sobota, 16 maja 2020

Niepodległość: Głębokie Państwo Polskie


Ilustracja muzyczna: Sylver - Lay All Your Love on Me

Ilustracja muzyczna: Sylver - Why Worry

Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, ale rok 2020 został ogłoszony przez Senat IX (poprzedniej) kadencji rokiem jednego z czołowych przedstawicieli Głębokiego Państwa Polskiego - pułkownika Jana Kowalewskiego.



Zaiste pułkownik Kowalewski zasłużył sobie na to jak mało kto. Ten oficer rosyjskich wojsk inżynieryjnych, polskich formacji wojskowych w rozpadającej się Rosji i POW, był twórcą radiowywiadu i znakomitych służb kryptologicznych II RP. Podczas wojny 1920 r. jego komórka była naszymi "uszami" i wniosła decydujący wkład w zwycięstwo. Jak podają popularne źródła:

"Kowalewski złamał pierwsze klucze szyfrowe Armii Czerwonej, umożliwiające odczytanie korespondencji bolszewickiej z frontów wojny domowej na Ukrainie, w południowej Rosji i na Kaukazie. Złamał też szyfry Armii Ochotniczej i „białej” Floty Czarnomorskiej, a także szyfry Armii URL, co pozwalało śledzić wydarzenia na terenach Rosji od Syberii po Piotrogród i od Murmańska po Morze Czarne. Już w styczniu 1920 r. rozpoczął łamanie szyfrów niemieckich. (...)



Rezultaty jego pracy dawały władzom Rzeczypospolitej – przede wszystkim Naczelnikowi Państwa i Wodzowi Naczelnemu – Józefowi Piłsudskiemu wgląd w najtajniejsze decyzje wszystkich stron konfliktu wojny domowej w Rosji: wojsk białej i czerwonej Rosji, wojsk ZURL i Ukraińskiej Republiki Ludowej, a także innych państw sąsiadujących z Polską.



W czasie Bitwy Warszawskiej w sierpniu 1920 r. informacje polskiego radiowywiadu zorganizowanego przez Kowalewskiego miały bezwzględnie rozstrzygający wpływ na decyzje strategiczne Józefa Piłsudskiego i w konsekwencji na rozmiar zwycięstwa Wojska Polskiego nad nacierającą na Warszawę Armią Czerwoną."
(koniec cytatu)



Po zakończeniu wojny z bolszewikami został skierowany do polskiej wojny hybrydowej na Śląsk, gdzie został szefem wywiadu wojsk III Powstania Śląskiego.

Później kontynuował służbę w wojsku i wywiadzie. W 1923 r. pojechał do Tokio, gdzie szkolił "japońskich imperialistów" w łamaniu sowieckich szyfrów. (Polska i Japonia współpracowały również m.in. w badaniach nad bronią biologiczną.)  W latach 1928-1933 był attache wojskowym w Moskwie. Obdarzony fotograficzną pamięcią wysyłał do centrali bardzo dokładne rysunki sowieckiego sprzętu wojskowego. W latach 1933-1937 był attache w Bukareszcie a z tej placówki przeniósł się na stanowisko szefa sztabu Obozu Zjednoczenia Narodowego, czyli najbardziej zajebistej partii politycznej w dziejach Polski.


Powyżej: Jeden z symboli OZN - nawiązujący graficznie do starego słowiańskiego symbolu Sważycy.




Pułkownik Kowalewski w końcówce lat 30-tych uważał, że Polska potrzebuje swojego własnego faszyzmu, który stałby w kontrze do niemieckiego nazizmu i sowieckiego komunizmu. Proponował nazwać tę ideologię "polonizmem".

Jest więc ogromną anomalią, że ekstremalnie mściwy i pamiętliwy gen. Sikorski nie poddał płka Kowalewskiego czystkom. Może po prostu nie panował nad swoimi służbami wywiadowczymi? A może Kowalewski miał zbyt mocne "plecy" u Brytyjczyków? Kowalewski na przełomie 1939 i 1940 angażuje się w tajne operacje w Rumunii i w plan rozszerzenia wojny na Bałkany. W styczniu 1940 r. trafia do Paryża a w czerwcu ewakuuje się z niego do Lizbony. W Portugalii jest szefem kluczowej placówki Oddziału II, a także centrali wywiadowczej na Europę Zachodnią podległej równoległym służbom Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Jakimś cudem udaje mu się omotać ministra Stanisława Kota -  skrajnie nieudolnego a przy tym bardzo ciętego na "sanatorów" przydupasa premiera Sikorskiego. (Kot gdy był ambasadorem w Kujbyszewie celowo olał sprawę ratowania byłego premiera Aleksandra Prystora. Mieliśmy taką możliwość, ale Kot widocznie uznał, że lepiej będzie, gdy Prystor umrze w więziennym sowieckim szpitalu.)



Portugalia jest jednym z krajów kluczowych dla tajnej wojny prowadzonej na kontynencie. To autorytarne państwo rządzone przez katolickiego ekonomistę profesora Antonio Salazara nieoficjalnie bardzo blisko współpracuje z Wielką Brytanią i USA, a jednocześnie pośredniczy w handlu Niemiec ze światem. Skutkuje to m.in. szybkim przyrostem portugalskich rezerw złota. Niemcy od 1940 r. masowo transferują złoto do Hiszpanii i Portugalii, którym płacą za potrzebne im surowce strategiczne takie jak wolfram. Tylko od czerwca 1942 r. do grudnia 1943 r. przejechało przez stację kolejową Canfranc przy granicy francusko-hiszpańskiej 86 ton złota. A równocześnie wiele ton kruszcu było transportowane ciężarówkami. Kowalewski wraz innymi oficerami Oddziału II podkradał to złoto Niemcom. Nasz wywiad tworzył we Francji firmy transportowe, które wykonywały zlecenia dla Niemców - w tym przewóz złota! Wiemy, że Oddział II całkowicie kontrolował m.in. zaangażowaną w transporty złota do Hiszpanii spółkę Societe de Transport a Touluse Francis Dufrage. Historia jeszcze lepsza niż w "Złocie dla zuchwałych"... :)



Polskie służby były w tym czasie we Francji potęgą a pod opieką naszych służb znajdowały się takie grupy jak choćby Polska Organizacja Walki o Niepodległość kryptonim "Monika". Blisko współpracowała ona z brytyjskim SOE a zwalczała jednocześnie Niemców i komunistów - tych drugich likwidując i wystawiając Gestapo. Po wojnie polscy weteranie tych organizacji, wspólnie z mafią korsykańską, gnębili francuskich komuchów na zlecenie Amerykanów. (Dlaczego o tym wspominam? Choćby ze względu na rolę polskich siatek wywiadowczych we Francji w zamachu na Gibraltarze. Wszystko w tej historii łączy się bardziej, niż się spodziewacie.)


Powyżej: Marszałek Piłsudski rozmawia z ministrem spraw zagranicznych Królestwa Włoch, znanym faszystą, kawalerem Orderu Orła Białego Dino Grandim - człowiekiem, który w lipcu 1943 r. odebrał władzę Mussoliniemu.



