sobota, 1 czerwca 2019

Shamballah: Zaginiona Kraina



Ilustracja muzyczna: Road to Shamballa - Uncharted 2 OST 

Doctor Strange Suite


Shamballah, Xiangbala, Shangri-La, Agharta - tak nazywane jest w tybetańskiej, indyjskiej i chińskiej tradycji mistyczne królestwo rządzone przez Króla Świata. Ma ono być największą i najważniejszą na świecie skarbnicą starożytnej wiedzy a jego mieszkańcy mają posługiwać się mocą psychiczną, której na Zachodzie nadano nazwę "vril". Drogi do tego mitycznego królestwa już w XX w. szukały służby specjalne kilku mocarstw inwestując w to wiele sił i środków. Co takiego sprawiło, że goniły one za tą wizją?



W buddyjskich tekstach takich jak „Kalachakra tantra” mityczna Szmabala jest przede wszystkim utopijnym buddyjskim państwem, rodzajem ziemskiego raju. Jej pierwszy władca miał pochodzić z plemienia Sakya, tego samego co historyczny Budda Gautama i zostać nawrócony na buddyzm przez samego założyciela tej religii. Władcy Szambali znieśli system kastowy i zbudowali u siebie zmilitaryzowane społeczeństwo. Podporządkowali sobie tysiące indyjskich magów – riszich. Dysponowali starożytną, boską technologią i mocą psychiczną a w laboratoriach królestwa cały czas pracowano nad nowymi superbroniami mającymi przynieść zagładę przeciwnikom buddyjskiej doktryny – przede wszystkim wyznawcom Allaha. Arsenał ten jest przygotowywany na apokaliptyczną wojnę, w której siły światłości poprowadzi do zwycięstwa ostatni król Szambali – Rudra Chakrin („przesuwający koło”) utożsamiany z Maitreyą, czyli Buddą przyszłości oraz z Kalkim, następnym wcieleniem hinduskiego boga Wisznu.


Wiara w to, że Szambala dysponuje arsenałem "boskich" broni koresponduje ze starożytnymi indyjskimi przekazami mówiącymi o użyciu tych broni w zamierzchłych czasach. Jak już pisałem na tym blogu:


Flashback: Hiperborea - Vymanika Shastra


"W Mahabharacie oraz innych pismach wedyjskich roi się jednak od opisów "boskiej technologii" - latających pojazdów zwanych vimanami oraz broni masowej zagłady. I tak w bitwie pod Kurszterą miąno użyć straszliwej broni znanej jako Piorun Indry. Jak czytamy w tym eposie:





"Wyrzucono pojedynczy pocisk załadowany całą energią wszechświata. Żarzący się słup dymu i płomienia, jasny jak dziesięć tysięcy słońc, wzniósł się w całej swej wspaniałości... Była to nieznana broń, żelazny grom, gigantyczny wysłannik śmierci, który w popiół obrócił wszelki lud Vrishni i Andhaka... Ciała były tak spalone, ze nie dawały się rozpoznać, włosy i paznokcie odpadły, gliniane naczynia rozpadły się bez żadnej widocznej przyczyny, a pióra ptaków stały się białe. W ciągu jednej godziny wszystkie potrawy stały się niejadalne... w ucieczce od owego ognia żołnierze rzucili się do strumieni, aby obmyć swoje ciała i sprzęt...
[ta bron]...odrzuciła tłumy [wojowników] razem z ich rumakami, słoniami, pojazdami naziemnymi i ich bronią, jak gdyby były to suche liście drzewa. Odrzuceni podmuchem...wyglądali pięknie, jak ptaki w locie... odlatujące z drzew... (...)




Ze wszystkich stron Cukra miotał grom na potrójne miasto. Na jego trzy części ciskał pocisk, który krył w sobie energię Kosmosu. Miasto stanęło w płomieniach. W niebo wystrzelił jaskrawy dym, równy dziesięciu tysiącom słońc. Rozszałały się gwałtowne nawałnice; deszcz lał strumieniami. Rozległy się grzmoty, choć niebo było bezchmurne. Zatrzęsła się ziemia. Podniosły się wody. Rozstąpiły się szczyty gór, nastała ciemność."(...) Ojciec amerykańskiej broni atomowej, imigrant z Niemiec, dr Robert Openheimer nie bez powodu cytował wedyjskie pisma podczas testu bomby A w lipcu 1945 r. Później, gdy pytany o to, czy w lipcu 1945 r. doszło do pierwszej eksplozji bomby atomowej, odpowiedział: "Tak, ale w czasach nowożytnych". 




"Richard B. Mooney podaje, że brahmińska księga "Siddnanta-Ciromani" posługuje się jednostkami czasu, z których ostatnia, najmniejsza, trutti stanowi 0,33750 sekundy. Uczeni studiujący teksty sanskryckie są zakłopotani, nie mogąc wyjaśnić, do czego służyć mogła w starożytności tak mała jednostka czasu i jak można było ją mierzyć bez odpowiednich instrumentów. Współczesne prymitywne szczepy posiadają dość niejasne pojęcie czasu i nawet godziny mają dla nich stosunkowo niewielkie znaczenie. Trudno więc sobie wyobrazić, by starożytne ludy prymitywne zachowywały się w tym względzie inaczej.

Andrew Thomas w swojej książce "Nie jesteśmy pierwsi" pisze: Według jogi Pundit Kaniah z Ambatturu w Madras, którego spotkałem w roku 1966, początkowo system pomiaru czasu u brahminów był sześćdziesiątkowy, na dowód czego joga cytował wyjątki z "Brihath Sakatha" i innych tekstów sanskryckich. W dawnych czasach doba dzieliła się na 60 "kala", z których każda wynosiła 24 minuty. "Kala" dzieliła się an 60 "vikala", z których każda wynosiła 24 sekundy. Następnymi 60 razy mniejszymi jednostkami były: "para", "tatpara", "vitatpara", "ima" i w końcu "kashta" - jedna trzystamilionowa część sekundy. Do czego starożytnym Hindusom służyć mogły ułamki mikrosekund? Pundit Kaniah wyjaśnił, że uczeni brahmini od zarania dziejów zobowiązani byli do zachowania tej tradycji w pamięci, choć sami jej nie rozumieli.


Jedna trzystamilionowa część sekundy - kashta - nie może naturalnie mieć żadnego sensu praktycznego, jeśli nie dysponuje się urządzeniami, które mogłyby mierzyć czas z taką dokładnością. Z drugiej strony wiadomo, że czas życia niektórych cząstek atomowych: hiperonów i mezonów jest bliski jednej trzystamilionowej części sekundy.



Tablica "Varahamira", datowana na rok 550 naszej ery, zawiera wielkości matematyczne porównywalne z wymiarami atomu wodoru. Czyżby te liczby również przekazano nam z odległej przeszłości? Joga Vashishta twierdzi: Istnieją rozległe światy w pustych przestrzeniach każdego atomu, tak różnorodne, jak pyłki w promieniach słońca. Wydaje się to wskazywać na starożytną wiedzę o tym, że nie tylko materia zbudowane jest z niezliczonej liczby atomów, lecz że w samych atomach, jak dziś wiemy, większa część przestrzeni nie jest wypełniona materią. (...)


Starożytni Hindusi wykazali w swoich przekazach piśmienniczych zaskakującą wiedzę naukową o świecie i materii. W powstałym prze około 5000 laty dziele zatytułowanym "Jyotish" znajdujemy rozważania na takie tematy, jak heliocentryczny ruch planet, prawa grawitacji, gwiazdy stałe na Mlecznej Drodze, dobowy obrót osiowy ziemi, kinetyczna teoria energii i teoria budowy atomu. Wiadomo także, że niektóre szkoły filozoficzne podejmowały jako przedmiot swoich rozważań skomplikowane obliczenia z zakresu fizyki atomowej. Wyznaczenie czasu "potrzebnego do przejścia atomu przez jednostkę objętości równą tej, jaką on sam zajmuje" jest przykładem jednego z prostszych "tematów badawczych"."

