotniczą, ale celem mogą stać się jego rezydencje w Wałdaju czy w Soczi. Poczuł, że znalazł się w zasięgu drona. Oczywiście tego samego dnia zrobił ustawkę z sobowtórem wizytującym Most Krymski. Sobowtórem siedzącym za kierownicą auta, filmowanym z tyłu i rzucającym teksty w stylu: "To tutaj remontują? Pięknie". Co do samego ataku na Most Krymski, podejrzewam, że dostał z HIMARSa lub czegoś podobnego. Amerykanie pewnie potajemnie przekazali Ukraińcom odpowiednią amunicję. 

Jedyna możliwa strategia: razić dalej cele na terytorium wroga.

***

To co osiągną wojskowi, często potrafią spieprzyć dyplomaci. Przykładem takiego fuck-upu jest transakcja wymiany Wiktora Buta na amerykańską koszykarkę Brittney Griner.  Wymiana legendarnego handlarza bronią na jakąś  celebrytkę to kiepski interes. Zwłaszcza, że w rosyjskim więzieniu siedzi Paul Whelen, były marine, skazany za szpiegostwo.  Siedzą też inni Amerykanie. Za Buta spokojnie można było wymienić kilkanaście osób. Dano w ten sposób Ruskim do zrozumienia, że opłaca się brać Amerykanów na zakładników. 

***

Dzisiejszy wpis nieco krótszy niż zwykle, ale już wkrótce nowa seria: KEMET.


sobota, 3 grudnia 2022

Gracze: My ze spalonych wsi

 


Ilustracja muzyczna: Dawid Hallmann - Dziedzictwo

Pułkownik Bolesław Hanicz-Boruta, to przykład człowieka, który posiada zbyt skromną notkę w Wikipedii. Zbyt skromną jak na jego totalnie pokręcony życiorys. Czy moglibyście się bowiem spodziewać, że dowódca brygady AL zostanie Żołnierzem Wyklętym? I ujdzie mu to na sucho?

Bolesław Boruta wstąpił do KPP w 1927 r. i już w 1931 r., podczas pobytu w więzieniu poszedł na współpracę z policją polityczną "Defą". Zdołał jej wystawić wielu komunistycznych wywrotowców z okolic Radomska, a by się uwiarygodnić jako prowokator urządzał strajki. 

W latach 1940-1942 pracował jako robotnik kolejowy, konwojent towarowy i strażnik kolejowy (Bahnschutz!) w Radomsku. Jednocześnie należał do Związku Jaszczurczego/Narodowej Organizacji Wojskowej, dla których prowadził akcję werbunkową. Był jednym z organizatorów struktur wojskowych podziemia narodowego w Radomsku. W 1942 r. NOW podporządkowała się AK, więc Boruta również stał się akowcem. Miał wówczas stopień sierżanta. 


W połowie 1943 r., na polecenie swoich przełożonych - najprawdopodobniej legendarnego Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca" - wraz z liczącym 40 osób oddziałem wstąpił do komunistycznej Gwardii Ludowej jako "wtyka". Kilku bardziej przytomnych aktywistów PPR nie chciało dopuścić do tajemnic organizacyjnych byłego akowca. Ktoś na górze zdecydował jednak, że Boruta jest godny zaufania. W następnych miesiącach piął się więc w górę w szeregach organizacji. W lutym 1944 r. został mianowany szefem sztabu 9. Okręgu Częstochowsko-Piotrkowskiego AL, a w maju p.o. dowódcy operacyjnego tego okręgu. Zachowało się kilka jego meldunków wskazujących, że przez cały ten czas utrzymywał potajemne kontakty z AK. Po wojnie UB wiązała go też z serią aresztowań przez Gestapo członków AL w Radomsku, zarzucała mu niejasne kontakty z NSZ i wypominała, że jego żona przez cały okres okupacji była członkiem AK. To nie przeszkodziło jednak Borucie zostać latem 1944 r. dowódcą 3 Brygady AL im. gen. Józefa Bema, dobrze uzbrojonego oddziału liczącego ponad 300 ludzi.


Jako dowódca brygady, szczególnie się nie popisał. 12 września 1944 r. jego oddział przyjął walkę w okrążeniu z niemiecką obławą w okolicy leśniczówki pod Ewiną. Szybko poszedł w rozsypkę. "Oddziały AL nie były w stanie stawić oporu nawet przez chwilę" - przyznawali sami komuniści. Ale tak się akurat złożyło, że jednym z oficerów ze sztabu Boruty "Hanicza" był Ryszard Nazarewicz, późniejszy "naczelny historyk" AL. Przekuł on kompromitującą klęskę w "najbardziej zwycięską bitwę partyzancką na ziemi radomoszczańskiej", bitwę pod Ewiną. Ubecki bajkopisarz Nazarewicz wymyślił, że Niemcy stracili w tej potyczce 100 zabitych i 200 rannych, a jego zmyślenia są powtarzane m.in. przez Wikipedię. Choć po tej "najbardziej zwycięskiej bitwie" przetrwały z brygady jedynie dwie bojówki, to "Hanicz" dostał w listopadzie 1944 r. awans na majora i Krzyż Grunwaldu.

W styczniu 1945 r. Boruta organizował Milicję Obywatelską i władze miejskie w Radomsku. Pod koniec miesiąca został wezwany do Łodzi, gdzie Mieczysław Moczar wręczył mu rozkaz zorganizowania struktur UB w Radomsku. Już w lutym "Hanicz" został jednak mianowany p.o. zastępcy Miejskiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi. W kwietniu, po donosie jakiegoś zazdrosnego frustrata, Boruta został aresztowany i przewieziony do UB w Warszawie. Tam podczas przesłuchań pytano go o pracę dla sanacyjnej policji. Po kilku dniach został jednak zwolniony z aresztu i przywrócony do służby! Wrócił do Łodzi, skąd wraz z Moczarem pojechał na inspekcję do PUBP w Piotrkowie Trybunalskim. 15 kwietnia zwolnił się jednak z UB. Żegnano go z honorami, nadając mu przyznany wcześniej Krzyż Grunwaldu. 