Węgierski przywódca, wielki przyjaciel Polski, admirał Miklos Horthy z królem Włoch



Rumuński de facto dyktator marszałek Ion Antonescu


Płk Kowalewski prowadził w trakcie wojny również operację "Trójnóg". Miała ona na celu odciąganie Włoch, Rumunii i Węgier od sojuszu z Niemcami. Co jakiś czas konferował on z dyplomatami i szpiegami z tych krajów. Jego aktywność była zakrojona na tak dużą skalę, że zaniepokoiła samego Stalina. Paranoiczny sowiecki dyktator zażądał w trakcie konferencji w Teheranie, by odwołano płka Kowalewskiego z placówki w Lizbonie! Brytyjczycy zażądali tego w marcu 1944 r., dzień po wdarciu się armii sowieckiej na Węgry, od Mikołajczyka a Mikołajczyk oczywiście błyskawicznie spełnił ich życzenie. Wcześniej Kowalewski Brytyjczykom jakoś nie przeszkadzał - negocjacje prowadzone z wybitnymi włoskimi faszystami dotyczące opuszczenia Osi przez Włochy toczyły się właśnie w Portugalii, zapewne na gruncie zbudowanym już przez Kowalewskiego.

Jak czytamy w oficjalnej publikacji:



"Najważniejszym jednak czynnikiem był fakt, iż ppłk Kowalewski znał doskonale Rumunię, jako że pełnił w tym kraju z powodzeniem funkcję attaché wojskowego. Wyrobiwszy sobie tam wyjątkowo mocną pozycję, cieszył się poważaniem i zaufaniem, które w czasie wojny okazać się miało nader przydatne. Pierwszym jego poważnym kontaktem na kierunku rumuńskim był list wysłany przez polskiego oficera do marszałka Antonescu, z którym od lat pozostawali w bliskich osobistych stosunkach (Kowalewski znał rumuńskiego przywódcę z czasów, gdy pełnił funkcję polskiego attaché wojskowego w Bukareszcie; obaj m.in. jeździli razem na narty do Predeal w Karpatach). Pismo zawierało powołanie się na wspólne interesy polityczne oraz wyrażało gotowość do utrzymywania dwustronnych kontaktów. Polityk rumuński przekazał ustnie pozytywną odpowiedź za pośrednictwem zaufanego posłańca. Zapoczątkowany został w ten sposób stały kontakt polskiej placówki lizbońskiej z oficjalnymi czynnikami rumuńskimi, który przetrwał nawet odwołanie ppłk. Kowalewskiego do Londynu w marcu 1944 r., choć uległ wtedy dużemu osłabieniu. Marszałek Antonescu wydawał wręcz polecenia kontaktowania się szeregu rumuńskich wysłanników z polskim oficerem.
Kowalewski niezmiennie przekonywał Rumunów, że Hitler wojnę przegra. Zdaniem polskiego MSW, nie raz polskie podpowiedzi były uwzględniane w rumuńskiej polityce. Poza kontaktem z oboma Antonescu, dyktatorem oraz stawiającym w swej reasekuracyjnej polityce na króla Michała wicepremierem Mihai’em („Icą”), utrzymywano także stosunki z proaliancką częścią opozycji. W rezultacie relacje rumuńskiego świata politycznego z Polakami wybijały się na czoło prób nawiązania kontaktu z aliantami. Wytworzyła się w tym względzie sieć agentów, łączności, kontaktów, intryg i oddziaływań, wymagająca niezwykle subtelnej polityki.
Polskim celem było prowadzenie antyniemieckiej dywersji politycznej, co miało doprowadzić do zerwania przez Rumunię z Osią przy propagowanej przez Polaków tezie, że potencjalnie proaliancka Rumunia weszła do wojny po stronie niemieckiej pod przymusem, wbrew swej woli. Ppłk Kowalewski miał duży udział w przekonywaniu Rumunów, że zwycięstwo aliantów było nieuniknione. Polacy przekonywali swoich partnerów, iż najważniejszym krokiem byłoby dążenie do wycofania wojsk rumuńskich z frontu wschodniego."

(koniec cytatu)



Kowalewski prowadził również w Lizbonie dialog z przywódcą niemieckiej (manipulowanej przez Himmlera, chcącego się pozbyć Hitlera) opozycji: szefem Abwehry admirałem Wilhelmem Canarisem (który często jeździł incognito na Półwysep Iberyjski), płk Erwinem Lahousenem i generałem Alexandrem von Falkenhausenem, wojskowym gubernatorem Belgii. Niemieccy rozmówcy Kowalewskiego poinformowali go m.in. o przygotowaniach do ataku na ZSRR i wyrażali opinię, że trzeba stworzyć polski rząd kolaboracyjny. Proponowali nawet zorganizowanie spotkania... generała Sosnkowskiego z Hitlerem!



W potajemnych rozmowach z Niemcami i Włochami uczestniczył również Jan Szembek, były wiceminister spraw zagranicznych, bliski współpracownik Józefa Becka. Tego samego Becka, którego gen. Sikorski nienawidził i pomawiał o bycie niemieckim agentem. (Przypomnijmy, że jeden z zabójców z kompanii Mirandczyków, z którymi Sikorski miał bliskie spotkanie na Gibraltarze w dniu swojej śmierci używał fałszywego nazwiska... Józef Beck.) Abwehra prowadziła również sondażowe rozmowy z Beckiem w Rumunii w 1940 r., namawiając go na powrót do Polski a także nawiązała kontakt z sekretarzem ambasady polskiej w Bukareszcie Jerzym Giedroyiciem. 

Informacje o sondażach prowadzonych w Rumunii przez Niemców wywołały strach i wściekłość gen. Sikorskiego. O rozmowach prowadzonych z Niemcami przez kilka lat w Portugalii jednak prawdopodobnie nic nie wiedział. A przecież już w lipcu 1940 r. płk Kowalewski napisał tzw. Memoriał z Lizbony. Ten dokument, wysłany do niemieckiego MSZ, mówił o konieczności stworzenia w Polsce ośrodka politycznego konkurencyjnego wobec rządu londyńskiego. Państwo polskie miałoby zostać odbudowane i przesunięte o "kilka stopni geograficznych" na Wschód. Oczywiście byłoby to rozwiązanie tymczasowe. Pułkownikowi Kowalewskiemu zależało na oszczędzeniu polskiej krwi i zakończeniu okupacji niemieckiej - podczas gdy rząd londyński dbałby o polskie interesy u aliantów, rząd warszawski reprezentowałby nasze interesy u Niemców.



To, że propozycję taką złożył człowiek z sanacyjnego Głębokiego Państwa nie może dziwić. To, że podpisali się pod nią tacy "realiści" jak Stanisław-Cat Mackiewicz czy płk Ignacy Matuszewski też nie dziwi. Ale podpisali się pod nią też: Jan Szembek, taki zasłużony społecznik i dyplomata jak Emeryk Hutten-Czapski, były endecki minister skarbu Jerzy Zdziechowski, działacz endecki Stanisław Strzetelski (szef biura pomocy uchodźcom polskim w Portugalii), przywódca Stronnictwa Narodowego Tadeusz Bielecki (ten koleś, co później wywalił z SN znanego debila Jędrzeja Giertycha za wiernopoddańczy list do Chruszczowa), czy działacz ONR Jerzy Kurcyusz (późniejszy doradca NSZZ "Solidarność"!) świadczy o tym, że istniało wówczas ponadpartyjne porozumienie dotyczące gry z Niemcami.