(koniec cytatu)

Dużo więcej tej zadziwiającej, starożytnej wiedzy ma się znajdować w Szambali. Tak się dziwnie złożyło, że Nikołaj Roerich opisywał przyszłą Wojnę Szambali jako coś w rodzaju wojny nuklearnej. I opis ten powstał na długo przed Hiroszimą...

Wiara w Szambalę bardzo silnie zakorzeniła się wśród buddystów z Tybetu i Mongolii. Pobożne legendy mówią, że dalajlamowie pozostawali w kontakcie z przedstawicielami tego królestwa a w dawnym pałacu dalajlamów w Lhasie jest tajne przejście prowadzące do Szambali.



Gdzie to królestwo jest położone? Buddyjska tradycja tego nie precyzuje. Przedstawia się je zwykle jako państwo o kształcie idealnego okręgu otoczone kręgiem wysokich, ośnieżonych gór. Jest to jednak tylko jego symboliczny obraz, w którym niedostępne góry są odbiciem trudności jakie trzeba pokonać, by dotrzeć do buddyjskiego oświecenia. Opowieści o podróżach do Szambali są zaś podobnymi symbolicznymi opowiastkami z pogranicza realności, halucynacji i magii. Wśród tybetańskiego i mongolskiego ludu rozpowszechniło się przekonanie, że Szambala leży pod ziemią, skryta w starożytnym systemie tuneli. Dokładna jej lokalizacja nie jest znana, ale często wskazywany jest obszar pod Pustynią Tarym a także u podnóża gór Kunlun oddzielających Tybet od zamieszkanego przez Ujgurów regionu Sinciang. Góry Kunlun były uważane w chińskiej mitologii za siedzibę bogów. Niektórzy lamowie twierdzą, że wejście do Szambali znajduje się bardzo daleko na syberyjskiej, arktycznej północy. Jak później jednak wyjaśnię, wszystkie te interpretacje są tylko pewne bardzo duże uproszczenia...




Mit Szambali ma wyraźne przedbuddyjskie korzenie. W bon, czyli w pierwotnej, szamanistycznej religii Tybetu istnieje wiara w podobne, utożsamiane z rajem królestwo znane jako Olmolungring. Podobne opowieści o starożytnych podziemnych światach krążą od wieków w Indiach czy obu Amerykach a przebijają się nawet do europejskiego folkloru, który traktował podziemia zarówno za miejsce zamieszkiwane przez różnego rodzaju elfy, skrzaty, trolle i smoki jak i za chrześcijańskie Piekło. Nawet w polskim folklorze mamy podobne opowieści – np. o rycerzach śpiących w jaskini w Giewoncie i czekających na Sąd Ostateczny. (Na zbudzenie się tych rycerzy czeka sabatejski reżyser - Grzegorz Braun. :) Bez wątpienia jednak buddyzm tybetański dał temu mitowi nową energię.


Pierwszym Europejczykiem, który słyszał legendy o Szambali był prawdopodobnie o. Estevallo Cacella, portugalski jezuita, który w XVII w. dotarł na dwór panczenlamy. Tak, tak - to "agenci" Stolicy Apostolskiej jako pierwsi zainteresowali się tym utopijnym, buddyjskim królestwem i jego tajemnicami.



Po jezuitach temat ten zaczęli badać okultyści. W 1871 r. lord Edward Bulwer-Lytton, były brytyjski minister ds. kolonii, człowiek, któremu kiedyś proponowano grecką koronę, opublikował poświęconą temu Podziemnemu Królestwu książkę "Vril. Nadchodząca rasa". Opisywał w niej zamieszkujące Szambalę społeczeństwo czystych Aryjczyków, którzy "nie zdegenerowali się mieszaniem z rasami niższymi" i przez to zachowali zdolność do posługiwania się mocą psychiczną o nazwie "vril". Bulwer-Lytton jest autorem sentencji "Pióro jest potężniejsze od miecza", więc nie powinniśmy się dziwić, że jego książka poświęcona Vrilowi odniosła ogromny sukces w środowiskach okultystycznych.




Książką Bulwer-Lyttona mogła inspirować się Helena Bławatska, rosyjska okultystka, założycielka Towarzystwa Teozoficznego. W „Doktrynie tajemnej” oraz innych swoich dziełach pisała ona posiadających moc vril mędrcach – Mahatmach, którzy z podziemnego królestwa Agharty kierują rozwojem duchowym ludzkości i przygotowują ją na nadejście Buddy Maitreyi oraz na towarzyszące temu przejście ludzkości na kolejny szczebel drabiny ewolucyjnej.



Równolegle do nich tematem zajmował się francuski markiz Alexandre Saint-Yves d'Alveydre. Był on wysokiej rangi różokrzyżowcem i martynistą. Alveydre był twórcą idei synarchii. Co to była synarchia? Jak podają popularne źródła: "Alexandre Saint-Yves d’Alveydre zastosował termin synarchia w swojej książce Prawdziwa Francja albo misja Francji (1887) dla opisu jego zdaniem idealnej formy rządów. Reagując na zagrożenie ideologiami i ruchami anarchistycznymi opracował bardziej konserwatywną formułę polityczno-teologiczną w serii następujących po sobie od roku 1882 czterech książek, której efektem miałby być rozwój harmonijnego społeczeństwa rozumianego jako organiczna jedność. Ideał ten częściowo opierał się na wyidealizowanych wyobrażeniach życia w średniowiecznej Europie, a także na wyobrażeniach o skutecznych sposobach rządzenia w Indiach, na Atlantydzie i w starożytnym Egipcie. Stawał w obronie hierarchii i zróżnicowania społecznego przy założeniu kooperacji między klasami i przekraczania konfliktów między grupami społecznymi i ekonomicznymi: synarchia w opozycji do anarchii. Jego wizja społeczeństwa europejskiego zakładała rząd oparty na trzech radach reprezentujących siły ekonomiczne, władze sądownicze i społeczność naukową, wiązane w jedną strukturę przez izbę metafizyczną. Idee te powstawały także pod wpływem Republiki Platona i pod wpływem martynizmu.
Częścią tej koncepcji rządów było przyznanie istotnej roli tajnym stowarzyszeniom, czy też mówiąc bardziej precyzyjnie stowarzyszeniom ezoterycznym, które mają dysponować przepowiedniami na temat przyszłości i zakulisowo zabezpieczać rządy. Alexandre Saint-Yves d’Alveydre dostrzegał wzór realizacji tego zadania w działalności Zakonu Templariuszy w średniowiecznej Europie"



Łatwo możemy zauważyć, że ustrój synarchiczny jest bardzo podobny do ustroju korporacyjnego wdrożone przez Benito Mussoliniego. Mussolini miał zaś potężne wsparcie w kręgach masonerii odwołującej się do tradycji Mazziniego. Ezoteryczne źródła faszyzmu?