Boruta został skierowany do służby w KBW. Mianowano go dowódcą batalionu Wojsk Wewnętrznych w Biłgoraju, który musiał jednak najpierw zorganizować. I tam nastąpił kolejny zwrot akcji. 1 maja 1945 r. Boruta wywołał bunt w dowodzonym przez siebie batalionie, którego niemal wszyscy żołnierze zdezerterowali do lasu. Boruta, wraz z 30 żołnierzami, 2 maja wrócił do Biłgoraju i przeprowadził atak na siedzibę UB. Zamierzał ją rozbić, rozstrzelać sowieckich oficerów i uwolnić więźniów. Oblężenie siedziby UB trwało dwie godziny. Niestety było nieudane, ale zginął jeden oficer śledczy, ciężko raniono sowieckiego oficera, ranni byli też jeden ubek i jeden milicjant. Oddział Boruty wycofał się z miasta, ale na postoju został otoczony przez przeważające siły sowieckie. Część dezerterów z KBW zdołała dotrzeć do oddziałów Wyklętych, m.in. do oddziału NOW-AK Franciszka Przysiężniaka "Ojca Jana".

Borucie również udało się wyrwać obławie. W przebraniu cywilnym wrócił do Radomska, gdzie jednemu ze znajomych polecił zawiadomić o swojej sytuacji... Moczara. Po pewnym czasie uznał, że najlepiej będzie jak sam się ujawni. Pojechał więc do Warszawy, do UB i zgłosił chęć skorzystania z amnestii. Aresztowano go 8 lipca 1945 r. Wydawało się, że za taką zdradę jakiej się dopuścił wobec komunistów, dostanie karę śmierci. Skazano go jednak na 10 lat więzienia, ale wyszedł na wolność już w lipcu 1946 r. W jego obronie wystąpił bowiem Moczar i cała plejada działaczy partyjnych i ubeków z Radomska. 

Po wyjściu z więzienia, "Hanicz" dostał dobrą pracę dyrektorską w przemyśle włókienniczym. Został też p.o. prezesa ZBOWiDu w Radomsku. Starał się obsadzać kierownicze stanowiska znajomymi z konspiracji. Wydawał też im zezwolenia na prowadzenia prywatnej działalności handlowej. Później przeniósł się do Łodzi, gdzie  przystąpił do... tajnej antykomunistycznej organizacji Armia Wyzwoleńcza. Licząca kilkudziesięciu ludzi organizacja miała w swych szeregach zarówno weteranów AK jak i AL. Była przy tym dosyć radykalna - planowała m.in. zamachy na działaczy partyjnych. UB zdołała ją jednak rozbić latem 1951 r. "Hanicz" znów trafił do więzienia, z którego próbował jednak uciec. W 1952 r. skazano go na 12 lat więzienia. 

Wyrok został uchylony w 1956 r. Dwa lata później Boruta został zrehabilitowany sądownie, przywrócony przez MON do ewidencji oficerów rezerwy, mianowany podpułkownikiem i w 1959 r. przeniesiony do rezerwy. Został działaczem kombatanckim i swoją obecnością uświetniał uroczystości państwowe. Doprowadził do postawienia pomnika na polu "bitwy" pod Ewiną. Zdołał też wydać "Wspomnienia dowódcy III Brygady AL. Zmarł 1 lutego 1977 r. i został pochowany w Radomsku. 



I warto w tym miejscu zadać pytanie: co takiego wiedział o Moczarze, że on cały czas go chronił? Komuniści zabijali za rzeczy dużo bardziej błahe niż bycie wtyką sanacyjnej policji i AK w ich strukturach, zorganizowanie dezercji batalionu KBW i ataku na powiatową siedzibę UB. Boruta-Hanicz był jednak cały czas chroniony...

Moczar był bez wątpienia sukinsynem, który miał ręce ubabrane krwią aż pachy. Był też jedną z najbardziej enigmatycznych postaci w dziejach PRL. Kojarzony jest głównie z Marcem '68, ale miał też bardzo poważny udział w wydarzeniach Grudnia '70. To pół-Białorusin i agent GRU, który spolonizował bezpiekę i partię. Czy w czasie wojny lub przed wojną również on zaplątał się w  jakąś grę wywiadowczą, w trakcie której - podobnie jak Boruta-Hańcza czy Borucki "Czarny" - stracił rozeznanie dla kogo tak naprawdę pracuje?

Infiltracja niemal nigdy nie jest tylko jednostronna. 

A dziwnych przypadków w historii Podziemia jest o wiele więcej.

Piotr Pawlina "Piotr", dowódca oddziału BCh w powiecie buskim, wsławiony zdobyciem więzienia w Pińczowie, w swoich wydanych w latach 60-tych wspomnieniach "Podziemni żołnierze wolności" wspomniał o zadziwiającym epizodzie dotyczącym kontaktów z Sowietami na przyczółku baranowsko-sandomierskim. Spotkał się wówczas z nim i mocno go wypytywał oficer NKWD. Tłumaczem i przewodnikiem tego oficera był znany Pawlinie partyzant z NSZ, mający jeszcze na mundurze ryngraf. Pawlina oczywiście nie mógł wtedy ujawnić nazwiska tego partyzanta, ale po tym spotkaniu był tak przerażony, że natychmiast zerwał kontakty z Sowietami i wycofał swój oddział z tamtego rejonu.

Nie każdy kto trafiał do AL musiał być zaś zdrajcą, bandytą i degeneratem. Przykładem na to jest życiorys pułkownika Wincentego Heinricha. Zaczął on działalność konspiracyjną w Szarych Szeregach, a stamtąd trafił do kompanii harcerskiej AK "Wigry". W 1943 r. z nieznanego powodu przeszedł do GL. W maju 1944 r. walczył razem z Moczarem pod Rąblowem jako dowódca kompanii. We wrześniu 1944 r., w mundurze LWP, zdobywał warszawską Pragę, gdzie został komendantem posterunku MO. Szybko jednak wrócił do wojska i skończył oficerską szkołę lotniczą. W lotnictwie doszedł do stanowiska szefa sztabu, którą pełnił w latach 1960-1963. Później został odsunięty na boczny tor. O tamtych czasach napisał broszurkę "Opozycja w wojsku". Z LWP usunięto go w 1968 r. Później był współpracownikiem KOR i działaczem Solidarności. W latach 1982 - 1985 wydawał podziemne pismo wojskowe "Reduta". W 1985 r. spędził kilka miesięcy w areszcie bez wyroku. W latach 90-tych pisał do "Tygodnika Solidarność" i... "Gazety Polskiej". Nigdzie nie znalazłem wzmianki o jego śmierci, więc prawdopodobnie wciąż żyje i ma 100 lat. Żywy relikt z czasów podziemnego żmijowiska...