Na liście osób, które podpisały Memoriał z Lizbony znajdziemy zarówno przeciwników politycznych Sikorskiego jak i osoby, które pracowały dla jego administracji. Wobec żadnego z nich Sikorski nie wyciągnął żadnych konsekwencji. Bo zapewne nie wiedział o memoriale. Świadczy to o tym, że nie kontrolował tego, co się dzieje we własnych tajnych służbach. W czasie gdy zajmował się polowaniami na takich "sprawców klęski Wrześniowej" jak np. naczelny lekarz WP czy oficerowie, którzy byli już od dawna na emeryturze, trzymał w kluczowych instytucjach ludzi będących jego śmiertelnymi wrogami. Funkcjonariuszy Głębokiego Państwa Polskiego.



Przypomnijmy odnalezioną przez przez Dariusza Baliszewskiego depeszę płka Stanisława Karo z Oddziału II N.W. w Lizbonie do płka Michała Protasewicza, dowódcy Oddziału VI N.W. z 25 czerwca 1943 r. :

"Gralewski Jan pseudonim Pankracy wyjechał z Polski 8 lutego na rozkaz ZWZ, wyjechał 23 (czerwca) - odwołany z puczu na Gibraltar celem ewakuacji do Londynu pod nazwiskiem Nowakowski Jerzy, w Lizbonie nie był".

Lizbona to teren płka Kowalewskiego. I miejsce, gdzie prowadzą niektóre wątki zamachu na Gibraltarze, a konkretnie te dotyczące ekipy zabójców.

To co się wydarzyło 4 lipca 1943 r. na "Skale" nie było żadnym wypadkiem lotniczym. Było skomplikowanym samobójstwem - śmiercią w wyniku samobójczej polityki kadrowej.

***

A w następnym odcinku: pojawi się Rudolf Hess.

***


Pisałem niedawno, że głupota jest u Grabskich dziedziczna. No i wykrakałem, bo w rocznicę zamachu majowego zrzucona z Mostu Poniatowskiego została prawnuczka prezydenta Wojciechowskiego. Upokorzono ją wcześniej jak jakimś japońskim pornosie. Feministki nabrały wody (a może innej substancji...) w usta. Zastąpił ją koleś, który ogłosił, że "w Warszawie zaczęła się fala" przypominając wszystkim gównoburzę po awarii w oczyszczalni "Czajka". Mimo to, nie lekceważyłbym go - w polityce nigdy nic nie wiadomo, a głupota ludzka nie zna granic.



W USA jeszcze ciekawiej. Biden pogrąża się w demencji i zetrze się z również zmęczonym przez starość Trumpem. Byleby tylko Hillary nie wyskoczyła jako kandydatka na wiceprezydenta. Wówczas przez pierwsze miesiące nowej administracji będzie ona pracowała. Nad nekrologiem Bidena.

sobota, 9 maja 2020

Niepodległość: Skała


Ilustracja muzyczna: Shanguy - Desole (Wyobraźcie sobie Hitlera zwiedzającego w 1940 r. i słuchającego tego utworu :)

„Skoro byliśmy zdecydowani pozwolić Hitlerowi na pożarcie Polski bez poważniejszej interwencji z naszej strony, nasuwa się pytanie, po co wypowiedzieliśmy wojnę we wrześniu 1939 roku?” – płk Adolphe Goutard, "Wojna straconych okazji".




Francja mogła w 1940 r. bez większego problemu pokonać Niemcy. Jeśli tego nie zrobiła, to głównie z powodu załamania morale i fatalnego przywództwa wojskowego i politycznego. Już po pierwszej porażce pod Sedanem (której dało się uniknąć - wystarczyło rzucić do boju dwie stojące bezczynnie dywizje pancerne!) władze kraju i dowództwo armii uznały, że nic nie da się już zrobić. Szybko przeszły do konkluzji, że pozostaje im już tylko stać się częścią niemieckiej Europy.



Totalnie nie popisało się wówczas też polskie kierownictwo polityczno-wojskowe. Generał Sikorski był człowiekiem ślepo zapatrzonym we Francję (wykonującym też dla niej pracę agenturalną). Jednocześnie jednak był człowiekiem, który totalnie nie rozumiał swojego francuskiego protektora. Tak więc na posiedzeniu rządu w dniu 28 maja 1940 r. zapewniał ministrów, że "nie ma mowy o załamaniu moralnym we Francji" i że "niezłomne postanowienie wytrwania za wszelką cenę aż do zwycięskiego końca jest mocniejsze niż kiedykolwiek".  7 czerwca przekonywał, że problemy  Francji są tylko przejściowe i że wkrótce dojdzie do całkowitego odwrócenia sytuacji. Kilka dni później przekonywał, że "Petain i Weygand symbolizują jedność w prowadzeniu wojny aż do zwycięstwa". Głosił taką tezę wówczas, gdy ci dwaj dowódcy szykowali już Francję do kapitulacji. 



10 czerwca opuszczając Paryż mówił, że jedzie do Weyganda, by przedstawić mu swój "zbawczy plan" uderzenia na flankę niemiecką wojskami z Linii Maginota. Przez tydzień błąka się po Francji, nie wiedząc, że Weygand przeniósł się do Bordeaux. 12 i 14 czerwca depeszuje do rządu  w Angers, by nie spieszyć się z ewakuacją, bo "sytuacja jest dobra i poprawia się". Przypomnijmy: 14 czerwca to dzień wkroczenia Niemców do porzuconego Paryża. W nocy z 16 na 17 czerwca rozmawia z prezydentem Władysławem Raczkiewiczem i próbuje go przekonywać, że "nie jest tak źle". Raczkiewicz krzyczy na niego, by "pozbył się złudzeń" i wracał jak najszybciej. Sikorski odpowiada, że nie może, bo ma następnego dnia ważną rozmowę z Weygandem. Prezydent zaskakuje go mówiąc, że Weygand jest w Bordeaux.



Sikorski wyjeżdżając na tydzień w poszukiwaniu Weyganda nie zostawił swojemu sztabowi żadnych rozkazów. Sterroryzował za to swój sztab wybuchając złością na sugestię, by wycofać niezaangażowane w walkę polskie oddziały i jednostki tyłowe za Loarę. Gen. Kukiel przez tydzień nie chce więc wydawać żadnych rozkazów polskim wojskom bez wiedzy Sikorskiego. A z Sikorskim nie jest w stanie się skontaktować. Naczelny Wódz po prostu zniknął. Dzisiaj krytykujemy np. gen. Rómmla za to, że "porzucił" Armię Łódź i wyjechał do Warszawy (Kutrzeby za to samo nie krytykujemy, bo wiadomo, jest bohaterem bez skazy) i straszliwie się zżymamy na marszałka Śmigłego-Rydza za ewakuację do Rumunii. Co jednak sądzić o Wodzu Naczelnym, który w ogniu walk na tydzień zrzeka się dowództwa i zrzuca mundur? Generał Sikorski pozbył się munduru, pod wpływem panicznej pogłoski o Niemcach zmierzających do miasteczka, w którym się zatrzymał. Później musiano instruować miejscowego krawca jak uszyć mundur polskiego Wodza Naczelnego...