Alveydre twierdził, że protofaszystowski pomysł synarchii podpowiedzieli mu tajemniczy Mędrcy ze Wschodu. Mieli mu oni przekazać również, posiłkując się sanskryckimi tekstami, wiedzę o Królestwie Agharty. Jak czytamy: " Alexandre Saint-Yves d’Alveydre mógł zostać odwiedzony przez grupę Wschodnich Wtajemniczonych, z których jeden określał siebie – książę Hardjij Scharipf (Haji Sharif). To właśnie wtedy nastąpiło skojarzenie synarchii ze „wschodzącymi mistrzami” zgrupowanymi w podziemnych pieczarach Agharty, którzy mieliby komunikować się z Alexandre Saint-Yves d’Alveydre'ą na drodze telepatycznej. O tym ukryciu pisał w książce Mission de l'Inde en Europeä wydanej w roku 1886, ale w obawie przed uchyleniem zbyt wielu tajemnic książkę tę zniszczył, pozostawiając tylko jej dwa egzemplarze, przez co nie była ona dostępna aż do roku 1910.
Alexandre Saint-Yves d’Alveydre wierzył, że starożytny, opierający się na synarchii rząd światowy został przeniesiony do Agharty do wnętrza pustej Ziemi na początku ery Kali Yuga ok. 3200 roku p.n.e. Saint-Yves d’Alveydre'ę można uznawać za człowieka, który wprowadził koncepcję Agharty do świata zachodniego. (...)
Uczniem Alexandre Saint-Yves d’Alveydry był wybitny okultysta Papus, który założył szereg stowarzyszeń opartych na idei synarchii. Innymi znaczącymi następcami byli Victor Blanchard (1878-1953), Philippe Nizier, René A. Schwaller de Lubicz i Emille Dantinne. Dzieła Saint-Yves d’Alveydry były także wykorzystywane przy rozwijaniu teozofii, a Rudolf Steiner w dużej mierze opierał się na koncepcji synarchii w kształtowaniu swoich poglądów politycznych.
Idee Alexandre Saint-Yves d’Alveydry miały wpływ na burzliwą politykę Francji w początkach XX-wieku, służąc jako model dla wielu ugrupowań prawicowych, a także w Meksyku, gdzie grupy synarchistyczne odgrywały znaczącą rolę polityczną."

(Jako ciekawostkę mogę dodać, że istniał również polski Związek Synarchiczny, założony przez znanego masona Włodzimierza Tarło- Mazińskiego i przemysłowca, senatora BBWR Stanisława Gaszyńskiego.  Związek ten głosił wiele bardzo słusznych postulatów:  "Członkowie Związku Synarchicznego reprezentowali pogląd, że dla Polski najlepszym ustrojem byłaby synarchia, czyli połączenie głównej zalety ideologii liberalnych, tj. swobodnego rozwoju indywidualnego jednostek (który to rozwój w warunkach demokratycznych prowadzi do anarchii) z prawicowymi zasadami jedności państwa i silnych rządów. W praktyce uosobieniem tego związku miałby być synarcha – posiadacz pełnej władzy zwierzchniej.(...)  Program gospodarczy zakładał udział robotników w zyskach przedsiębiorstw, odejście od złota jako miernika wartości na rzecz towarowej jednostki rozliczeniowej. W latach trzydziestych XX w. Tarło-Maziński usiłował przekonać do synarchizmu śląskie środowisko ONR.")




W historii o Szambali jest zresztą silny polski wątek. Opowieści o tej mitycznej krainie mocno bowiem spopularyzował w dwudziestoleciu międzywojennym polski pisarz Ferdynand Antoni Ossendowski. Zyskał on międzynarodową sławę dzięki wydanej w 1921 r. książce „Zwierzęta, ludzie, bogowie” (wydawanej również pod tytułem: „Przez kraj zwierząt, ludzi i bogów”) opisującej jego ucieczkę z ogarniętej rewolucją Rosji poprzez Syberię i Mongolię. Ossendowski w barwny sposób opisywał buddyjskie mity, a wśród nich opowieść o podziemnym królestwie rządzonym przez obdarzonego mistyczną mocą władcy zwanym Królem Świata.
„Znajduje się on w kontakcie z myślami wszystkich, którzy wywierają wpływ na losy i życie rodzaju ludzkiego… Z królami, carami, chanami, wodzami, arcykapłanami, naukowcami i innymi potężnymi ludźmi. Jest on świadom wszystkich ich myśli i planów. Jeżeli są one miłe Bogu, Król Świata dopomaga im w niewidoczny sposób; jeżeli jednak są Mu one niemiłe, Król doprowadza do ich unicestwienia. Moc ta jest dana Agharti za pośrednictwem tajemniczej nauki zwanej ‘Om’, którym to słowem my rozpoczynamy wszystkie nasze modlitwy. ‘Om’ jest imieniem starożytnego świętego, pierwszego Goro, który żył trzysta trzydzieści tysięcy lat temu. Był pierwszym człowiekiem, jakiemu dane było poznać Boga; nauczał on rodzaj ludzki wiary, nadziei i walki ze Złem. Potem zaś Bóg dał mu władzę nad wszystkimi siłami rządzącymi światem widzialnym” – cytował Ossendowski jednego z buddyjskich duchownych.




Mongolia była pogrążona wówczas w politycznej gorączce. Władzę nad krajem zdobył rosyjski białogwardyjski generał Roman von Ungern-Sternberg, który mianował się ostatnim chanem i myślał o wyzwoleniu Azji spod panowania europejskich potęg. Na ten polityczny mesjanizm nakładało się religijne ożywienie. Mongołowie oczekiwali, że wkrótce rozpocznie się apokaliptyczny konflikt, w którym weźmie udział potężna armia Szambali a Ungern głęboko wierzył w istnienie tego Podziemnego Królestwa. Nikołaj Roerich słyszał w 1924 r. w Urdze jak mongolscy kawalerzyści śpiewali: "Pozwólcie nam umrzeć na tej wojnie/byśmy się odrodzili/jako jeźdźcy króla Szambali!". Wielu wysokiej rangi lamów marzy zaś, by reinkarnować jako generałowie w armii Króla Szambali.

Ilustracja muzyczna: Ice Top - Urge Urgeleg 2 OST (bardzo klimatyczne video)




Za Ostrze Szambali uznawana była już mongolska armia pustosząca muzułmańskie państwa Azji Środkowej, Chiny i Europę. Czyngis-chan na długo po swojej śmierci był przedstawiany przez buddyjskich lamów jako władca skłaniający się ku buddyzmowi, niemalże bodhisatwa.




W latach 30. i 40. japońska armia i tajne służby wykorzystywały mit Szambali przeciwko Chińczykom i Sowietom. Ich propaganda skierowana do Mongołów przedstawiała japońskie siły zbrojne jako Armię Szambali idącą wyzwolić ludy Azji spod obcego panowania.



W bliski wybuch apokaliptycznej Wojny Szambali (i w konieczność przyspieszenie tej wojny prowadzącej do wzajemnej destrukcji USA i Chin) wierzył Shoko Asahara, przywódca japońskiej sekty Aum Shinrikyo. Sekta ta, obwiniana o atak sarinem na tokijskie metro w 1995 r., miała powiązania z japońskim "głębokim państwem" i aktywnie starała się zdobyć bronie masowego rażenia z rosyjskich arsenałów. Broń ta miała służyć dokonaniu prowokacji mającej doprowadzić do wojny nuklearnej pomiędzy USA a Chinami. Niewiele osób jednak ma świadomość, że Asahara nawiązał bliską znajomość z Dalajlamą XIV i wspierał go finansowo. Później, podczas śledztwa w sprawie zamachu na tokijskie metro, szef sekty Aum tłumaczył się, że to Dalajlama kazał mu "zrobić coś, co rozrusza skostniały japoński buddyzm". Niezły jajcarz-fajansiarz z tego Dalajlamy :) Pasują do niego słowa św. Jana Pawła II: "Można powiedzieć, że to jest okrutnik".