Mamy już ostatnią szansę, by spotkać ludzi z tamtego pokolenia. Wielu z nich umarło mając po ponad 90 czy 100 lat - trzymając się zadziwiająco mocno, mimo doświadczenia obozów, więzień, tortur, głodu, chłodu i traumy wojennej. Wielu z nich ma już demencję. Wielu nie rusza się z domów. Wielu jest zwykłymi oszustami, którzy poprawiali swoje życiorysy. Niektórzy - i niektóre -  są fetowani jako wielcy bohaterowie, mimo że nic nie znaczyli. Wielu też jednak milczy jak grób i nie dzieli się z nikim swoimi naprawdę bohaterskimi czynami. To Gracze, którzy przetrwali Żmijowsko. Warto się nimi zainteresować. 

Gdy 1 sierpnia 2022 r. oglądałem w TVP relacje z powstańczych uroczystości, zwróciłem uwagę, że podczas transmisji z Powązek Wojskowych pokazano staruszka, który przedstawił się jako weteran Polskiej Armii Ludowej. Uśmiechnąłem się.

***

To już ostatni odcinek serii "Gracze". Mam świadomość, że była ona niedoceniona. Była bowiem serią dla koneserów. Dla tych, którzy łakną kosmicznych tematów ma jednak dobrą wiadomość. Już wkrótce nowa seria: KEMET. 

***

Ze spraw bieżących:

Mniej więcej tydzień temu zmarł Władymir Makiej, szef białoruskiego MSZ. Przed śmiercią oczywiście czuł się dobry i planował wyjście do teatru. Według Generała SWR Makiej został otruty przez rosyjskie tajne służby. Baćkoszenka wykorzystał go bowiem do podtrzymywania tajnych kontaktów z Zachodem i z Chinami. Generał SWR twierdzi, że te tajne kontakty polegały na tym, że Makiej w imieniu Baćkoszenki składał Zachodowi obietnice, których Białoruś nie miała zamiaru spełniać i w zamian oczekiwał luzowania sankcji. Choć taka zagrywka była właściwie w interesie Rosji, "genialni szachiści" z Kremla uznali ją za zdradę. Zabójstwo Makieja jest więc sposobem na zdyscyplinowanie Baćkoszenki. Oczywiście Baćka wie, że wejście Białorusi do wojny na pełną skalę byłoby działaniem samobójczym. 

Wystarczy choćby spojrzeć na listę  rosyjskiego sprzętu, którego zniszczenie, porzucenie bądź zdobycie zostało w 100 proc. potwierdzone.  I porównać ją z listą utraconego sprzętu ukraińskiego oraz z podobnymi listami z wojny gruzińskiej 2008 r. oraz drugiej i pierwszej wojny czeczeńskiej.


***

Mamy też wielką drakę w chińskiej dzielnicy. A w zasadzie w wielu dzielnicach wielu chińskich metropolii - m.in. Pekinu, Szanghaju i Wuhan. Protesty przeciwko lockdownom covidowym i przewodniczącemu Xi Jinpingowi. Miejscami dosyć ostre i zmuszające władze do ustępstw taktycznych. W chińskich, totalitarnych realiach zewnętrzna inspiracja tych protestów jest niemożliwa. Wewnętrzna już bardziej. Ale ogólnie towarzysz Xi płaci z głupią politykę walki z covidem polegającą na zamykaniu ludzi w domach na wiele dni bez jedzenia, jak tylko pojawi się małe ognisko zakażeń omikronem. Polityka ta oczywiście bardzo szkodzi chińskiej gospodarce. (I jakoś żadne Góralskie Veto nie odniesie się do tej polityki, choć sławi towarzysza Xi Jinpinga...) Chińczycy po prostu się wk...wili. Nie mamy jeszcze wiarygodnych danych co do skali protestów, ale represje są ostre. Te protesty zostaną w ciągu kilku dni bądź tygodni stłumione przez policję i bezpiekę. Komunistyczny reżim boi się jednak już samego rozprzestrzenia się informacji o protestach. Telefony Huawei (kochane przez wielu naszych duporealistów) więc już samoczynnie zaczęły kasować swoim użytkownikom filmy z demonstracji.



Ciekawe jak zostanie rozgrana propagandowo śmierć towarzysza Jianga Zemina? (Wydarzenie chyba niemal całkowicie pominięte przez polskie media.) Ten 96-letni komuszy karierowicz  nie był dobrym człowiekiem, ale to on uczynił ChRL potęgą. I za jego czasów żyło się swobodniej - bez tej całej elektronicznej kontroli. Nic dziwnego więc, że Jiang jest wspominany w chińskich mediach społecznościowych z nostalgią.  To jego frakcję w Partii zniszczył Xi Jinping. 

Ciekawe czy były prezydent Hu Jintao jeszcze żyje?

***




Wydarzeniem tygodnia był jednak wywiad udzielony przez Kanye Westa Alexowi Jonesowi. Kanye nie tylko chwalił Hitlera - ku konsternacji Jonesa - ale też opowiadał dowcipy o Benie Shapiro, mówił do pobieraka na rybki (podbierak symbolizował "żydowskie media") i przede wszystkim wystąpił w dziwacznej masce-kominiarce.  Ye pokazał w ten sposób, że jest wariatem. Każdy, kto śledził jego celebrycką karierę, nie powinien mieć co do tego żadnych wątpliwości. 

Kanye został najprawdopodobniej wepchnięty na minę przez dwóch ludzi: Nicka Fuentesa i Milo Yiannopoulosa. Zanim Ye ich poznał, nic nie gadał o Hitlerze i podobnych klimatach. Gadał o Jezusie i chciał ludzi ewangelizować. Milo w ostatnich latach mało się udzielał publicznie. W pewnym momencie ogłosił, że przestał być gejem i stał się zwolennikiem odnowy religijnej w USA. Krytykował Trumpa z prawicowych, religijnych pozycji. Ostatnio jednak poparł Trumpa przeciwko DeSantisowi. By po chwili organizować kampanię Kanye i jego spotkanie z Trumpem. Ye zaproponował Trumpowi stanowisko wiceprezydenta - co musiało być potraktowane przez byłego prezydenta jako obraza. Nick Fuentes, czołowy "groyper", ma natomiast opinię prowokatora FBI. Jeden z moich znajomych określił go jako "chłopaczka, który jednego dnia twierdzi, że jest Hitlerem, a drugiego że Stalinem". Fedzie się więc nieźle bawią. 