Polskie wojsko toczy bohaterskie walki pod Lagarde, Montbard i Clou du Doubs. Nasze jednostki zostały jednak rzucone na front oddzielone od siebie. Sztab z gen. Kukielem na czele nic nie robi, by temu zapobiec. No może, poza prośbami do Francuzów, by bardziej rozumnie wykorzystywali nasze siły. Co więcej - nasze kierownictwo wojskowe marnuje Samodzielną Brygadę Strzelców Podhalańskich, którą ze zwycięskich walk w Norwegii zamiast do Anglii wysłano już w czerwcu do Bretanii! Liczące ponad 80 tys. wojsko zostaje zaprzepaszczone, dlatego że sztab nie przygotowuje jego ewakuacji. Ci sami sztabowcy drwili wcześniej z ewakuacji WP do Rumunii i na Węgry. No cóż, tamta ewakuacja była wzorem profesjonalizmu i dalekowzroczności.



Rząd ewakuuje się 14 czerwca z Angers do Libourne pod Bordeaux. Francuski premier Paul Reynoud  mówi ministrowi Augustowi Zaleskiemu (piłsudczykowi i znanemu masonowi), by polski rząd i wojsko w ciągu 3-4 dni ewakuowały się do Anglii. Zaleski zaczyna organizować ewakuację w porozumieniu z Brytyjczykami, ale oponuje znany idiota płk Izydor Modelski oraz...generał Sosnkowski. Twierdzą oni, że decyzję w tej sprawie może podjąć tylko gen. Sikorski. Kontakt z Sikorskim zostaje nawiązany dopiero w nocy z 16 na 17 czerwca a 17-go wydaje on zgodę na ewakuację rządu i prezydenta. Raczkiewicz i Zaleski w ostatniej chwili odpływają na brytyjskim okręcie, unikając niemieckich nalotów bombowych do Anglii. Prezydenta Raczkiewicza 21 czerwca król Jerzy V wita na londyńskim dworcu kolejowym. Sikorski przez parę dni nie wie, co ma robić ze sobą, aż przylatuje po niego "szara eminencja' Józef Rettinger i zabiera go wraz z gen. Sosnkowskim i paroma oficerami do Londynu. Z wojska udaje się przedostać do Wielkiej Brytanii tylko 15 tys. żołnierzy. Polskie rezerwy złota nie zostają ewakuowane - przechwytują je Francuzi i wywożą do Afryki. Przez kilka lat walczymy o nie w nowojorskich sądach - wygrywamy dzięki zaangażowaniu braci Dulles. 


Sikorski zapomniał co prawda o polskim złocie, ale nie zapomniał o swoich przeciwnikach politycznych więzionych w obozie internowania w Cerizey. Zapewnił im transport do Wielkiej Brytanii, tylko po to by wsadzić ich do obozu karnego na Wyspie Węży.  W obozie tym przebywają piłsudczycy, oskarżani o "sprawstwo klęski wrześniowej". W większości są to ludzie, którzy nie mieli żadnego wpływu na przebieg działań wojennych w 1939 r. a nawet byli wówczas poza wojskiem i polityką, ale przed laty czymś podpadli sitwie Sikorskiego. Wśród osadzonych są m.in.:  inicjator Powstania Wielkopolskiego - por. Mieczysław Paluch, inny bohater tego zrywu - dr. Wojciech Jedlina-Jacobson,  wojewoda śląski Michał Grażyński (bohater Powstań Śląskich), mjr Jerzy Niezbrzycki, kierownik wydziału "Wschód" w Oddziale II Sztabu Generalnego, czy gen. Stanisław Rouppert, naczelny lekarz Wojska Polskiego. Internowani są również niektórzy oficerowie Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, którzy krytykowali dowodzenie Sikorskiego we Francji - np. płk Władysław Dec z Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich. Znany pisarz i pilot Janusz Meissner trafia do obozu, za wydanie jednego numeru pisma satyrycznego "Spitfire". 



Sikorski stawia wyżej lojalność polityczną niż zdolności. Na przyjęcie na jakąś sensowne stanowisko dowódcze w wojsku nie mają co liczyć tacy bohaterowie Września jak płk Adam Epler czy płk Wilhelm Orlik-Ruckemann. Gdy były premier gen. Felicjan Sławoj-Składkowski prosi o możliwość przyjęcia do armii jako zwykły, szeregowy lekarz, dostaje w odpowiedzi chamski list od Sikorskiego. 



Żołnierzom polskim, którzy przybywali od 1939 r. we Francji kazano "trzymać głowę nisko" i pamiętać, że "reprezentujecie kraj pokonany". Emigracyjna prasa ówcześnie starała się maksymalnie zohydzać II RP. Podważano nawet legalność Konstytucji Kwietniowej - na podstawie której działały przecież władze RP na uchodźstwie! W wojsku zakazano śpiewać legionowe piosenki, ale namawiano by śpiewano pieśni o gen. Sikorskim, Kukielu czy nawet płk Modelskim. Modelski znany był z tego, że w czasie I wojny światowej prowadził działalność donosicielską dla austriackich władz a podczas zamachu majowego dowodził pułkiem na warszawskiej Cytadeli. Gdy ogłosił neutralność, żołnierze zamknęli go w kiblu i ruszyli na pomoc Piłsudskiemu. Komuniści uczynili tego prezesa Związku Hallerczyków (co ciekawe hallerczyka pochodzenia żydowskiego) attache wojskowym w Waszyngtonie w latach 1946-1949. Gdy chcieli go odwołać ze względu na rażącą nieudolność, przeszedł na stronę Amerykanów. 

Cofnijmy się jednak nieco w przeszłość, by lepiej oświetlić pewne sprawy...



Płk Józef Jaklicz wspominał jak 17 września 1939 r. gen. Sikorski zgłosił się do niego w Kołomyji. Znali się bardzo dobrze z wojny 1939 r. i bardzo lubili. Sikorski powiedział, że z upoważnienia gen. Sosnkowskiego chce się skontaktować z marszałkiem Śmigłym-Rydzem. Namawiał Naczelnego Wodza do ewakuacji poprzez Rumunię do Francji! Mówił, że ma we Francji liczne znajomości a jego przyjacielem jest generał Maurice Gamelin (ten sam, który nie pomógł nam w 1939 r. i zawalił sprawę w 1940 r.), więc chętnie pomoże marszałkowi w budowie armii polskiej na ziemi francuskiej. W tym momencie marszałek Śmigły-Rydz jeszcze nie myślał o ewakuacji do Rumunii - chciał szukać śmierci przebijając się z garstką oficerów pod Lwów.

18 września już po rumuńskiej stronie granicy Sikorski ponownie rozmawiał z Jakliczem. Sondował go co ma robić. Jaklicz odparł, że to co wcześniej ustalono z Naczelnym Wodzem. Sikorski przerwał rozmowę i bardzo chłodno się z nim pożegnał. Jaklicz później przez wiele miesięcy nie mógł się doprosić stanowiska w WP we Francji, aż w czerwcu 1940 r. powierzono mu dowództwo piechoty dywizyjnej 3 Dywizji Piechoty, która nie była jeszcze do końca uformowana. 