***


Jako autor powieści mającej w tytule słowo "Vril" miałem epizod związany z szukaniem śladów Szambali. W Ułanbaatar miałem okazję rozmawiać z dobrze poinformowanym Rosjaninem - głównie o współczesnej Mongolii oraz Rosji, ale też trochę o historii. W pewnym momencie zarekomendował mi on odwiedzenie ruin klasztoru Hamrin Hiid na obrzeżu pustyni Gobi. Miejsce to znane jest jako "Oczy Szambali". Legenda mówi, że jak spojrzysz na oczy namalowane na klasztornej bramie, to Szambala widzi ciebie a jak jesteś Wtajemniczony, to widzisz Szambalę. Musiałem tam pojechać


To była podróż ponad 500 km na południe. I była warta. Hamrin Hiid zrobił na mnie fajne wrażenie. Gdy patrzyłem na oczy namalowane na klasztornych wrotach przez sekundę widziałem oczami wyobraźni miasto z białymi murami i białymi wieżami. Kolega, który wybrał się tam kilka tygodni później miał podobny przebłysk. Być może to tylko nasza wyobraźnia.  

***

A w następnym odcinku serii Shamballah będzie o carskich i sowieckich poszukiwaniach Szambali.

***

Ze spraw wykraczających poza serię blogową:

Wyszły na jaw zapisy podsłuchów, które FBI robiła pastorowi Chojeckiemu Kingowi. Mniejsza z tym, że Martin Luther King miał 45 kochanek. Służby nagrały jak przyjaciel Kinga, inny czarny pastor baptystyczny, gwałcił parafiankę w pokoju hotelowym. King się temu przyglądał, śmiał się i dawał gwałcicielowi porady, co powinien jej jeszcze zrobić. Nagrano też jak King z innym pastorem tworzyli listę parafianek, określającą m.in. która z nich najlepiej się nadaje do orala, która do anala itp. Pastor zachowywał się więc gorzej niż podejrzewali nawet najbardziej zagorzali biali suprematyści.



Teraz możemy właściwie zrozumieć słowa pastora Kinga, z jego najsłynniejszego przemówienia: "Miałem sen. Biała i czarna dziewczyna bawiły się ze sobą". :)

W książce Johna Barrona "Amerikanskij szpion" jest też krótki wątek poświęcony pastorowi Kingowi. Okazuje się, że FBI miała poważne podstawy, by podejrzewać go o związki z komunistami. Byli działacze KPUSA kręcili się bowiem wokół pastora.

***

Obserwując reakcje po wyborach do PE widzę u niektórych wielki szok po tym jak Konfederacja uzyskała 4,55 proc. głosów zamiast 6 proc. No cóż, przy dużo wyższej frekwencji w wyborach parlamentarnych na jesieni może ona uzyskać jeszcze niższy wynik. Jej problemem jest bowiem głównie to, że odstrasza część elektoratu patriotycznego. Odstrasza filorosyjskością części swoich liderów. Powinna więc w kampanii wystrzegać się wszelkich akcentów prorosyjskich. A jak to w praktyce wyszło? Przykładem kretynizmu jej liderów był wywiad udzielony przez Krzysztofa Bosaka Sputnikowi. Po co mu to było? Nikogo w ten sposób nie przekonał do głosowania na swoje ugrupowanie (polskojęzyczną wersję Sputnika czytają głównie stare komuchy) a wiele osób zniechęcił. Jak można było dopuścić do tak gigantycznego fuck-upu jak umieszczenie na listach w Warszawie jakiegoś sowieckiego babsztyla z Donbasu? Po co im było pajacowanie Brauna z Fortem Xi? Takie akcenty powodowały, że "judeosceptyczne" akcenty w kampanii Konfederacji mogły być łatwo uznane za kremlowski teatrzyk. (Zwłaszcza jak pajacuje z jarmułką gostek o tak ostentacyjnie semickim nazwisku jak "Berkowicz".) Już po wyborach Ozjasz Goldberg powiedział, że Kaczyńskiego trzeba postawić przed Trybunałem Stanu za obrażanie Rosji i napisał, że "następnym razem napluje do ryja" rolnikom protestującym przed URM. I pomyśleć, że 1993 r. głosował on za wprowadzeniem progu wyborczego...

sobota, 25 maja 2019

Shamballah: Dwa Kościoły


Ilustracja muzyczna: General Ludendorff Suite - Wonder Woman OST

Ilustracja muzyczna: Rammstein - Dalai Lama

Generał Erich Ludendorff był nie tylko mieszkańcem Swarzędza i czarnym charakterem z "Wonder Woman". Nie tylko współkierował Rzeszą w trakcie I wojny światowej i przygotowywał Niemcy do nowej wojny pomagając rozpocząć projekt "Hitler". Był również mężem Mathilde von Kemnitz.

Żona generała Ludendorffa była ważną postacią w ruchu volkistowskim a przy tym nacjonalistyczną konspirolożką. To, że pisała o żydowskich spiskach nie było niczym niezwykłym. Niemal wszyscy w tamtych czasach o nich pisali. Jej niechęć do chrześcijaństwa też jej specjalnie nie wyróżniała. Taka była wówczas w Niemczech moda. Ale von Kemnitz szła jeszcze dalej i ostro atakowała organizacje ezoteryczne wspierające nazizm. Co więcej przyczyniła się do tego, że jej mąż nabrał krytycznego osądu wobec NSDAP. Do Mathilde von Kemnitz przylgnęła więc łatka ześwirowanej, egzaltowanej, starej idiotki. Dysponujący fenomenalnymi zdolnościami aktorskimi Hitler lubił ją parodiować w gronie współpracowników. Śmiali się z tych skeczy do łez. Wiele teorii głoszonych przez Mathilde von Kemnitz rzeczywiście bowiem brzmiało wariacko. Twierdziła ona m.in. że za Żydami, masonerią i papiestwem stoi... dalajlama.




Skąd taki zadziwiający wniosek? U dawnych okultystów istniało silne przekonanie o wspólnych korzeniach największych tradycji ezoterycznych. Helena Bławatska, założycielka Towarzystwa Teozoficznego, twierdziła zaś, że źródło tej wspólnej tradycji leżało właśnie w Tybecie. Miała się tam zapoznać z Mistrzami Dawnej Wiedzy.  Teorie Bławatskiej były oczywiście później wyśmiewane, ale np. wybitny japoński znawca buddyzmu Daisetsu Teitaro Suzuki twierdził, że Bławatska znała buddyzm diamentowej drogi tak, jakby spędziła wiele lat w klasztorze w Tybecie. Pomiędzy efekciarskimi bzdurami i dezinformacjami umieszczonymi w jej pismach ukryte były więc okruchy autentycznej wiedzy tajemnej.



Bławacka pisała o dwóch równolegle istniejących tajnych stowarzyszeniach: Bractwie Tybetańskim oraz egipskim Bractwie Luksoru. Miały one wpływać na siebie wzajemnie. (Egipt z jego Akademią Hermesa Trismegistosa był tradycyjnie uznawany za kolebkę europejskiej i bliskowschodniej tradycji ezoterycznej.) Abstrachując od teorii Bławackiej, warto zauważyć, że istnieją bardzo silne podobieństwa między buddyjskimi teoriami tantrycznymi a teoriami ezoterycznymi XVI-wiecznego heretyka Giordano Bruno. Odnosiło się to do jego teorii o "manipulowaniu miłością" i magii seksualnej. Bruno czerpał pełnymi garściami z całej ówczesnej europejskiej i bliskowschodniej tradycji ezoterycznej. To, że w jego teoriach pojawiły się wątki tantryczne wskazuje więc na bardzo wczesne przeplatanie się tradycji ezoterycznych Zachodu i Wschodu. Prawdopodobnie idee Bruno powstały na podstawie pism przywiezionych przez uchodźców z Bizancjum a oni wcześniej korzystali z idei przywiezionych Jedwabnym Szlakiem. (Bruno obecnie jest traktowany jako "świecki święty". Wielu liberałów i SJW's mógłyby wprawić jednak w zakłopotanie poglądy Bruno na temat Żydów. Były one dosyć mocno alt-rightowe. Mówił o nich: "Żydzi są rasą działającą na podobieństwo dżumy i cholery, rasą dla ogółu tak niebezpieczna, że zasłużyła na wytępienie, zanim się jeszcze zrodziła. Żydzi są wyrzutkiem ludzkości, najbardziej zepsutym i niegodziwym narodem na świecie, o mentalności i skłonnościach najpodlejszych i najbrudniejszych".)