Przy okazji udało mi się dokonać rzeczy niesamowitej: sprawili, że Murzyn został symbolem Białej Supremacji.


sobota, 26 listopada 2022

Gracze: Powstanie

 


Ilustracja muzyczna: Laibach - Warszawskie dzieci

"Do Oficerów i Podchorążych Rezerwy Armii Polskiej/ ROZKAZ/ Godzina czynu wybiła. Dziś znów Ojczyzna w walce o ostateczne wyzwolenie żąda od Was ofiary. Ponieważ w obecnej sytuacji władze AK i NSZ nie posiadają żadnego wpływu na bieg idących wypadków, cały ciężar walki O NIEPODLEGŁĄ DEMOKRATYCZNĄ POLSKĘ spada na ośrodki Patriotyczno-Demokratyczne/ przeto rozkazuję: a) wszyscy oficerowie i podchorążowie rezerwy wraz z podległymi sobie oddziałami natychmiast przyłączą się do jednostek Polskiej Armii Ludowej, b) wszyscy oficerowie i podchorążowie rezerwy  - ściśle wykonują wszelkie rozkazy Naczelnego Dowództwa PAL i zastosują się do opublikowanych zarządzeń Centralnego Komitetu Ludowego, zanim nawet nawiążą kontakt z oddziałami PAL. / Polska będzie Wolna i Demokratyczna!/ Cała odpowiedzialność za przyszłość Polski w rękach Polskiego Ludu! Niech żyje Rzeczpospolita Polska! Niech żyje Polska Armia Ludowa!/ (-) Julian Skokowski/ Inspektor Szkół Podch. Rez./ Generał Dywizji Gł. Insp. PAL"

Odezwa tej treści została rozplakatowana na ulicach Warszawy 29 lipca 1944 r. Wywoływała zarówno drwiny, zaciekawienie jak i szok. Oto bowiem jakaś mało znana organizacja uzurpuje sobie władzę nad całym Podziemiem w przededniu zrywu na który z nadzieją oczekiwała cała stolica. Odezwy tej treści pojawiały się już od kilku dni. Już 23 lipca PAL w jednej z nich ogłosiła, że dowódcy AK i NSZ "uciekają razem z Niemcami". Nowością było to, że "autor" odezwy został podpisany z imienia i nazwiska! Jego nazwisko kojarzył zaś każdy przedwojenny wojskowy - wszak Julian Skokowski był legendarnym dowódcą "Murmańczyków", inspektorem Szkół Podchorążych Piechoty i Związku Rezerwistów, a w 1939 r. dowódcą Grupy "Palmiry". Była to postać znana i lubiana, a do tego mająca wiele pięknych, antybolszewickich epizodów w życiorysie. Dziwnym trafem ów były dowódca Murmańczyków został w trakcie Powstania Warszawskiego dowódcą Połączonych Sił Zbrojnych AL, PAL i KB, czyli organizacji uznających władzę sowieckich kolaborantów z PKWN. Zanim jednak to się stało, doszło do serii intryg wewnątrz żmijowiska znanego jako PAL.

Choć Polska Armia Ludowa liczyła zaledwie kilkuset ludzi, to miała w swoich szeregach aż trzech samozwańczych generałów: Skokowskiego, Boruckiego "Czarnego" i Piękosia "Skałę". W poprzednim odcinku serii Gracze pokazałem Boruckiego jako niebezpiecznego niemieckiego agenta. Piękoś najprawdopodobniej współpracował z Sowietami. Skokowski był natomiast moim zdaniem wtyką postsanacyjnego Głębokiego Państwa Polskiego. Czemu więc wydał taką prowokacyjną odezwę tuż przed Powstaniem? Akurat nie ma żadnego dowodu na to, że to on ją napisał. Są natomiast poszlaki, że ta odezwa była "świnią" podłożoną mu przez Pieńkosia, rywalizującego z nim o władzę w PAL. Stąd złamanie zasad konspiracyjnych w postaci podania prawdziwego nazwiska podziemnego dowódcy. Zauważmy też, że AK nie wyciągnęła żadnych konsekwencji wobec Skokowskiego za taki akt warcholstwa. Być może uznano, że ta odezwa spełniła pożyteczną rolę, gdyż uwiarygadniała Skokowskiego u nadchodzących Sowietów.

Udział PAL w intrygach związanych z wybuchem Powstania jest wciąż wielką zagadką. W co grali jej szefowie? Nie jest natomiast tajemnicą, że kapitan Kaługin - dezerter z niemieckich oddziałów pomocniczych pracujący dla NKWD i apelujący później do Stalina o pomoc dla Powstania - początkowo nawiązał kontakt z PAL, a dopiero za jej pośrednictwem z AK. 29 lub 30 lipca Piękoś zawarł natomiast porozumienie z płk Janem Rzepeckim o podporządkowaniu PAL AK w czasie Powstania.


Co ciekawe, niemiecki agent Borucki sprzeciwiał się wybuchowi powstańczego zrywu. 1 sierpnia o godzinie 14 spotkał się w willi przy ulicy Szustra na Mokotowie z gestapowcem Alfredem Ottem. Poinformował go, że Powstanie wybuchnie o 17. Otto nieco się jednak zasiedział u Boruckiego, i nie mógł wrócić do siedziby Gestapo na Szucha, gdyż na ulicach trwały już walki. Razem z Boruckim i kilkoma członkami PAL przeszli więc na Służew, do klasztoru zajmowanego przez oddział Luftwaffe. Gestapo postanowiło ewakuować Boruckiego poza Warszawę. Ich agent stracił tym samym kontrolę nad PAL.


W organizacji powstała wówczas dwuwładza. Piękoś dowodził Grupą "Centrum" PAL. Nie wiadomo jednak na ile realna była jego władza. Po wojnie zeznawał, że 3 sierpnia został aresztowany przez AK i szykowany do rozstrzelania, ale 7 sierpnia wypuszczony na wolność. W innym zeznaniu stwierdził, że dopiero 13 września zdołał zorganizować dowództwo Grupy "Centrum" PAL. Skokowski, jako główny inspektor organizacji starał się natomiast dowodzić wszystkimi oddziałami organizacji z jakimi miał kontakt. Liczebność sił PAL w Powstaniu jest szacowana na od 120 do 500 osób. Wiadomo, że 1 sierpnia oddziałek PAL wziął udział w walkach na Pelcowiźnie. Wiadomo, że pluton osłonowy komendy PAL dzielnie walczył na Mokotowie. Wiadomo, że PAL-owcy walczyli też w Śródmieściu i na Starówce. Precyzyjne określenie liczby żołnierzy PAL jest niemożliwe, choćby ze względu na pompowanie oddziałów - przyjmowano każdego, kto chciał, nie licząc się z dostępnością broni i amunicji. W szeregach PAL walczył m.in. Samuel Willenberg - ocaleniec z buntu w Treblince a później znany rzeźbiarz czy mający ulicę na Pradze prof. Bronisław Wieczorkiewicz, znany badacz gwary warszawskiej, ojciec profesora Pawła Wieczorkiewicza.