Po kampanii francuskiej został na terenie Francji, kierując tam do 1944 r. konspiracyjnym Wojskiem Polskim. Był więc wodzem polskiej tajnej wojny na terenie tego kraju.

A działo się tam wiele. Ale bardzo niewiele o tej tajnej wojnie wiemy. Dlaczego to francuskie ogniwo jest ważne? Choćby dlatego, że według ustaleń Dariusza Baliszewskiego, w grupie 95 polskich żołnierzy tzw. mirandczyków, z którymi widział się Sikorski na Gibraltarze 4 lipca 1943 r. był kilkunastu ludzi ze służb specjalnych z fałszywymi tożsamościami. Trzech z nich wykonywało wcześniej wyroki śmierci wydawane przez "oficerskie sądy kapturowe we Francji".

I jeszcze jedno: wielokrotnie pewnie czytaliście o majorze Galinacie, który 27 września w brawurowy sposób dostaje się samolotem ukradzionym z rumuńskiego lotniska do oblężonej Warszawy i wręcza gen. Rómmlowi rozkaz marszałka Śmigłego-Rydza o utworzeniu armii podziemnej. Wiecie co się z nim później stało? Był jednym z pierwszych więźniów Wyspy Węży. Gdy zostaje wypuszczony z obozu, zaczyna w lutym 1943 r. tworzyć Samodzielną Kompanię Grenadierów, czyli oddział komandosów przeznaczony do akcji w okupowanej Francji. A co jeżeli jej pierwsza akcja została przeprowadzona na Gibraltarze?



Odnaleziona przez Dariusza Baliszewskiego depesza płka Stanisława Karo z Oddziału II N.W. w Lizbonie do płka Michała Protasewicza, dowódcy Oddziału VI N.W. z 25 czerwca 1943 r. :

"Gralewski Jan pseudonim Pankracy wyjechał z Polski 8 lutego na rozkaz ZWZ, wyjechał 23 (czerwca) - odwołany z puczu na Gibraltar celem ewakuacji do Londynu pod nazwiskiem Nowakowski Jerzy, w Lizbonie nie był"

***

A w kolejnym odcinku serii Niepodległość przeniesiemy się do wojennej Lizbony i Madrytu.

***

Niektórzy hejterzy narzekają, że za dużo zajmuję się historią. Zwykle jednak ci sami ludzie tarzają się w historycznych analogiach, nazywając obecną ekipę rządzącą "grupą rekonstrukcyjną sanacji". No cóż, moim zdaniem porównywanie Zjednoczonej Prawicy do sanacji to dla niej zbyt duży komplement. Ale z punktu widzenia zwolenników tej formacji, przynajmniej Jarosław Gowin nie zachował się teraz jak generał Sosnkowski w 1939 r. i nie przeszedł na stronę "puczystów" chcących zdobyć władzę w wyniku kryzysowego chaosu.

Skoro jednak obecna władza ma być "grupą rekonstrukcyjną sanacji", to co rekonstruują partie opozycyjne? W przypadku PSL nie ma wątpliwości - rekonstruuje ono PSL "Piast" tak pięknie opisane w "Mateuszu Bigdzie". Mam na myśli oczywiście spryt polityków tej formacji - rozgrywają PO, tak jak dawny PSL rozgrywał endecję. Zresztą KO do pewnego stopnia jest grupą rekonstrukcyjną parlamentarnej endecji. Co prawda jej elektoratowi nie przejdą przez gardło słowa "Naród" czy "Bóg", ale jego oparta na mieszczaństwie struktura jest bardzo podobna. Oczywiście nie porównuje ich do NSZ czy ONR - to inne pokolenie. Widać jednak, że w obecnej kampanii wyborczej chwalili się pochodzeniem swojej kandydatki od Grabskich. Tych samych Grabskich, których Pękosławski idealnie obśmiał w swoich wspomnieniach za ich bezdenną głupotę.Mamy wreszcie też grupy rekonstrukcyjne niemieckiej piątej kolumny (niektórzy z nich przebierają się nawet na Śląsku w mundury Freikorpsów czy innych formacji LGBT) i KPP. Zastanawiam się jednak gdzie zakwalifikować byłego rezydenta Komorowskiego z jego groźbami, by Gowin uważał na siebie w ciemnym zaułku? Bo tak samo KPP groziła "zdrajcom" i "prowokom".

sobota, 2 maja 2020

Niepodległość: Teraz jest wojna!



"Pewnego dnia powiedział mi Jezus, że spuści karę na jedno miasto, które jest najpiękniejsze w Ojczyźnie naszej. Kara ta miała być, jaką Bóg ukarał Sodomę i Gomorę".

s. Faustyna Kowalska, "Dzienniczek", 39.

"Wrzesień. Pierwszy piątek. Wieczorem ujrzałam Matkę Bożą, z obnażoną piersią (!!! - dop. Fox) i zatkniętym mieczem, rzewnymi łzami płaczącą, i zasłaniała nas przed straszną karą Bożą."

s. Faustyna Kowalska, "Dzienniczek", 686

Kluczowe pytanie: Za co Bóg chciał tak mocno ukarać Polaków?

Ilustracja muzyczna: Run girls run! - Share the light - Assassin's Pride OP



W marcu 1939 r., w dniu hitlerowskiej aneksji Kłajpedy , płk Józef Jaklicz, zastępca Szefa Sztabu Generalnego, wezwał do siebie płka Józefa Szostaka, szefa Samodzielnego Referatu "Wschód" w Oddziale III Sztabu Generalnego. Szostak, w swoich znakomitych wspomnieniach "Moja służba Niepodległej", relacjonował, że Jaklicz spytał go o ocenę sytuacji strategicznej. "Myślę, że teraz przyjdzie kolej na nas." "A co my zrobimy?" - dopytywał się Jaklicz. "Wydaje mi się, że będziemy się bili. Będzie wojna". Jaklicz odparł: "Ale pan sobie zdaje sprawę, że dostaniemy w dupę!". "Tak, dostaniemy, gdyż są znacznie silniejsi od nas, ale w końcu będą pobici przez innych" - odrzekł Szostak. Jaklicz wówczas wypalił: "I do nas wejdą wojska sowieckie, a dużo czasu upłynie zanim się ich pozbędziemy".




Płk Jaklicz nie był jedynym pozbawionym złudzeń. Na jesieni 1938 r. kard August Hlond pyta marszałka Śmigłego-Rydza o to jak będzie wyglądała wojna polsko-niemiecka. Śmigły-Rydz nie jest optymistą. Mówi, że Polska wyjdzie z niej "skrwawiona, ale powiększona".