Z jakiegoś dziwnego powodu podobieństwa między ezoteryczną tradycją "egipską" i "tybetańską" widziało też wcześniej kilku innych okultystów, w tym XVII-wieczny jezuita ks. Athanasius Kircher.  Kircher był wybitnym naukowcem, który jako pierwszy badał hieroglify (i wysunął hipotezę, że to zapisy w języku koptyjskim), napisał encyklopedię poświęconą Chinom i jako pierwszy zaobserwował związek między mikroorganizmami a chorobami zakaźnymi. Skąd jednak jakiś jezuita miał posiadać wiedzę na temat Tybetu? Tak się akurat złożyło, że jezuici wiedzieli o tej krainie zadzwiająco dużo. Byli jednymi białymi cudzoziemcami, którzy przybywali do kraju dalajlamów. O dziwo, byli zwykle dobrze przyjmowani w miejscu, które mocno starało się odgradzać od wszelkich cudzoziemców.



Człowiekiem, który odkrył Tybet dla Europejczyków był portugalski jezuita o. Antonio de Andrade. Po przekroczeniu Himalajów wysłał on do generała zakonu  list opisujący ową krainę. Jak czytamy: "Wersja włoska stała się podstawą dla Fryderyka Szembeka, polskiego jezuity z Krakowa, tłumaczącego wówczas książkę "Tybet Wielkie Państwo w Azyey". Jest to piewszy opis Tybetu w języku polskim napisany piękną siedemnastowieczną polszczyzną. Ojciec de Andrade opisał dokładnie swoje podróże do Tybetu, przyrodę, klimat, ludzi, ich zwyczaje, religię tam panującą, a także organizację społeczną i państwową. Można by zaryzykować stwierdzenie, że po raz pierwszy dokonał historycznego, chrześcijańsko-buddyjskiego dialogu międzyreligijnego, który mógłby mieć znaczenie dziejowe, gdyby nie zamienił się w „dialog głuchych”. Pierwsze dysputy Europejczyka – chrześcijanina z lamami były bardzo trudne ze względu na problem ze zrozumieniem podstawowych pojęć: teologicznych przez lamów, buddyjskich przez misjonarza. Jezuita początkowo myślał, że buddyzm chrześcijański (chyba powinno być "tybetański" - dop. Fox) to spaczona religia chrześcijańska."




Szlakiem przetartym przez o. de Andrade przybywali kolejni jezuici. Najbardziej znanym z nich był o. Ippolito Desideri. Zamieszkał on  Lhasie i dobrze poznał język tybetański. Studiował na miejscowym, buddyjskim Uniwersytecie Klasztornym Sera. Debatował z wysokimi rangą lamami. Pozwolono mu na budowę prywatnej kapliczki i na kult katolicki. I było to w kraju, który bardzo chronił swoje tajemnice, starał się nie wpuszczać cudzoziemców i gdzie zdzierano skóry z innowierczych kapłanów! Zauważmy też, że ów jezuita przebywając na Uniwersytecie Sera zapewne brał udział w buddyjskich ceremoniach, choćby jako widz i badacz. A przecież uczestnictwo w "nie swoich" obrzędach było wówczas dla katolików (ale też protestantów, prawosławnych, żydów i muzułmanów) surowo zakazane.

W 1745 r. katolickich misjonarzy wyproszono jednak z Tybetu. Był to skutek uboczny słabnięcia władzy dalajlamów i toczonych w tej krainie walk frakcyjnych. Stolica Apostolska również przeżywała okres osłabienia a zakon jezuitów został rozwiązany w wyniku masońskich intryg na dworach Burbonów. Po reaktywacji jezuici wrócili jednak do Tybetu. W 1846 r. "arcyreakcyjny" papież Grzegorz XVI erygował wikariat apostolski Tybetu. Misjonarzom z Francji udało się założyć w 1865 r. katolicką parafię w miejscowości Yanjing. Zadziwiające było już samo to, że w tak izolującym się, buddokratyczno-feudalnym kraju mógł powstać katolicki kościół. Rzecz kilka dekad wcześniej nie do pomyślenia w "liberalnej" Anglii!

Ponad 40 lat od założenia parafii doszło jednak do serii konfliktów katolików z mnichami z pobliskiego klasztoru Ganda. Jak czytamy:

"Między 1904 a 1949 rokiem miała miejsce seria konfliktów na tle religijnym, w czasie których wielu katolików poniosło śmierć za wiarę.
Wśród nich, najbardziej znana jest postać O. Maurycego Tornay, kanonika z Grand-Saint-Bernard, założyciela katolickiego klasztoru w północno-zachodniej części prowincji Yunnan, w którym wykształcił licznych kapłanów. Juan, który nie przyjął święceń kapłańskich, był jednym z jego pierwszych studentów:
„W 1945 roku ojciec Tornay został wysłany do Yanjing. Mnisi z klasztoru buddyjskiego Ganda, wyznaczonego przez władze tybetańskie do zarządzania górnym regionem Yanjing, sprawowali pewien rodzaj dyktatury. Katolicy nie mieli prawa bytu. Chrześcijańscy mieszkańcy Yanjing musieli przybrać buddyjskie imiona.”
W styczniu 1946 roku bł. Maurycy Tornay zostaje wygnany przez lamów. W 1949 roku, po drodze do Lhasy gdzie zamierzał złożyć skargę na mnichów z Gandy, na granicy Yunnan i Tybetu wpada w zasadzkę i ponosi męczeńską śmierć."



Zauważmy, że spór miał charakter wyłącznie lokalny a bł ks. Maurice Tornay zmierzał do Lhasy, by złożyć do dalajlamy skargę na miejscowych mnichów i miał nadzieję, że skarga ta odniesie pozytywne skutki! W kraju w którym "wrogów doktryny buddyjskiej" obdzierano ze skóry, katolicy spotykali się z zadziwiającą tolerancją. Parafia została zniszczona dopiero po chińskiej inwazji przez maoistów. Ale od ponad 30 lat znów funkcjonuje.



Dalajlama XIV, z którym ks. Tornay chciał się spotkać, stał się później znajomym św. Jana Pawła II, turbosłowiańskiego papieża Tradycji Pierwotnej. Spotkali się osiem razy. Podczas Dnia Modlitw o Pokój w Asyżu w 1986 r. Dalajlama XIV stał po prawicy św. Jana Pawła II. "Posiadacz klucza do Piekieł" obok Pontifexa Maximusa, któremu egzorcyzmowany demon powiedział: "Przecież wiesz, że wobec ciebie nic nie mogę, jesteś zbyt mocny!".