PAL przyciągała do siebie również oficerów AK, którym oferowała szybkie awanse i możliwość ustawienia się w czerwonej Polsce. Stefan Korboński wspominał:

"Jeśli chodzi o PAL, to jakiś czas jej główna kwatera mieściła się w domu przy Marszałkowskiej, gdzie często nocowałem. Była to straszna zbieranina. Obsypana gwiazdkami, gdzie się działo. Sami pułkownicy, majorzy itd. Jak się to bractwo orientowało w sprawach wojskowych, tego dowiodła mi rozmowa prowadzona przez dwóch oficerów, której mimo woli wysłuchałem przez otwarte okno. Jakiś głos wykrzykiwał: "Panie poruczniku Wenecjanin!". Już tyle razy panu tłumaczyłem, że wachmistrz a rotmistrz to nie to samo! Wachmistrz to szarża podoficerska, a rotmistrz oficerska. Ja jestem rotmistrzem PAL, a pan, panie poruczniku nazywa mnie wachmistrzem!". Wychyliłem się przez okno, żeby zobaczyć posiadacza romantycznego pseudo. Ujrzałem dwie gwiazdki na ramionach opryszka z gatunku tych, których lepiej po nocy nie spotykać".


Wśród oficerów PAL znajdowali się też jednak ludzie wartościowi. Jednym z najbardziej zagadkowych przypadków był płk Józef Tunguz-Zawiślak, zasłużony legionista, w 1920 r. dowódca ochotniczych oddziałów białoruskich, komendant Związku Strzeleckiego w latach 1938-1939. W relacjach dotyczących Powstania Tunguz-Zawiślak występuje często jako jeden z dowódców PAL, a jednocześnie jako... oficer AK. Wiadomo, że po 9 września był dowódcą zgrupowania "Kuba"-"Sosna" AK. Jako komendant Związku Strzeleckiego na pewno brał udział w przygotowywaniu struktur podziemnych na wypadek wojny. Czy współpracował wówczas ze Skokowskim, Boruckim i Piękosiem?



Ciekawy przypadek stanowił też mjr Stanisław Sławiński "Litwin", przeszedł on do PAL z kontrwywiadu AK, gdzie kierował referatem "994", zajmującym się infiltracją podziemia nie scalonego z AK. Wiadomo, że wprowadził do PAL kilku akowskich agentów. W czasie Powstania kierował natomiast... rzekomym puczem przeciwko gen. Borowi-Komorowskiemu. 7 września "Bór" dostał list podpisany przez "Litwina", kilku innych oficerów PAL, dwóch oficerów AK i ppłka Jerzego Kraffta "Wiesława" z NSZ (który przeszedł do NSZ z referatu "994" kontrwywiadu AK, a po wojnie podawał się za oficera PAL). W liście wzywano "Bora" do dymisji a AK do nawiązania kontaktu z Rolą-Żymierskim i podporządkowania mu całości sił powstańczych. W przypadku dalszego przedłużania walk powstańczych, sygnatariusze listu grozili nawiązaniem rozmów kapitulacyjnych z Niemcami. 

"Bór" wściekł się na takie warcholstwo i kazał oddać autorów listu pod sąd polowy. Sprawie szybko jednak ukręcono łeb. Była ona bowiem najprawdopodobniej intrygą kontrwywiadu AK. Chciał on dać Komendzie Głównej "podkładkę" pod rozmowy z Niemcami. KG AK mogła argumentować, że do negocjacji skłoniła ją groźba buntu walczących oddziałów.



Kilka dni później doszło do ciekawego zwrotu akcji. 14-15 września powstały Połączone Siły Zbrojne AL, PAL i KB a dowództwo nad nimi objął Skokowski. Dawny dowódca "Murmańczyków" dowodził teraz komunistami. 17 września Połączone Siły proponują "Monterowi" natarcie ku Wiśle, tak by połączyć się z berlingowskim desantem. Nowa organizacja została w oczywisty sposób stworzona jako polityczny partner dla Berlinga, który ma plan przebicia się z Czerniakowa do Śródmieścia i wyzwolenia Warszawy. Plan wpisujący się w projekt Berii, powierzenia władzy nad Polską przedwojennym wojskowym (a nie komunistycznym fanatykom). Problem jednak w tym, że Stalin ma inne zamiary, które realizuje jego wysłannik Nikita Chruszczow, który mieszkając na Targowej pilnuje, by Rokossowski nie udzielał Berlingowi zbyt dużej pomocy w przeprawie...

Przyjrzyjmy się jednak uważnie owym Połączonym Siłom. Komunistyczna AL stanowi ich najmniej znaczącą część. Raport dowództwa głównego AL oceniał siły całego Okręgu Warszawskiego tej organizacji na połowę maja 1944 r. na 342 żołnierzy, uzbrojonych w 40 karabinów, 3 pistolety maszynowe, 1 lotniczy karabin maszynowy, 51 granatów i 13 butelek zapalających. Co prawda po wybuchu Powstania stany liczebne AL pompowano, ale "Monter" oceniał je na "1 pluton względnie uzbrojony (+40 osób)." Sama AL 30 sierpnia oceniała je na Starówce (już po panicznej ucieczce większości AL-owców z dzielnicy) na 152 osoby, w tym 35 w grupie bojowej, 38 w grupie saperskiej i 16 w służbie bezpieczeństwa. Ich uzbrojenie stanowiło: 5 karabinów, 2 pistolety maszynowe, 6 pistoletów i 18 granatów. Siły znikome w porównaniu z 50-tysięcznym warszawskim korpusem AK.



Faktycznym dowódcą AK w Warszawie - zwłaszcza po tym jak dowództwo nominalne zginęło 26 sierpnia pod gruzami kamienicy na Freta - był Józef Małecki "Sęk". Był on oczywiście człowiekiem sowieckich tajnych służb - NKGB bądź NKWD. Miał jednak bardzo ciekawy życiorys. Był powstańcem wielkopolskim, weteranem wojny polsko-bolszewickiej, a później działaczem KPP. W 1939 r. wstąpił do sowieckiej milicji w Brześciu, a później wyjechał czy też wysłano go w głąb ZSRR. W 1940 r. został aresztowany za pobicie jakiegoś Żyda w łaźni. Z łagru wyszedł już jako agent NKWD i został przerzucony do Polski. Był szefem sztabu PSZ AL, PAL i KB.