O tym, że do wojny ma dojść wiedzieliśmy od wielu lat. Już w 1932 r. Marszałek Piłsudski zmawiał się w kwestii likwidacji w zarodku niemieckiego niebezpieczeństwa z gen. Douglasem MacArthurem i prezydentem Herbertem Hooverem. W 1934 r. proponował Francji wojnę prewencyjną przeciwko Niemcom. "Sądząc z listów, jakie otrzymałem od Józia Makowieckiego z Paryża, francuskie koła wojskowe były tego zdania jak nasz Marszałek. Wykładowcy w Ecole de Guerre mówili Makowieckiemu o konieczności profilaktycznej wojny" - pisał Szostak. W 1936 r. marszałek Śmigły-Rydz ponownie zaproponował Francji wojnę prewencyjną przeciwko Niemcom. W 1938 r. rozważaliśmy zadanie Rzeszy ciosu w plecy w przypadku jej wojny z Czechosłowacją. Niestety, Czesi nie chcieli walczyć o swoją niepodległość i postanowili stać się częścią Niemiec...

Flashback: Wrześniowa Mgła - Uderz póki czas!

W lecie 1939 r. po powrocie z Paryża, płk Jaklicz podzielił się z Szostakiem opinią, że Francja nam nie pomoże. "Nie mają ciężkiej artylerii" - szepnął. Nie było to zgodne z prawdą - Francuzi mieli znakomitą ciężką artylerię, której Niemcy panicznie się bali. Jaklicz sygnalizował jednak, że nie będzie przełamania Linii Zygfryda.

Istniała też świadomość tego, że Stalin szykuje się do inwazji na nas. 8 września 1939 r. płk Pawło Szandruk, ukraiński oficer kontraktowy w WP, rozmawiał z Jakliczem i w swoich wspomnieniach "Siła męstwa" zapisał później, że Polacy byli świadomi ewentualnej sowieckiej inwazji. O tym, że wiedzieliśmy o niej bardzo dokładnie już wykazywałem w serii Wrześniowa Mgła.

Flashback: Wrześniowa Mgła - Przewidziana inwazja


Zresztą słowa Jaklicza z marca 1939 r. wyraźnie wskazują, że już wtedy doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego jak potoczy się sytuacja. Ośmielę się stwierdzić, że ten scenariusz był nam znany o wiele wcześniej. Jak pisałem, w grudniu 1938 r. William Bullitt, długoletni ambasador USA w Moskwie i w Paryżu, powiadomił hrabiego Potockiego, naszego ambasadora w Waszyngtonie, o tym jak będzie wyglądać druga wojna światowa:




"W grudniu 1938 r. na urlopie w USA Bullitt znalazł czas na rozmowę z Jerzym Potockim, byłym adiutantem Marszałka Piłsudskiego, byłym senatorem BBWR a od 1936 r. naszym ambasadorem w Waszyngtonie. Rozmowa dotyczyła przyszłej wojny. Bullitt zapowiadał "wiele niespodzianek" na pierwsze miesiące 1939 r. Mówił, że wojna potrwa sześć lat, zakończy się klęską Niemiec i wprowadzeniem komunizmu w Europie. Kilka miesięcy później Bullitt w innej rozmowie precyzuje, że Stany Zjednoczone włączą się do wojny po stronie Wielkiej Brytanii i Francji. Nie będą się czynnie angażować od początku, ale po pewnym czasie włączą się, by wojnę zakończyć. Wszystkie jego prognozy się spełniły. Bullitt cały czas powołując się na autorytet Roosevelta zapewniał, że USA są zdeterminowane, by przystąpić do wojny. O tym, że USA włączą się do wojny przeciwko Niemców zapewniał również naszego attache wojskowego w Lizbonie, tamtejszy amerykański attache morski, będący przyjacielem Roosevelta.
Hrabia Potocki w innej swojej depeszy z 1938 r. pisze o wielkich programach zbrojeniowych rozkręcanych przez administrację Roosevelta, propagandzie prowojennej (rozkręcanej według niego przez "kontrolowaną przez Żydów" prasę i Hollywood) oraz o tym, że wojna będzie dla Roosevelta sposobem na zakończenie kryzysu gospodarczego i uniknięcie w USA konfliktów społecznych. Potocki wskazuje m.in. na Bernarda Barucha jako jednego z architektów kampanii prowojennej w USA.Ambasador Łukasiewicz w obszernej depeszy z Paryża z grudnia 1938 r. pisał o tym, że Francja związana sojuszem z Polską będzie szukała jakiegokolwiek pretekstu, by z tego aliansu się wycofać. Parę miesięcy później donosił jednak o zmianie nastrojów wśród francuskich elit, która się zbiegła z powrotem Bullitta z Waszyngtonu do Paryża. W rozmowie z amerykańskim ambasadorem zastrzegł, że Polska nie ma zamiaru zostać obarczona winą za wywołanie wojny. Dlatego domaga się od Wielkiej Brytanii i Francji konkretnych kroków mających zagwarantować ich przystąpienie do konfliktu przeciwko Niemcom i wsparcie dla Polski. Bullitt stwierdził, że będzie w tej sprawie mocno naciskał i zapowiedział, że ambasador w Londynie Joe Kennedy, odpowiednio ustawi brytyjski gabinet rządzący. Rzeczywiście, w ciągu kilku następnych tygodni rząd Chamberlaina przyspieszył przygotowania do wojny i dał Polsce gwarancje. Te dokumenty potwierdzają więc moją obserwację z serii Wrześniowa Mgła - to nie Anglia wciągnęła nas do wojny, tylko my ją."

Informacje dostawaliśmy też najprawdopodobniej od samego Kaukaskiego Prometeusza - Ławrientija Berii. Jak pisałem:



"Beria utrzymywał również bezpośrednie kanały tajnej komunikacji z polskimi służbami. Prof. Thome opisała jeden z nich: Apollona Uruszadze. Był on naczelnikiem policji w jednej z dzielnic Piotrogrodu za czasów Kiereńskiego, a później zasłużonym w zwalczaniu bolszewików naczelnikiem policji w Tyfilisie rządzonym przez gruzińskich mieńszewików. Był też powstańcem z 1924 r. Beria uczynił go dyrektorem Instytutu Stomatologicznego w Tbilisi i swoim osobistym dentystą. W 1936 r. wysłał go z misją do polskiego konsula w Tbilisi Ksawarego Zalewskiego. Przekazywał od tej pory polskim służbom raporty dotyczące sytuacji na szczytach władzy w ZSRR oraz zamiarów Berii. Sugerowano w nich już w 1937 r., że Beria trafi do Moskwy do GPU i będzie... następcą Stalina. (.,.) Kontakty z gruzińskimi emigrantami były o tyle ułatwione, że bazowały na związkach rodzinnych. Noe Żordania i Ewgenii Gegeczkori byli wszak krewnymi jego żony i zarazem przywódcami gruzińskiej emigracji w Paryżu. Byli oni w dobrych stosunkach z władzami Francji - wolnomularz Gegeczkori przyjaźnił się z socjalistycznym premierem Leonem Blumem. Jednocześnie ściśle współpracował z polskimi tajnymi służbami i Marszałkiem Piłsudskim. Od 1926 r. gruzińscy mieńszewicy byli finansowani przez Oddział II Sztabu Generalnego. Gegeczkori był jednym z głównych rozgrywających w stworzonym przez Oddział II i ppłka CharaszkiewiczaRuchu Prometejskim i jednym z twórców Konfederacji Kaukazu. Beria utrzymywał z tymi ludźmi kontakty za pomocą swoich osobistych agentów, takich jak np. szef rezydentury w Paryżu Aleksander Orłow, czy G. Gegelię, który był znanym działaczem gruzińskiej Partii Narodowo-Demokratycznej, choć od lat 30-tych cała emigracja doskonale wiedziała, że był agentem NKWD. Punktem kontaktowym był m.in. stambulski klasztor Notre-Dames-de-Lourdes należący do gruzińskich katolików meschetyńskich, zwanych "Frankami". Jego przeor, o. Szałwa Wardidze był w czasie I wojny światowej członkiem Komitetu Wyzwolenia Gruzji, a później łącznikiem między gruzińską emigracją a Stolicą Apostolską a także działaczem faszystowskiego, wspieranego przez Włochy, ruchu Tetri Giorgi. W tym klasztorze ludzie Berii spotykali się z przedstawicielami gruzińskiej emigracji a także przedstawicielami tureckich i niemieckich tajnych służb. Być może tą drogą Stolica Apostolska została poinformowana o szykowanym pakcie niemiecko-sowieckim, o którym informacje przekazała w styczniu 1939 r. znanemu masonowi, twórcy Ruchu Paneuropejskiego, hrabiemu Richardowi Coudenhowe-Kalergi. "