Flashback: Pontifex - 13 maja

Po śmierci św. Jana Pawła II Dalajlama XIV napisał:



"Jego Świątobliwość Papież Jan Paweł II był człowiekiem, którego darzyłem wielkim szacunkiem. Był zdecydowaną i głęboko uduchowioną osobą, dla której miałem głębokie poważanie i podziw. Jego doświadczenia z Polski, niegdyś komunistycznego kraju, oraz moje własne problemy z komunistami, dały nam bezpośrednią wspólną podstawę. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, uderzyło mnie jego praktyczne podejście i otwarcie wraz z głębokim zrozumieniem problemów globalnych. Nie miałem wątpliwości, że był wielkim przywódcą duchowym.
Zaczynając od początku, bliska osobista przyjaźń, która rozwinęła się między nami, została potwierdzona przy wielu kolejnych okazjach. Myślę, że w wielu sprawach byliśmy całkowicie zgodni. Papież, podobnie jak ja czuł, że jako ludzie potrzebujemy nie tylko rozwoju materialnego, ale potrzebujemy także duchowości. Dokładniej, rozwój materialny zapewnia nam komfort fizyczny, ale posiadamy także jedyną w swoim rodzaju inteligencję i umysł, których w pełni nie zaspokoją dobra materialne. Zarówno publicznie, jak i prywatnie, Papież zawsze podkreślał wagę duchowych wartości, wspólnie niepokoiliśmy się, że młodsze pokolenia tracą zainteresowanie nimi.
Byliśmy także w całkowitej zgodzie o potrzebie promowania porozumienia pomiędzy różnymi tradycjami religijnymi. Dzięki Jego zaproszeniu miałem przywilej uczestniczyć w spotkaniu międzyreligijnym w Asyżu, bardzo ważnym i doniosłym wydarzeniu. Pokazało to światowej społeczności, że nasze różne tradycje naprawdę mogą się razem modlić i przekazać wspólne przesłanie pokoju.(...)
Papież był także bardzo współczujący dla problemu Tybetańczyków. Oczywiście, jako głowa instytucji próbującej zachować dobre relacje z Chinami i poważnie zaniepokojony losem milionów chrześcijan w Chinach, nie mógł wyrażać tego publicznie ani oficjalnie. Ale od początku naszej przyjaźni wyjawiał mi prywatnie, że jasno rozumie problem Tybetańczyków ze względu na własne doświadczenia komunizmu w Polsce. Osobiście dawało mi to wielkie wsparcie."




Co ciekawe Dalajlama XIV uznał Jezusa za bodhisatwę. Mówił swoim fanom: "Nie porównujcie mnie z Jezusem. On był wielkim, wielkim mistrzem".

Ewangelikalni analbaptyści i inne apokaliptyczne zjeby widząc dobrą komitywę "papieskiego antychrysta" z "buddyjskim satanistą" zapewne dostają krwawej sraczki. (Wobec rabinów głoszących, że Jezus smaży się w Piekle w ekstrementach mają natomiast zawsze ciepłe uczucia.) Czy jednak pomiędzy dziwnie przyjazną komitywą dwóch Wielkich Magów kryje się coś więcej jak PR?


Powyżej: Obraz Nikołaja Roericha "Issa i czaszka giganta". Roerich wspominał o legendach o pobycie Jezusa w Iranie, Indiach i Tybecie, ale żadnej z nich niestety nie przytoczył...

Zacznijmy od tego, że historia powstania Kościoła nie jest tak lamerska jak uczą w protestanckich szkółkach niedzielnych. Jezus działał jak rasowy "spymaster". I miał też wiele dziur w życiorysie. Nie wiadomo, co robił przez 30 lat życia. Z Ewangelii św. Mateusza wiadomo jednak, że po urodzeniu złożyli mu hołd tajemniczy Magowie ze Wschodu.


Jak pisałem już na tym blogu: "Zaraostryjskich kapłanów nazywano "Magi". Według orientalisty Heinricha von Stietencrona najpóźniej w I w n.e. zaczęli oni przenikać do Indii, gdzie połączyli swoją wiarę z elementami hinduizmu oraz buddyzmu. Wpływali też na hinduizm, buddyzm i tybetańską religię Bon. Ich głównym bóstwem był bóg czasu  Zurvan, na którym wzorowano tantryczne buddyjskie bóstwo Kalachakrę. To od kapłanów Zurvana wyznawcy Bon i buddyści przejęli takie koncepcje jak ostateczna, apokaliptyczna bitwa ze Złem czy też przyszły zbawiciel - Budda Maitrerya, który poprowadzi do walki wojska podziemnego królestwa Szambalii. Część badaczy przyjmuje, że słowo Maitreya pochodzi od Mitry, perskiego, aryjskiego bóstwa solarnego. W zurwaniźmie, zanieczyszczonym zewnętrznymi wpływami, są korzenie mitraizmu - kultu będącego głównym konkurentem rosnącego w siłę chrześcijaństwa w Cesarstwie Rzymskim."


Powyżej: Nikołaj Roerich "Zstąpienie do Piekieł"

I jakimś dziwnym trafem ludzie, od których pochodzi słowo "magia", ludzie, którzy położyli podwaliny pod bardzo specyficzną, najbardziej pogańską wersję buddyzmu i pod mitraizm pojawiają się również w historii początków chrześcijaństwa. I traktują Jezusa jako swojego wybrańca. Czy później o Nim całkowicie zapomnieli i nie kontaktowali się z Nim w trakcie 30 lat Jego "życia ukrytego"? Czy może jednak pomagali w projekcie religijnym, który później odniósł zdumiewający, globalny sukces? Czyżby św. Jan Paweł II i Dalajlama XIV byli po prostu zarządzającymi ich projektami?



Powyżej: Kryszna, Budda, św. Mikołaj i Jezus wykonujący alt-rightowy gest

Przypowieść o wdowim groszu występuje zarówno w Nowym Testamencie jak i w naukach Buddy. Podobnie historia o uczniu, który chodził po wodzie, ale w pewnym momencie zwątpił i zaczął tonąć. Budda zrodzony z Mayi rozpoczął działalność publiczną w wieku 30 lat i zebrał wokół siebie 12 uczniów. Jezus, zrodzony z Maryi, zrobił tak samo. Jeden z uczniów zdradził Jezusa. Jeden z uczniów zdradził Buddę próbując go otruć. I Jezus i Budda chodzili po wodzie i rozmnażali żywność. Była jednak między nimi poważna różnica: nadejścia Buddy nikt nie przepowiedział a Budda nie uważał się za Syna Bożego.



W buddyjskich pismach z Kambodży jest zapisana natomiast intrygująca przepowiednia.  Mówił on nadejściu w przyszłości Świętego Człowieka, który zabierze ludzi do Najwyższego Nieba. Ów Święty Człowiek miał mieć rany na dłoniach, stopach, czole i boku.



Jak pisał bp Fulton Sheen, Jezus był jedynym człowiekiem, którego przybycie na świat zapowiedziano: "Tacyt, przemawiając w imieniu starożytnych Rzymian, mówi: „Ludzie byli ogólnie przekonani, zgodnie z wiarą w starożytne proroctwa, że Wschód miał zapanować i że z Judei miał nadejść Pan i Władca świata. Swetoniusz w swojej relacji o życiu Wespazjana opisuje rzymską tradycję w ten sposób: „Starą i stałą wiarą na całym Wschodzie było to, że według bez wątpienia pewnych przepowiedni Żydzi mieli zdobyć najwyższą władzę”.
 Chiny spodziewały się czegoś podobnego, ale ponieważ znajdowały się po drugiej stronie świata, wierzono tam, że wielki Mędrzec narodzi się na Zachodzie. Roczniki niebiańskiego cesarstwa zawierają takie stwierdzenie:
 W 24 roku Chao-Wang dynastii Zhou, w 8 dniu czwartego księżyca, na południowym zachodzie pojawiło się światło, które oświetliło pałac królewski. Monarcha uderzony jego wspaniałością przepytywał mędrców. Pokazali mu księgi, w których to cudowne zjawisko oznaczało pojawienie się wielkiego Świętego Zachodu, którego religia miała być zaprowadzona w ich kraju."



Wschód i Zachód łączyło jak widać w starożytności dużo więcej niż można się było spodziewać. A teorie pani Ludendorff nie brzmią już wcale tak wariacko...

***

W Mongolii miałem okazję poznać miejscowego szamanistę. Mówiąc o buddyźmie używał podobnych argumentów jak nasi rodzimowiercy mówią o chrześcijaństwie. Że to obca religia, narzucona Mongołom, którzy mieli wcześniej swoją religię, bliższą naturze i duchom. Gdyby zachodni wege-pop-buddysta z rozdętym ego to usłyszał, wpadłby w niezłą konfuzję :)

Gdy zaś w zeszłym roku wybrałem się podczas Nocy Świątyń do pogańskiego chramu pod Warszawą, usłyszałem na prelekcji żercy Rodzimego Kościoła Polskiego coś co mnie mocno zaintrygowało. Powiedział on, że do ich związku religijnego należą też katolicy. "Jesteśmy politeistami. Jeden dodatkowy bóg nie robi nam żadnej różnicy". 