Najciekawszą częścią Połączonych Sił był natomiast Korpus Bezpieczeństwa. Była to organizacja mająca swoje korzenie w 1939 r. i silne związki z obozem generała Sikorskiego.  Była scalona z AK i miała za zadanie m.in. budować policję na Ziemiach Zachodnich. Jej częścią był m.in. Strażacki Ruch Oporu "Skała".  KB mocno się angażował w pomoc dla Żydowskiego Związku Wojskowego w Getcie Warszawskim. Pod koniec lipca 1944 r. ta patriotyczna organizacja nagle zawarła porozumienie o współpracy z PAL. W Powstaniu jej siły liczyły 600-700 żołnierzy, walczących m.in. w takich okrytych chwałą oddziałach jak Batalion "Nałęcz" czy Batalion "Sokół".  Siłami KB w Powstaniu dowodził płk Leon Kokrzewnikjanc "Doliwa", w 1939 r. dowódca straży pożarnej w Gdyni i na Oksywiu. Dowódca KB płk Andrzej Petrykowski "Tarnawa" wraz ze swoim szefem sztabu majorem Leon Bąkowskim "Kirkorem" jeszcze pod koniec lipca wyruszyli na Lubelszczyznę, gdzie przekroczyli front i w Lublinie podporządkowali KB dowództwu LWP. Obaj byli wcześniej zasłużonymi wojskowymi. Petrykowski służył w POW, walczył w III Powstaniu Śląskim i kampanii 1939 r. Bąkowski służył w Legionach i Oddziale II oraz walczył w 1939 r. Obaj stanowili część Głębokiego Państwa Polskiego.



Petrykowski został mianowany komendantem garnizonu Lublina i oficerem do zleceń Roli-Żymierskiego. 6 marca 1945 r. został jednak aresztowany przez Informację Wojskową, pod zarzutem obsadzania stanowisk w LWP oficerami AK i KB, wrogiego stosunku do ZSRR, wyrażania nadziei na powrót do kraju rządu londyńskiego, a także niezadowolenia z tego, że "ludowym" Wojskiem Polskim dowodzi Rola-Żymierski a nie Berling. Ten ostatni zarzut był kluczowy do wyjaśnienia jego roli. Skazano go na 10 lat więzienia, ale wyszedł już w 1947 r. Bąkowski został natomiast pułkownikiem i komendantem szkoły oficerskiej piechoty w Kąkolewnicy. Więziony był później przez UB. Próba infiltracji nie udała się - choć była obiecująca.

Generał Skokowski w styczniu 1945 r. został przyjęty do LWP i otrzymał stanowisko dowódcy okręgu wojskowego w Krakowie. Na jesieni 1945 r. przeszedł jednak w stan spoczynku. W 1948 r. został aresztowany i skazany na 15 lat więzienia. Wypuszczono go na wolność w 1955 r.

Borucki również zgłosił się do LWP w styczniu 1945 r. Przydzielono go do sztabu 1 Armii, ale już w marcu 1945 r. został aresztowany przez Smiersz. Przez 9 lat siedział w więzieniu bez procesu a przesłuchujący go Sowieci starali się od niego wydobyć wszelkie informacje o "Muszkieterach". Podejrzewali, że PAL jest organizacją kontynuującą pracę tej grupy. W 1954 r. skazano go na 15 lat więzienia, a wypuszczono w 1956 r. Po wyjściu z więzienia był TW SB, ale raczej takim, któremu resort totalnie nie ufał. Jego "oficer prowadzący" z Gestapo Alfred Otto, ukrywał się do 1950 r. w Paczkowie, pod polskim nazwiskiem i z legitymacją członka PAL. Siedział później w PRL-owskim więzieniu do 1968 r., gdzie chętnie zeznawał. W 1968 r. spotkał go jeszcze w celi... Jacuś Kuroń. 

Być może najlepiej wyszedł "alkoholik i aferzysta" Piękoś. Po Powstaniu stanął na czele dowództwa PAL w Pruszkowie. Był później posłańcem Sierowa do generała Okulickiego. Zgłosił się do LWP, ale nie pojawił na posiedzeniu komisji weryfikacyjnej, więc nie uznano jego stopnia generała i nie przyjęto do służby. W kolejnych dekadach spokojnie sobie pracował w różnych spółdzielniach i opiekował się rodzinami weteranów PAL. 

Wielu członków PAL po wojnie wkręcało się w działalność Stronnictwa Demokratycznego. Dzieje tej koncesjonowanej partii stanowią niewątpliwie ciekawy materiał, który czeka na solidną monografię...

***

W kolejnym odcinku serii Gracze poznamy bardzo niezwykłą historię infiltracji środowisk komunistycznych. To opowieść o tym jak jeden z dowódców AL, bliski znajomy Moczara, stał się Żołnierzem Wyklętym i uszło mu to na sucho.

Dużą część serii Gracze oparłem na książce Andrzeja Gąsiorowskiego "Polska Armia Ludowa 1943-1945. Studia. Fakty-mity-tajemnice" wydanej przez Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Pozycja ta to "cegła" licząca ponad 800 stron, która niestety jest obecnie dosyć trudno dostępna. A szkoda, bo jest znakomita!

sobota, 19 listopada 2022

Incydent w Przewodowie - punkt zwrotny, którego nie wykorzystano

 


Powyższa grafika pokazuje to jak incydent w Przewodowie jest postrzegany przez Ukraińców. Naprawdę są oni przekonani, że na polskie terytorium spadła rosyjska rakieta (czy to w ramach testowania reakcji NATO, czy też w wyniku błędu przy wprowadzaniu koordynatów lub innej awarii rosyjskiego sprzętu), a incydent celowo zatuszowano, by nie iść na pełną konfrontację z Rosją. 