Skoro wiedzieliśmy, że grozi nam sowiecka inwazja i podejrzewaliśmy, że Francja nam nie pomoże, a także zdawaliśmy sobie sprawę z dysproporcji sił i tego, że nasze granice są nie do obrony, to czemu nie sprzymierzyliśmy się z Niemcami?

Właśnie dlatego, że wiedzieliśmy jak się sprawy potoczą. Niemcy nie miały szans na wygranie drugiej wojny światowej. Zwłaszcza w konfrontacji z USA. Naszą armię w ZSRR spotkałby ten sam los co Węgrów. (Niektórzy węgierscy jeńcy byli odnajdywani na Syberii jeszcze w latach 90.) Kraj zostałby okrojony jeszcze bardziej niż w 1945 r. - stracilibyśmy Kresy, a nawet Białystok i Chełm, a nie dostalibyśmy Ziem Zachodnich. Sowietyzacja byłaby dużo bardziej brutalna. I nie ma żadnej gwarancji, że Polska zachowałaby swoją państwowość. Wszak mogła stać się sowiecką republiką podobnie jak państwa bałtyckie. O ile w czasie wojny Zachód traktował nas jako niewygodnych sojuszników, to w takim scenariuszu traktowałby nas jako wrogów. Dzisiaj bylibyśmy pewnie drugą Mołdową.



Jak pisał Dariusz Baliszewski: "Jakkolwiek krzywdzące byłyby dla Polski decyzje podjęte przez sprzymierzonych w Jałcie czy Teheranie, to jednak, jak zapisał 12 grudnia 1939 r. w Brasow w Rumunii mądry Józef Beck: „Państwo polskie istnieje w obliczu prawa i w polityce. I nie trzeba nam znów zaczynać od Legionów i komitetów narodowych!”. I wydaje się, że o to właśnie im chodziło, gdy widząc w zbliżającej się wojnie groźbę kolejnych rozbiorów i kolejne niemiecko-sowieckie zamiary wymazania Polski z mapy świata, szli na tę z góry przegraną wojnę, by ocalić Polskę. I to się im udało."

Józef Szostak: "Nie mamy sił do pokonania Niemców. Może ich pokonać tylko ktoś inny. Trzeba, aby w przypadku napadu na Polskę wynikł konflikt ogólnoświatowy, to może po klęsce Niemiec odzyskamy niepodległość. Jeżeli słusznie oceniam położenie, to jedynym celem Polski, w przypadku napadu Niemców, będzie doprowadzenie do wojny światowej".




Pułkownik Jaklicz mówił w marcu 1939 r. o scenariuszu, w którym Sowieci wchodzą do Polski i mija bardzo dużo czasu, zanim się ich pozbywamy. A teraz wyobraźmy sobie jak świadomość tego geopolitycznego ciężaru oddziaływała na psychikę naszych dowódców we wrześniu 1939 r. Ilu z nich zaczęło wówczas myśleć, o tym by się dogadywać z Sowietami na własną rękę?


Weźmy przykład gen. Józefa Rómmla, dowódcy Armii Łódź.  W pierwszych dniach wojny dowodzi w sposób znakomity. Nie daje rozbić swoich sił, zadaje Niemcom poważne straty i świetnie prowadzi działania opóźniające na swoim kierunku operacyjnym. Współczesna historiografia robi z niego dezertera - bo opuścił zbombardowane stanowisko dowodzenia i przeniósł się do zapasowego, zostawiając w starym żandarma kierującego wszystkich do nowej kwatery. Rómmel jest krytykowany dokładnie za to, co zrobił gen. Kutrzeba po bitwie nad Bzurą, czyli za "porzucenie wojsk", z którymi nie miał łączności i dotarcie do Warszawy. Moim zdaniem jednak aż do przybycia do Warszawy Rómmlowi nie można nic zarzucić. Zmienia się on dopiero w stolicy - odwołuje szykowane kontruderzenia w kierunku zachodnim. Spotyka się wtedy z przedstawicielami ambasady sowieckiej, a 17 września próbuje utworzy w stolicy prosowiecki polski rząd. On już gra wyraźnie na bycie dyktatorem prosowieckiej Polski. A mówimy o znakomitym dowódcy, który w 1920 r. omal nie wziął do niewoli Stalina!

Polska historiografia jednym z głównych winowajców przegranej w 1939 r. uczyniła gen. Dęba-Biernackiego, dowódcę armii Prusy.  Nie wspomina się jednak, że jego wojska nie były w stanie się oprzeć silnemu niemieckiemu natarciu pancernemu - bo nie były do końca zmobilizowane! (Jaklicz wyjaśniał, że liczono się, że z chwilą mobilizacji powszechnej niemieckie bomby zaczną spadać na Polskę. 75 proc. naszych sił zmobilizowano więc do 23 sierpnia w trybie alarmowym. Mobilizacja powszechna zaczęła się 31 sierpnia - i tych sił nam zabrakło.) A to silne uderzenie przedwcześnie spadło na Armię Prusy dlatego, że w ekstemalny sposób dał dupy generał Antoni Szylling, dowódca Armii Kraków.



Szylling jest obecnie uznawany za jednego z najlepszych naszych dowódców w 1939 r. Nawet tą brednię powtarzał prof. Wieczorkiewicz. A co on zrobił? Już 2 września, w panice domagał się, by wycofać swoje siły z Górnego Śląska - czyli z miejsca, gdzie się świetnie opierały Niemcom i gdzie 55 Dywizja Piechoty Rezerwowej wraz z 23 Dywizja Piechoty i oddziałami nieregularnymi mogły wciągnąć Niemców w przedłużające się, krwawe i zacięte walki o śląską metropolię. Walki, w których Niemcy nie radzili sobie. Szylling powinien poświęcić te dwie dywizje, by broniły aż do wyczerpania amunicji Katowic. Zamiast tego nakazał bezsensowny odwrót. Jednocześnie nie pomógł swojej 7 Dywizji Piechoty pod Częstochową, która bohatersko stawiała opór pięciu dywizjom niemieckim. Odwrót Armii Kraków odsłonił flankę Armii Prusy i zdemolował cały polski plan obrony. Czy był to jego błąd, czy też działanie celowe?