***

A w następnym odcinku serii Shamballah wstąpimy do Shambalii. :) Dowiemy się, co to za kraina i czemu wysokiej rangi lamowie marzą, by reinkarnować jako jej generałowie.

sobota, 18 maja 2019

Shamballah: Spętane demony

Ilustracja muzyczna: Gyuto Monks Tantric Choir - Chants for World Peace






Skąd się wzięła władza dalajlamów w Tybecie? Jest ona instytucją młodszą niż wydaje się wielu zachodnim fanom buddyzmu. Sam Tybet oczywiście nie zawsze był buddyjski, tak jak Polska nie zawsze była chrześcijańska.




Pierwsi królowie Tybetu mieli zstąpić z nieba schodząc po osi świata. Od stworzenia Ziemi do VI w. n.e. miało być ich 27. Po nich nastąpiła pierwsza potwierdzona historycznie dynastia – Jarlung. Niemal wszyscy jej władcy zostali post factum, po wielu wiekach, uznani przez oficjalną tybetańską historiografię za prawowiernych buddystów, a niektórzy nawet za reinkarnację Awalokiteśwary. Prawda była jednak bardziej złożona. Część z nich skłaniała się ku różnym nurtom buddyzmu, część wyznawała lokalną religię bon.Ostatni z nich Langdarma prześladował buddyzm (co było reakcją na prześladowanie wyznawców bon przez poprzedniego władcę, który był fanatycznym buddystą) i został zamordowany w 841, 843 lub 846 r. przez buddyjskiego mnicha. Później panowało w kraju rozbicie dzielnicowe, aż w XIII w. Tybet najechali Mongołowie i przekazali władzę sprzyjającej im buddyjskiej szkole sakya. Potem zmieniają się u władzy poszczególne szkoły i rody, aż w XVII w. dominację nad krajem zdobywa sekta gelugpa, zwana Żółtymi Czapkami. 


Jej przywódca Ngałang Lobsang Gjaco pokonuje, z mongolską pomocą, w wojnie domowej konkurencyjną sektę karma kagyu (Czerwone Czapki) i panuje w latach 1617-1682 jako Dalajlama V Wielki. Jest on pierwszym dalajlamą, który obejmuje świecką władzę nad Tybetem. Jego prestiż był tak duży, że przez 15 lat ukrywano jego śmierć. 
 
Jego następca Dalajlama VI był znany przede wszystkim z pisania erotycznych wierszy, seksualnych podbojów i alkoholowych wybryków. Według legend był tak biegły w kontroli nad własnym ciałem, że potrafił zatrzymać w powietrzu i zassać penisem strumień swojego moczu. Nie obroniło go to jednak przed śmiercią zadaną mu za pomocą trucizny. Niemal wszyscy kolejni dalajlamowie – aż do Dalajlamy XIII umierali w bardzo młodym wieku a w przypadku ich zgonów podejrzewano zwykle truciznę lub czarną magię.


Realia społeczne dawnego Tybetu również mocno się różniły od wyobrażeń zafascynowanych Dalajlamą białych liberałów. Tybet był państwem o ustroju feudalno-teokratycznym (czy raczej buddokratycznym) a większość jego mieszkańców stanowili chłopi pracujący na poletkach należących do świeckich i duchownych feudałów. Miejscowy system karno-penitencjarny przewidywał podobnie makabryczne tortury i metody egzekucji jak w sąsiednich Chinach. Jeszcze na początku XX w. zdarzało się, że szamanów bon obdzierano żywcem ze skóry i później te skóry wieszano na ulicach podczas świąt. Z dyscypliną w klasztorach było zaś różnie – podobnie zresztą jak w Europie u katolików i prawosławnych. Częstą praktyką wśród tybetańskich feudałów było wysyłanie jednego z synów na jeden dzień do klasztoru, by w ten sposób zyskał on do końca życia przywileje przysługujące mnichom. 


 
O Lhasie mówiono, że “kurew jest tam tyle, co psów”. Popyt na ich usługi musiał być więc duży a nawet w opowieściach o życiu dawnych buddyjskich mędrców otwarcie się mówi o ich przygodach z prostytutkami, tancerkami i barmankami. Podaż “panienek” trafiających na ulicę też była spora. Japoński mnich Kawaguchi Eikai nie mógł się nadziwić urodzie młodych towarzyszek wiekowych tybetańskich lamów – były to prawdopodobnie dziewczęta wykorzystywane w tantrycznych rytuałach magii seksualnej. Całkiem sporo miejsca poświęcono tym rytuałom w klasycznych tybetańskich tekstach, co wywoływało rumieńce u ich XIX-wiecznych europejskich tłumaczy. Obecnie podkreśla się, że te rytuały są tylko metaforami i co najwyżej odgrywa się je w wyobraźni. Jednakże żyjący w pierwszej połowie XX w. tybetański mnich-intelektualista Lama Gedün Chöpel rekomendował w jednej ze swoich książek osobom chcącym użyć w takim rytuale dziewczynki, by nie penetrowali jej na siłę, tylko by stymulowali ją ręcznie i by przed seksem z dwunastolatką poczęstować ją miodem i słodyczami. Ze względów numerologicznych preferowano w takich eksperymentach dwunastolatki i szesnastolatki. Te kobiety, które miały ponad 20 lat, czyli były już zbyt stare na wykorzystanie w tantrycznych rytuałach, kontynuowały karierę jako “zwyczajne” kurtyzany. 


Jako ciekawostkę dodajmy, że podobnie dekadencki bywał również mongolski buddyzm. Ostatni Bogdo-gegen, czyli zwierzchnik mongolskich buddystów, był znany z tego, że ulicami Urga (obecnie Ułanbaatar) prowadził pijackie procesje nagich prostytutek. Jakże to kontrastuje choćby z bardziej "mizoginistycznymi" praktykami buddyzmu therawada np. w Tajlandii. Kobieta nie może tam nawet dotknąć mnicha a jeśli nie daj Buddo zajdzie z nim w ciążę, to po śmierci zamienia się w demona. Co nie przeszkadza oczywiście w tym, by w salonach masażu były buddyjskie ołtarzyki i by w klubach go-go rozpoczynano wieczór od buddyjskiej ceremonii mającej zapewnić powodzenie w interesie. (Sam bym w to nie uwierzył, ale byłem świadkiem takiej ceremonii w Pattayi. :)


Jakie było miejsce dalajlamy w tym buddokratyczno-feudalnym systemie? Podobne jak papieża w Państwie Kościelnym (które też miewało podobne okresy dekadencji  jak "dziwkarskie zagłębie" Lhasa). Papież jednak jest uważany przez katolików za człowieka. Jest Namiestnikiem Chrystusa na Ziemi a może po śmierci zostać ogłoszony błogosławionym, świętym czy nawet Doktorem Kościoła, ale jest tylko człowiekiem. Dalajlama to jednak zarówno człowiek jak i tulku, czyli istota duchowa manifestująca się w kolejnych inkarnacjach. Dalajlama jest najważniejszą tego typu istotą – inkarnacją Awalokiteśwary, bodhisatwy współczucia.