Ja nie przesądzam, co się tam stało. Po prostu mam zbyt mało danych. Pierwsze przecieki z USA mówiły jednak o rosyjskim pocisku, a Polsat News spekulował, czy to nie była rakieta KH-101. Szybko jednak ustalono dominującą narrację mówiącą o pocisku S-300, wystrzelonym przez ZSU, który miał za zadanie zbić rosyjską rakietę, ale przestrzelił i upadł kilka kilometrów od granicy. Wersja ta została puszczona w obieg przez prezydenta USA Joe Bidena, który stwierdził na szczycie G20, że mało prawdopodobnym jest by to była rakieta "wystrzelona z Rosji".  Biorąc pod uwagę to, że Biden korzystał na szczycie ze ściągawki mówiącej mu, kiedy ma zabierać głos a nawet kiedy siedzieć, można przyjąć, że sam tej wersji nie wymyślił i takie rozwiązanie podsunął mu Jake Sullivan lub inny z jego doradców.

Niechęć do obwiniania Rosji za ten incydent można łatwo wytłumaczyć niepewnością, co do postawy takich "sojuszników" jak Niemcy, Turcja czy Węgry. Wszak na jakie działania mogłyby się one zgodzić w ramach konsultacji związanych z Artykułem 4?

Mimo to, uważam, że administracja Bidena totalnie to spieprzyła. 

Nie ważne czyja rakieta spadła na polskie terytorium. Ważne jest to, że nie wykorzystano tego incydentu w odpowiedni sposób.


Biden nie musiał od razu mówić, że raczej nie była to rosyjska rakieta. Mógł po prostu powiedzieć: badamy incydent, ale istnieje spore prawdopodobieństwo, że to był pocisk rosyjski. Nie skłamałby wówczas. Badanie incydentu mogłoby trwać tydzień, dwa lub miesiąc. W podobnie nieprzejrzysty sposób jak w Smoleńsku. Można by to wykorzystać do zwiększenia presji na Rosję. Niech bardziej uważa, gdzie wysyła rakiety. Niech się boi, że nad Ukrainą wprowadzi się strefę zakazu lotów. Po pewnym czasie można byłoby ogłosić, że rakieta była ukraińska, ale wówczas już niemal nikt by nie pamiętał o sprawie - Rusnia miałaby większe problemy... Zełenski, człowiek znający się na mediach, szybko zauważył tę okazję i trzymał się właściwej wersji. "Rosja jest winna" - jak stwierdziła włoska premier Giorgia Meloni (nawiązując do hasła hiszpańskiej Division Azul :) 

Dlaczego sądzę, że nie doszłoby w takim scenariuszu do "III wojny światowej"? Bo obserwuję, co się dzieje na froncie ukraińskim.

Rassiji wyraźnie nie idzie na lądzie i na morzu, więc próbuje rozstrzygnąć wojnę w powietrzu. Wyraźnie sięga po teorię włoskiego generała Giulio Douheta mówiącą, że w przyszłości będzie można pokonać wrogie państwo tylko i wyłącznie wojną lotniczą - prowadząc bombardowaniami do załamania morale u wroga. Doktryna gen. Douheta była przez ostatnie 100 lat wielokrotnie testowana. Okazywało się, że  dobrze wykonana kampania lotnicza może zniszczyć zdolność wroga do prowadzenia wojny (Japonia 1945, Irak 1991), przyspieszyć decyzję wrogiego rządu o wyjściu z wojny (Włochy 1943), zmusić go do negocjacji pokojowych (Wietnam Północny 1972), sprowokować powojenne obalenie wrogiego reżimu (Jugosławia 1999) czy nawet mocno się przyczynić do zmiany mentalność i kultury wrogiego narodu (Niemcy 1943-1945). Za każdym razem jednak mieliśmy do czynienia z kampaniami prowadzonymi i zaplanowanymi przez profesjonalistów konsekwentnie realizujących określoną strategię. W przypadku obecnej kampanii lotniczej nad Ukrainą mamy natomiast desperackie próbowanie przez Rassiję różnych rozwiązań z nadzieją, że coś może się udać i że Ukraińcy będą błagać o pokój.

Kampania przeciwko przemysłowi i infrastrukturze ma sens, jeśli jest wymierzona w "wąskie gardła" systemu. Czy prowadzone przez Rassiję zmasowane ostrzały rakietowe Ukrainy spełniają ten warunek? I tak i nie. Ukraiński rząd twierdzi, że niemal połowa infrastruktury energetycznej nie działa.  Sytuacja jest rzeczywiście trudna i bardzo uciążliwa dla cywilów. Poważnie zakłócona jest też praca przemysłu, w tym zakładów zbrojeniowych. Rusnia w oczywisty sposób naśladuje amerykańską strategię bombardowań Rzeszy i Japonii. Tyle, że Ukraina nie jest w sytuacji tamtych celów bombardowań. O ile Niemcy i Japonia opierały się na własnym przemyśle zbrojeniowym - mającym wąskie gardła takie jak fabryki łożysk kulkowych i rafinerie ropy - to Ukraina opiera się w dużym stopniu na dostawach broni i sprzętu z zagranicy. Co do jej przemysłu zbrojeniowego, to da się jego część relokować, choćby do Polski. Rassija nie jest natomiast w stanie zatrzymać tego typu bombardowaniami dostaw z Zachodu. Oczywiście uderzenie w infrastrukturę energetyczną zakłóca pracę kolei. Nie zatrzyma jednak lokomotyw spalinowych (które będą Ukrainie bardzo potrzebne). Bombardowania prowadzone przez Rassiję nie są na tyle precyzyjne, by przerywać trasy kolejowe. O ile rakieta nie trafi w strategiczny most, to zniszczenia na kolei da się stosunkowo szybko usunąć (we wrześniu '39 nasze koleje działały sprawnie aż do pierwszych dni sowieckiej inwazji). Liczenie na załamanie morale ludności jest natomiast złudzeniem. Ukraińcy są tak wściekli na Rassiję, że gdyby nawet zrzucono na nich bombę atomową, to walczyliby nadal aż do zajęcia Biełgorodu.

Sprawą, której rosyjscy stratedzy nie rozumieją jest też kwestia skoncentrowania ataku lotniczego na określone cele. W dniu inwazji wystrzelili na całą Ukrainę mniej rakiet niż Amerykanie w 2017 r. na jedno syryjskie lotnisko. Nic dziwnego, że ukraińskie lotnictwo wojskowe w bardzo dużym stopniu wówczas ocalało. Przez wiele miesięcy rosyjska kampania lotnicza polegała na ostrzeliwaniu na chybił-trafił oblężonych miast takich jak Charków. Strategiczne obiekty bardzo rzadko trafiano. Rosyjskie lotnictwo myśliwskie nie zdołało wywalczyć supremacji w powietrzu, już nie mówiąc o dominacji. Rosyjskie straty lotnicze - w 100 proc. zidentyfikowane przez firmę Oryx - są większe od ukraińskich i większe od tych poniesionych przez Syrię w 1982 r. nad Libanem. Po zmasowane ostrzały rakietowe ukraińskiej infrastruktury sięgnięto więc nie tyle w ramach przemyślanego harmonogramu, co w akcie desperacji. Są one strategią zastępczą. I widać, że cele wybierano w pośpiechu - często na podstawie nieaktualnych map. Rakiety spadają więc na skrzyżowania dróg czy w miejsca, gdzie 30 lat wcześniej były koszary. 