Za wielkiego dowódcę września 1939 r. jest również mylnie uważany generał Kazimierz Sosnkowski. , któremu marszałek Śmigły-Rydz niestety powierzył dowodzenie Frontem Południowym. Sosnkowski dostał rozkaz ściągania wszystkich sił pod granice z Węgrami i Rumunią - ze względu na zbliżającą się sowiecką inwazję. Co zrobił? Postanowił iść na odsiecz Lwowa. Celowo nie odbierał rozkazów dostarczanych mu drogą lotniczą. Polscy historycy rozpływają się w zachwytach, że razem z żołnierzami szedł w ataku na bagnety pod Lwowem. Po jaką cholerę coś takiego jednak robił? Płk Jaklicz trafnie zauważył, że Sosnkowski zredukował się do roli dowódcy kompanii i olał dowodzenie całym frontem. Zostawił swoje jednostki samym sobie. Do Lwowa nie udało mu się dojść, bo wojsko samo mu się rozeszło na wieść o sowieckiej inwazji. Samotrzeć, w ubraniu cywilnym przekraczał granicę z Węgrami. (Zauważmy, że gen. Dąb-Biernacki jest potępiany jako "dezerter" za to, że nie chciał kapitulować ze swoimi wojskami w drugiej bitwie tomaszowskiej, tylko kazał je rozpuścić a sam w ubraniu cywilnym przedzierał się ku granicy. Sosnkowski jest uznawany za bohatera, bo olewał rozkazy, wpieprzał się do dowodzenia kompaniami, wojsko mu się samo rozeszło, a później zrzucił mundur i przedzierał się przez granicę. No cóż, to ludzie Sosnkowskiego pisali później historię września 1939 r.)



Czemu Sosnkowskiemu zależało tak bardzo na dotarciu do Lwowa, choćby na czele jednej kompanii? Bo tworzył się tam alternatywny polski rząd. "Na porannym, w dniu 11 września, zebraniu uczestniczyli Karol Popiel, gen. broni Józef Haller, gen. M. Kukiel, redaktor Zygmunt Nowakowski (brat Tempki, szefa Stronnictwa Pracy na Śląsku). Był prezes Adam Kułakowski, pułkownik Bogusławski i gen. Lucjan Żeligowski. Już 11 września 1939 roku Zygmunt Tempka vel Nowakowski widział też w gronie nowej władzy gen. dyw. Sosnkowskiego." Na razie spiskowcy boją się występować otwarcie. Gen. Sikorski jeździ jednak w tę i z powrotem po Galicji Wschodniej konferując z różnymi ludźmi, a jego współpracownik Stanisław Stroński (...) 12 września jest już w Rumunii i gdzie wspólnie z Francuzami i obsadą naszej ambasady w Bukareszcie przygotowuje pułapkę mającą uniemożliwić ewentualną ewakuację rządu (Francuski ambasador w Warszawie Leon Noel już 9 września namawia nasz rząd, by jak najszybciej ewakuował się przez Rumunię do Francji. Marszałek Phillipe Petaine wysyła Śmigłemu-Rydzowi przyjacielskie ostrzeżenie przed zastawioną pułapką.) 19 września Stroński publicznie wyraża radość z samobójstwa starosty lwowskiego Biłyka. Biłyk był namawiany przez Sikorskiego do przyłączenia się do spisku." "A co robił gen. Sikorski? Jeździł za Naczelnym Wodzem Śmigłym-Rydzem czekając na nominację. Nienawidził Śmigłego i knuł jak go zdradzić, ale jednocześnie właził mu w d..., byle tylko dostać jakieś stanowisko. Ludzie ze spotkania z Retingerem 11 września 1939 r. knuli zamach stanu we Lwowie. Wspólnie z wysłannikami Sowietów. A Sikorski dotarł aż do Kut i jeszcze przed 17 września przekroczył granicę. Z dokumentów z kolekcji płka Wacława Lipińskiego wiadomo, że starosta stanisławowski wydał 13 września Sikorskiemu paszport wraz z rozkazem od Śmigłego-Rydza mianującym Sikorskiego dowódcą legionu polskiego we Francji. Sikorski nie okazał jednak wdzięczności ani patriotyzmu. Jerzy Giedroyć z niesmakiem obserwował jego knowania z Francuzami w ambasadzie w Bukareszcie. Jak wiemy, 18 września 1939 r., po przekroczeniu granicy z Rumunią, polskie władze zostały internowane. W sierpniu francuski marszałek Petain pisał do polskiego posła w Madrycie Mariana Szumlakowskiego, że we Francji zawiązał się spisek generałów mający na celu oddanie władzy w Polsce Sikorskiemu. Gdyby Polskie władze musiały się ewakuować do Rumunii, zostaną tam internowane a Sikorski utworzy nowy rząd. Depesza została ukryta przez ambasadora w Bukareszcie Rogera Raczyńskiego. Plan zamachu stanu został wdrożony w życie a spiskowcy próbowali się porozumieć z Sowietami - poddając im m.in. Lwów. 20 września Sikorski ponownie pojawił się w Bukareszcie, gdzie dostał się drogą lotniczą. Skąd wracał? Według Bogdana Konstantynowicza z zajętej przez Sowietów Trembowli. Negocjacje chyba nie poszły, ale wkrótce potem utworzył w Paryżu nowy rząd."



Lwów zostaje poddany 22 września przez gen Władysława Langnera "Braciom Słowianom". Po prosowieckich deklaracjach, jedzie do Moskwy na jakieś rozmowy. Po czym spokojnie sobie z niej wyjeżdża do Rumunii a następnie do Francji.



W czasie gdy ówczesna opozycja totalna porozumiewa się z częścią środowisk piłsudczykowskich (ludźmi gen. Sosnkowskiego) i szuka zgody z Sowietami, marszałek Śmigły-Rydz inicjuje powstanie polskiej konspiracji, opartej w dużej mierze na przygotowanych przed wojną siatkach. Prosowiecki gen. Rómmel jakoś nie przeszkadza i korzystając z pełnomocnictw przekazanych przez majora Galinata, mianuje znanego teozofa gen. Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza przywódcą polskiej konspiracji wojskowej. Tworzą je piłsudczykowscy wojskowi, ale kierownictwo polityczne cedują na polityków dotychczasowej opozycji. Generałowi Sikorskiemu to się nie podoba. Rozwiązuje Służbę Zwycięstwu Polski i tworzy Związek Walki Zbrojnej, którym kieruje z Paryża (!) gen. Sosnkowski. Tokarzewski-Karaszewicz zostaje mianowany szefem ZWZ na okupację sowiecką i wysłany do Lwowa - gdzie jest powszechnie rozpoznawalny i gdzie wiadomo, że konspiracja została zinfiltrowana przez agenturę.

***

Ta seria miała nosić nazwę "eXile", ale postanowiłem ją zmienić na "Niepodległość". W następnym odcinku: Francja 1940.