Bodhisatwa to istota, która osiągnęła buddyjskie oświecenie, ale nie skorzystała z możliwości zaprzestania cyklu reinkarnacji. Postanowiła dalej się odradzać, by pomagać ludzkości osiągnąć oświecenie. Awalokiteśwara (po tybetańsku Czerenzi) jest w buddyzmie tybetańskim najważniejszym bohisatwą, który przejął też cechy przedbuddyjskiego boga ognia. Jest on emanacją Buddy Amithaby, będącego regentem naszych czasów i panem żywiołu ognia. Historyczny Budda Sakyamuni, żyjący w V w. przed Chrystusem, był również emanacją tego Buddy. (Buddyzm naucza, że w przeszłości istniało wielu buddów i że za jakiś czas pojawi się nowy – Budda Maitreja.) Dalajlama jest więc inkarnacją zarówno ludzi jak i potężnych duchowych istot. Tybetańczycy nazywają go Yeshe Norbu, czyli Klejnot Spełniający Życzenia i Kundun, czyli Obecność. W czasie ceremonii kalachakra tantra idzie on jeszcze wyżej w duchowej hierarchii – medytując internalizuje w sobie obraz Adi Buddy, czyli pierwotnego, kosmicznego najwyższego Buddy i wyobraża sobie jak niszczy cały Wszechświat (pogrążając w morzu ognia nawet bogów i buddów w niebiosach), a następnie stwarza Kosmos od nowa.


Buddyzm tybetański naucza, że każdy Budda i bodhisatva oprócz pełnej współczucia i dobrotliwej postaci posiada również straszne oblicze. I tak jedną z 11 głów Awalokiteśwary jest głowa Yamy, pana buddyjskich piekieł. Yama jest przedstawiany jako rogaty demon, noszący na głowie koronę z ludzkich czaszek, trzymający w ręku „koło śmierci”, mający podnieconego penisa i tańczący byku kopulującym z kobietą, która jest jednocześnie zgniatana pod ciężarem tej bestii. Pamiętamy jednak, że Yama nie jest buddyjskim odpowiednikiem Szatana. Jest jakby nadprzyrodzonym komendatem Służby Więziennej. Takim Kostkiem-Biernackim zaświatów. W swojej Berezie trzyma różnych złoczyńców, komunistów i innych wywrotowców. Tym niemniej, jako reinkarnacja Awalokiteśwary Dalajlama jest jednocześnie… władcą demonów.I to nie byle jakich.


Dalajlamie ma służyć kilka tysięcy demonicznych istot – są to dawne tybetańskie bóstwa oraz różne lokalne duchy i duszki, które po wprowadzeniu w kraju buddyzmu jako religii panującej, musiały się „przebranżowić”. Jednym z nich jest Palden Lhamo, opiekunka Dalajlamy, miasta Lhasa i całego Tybetu. To istota o ciemnoniebieskiej skórze, trojgu oczu i demonicznej twarzy z ostrymi zębami, która galopuje na dzikim mule poprzez morze krwi, w którym pływają odcięte kończyny i głowy, wyprute oczy i wnętrzności wrogów doktryny buddyjskiej. Siodło na którym siedzi jest zrobione ze skóry małego dziecka – jej synka, który nie chciał się podporządkować władzy Buddy. Dalajama zmusił ją do zabicia jej jedynego dziecka, którego szkielet trzyma w ręku i wykorzystuje jako pałkę do bicia wrogów buddyzmu.


Ciekawą postacią jest również Pehar, demon służący od wieków jako państwowa wyrocznia Tybetu. Był on wcześniej bogiem Mongołów Hor (od których pochodzi słowo „horda”) opisywanych w tybetańskich kronikach jako „jedzący ludzkie mięso demony”. W VIII w. indyjski mędrzec Padmasambhava(Guru Rinpoche), człowiek który przywiózł buddyzm wadżrajana do Tybetu, za pomocą magii podporządkował sobie Pehara i zmusił go do służenia tybetańskim buddystom. Pehar zarzekał się później wielokrotnie, że się zemści. Obiecywał, że spustoszy Tybet, sprowadzi na niego obcych najeźdźców, zniszczy klasztory, wymorduje mnichów, sprofanuje relikwie i zgwałci wszystkie dziewice. Zdarzało mu się też jako wyrocznia podpuszczać tybetańskie władze, by dokonywały złych decyzji. Na początku XX w. namawiał np. Dalajlamę XIII do zaatakowania brytyjskich wojsk. Niektórzy Tybetańczycy uważają więc, że Pehar zdradził kraj w 1950 r. i od tej pory jest agentem komunistycznych tajnych służb.


Nie wszystkie demony udało się tybetańskim buddystom zmusić do służby. Srinmo, kobiecy demon i zapewne również przedbuddyjska bogini opiekuńcza Tybetu, musiała zostać spętana. Trzynaście głównych klasztorów tybetańskich jest uznawanych za gwoździe przebijające i unieruchamiające jej ciało. Najważniejszy z nich – Jokhang w Lhasie – to rytualny sztylet wbity w jej serce. Według legendy, pod tym klasztorem znajduje się wielkie podziemne jezioro krwi. Gdy przyłoży się ucho do ziemi w tym “tybetańskim Watykanie” można ponoć usłyszeć bijące serce Srinmo.


Są jednak istoty duchowe, których jakoś nie daje się okiełznać. Jedną z nich jest jest Dordże Szugden, mnich-buntownik z XVII w., który został spalony żywcem na rozkaz Dalajlamy V. Odwiedzał on później dalajlamę jako poltergeist i zdobył pewną popularność wśród prostego ludu. Jest on przedstawiany jako demon jadący na śnieżnym tygrysie przez jezioro wrzącej krwi. Kult Dordże Szugdena jest wciąż żywy a Dalajlama XIV traktuje go jako zagrożenie. Powołuje się m.in. na słowa wyroczni Pehara mówiące, że Szugden pracuje dla Chińczyków i chce obalić rządy Dalajlamy. Wyznawcy Dordże Szugdena skarżą się zaś, że są prześladowani przez ludzi Dalajlamy. Są atakowani fizycznie, dostają groźby śmierci, ich ołtarzyki są niszczone. Gdy w 1998 r. ekipa szwajcarskiej telewizji kręciła w Dharamsali reportaż na ten temat, podszedł do niej buddyjski mnich i zagroził: “Za siedem dni zginiecie!”.




Wojciech Cejrowski po przeczytaniu tego tekstu z pewnością złapałby się za głowę i uznał go za kolejny dowód na "satanizm" buddyzmu. Mówienie jednak o "satanistycznym buddyźmie" to jednak głupie uproszczenie jak ewangelikalno-analbaptystyczne rojenia o "szatańskim katolicyzmie". Tak się bowiem składało, że i katolicyzm i prawosławie przejmowały elementy dawnych kultów, głęboko zakorzenionych w wierze prostego ludu. Stąd święci przejmowali atrybuty dawnych bogów (a dawni bogowie zostawali uznawani za demony) a na ikonach pojawiały się swastyki. Tak samo robił buddyzm. Dawni bogowie zostali uznani za bodhisatwów lub demony. Demony przy tym okiełznano - zrobiono z nich niewolników lamów (tak jak podczas egzorcyzmów, katolicki ksiądz zmusza demona do spełniania jego woli). To nie lamowie służą demonom, tylko demony im.Ale to na tybetańskich lamów spada odium "satanizmu" a nie np. na kapłanów starożytnej Judy, którzy składali co roku ofiarę dla Azazela  i wydali Jezusa na śmierć.

Tak sobie pomyślałem, że gdyby jakimś cudem tybetańscy buddyści podbili starożytną Judę (jakimś cudem...), to J*** skończyłby jak Pehar czy Palden Lhamo. Widzielibyśmy go na obrazach w buddyjskich świątyniach jak ozdobiony swastyką tańczy na złotym cielcu kopulującym z apokryficzną Lilith, na stosie ciał żydowskich więźniów w obozie Bergen Belsen...


***

A w następnym odcinku będzie crossover z serią Pontifex. Zajrzymy też na chwilę do Swarzędza.