Wspominałem niedawno, że Putin dostał od "kraju trzeciego" ofertę pokojową przewidującą, że wycofa on wojska do granic państwowych Ukrainy, z wyjątkiem Krymu, którego status ma być zdemilitaryzowany i zamrożony na siedem lat. Szef CIA William Burns spotkał się po tym z Siergiejem Naryszkinem, dyrektorem SWR w Ankarze. Ostrzegł go, że odpalenie przez Putina bomby atomowej będzie ostatnią decyzją, jaką Putin podejmie w swoim życiu. Naciskał też na przyjęcie przez Rosję owej propozycji pokojowej. Odpowiedzią Putina był zmasowany ostrzał rakietowy Ukrainy z 15 listopada, podczas którego czasowo odcięto od prądu 10 mln Ukraińców, zostało uszkodzonych 15 obiektów infrastruktury energetycznej, zginął 1 ukraiński cywil a 75 rosyjskich rakiet zostało zestrzelonych.

Według Generała SWR, Ruscy naprawdę nie wiedzieli, czy rakieta, która spadła na Przewodów była wystrzelona przez nich. Zwłaszcza, że Putin wcześniej się odgrażał, że "wstrząśnie NATO". (Co ciekawe mówił o atakach na Turcję i Węgry, czyli kraje uznawane za dosyć przyjazne, a dopiero potem o prowokacjach wymierzonych w kraje bałtyckie i w Polskę...) Generał SWR twierdzi, że obawa przed odwetem bądź ultimatum postawionym przez NATO była tak duża, że oficjele ze służb zbierali się i dyskutowali o możliwości usunięcia Putina. W ich oczach była ona jedynym sposobem na uchronienie kraju przed konfrontacją z NATO, którą Rosja musiałaby przegrać.

No, ale administracja Bidena niestety dała Rosji chwilę oddechu... A tak fajnie byłoby zobaczyć panikę u rosyjskich propagandystów i różnych onucowców... Byłaby niezła zabawa z obserwowaniem reakcji debili od FYM - polskiego QAnona - przekonujących, że w 2010 r. w Smoleńsku doszło do inscenizacji, a TuSSk i Putin ocalili świat od III wojny światowej, którą chciało rozpętać GRU wspólnie z Macierewiczem...

***

Incydent w Przewodowie skutkował tym, że obrodziło u nas ekspertami ds. wojskowości. Wielu z nich przekwalifikowało się - byli wcześniej geopolitykami, wirusologami, ekonomistami i specjalistami od skoków narciarskich. Zazwyczaj jojczyli oni głośno, że "jak to możliwe, że obrona przeciwlotnicza nie zestrzeliła tej rakiety". 

Wszystkim tym "ekspertom" przypominam, że Przewodów leży 7 km od granicy - jakieś 2 sekundy loty dla rakiety. Pocisk można było zestrzelić tylko podczas jego lotu nad Ukrainą. A Polska i inne kraje NATO nie zajmują się zestrzeliwaniem rakiet nad terytorium Ukrainy. By zaczęły to robić, potrzebne będzie porozumienie polityczne i wojskowe. Jak zauważa generał Polko, objęcie natowską obroną przeciwlotniczą zachodniej części Ukrainy będzie jednak konieczne, by zapobiec takim incydentom w przyszłości. 

***

Po incydencie bardzo szybko uaktywniła się rosyjska propaganda. W polskim Twitterze mocno trendowało słowo "Ukry". W rolę dyrygenta tej kampanii usiłował wchodzić niejaki Gryguć posługujący się pseudonimem "Pan Nikt". Rzadko kiedy pseudonim tak dobrze pasuje do osoby. Gryguć bowiem jest jednym z tych "wielkich geopolityków" nie potrafiących sklecić ani jednej prognozy geopolitycznej, ale nadrabiających za to jałowymi bluzgami. Niezapomniany doktor Targalski nazywał go "chamską i prymitywną wersją Brauna".  Prawdę mówiąc każdy z kotów doktora Targalskiego górował inteligencją nad "Panem Nikt".

Ale propagandę uruchomiono nie tylko w Kraju Prywislańskim. Również na Zachodzie, o czym świadczy poniższy rysunek z pewnego chujowego francuskiego pisemka.


Skąd jakiś francuski półinteligent-patafian mógł słyszeć o Rzezi Wołyńskiej? Przecież jest zbyt głupi, by znaleźć Rosję na mapie... Kremlowska inspiracja jest w tym przypadku oczywista.

A ja się zastanawiam, czy aby czasem Rassija nie opłaciła parę lat temu kolesi z Państwa Islamskiego do poświęcenia paru frajerów z tej gównianej francuskiej gazetki. Poświęcenia w ramach kampanii przekonywania świata, że Państwo Islamskie to największe zagrożenie dla Zachodu, 100 razy większe od "walczącej z islamskim terroryzmem" Rosji i od Czerwonych Chin. Jakoś tak średnio wówczas ta kampania stykła. Może by się udała, gdyby Hillary została prezydentem. A tak Trump szybko zgniótł wydmuszkę Państwa Islamskiego pozbawiając służb wszelakich takiego pięknego straszaka. I tylko różni Kebabowicze nadal przekonywali, że Państwo Islamskie jest milion razy groźniejsze od Rosji a zarazem na tyle słabe, by sobie nie poradzić z jakąś kurdyjską milicją na syryjskim zadupiu...

Oczywiście wszyscy pamiętamy łzawą kampanię "Jestem Charlie". Ciekawe, czy gdyby islamiści zrobili masakrę w redakcji magazynu "Laski z fiutami", to czy popularne stałoby się hasło "Jestem laską z fiutem"?

***

Niestety wydarzenia bieżące przesunęły w czasie kolejny odcinek serii "Gracze". Odcinek, po którym wielu z Was powie: "Szkoda, że w czasie wojny nie służyłem w Polskiej Armii Ludowej". Powinni o tej organizacji zrobić serial z uniwersum rozszerzającym się niczym w "One Piece".